Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

23 lutego 2014

Katarzyna Urbanowicz

z cyklu: Prababcia ezoteryczna (odcinków: 94)

Manipulacje (1)

Kategoria: New Age

« Dlaczego nie umiem czynić cudów Manipulacje (2) »
         Dzięki niektórym korespondentom zastanawiam się, czy mam prawo oceniać jakąś książkę przeczytawszy z niej na dobrą sprawę tylko kilka zdań — co zarzucono mi ostatnio. Jednak po namyśle stwierdzam, że tak. Kiedy przeczytam książkę dogłębnie, przeanalizuję ją, sprawdzę źródła — piszę recenzję. Napisałam takie dwie — o książkach Artura Szrejtera: do „Wielkiej wyprawy księcia Racibora. Zdobycie grodu Konungahela przez Słowian w 1136 roku” oraz „Bestiariusza germańskiego”  http://www.taraka.pl/przygoda_ze_swiatem_wikingow i http://www.taraka.pl/moja_przygoda_z_potworami

         Kiedy lektura wydaje mi się mało wartościowa, nie piszę recenzji, tylko przekazuję swoje wrażenia w odcinku bloga. Rzecz ciekawa, że dyskutanci, którzy pewne dzieło (Anastazja, Kurs cudów) przetrawili w całości i chwalą go, wzbraniają się przed jego zrecenzowaniem, „bo nie są już na tym etapie”. Niewłaściwy etap nie przeszkadza im w stawianiu zarzutów na dobrą sprawę w formie: „zaznajomiłaś się z tym dziełem pobieżnie, nie doceniłaś go, ja znam je znacznie lepiej i mnie ono przyniosło same pożytki”. Potem już na propozycje przedstawienia własnej opinii odpowiadają jak zwykle: „wiem ale nie powiem, bo to już nie ten etap” Jak dzieci w przedszkolu. Czyli mam rozumieć, że komentator się ze mną nie zgadza, ale nie będzie łaskaw poświęcić temu niezgadzaniu się nieco czasu (choć zmarnował go mnóstwo na lekturę gniotu). Może założył sobie, że musi tekst aprobować, choć nie wiem po co i krytykować mu niezręcznie (poprawność z sentymentu do własnej przeszłości?).

         Przypomina mi to stosunek wielu ludzi do PRL – o czym też pisałam. Jedni głoszą, że było cacy, inni, że be, ale gdy przychodzi do konkretów, to zazwyczaj tylko kobiety coś tam spróbują opisać rzeczowo: kupowanie, gospodarność, obowiązki, odpowiedzialność, przyjaźnie, pewność losu. Mężczyźni oceniają ten czas pod kątem ideologicznym: było źle, politycznie niepoprawnie i nie ma co wspominać sentymentów. Podobnie jak niektórzy młodzi wrzeszczeli ongiś na obowiązkowych pochodach pierwszomajowych: „Źle było, źle będzie, w Polsce zawsze i wszędzie, oprócz nas wszyscy są w błędzie. Howgh!” Nikt nie napisał jednak, jak jemu osobiście było źle (poza tym, że okrutni komuniści wycięli mu Dobranockę i kazali oglądać nieprawomyślnego „Jacka i Agatkę” tudzież „Rozbójnika Rumcajsa”.

         Sądząc po moich synach problemem było coś innego: w tamtych czasach dzieci szły do łóżka po Dobranocce i pozbawienie ich tego programu skutkowało przesunięciem wolnego czasu o pół godziny do tyłu, do godziny bodajże dziewiętnastej. U mnie w domu nie było problemu – bo już „Dobranocki” nie oglądano, a i nawet wcześniej, po „Dobranocce” dzieci udawały się do swojego pokoju, ale nie musiały koniecznie spać, mogły np. czytać książki.

         Czasami wydaje mi się, że nikt mnie nie rozumie w moim pędzie do próby obiektywnego okazania jak było, bez uprzedzeń i poprawności politycznej. Tęsknota do czasów słusznie minionych jest niepoprawna, ale nie może zaciemniać tego, co każdy powinien wiedzieć, że nie był to świat dobry czy lepszy niż obecny. Tymczasem na temat PRL, Anastacji, Kursu Cudów i wielu, wielu innych spraw tworzy się mity; ale gdy kogoś przyprzeć do ściany, odwraca się plecami i mówi „ja już nie jestem na tym etapie żeby z tobą dyskutować”, uzupełniając swoje twierdzenie łaskawie paroma psychologicznymi opiniami wyssanym z palca typu: jesteś pesymistką, wszystko masz za złe, nic nie rozumiesz i tak dalej. I żeby mi dołożyć, proponują lekturę siostry Faustyny. Babcia to babcia, powinna nosić moherowy beret, czytać  siostrę Faustynę i nie wtrącać się we współczesne życie duchowe.

         Dlatego postanawiam pokazać moim szanownym czytelnikom, jak byli manipulowani, do tego stopnia zręcznie, że do dziś z tego nie zdają sobie sprawy.

         Zacznę od końca: kursu cudów. Autorka dzieła, Helen Schucman, przedstawiana jest jako doktor Schucman. Wszyscy powinniśmy wiedzieć, że pierwszą czynnością manipulanta jest przedstawienie manipulowanym autorów koncepcji jako naukowców, poważnych badaczy i tak dalej. Kim była pani dr Helen Schucman? Z internetu można wywnioskować, że była doktorem psychologii klinicznej (choć dzięki innym przepisom, dokumentującym ścieżkę naukową w USA nazywa się ją doktorem filozofii.) Niestety, filozofii raczej nie studiowała, jest to w końcu nauka wymagająca także przestrzegania pewnych procedur badawczych, a przede wszystkim znajomości zasad niesprzeczności wewnętrznej twierdzeń. Jej książkę zawdzięczamy „głosowi wewnętrznemu”, który podyktował treść. Poza tym milczenie powszechne. Inne dokonania? brak. Cytowania innych naukowców? brak. Nawet prywatne teksty pani doktor są zastrzeżone. Czytamy to, co życzyli sobie jej wydawcy. Internet, zazwyczaj taki rozgadany – milczy.

         W latach słusznie minionych miałam bardzo dobrego kolegę, lekarza medycyny, pracującego jako psychiatra i specjalizującego się w tej dziedzinie. On właśnie powiedział mi, zielonej i niedojrzałej osobie z problemami osobistymi, że nie jestem wystarczająco pokancerowana, ponieważ wybrałam studia na Wydziale Filozofii z kierunkiem polonistyka, a nie na Akademii Medycznej, z zamiarem specjalizacji psychiatrycznej. Psychiatrzy dlatego – jego zdaniem — studiują ten kierunek, ponieważ uważają go za ostatnią deskę ratunku dla siebie. Życie dopisało przykrą pointę do jego słów: popełnił samobójstwo.

         Tu mała dygresja: każdy pisarz, obojętnie czy grafoman czy dobry, do pisania potrzebuje tzw. „głosu wewnętrznego”, inaczej zwanego „natchnieniem” Coś nagle człowieka napada, chwyta za pióro, czy dyktafon, czy klawiaturę (przy czym dyktafon albo pióro jest znacznie lepsze, mniej przeszkadza na drodze między natchnieniem, a jego zapisem) i tłucze bez ładu i składu gonitwę swoich myśli. Ale to jest dopiero pierwszy, najkrótszy i najmniej skomplikowany etap. Te chwile uniesienia są warte ciężkiej i niewdzięcznej pracy, która czeka. Nie wszyscy potrafią i chcą się za nią wziąć.

         Potem następuje (a przynajmniej powinien nastąpić) kolejny: szlifowanie tekstu. Trzeba postawić się w pozycji swojego antagonisty i krytykować bez litości wszystko, co się da. „Napisałeś, że  była piękną, delikatną blondynką. A dwa rozdziały w przód „jej ciemne włosy, rozwiewał wiatr”. Na tym etapie prowadzisz notatki z zauważonych konfrontacji: strona taka i strona taka : kolor włosów. Strona ,, ... dziadek był: szewcem, biuralistą czy bezdomnym. Zdecyduj się!” Ja czasem dopisuję pod swoim adresem epitety: „idiotko, sentymentalna kwoko” itp. Dajesz przyjaciołom tekst do przeczytania i prosisz, żeby się nad nim poznęcali. Trudno takich znaleźć, ale czasem trafią się. Notujesz ich spostrzeżenia, związane ze sprzecznościami. Na koniec poprawiasz składnię, styl i ortografię, oczywiście. A i tak rezultat jest czasem nie do przyjęcia i rzecz idzie do kosza.

         Wydaje się, że pani doktor zatrzymała się na pierwszym etapie: dyktowania komuś swoich wizji, Notującym i przepisującym na maszynie był jej przełożony, potem mąż (a więc od razu zapewne wyznawca). W kilka lat po pierwszym wydaniu autorka opuściła ten świat, a z powodu sukcesu nie miała zachęty do popracowania nad swoim tekstem. A powinna była to zrobić, bowiem jest tam sporo interesujących myśli, wartych przemyślenia i przybliżenia.

         Wiek 56 lat dla kobiety jest szczególnym okresem życia. Pisząc i mówiąc o klimakterium zazwyczaj uwypukla się ciemne strony tego czasu: choroby, dolegliwości, emocjonalną niestabilność itp. Tymczasem, gdyby wyjść poza nasze przyzwyczajenia oceny dokonywanej z punktu widzenia pożądanej przez wszystkich młodości, okazałoby się może, że jest to czas o pozytywnym znaczeniu dla osobowości. Kobieta na tym etapie często ma ochotę się zatrzymać, oderwać od spraw i zajęć, które dotychczas wykonywała, spojrzeć na świat w inny niż dotychczas sposób. Na rozmaitą miarę, dużą i małą, dokonuje się odkryć, przewartościowuje rozmaite sprawy, podejmuje decyzje, jak dalej żyć i jak wykorzystać czas, który nam jeszcze pozostał. Zapewne taką burzę przeżywała i pani doktor Schucman, nie zrozumiała jej jednak, podeszła bezkrytycznie do sił, które nią miotały, choć przecież jako psycholog z zawodu powinna mieć lepszą orientację w tym, co się z nią dzieje.

         Postąpiła jak zwykła „naturszczyca”, uwierzyła, że to wszystko, co w niej się kotłuje, jest gotowym przekazem. Fakt utajnienia części jej materiałów przez szefa/męża/współpracownika przemawia za tym, że niekonsekwencje owej burzy, jaka odbywała się w umyśle Helen były widoczne dla niego i niej, jednak zwyciężył czysto amerykański pęd do sukcesu, także finansowego.

         Ostateczny kształt dzieła zawdzięczamy raczej jemu niż jej. Stosowanie technik manipulacyjnych najlepiej widać w części  zawierającej lekcje na każdy dzień roku. Jedną z najbardziej znanych są powtórzenia. Nie na darmo na pochodach i manifestacjach skanduje się hasła: „Niech żyje!” „Precz z...!” „Żądamy...!” Ich nieustanne powtarzanie powoduje popadanie w trans, a w takim stanie zawęża się pole świadomości i umysł koduje w sobie powtarzane zdanie jako niemal przykazanie na resztę życia. Nie na darmo w reklamach rozmaitych kosmetyków wtłacza się w głowy kobiet slogan: „Jesteś tego warta”. Ich poczucie własnej wartości, niezbędne dla udanego życia każdego człowieka powiązane zostaje z jakimś produktem na zdrowy rozsądek nie mającym nic wspólnego z nim. Ale to działa.

         Podobnie w „Kursie cudów” powtarza się po kilka razy każde zdanie, obracając go niczym landrynkę w buzi, aż wyzwoli swoją słodkość. Lekcja 1: „Ten stół nic nie znaczy. To krzesło nic nie znaczy. Ta dłoń nic nie znaczy. Ta stopa nic nie znaczy. Ten długopis nic nie znaczy Tamte drzwi nic nie znaczą. Tamto ciało nic nie znaczy. Tamta lampa nic nie znaczy. Tamten znak nic nie znaczy. Tamten cień nic nie znaczy” 10 powtórzeń. W kolejnych lekcjach przywołuje się inne rzeczy, które „nic nie znaczą”. Lekcja 7: „W tym ołówku widzę tylko przeszłość. W tym bucie widzę tylko przeszłość. W tej dłoni widzę tylko przeszłość. W tym ciele widzę tylko przeszłość. W tej twarzy widzę tylko przeszłość.”

         No i jeśli jestem człowiekiem z wyobraźnią,  zaczynam widzieć to, co chcą, żebym widział, a więc po 7 dniach przerabiania „lekcji” wbijam sobie do głowy, że widzę tylko otaczającą mnie nic nie znaczącą przeszłość, a więc wszystko co wiem i dostrzegam nic nie znaczy i powinno ustąpić na rzecz światłych nauk, które zostaną wlane mi do głowy. Przy okazji wyrabia się we mnie przekonanie, że ja sam nic nie znaczę i że bez tych przyszłych światłych nauk zaginę w złym, nic nie znaczącym świecie. Przekonanie moje ma wzmocnić tu i ówdzie powtarzane zdania wg recepty: „W miarę jak rozglądasz się wokół siebie powiedz do siebie: Myślę, że widzę przerażający świat, niebezpieczny świat, nieprzyjazny świat, smutny świat, niegodziwy świat, zwariowany świat, i tak dalej, używając jakichkolwiek opisowych określeń, jakie przyjdą ci do głowy.”

         Niektórzy nazywają to techniką zagadki. Postawić pytanie (realne lub domyślne), upowszechnić je, nie udzielając odpowiedzi albo udzielając takiej, która przynosi kolejne pytania, rozmnażać te pytania i te zagadki przenosząc je stopniowo z pozycji konkretu na pozycję abstraktu. Jednak wnioskowanie ze szczegółu do ogółu jest typowym błędem logicznym popełnianym przez ludzi mających „klapki na oczach” — co pani doktor psychologii powinno być doskonale znane. W internecie przeczytałam o technice magii przenośnej, w której część zastępuje całość — co także jest formalnie błędem logicznym. Właśnie te techniki zostały wykorzystane w wyżej omówionych przykładach.

         Nie zapominajmy, że historycznie rzecz biorąc mózg człowieka kopalnego nie służył do myślenia, a do zwiększenia szans przeżycia. Jeżeli coś powtarzało się wielokrotnie, wymagało od człowieka podjęcia tylko prostej decyzji: to jest groźne lub to jest pożyteczne. To, co nie było groźne, potencjalnie mogło być pożyteczne, np. jako źródło pożywienia. I tu jest pułapka, którą zastawia na nas książka „Kurs cudów”

cdn



« Dlaczego nie umiem czynić cudów Manipulacje (2) »

komentarze

[foto]

1. Bez komentarza • autor: Jan Szeliga2014-02-24 12:39:13

j.w.

P.S. W pewnym sensie masz rację babciu ezoteryczna. Książki Wł Megre o Anastazji jak też kurs cudów były bardzo groźne dla mojego EGO, bo pozwoliły mi one przejść w przestrzeń serca, tam gdzie EGO nie ma już władzy nade mną i nie widzi potrzeby udowadniania za wszelką cenę swoich racji.
[foto]

2. :) • autor: Krzysztof Wirpsza2014-02-24 15:50:02

:)

3. Winnetou • autor: Nierozpoznany#66342014-02-24 16:26:18

Ja też pragnę nieśmiało zauważyć, że Karol May (a przecież on siedział w więzieniu) bardzo zniweczył moje groźne ego w przestrzeni serca. Kiedyś zapewne użyłbym w każdym wypadku rewolweru, ale teraz przemykam cicho w mokasynach i pochylam się z szacunkiem nad każdym delikatnym kwiatem, który chcę wręczyć pięknej squaw. Czego prawdopodobnie nawet Old Shatterhand nie jest w stanie do końca zrozumieć...
[foto]

4. Winnetou czyli kłopot z jazdą po granicy • autor: Wojciech Jóźwiak2014-02-24 20:21:42

Diwradzie, w sama porę przywołałeś Winnetou. (Kto jeszcze czytał kiedyś Maya???) Przecież jego powieści są też pisane w pierwszej osobie, autor sprawia wrażenie, jakby był narratorem-uczestnikiem, a nawet bohaterem wydarzeń. May pisze przecież jakby był Old Shatterhandem! Jednocześnie ktoś trochę oczytany widzi, że imię Winnetou zrobione z "Manitou" ('duch' lub 'moc' u Algonkinów) + Winnebago (nazwa ludu z grupy Sioux, także nazwa jeziora, miasta, powiatu itd.); podobnie Apanatschi (tak w oryginale) to przerobione (zmiana L na N) Appalachian Mountains (po pol. Appalachy, nie wiadomo dlaczego czytane przez "ch", jak Chiny, gdy we wszelkich oryginałach - hiszp., fr., ang. - jest tam dźwięk sz lub cz), a Nscho-tschi (tak w oryginale) to środek azteckiej frazy "In Xochitl In Cuicatl" co tłumaczy się "kwiat i pieśń" czyli "poezja".

Ale niech tam. Faktem jest, że istnieje rodzaj literatury, w którym autorzy praktykują gatunkową jazdę po bandzie, tzn. uwodzenie czytelnika, że to co piszą, to nie fikcja, lecz prawda, lub że to "być może prawda". Niektórzy w to dodatkowo sami wierzą! Jak na pewno czyni to Marciniak, a prawdopodobnie czyniła Schucman. Pisarstwo wymaga pewnego rozchwiania rozsądku, pewnej dawki maniactwa -- inaczej wyłaniające się z umysłu fantazje byłyby natychmiast tłumione przez zdrowy rozsądek. (Sam znam ten ból - że są tłumione :)
Więc ta granica lub "banda" istnieje również w umyśle autora, pisarza. (Jego/jej problem?)

U czytelników zaś problem taki, że dobry obyczaj naszej kultury wymaga jasnego oddzielenia fikcji od prawdy. Brak tego jasnego oddzielenia, gra z czytelnikiem, że "być może uwierzysz w to co ja piszę" musi być adresowana do słabszego partnera (normalny partner czyli czytelnik nie da się nabrać, włączy mu się ostrzegawczy dzwonek) -- a tym słabszym partnerem stają się np. dzieci, młodzież i ludzie niewykształceni i nieoczytani. W sumie jeśli autor stawia na takich czytelników, to to, co robi, podobne jest do uwodzenia nieletnich albo do nadużywania (takiego lub innego) upojonych alkoholowo.
Dobry autor nie pożywia się na takich czytelnikach w ramach takiej literackiej gry.

Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)