Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

08 grudnia 2018

Paweł Droździak

z cyklu: Psychologia i polityka (odcinków: 45)

Winter is coming. Cz. 4: Marsz dla klimatu


« Winter is coming. Cz. 3: H.G. Wells recenzuje Energiewende Winter is coming. Cz 5: 13 grudnia »

Oryginalnie pod tym samym tytułem na stronie Autora. W Tarace za uprzejmą zgodą.

Czy marsze mogą zmienić cokolwiek? Zależy, czy wie się, dokąd się idzie. Jeśli jeden człowiek wie, dokąd zmierza, jeśli to wie naprawdę dokładnie, może dojść do czegoś i osiągnąć wielkie rzeczy. Może też nic nie osiągnąć i nie dojść nigdzie, albo nawet popaść w poważne kłopoty, ale dzięki temu, że wie dokładnie dokąd zmierzał, potrafi to przynajmniej rozróżnić i poddać refleksji. Jeśli natomiast wiele osób, nawet miliony, idzie razem, ale nie wiedzą dokąd i cieszą się z tego tylko, że ich tylu przyszło, nie różni się to wiele od włóczęgostwa. Można iść tu, można ówdzie, głównie się idzie za pozostałymi, a w sumie później na przystanek, albo na dworzec, jeśli ktoś po to, by przejść się, z daleka przyjechał. Chodzić tak donikąd można raz po raz i im więcej ludzi, tym więcej radości, jest to jednak radość z kręcenia się tu i tam, krzycząc chórem różności, nie wie się bowiem wcale, czego się chce, ani nie wie się, czy zebranych coś łączy prócz pragnienia masowego ciepła.

Z zasady nie chadzam więc na żadne marsze, ten akurat, marsz dla ratowania klimatu, jest jedynym, na którym rozważałbym, czy się pojawić. Ostatecznie jednak stało się tak, że tam nie będę. Po części z powodu ważnych spraw, tych bowiem zawsze mam nadmiar, po części jednak dlatego, że nie mogę mieć pewności, czy marsz wie, dokąd idzie, czy marsz nie wie, a nawet gorzej jest, bo podejrzewam, że nie wie i podejrzenie to jest nader poważne. Dokąd mam iść wiedziony ku niewiadomemu? Czy pamięta ktoś jeszcze Ijona Tichego, bohatera wielu opowieści Lema, między innymi bohatera książki Kongres futurologiczny? Ijon Tichy w Kongresie nie chciał brać udziału, pojechał jednak, czuł bowiem, że się tego po nim oczekuje. W efekcie znalazł się w świecie przyszłości naprawdę. W świecie przyszłości, który rzeczywiście był światem fantasmagorii. Dokąd ostatecznie zmierzamy? – bohater Lema kończy patrząc na liść, poruszany strumieniem wody. Liść biegnie w niezbadaną przyszłość. Nic nie wiadomo.

I tutaj podobnie. Oto widzę akcję internetową, o nazwie, jeśli pamiętam „CO2 i co?” i w sumie jest przyjemnie, sporo znanych osób sympatycznych bardzo, aktorzy których lubię, ale pytanie „i co?” o tyle się zdaje zasadne, że właśnie nie wiadomo co. Domagają się podpisania petycji. Petycja jest za tym, żeby zamknąć Kozienice jakie znamy i wprowadzić „technologie, które nie emitują CO2”. Ale jakie technologie nie emitują CO2, tego już nie mówią. Nikt nie mówi, bo jedyną technologią nie emitującą CO2 jest energia atomowa, a o tej mówić nie wolno. Widzę jak partia Zieloni domaga się, by od projektów budowania elektrowni atomowych odejść jak najszybciej i zastąpić to wszystko OZE i cóż można na to powiedzieć?

Jeśli naprawdę jest tak, że zmiany klimatu wywołujemy emisją dwutlenku węgla, rozwiązaniem jest redukcja emisji. Tak zwane „odnawialne źródła energii” nie redukują emisji CO2. Czyli nie są rozwiązaniem. Dzieje się jednak tak, że mimo, iż wszyscy to wiedzą, nikt tego nie wie. Psychoanalityczny termin „wiedziane-niewiedziane” jest tu przydatny jak nigdy. Idzie marsz, ale dokąd w sumie? Też nie wiadomo.

Przyjmijmy, że emisja CO2 jest problemem. Dlaczego nie możemy go rozwiązać? Bo nie możemy. Dla wszystkich wzruszonych faktem, że w Biedronce od niedawna płacą za reklamówkę podaję – emisja CO2 wciąż rośnie. Emisja wciąż rośnie, mimo kolejnych klimatycznych zbiorowych szczytowań. Wiele przyczyn już tu omówiłem, główna zagadka pozostaje jednak wciąż nierozwiązana. Czy naprawdę z technicznego punktu widzenia ludzkość nie mogłaby wyprodukować energii potrzebnej do życia bez emitowania CO2 do atmosfery? Problem w ogóle nie leży w tym miejscu i dlatego temat globalnego ocieplenia jest dla psychoanalizy tak interesujący. Bo emisja CO2 tak naprawdę w ogóle nie jest problemem technicznym. Jest to problem mentalny.

Globalny biznes nie zmienia swoich technologii, jeśli nie zmuszają go do tego koszty, a emisja CO2 rozkłada koszty na całą populację, więc biznes sobie ich nie uświadamia. Dlatego rynek nigdy sam z siebie emisji nie zredukuje. Jedyną siłą mogłaby być siła świadomej regulacji, czyli przeciwwaga dla „niewidzialnej ręki rynku”. Jednak ta siła świadomej regulacji zupełnie tutaj nie działa. Nawet gorzej. Dzieje się tak, że wszelkie próby regulacji prowadzą do efektów dokładnie przeciwnych, niż zamierzone.

Histeryczne domagania wprowadzenia biopaliw doprowadziły do ekologicznej i ekonomicznej katastrofy. Gigantyczne subsydia dla tak zwanych „odnawialnych źródeł energii” określanych skrótem OZE nie spowodowały jakiegokolwiek spadku emisji, czego przykład Niemiec dowodzi najbardziej niezbicie, bowiem Niemcy zapłacili tu najwięcej i ewidentne jest, że ponieśli tu kompletną klęskę. Jeśli chodzi o paryskie porozumienia klimatyczne, jedynymi krajami, które dotrzymały zawartych tam obietnic są Maroko i Gambia. Wszystkie inne kraje oszukują, lub wyłamują się otwarcie. Czemu akurat Maroko i Gambia nie oszukują? Nie mam pojęcia. Nigdy nie byłem w Gambii, ale nieźle zwiedziłem Maroko i doświadczenia tam zdobyte każą mi podejrzewać, że nie ma na świecie osoby znającej odpowiedź.

Sekwestracja dwutlenku węgla nie działa na skalę globalną. Magazynowanie energii ze źródeł takich jak wiatraki i panele słoneczne nie działa także. Energia uzyskiwana z tych źródeł nie daje się przechowywać, a same te źródła są zależne od pogody. Oznacza to, że każda jednostka energii z nich uzyskiwana musi mieć odpowiednik w postaci energii ze spalania paliw, bo nie da się korzystać z energii, której dostawy nie gwarantują ciągłości. Firmy, które próbują opracować metody przechowywania energii na potrzebną skalę bankrutują jedna po drugiej. Pomysły elektryfikowania samochodów nie mają sensu i od początku jasne było, że go nie miały, a mimo to wciąż się je rozwija, co doprowadza już nawet, jak we Francji, do poważnych społecznych protestów. Co zostaje? Zostaje energia atomowa. Jedyne pewne źródło, które jednak prawie wszyscy ekolodzy odrzucają. Odrzucają, ale nie podejmują dyskusji, ponieważ ich odrzucenie nie ma podstaw merytorycznych, a mentalne. Sama idea dysponowania potężną siłą jest nieznośna, a idea, by ta potężna siła była jednocześnie tą samą, która się daje wykorzystywać militarnie, jest nieznośna jeszcze bardziej.

Czemu energia atomowa nie jest brana pod uwagę w ekologicznych dyskusjach? Bo w latach sześćdziesiątych byliśmy słusznie przeciw atomowej bombie, a większość ludzi przejętych ekologią marzy o tym, by wsiąść w wehikuł czasu i polecieć na Woodstock. Mieć Volkswagena ogórka i pojechać do Indii. Well well... Czy jest ktoś, kto by nie oddał najlepszego smartfona, by na Woodstock przeżyć jeden dzień? Ja bym oddał. Każdy by oddał. A oni byli przeciw bombie i nie możemy ich zdradzić. Też jesteśmy przeciw. Nie ma innego powodu. Bycie zwolennikiem energii atomowej nie pasuje do stylu. Przeciw energii atomowej są aktorzy i piosenkarki. Nie zostaniesz piosenkarką, jeśli myślisz o tym jakoś inaczej. Co o tym sądzi ta, lub inna modelka? Nie wie nawet, jak jest potężna. Nie ma znaczenia, co myślą naukowcy. W rękach modelki dziś jest nasze życie. Jeśli ona powie, że energia atomowa jest dobra, może się pojawić jakaś szansa. Jeśli będzie przeciw, zginiemy. Stanowisko modelki, aktorki, czy kogokolwiek innego w tym rodzaju, to mocny argument. To jej głos przeważy. Ale jak to się stało?

Żyjemy w czasach, w których aktorów pyta się o politykę, muzyków o ekologię, malarzy o demografię, a sportowcy tłumaczą jak naprawić światowy system bankowy. Lekarzem jest każdy. Wypowiedzi tych ludzi są cytowane i całkiem poważnie dyskutowane. To absolutnie niezwykłe. Jak to mogło się zdarzyć, że wypowiedź aktora, lub muzyka na temat polityki, ekologii, lub demografii jest traktowana na równi z wypowiedzią eksperta od danej dziedziny, a nawet jest znacznie ważniejsza? Jak to się dzieje, że kogoś w ogóle obchodzi, co na takie tematy myśli malarz? Wszyscy ci ludzie są z pewnością przemili i mają najlepsze chęci. Ale czemu ktokolwiek, pytając ich o zdanie upewnia ich, że mają jakąś wiedzę?

To wina wielu rzeczy. Każdego nauczono czytać i pisać. I dobrze, ale korzystamy z tego nie bacząc, że słowo pisane powinno mieć jakąś wagę. W czasach dawniejszych, by umieć coś napisać, trzeba było przejść długą drogę, wiadomo więc było, że jeśli już coś napisano, czynił to ktoś, kto ma najlepszą wiedzę, jaką w danej epoce mieć można. To nie musiała być prawda w świetle naszej wiedzy dzisiejszej, ale była to najbardziej rzetelna wiedza, jaką wówczas dysponowała cywilizacja. Bo czytać i pisać umieli nieliczni. Dziś to już nie działa.

Po drugie – kwestia praw. Prawa człowieka, szczytowe osiągnięcie cywilizacji Zachodu, bez jakiegokolwiek odpowiednika nigdzie indziej na planecie, ma oczywiście, jak wszystko, swoją ciemną stronę. Skoro zakładamy, że ktoś ma prawa, to jakby automatycznie zakładamy też, że nie jest idiotą. Inaczej bowiem jest jasne, że ze swych praw nie skorzysta dobrze, a zatem może nimi sobie sam zaszkodzić. Aby podtrzymać wiarę w to, że jego prawa mają sens, musimy założyć, że ma on swój rozum. Skoro więc ma i prawo i rozum (tak się założyło), to ma i prawo mówić. A jeśli już powiedzieliśmy, że ma prawo mówić, to przecież nie po to, by powiedzieć, że ma prawo gadać od rzeczy, bo tak mówiąc sami czulibyśmy się jakoś nieswojo. Na cóż by było mu prawo mówienia, gdyby nic do powiedzenia nam ważnego nie miał. Chcąc więc zachować logiczną spójność idei ludzkich praw, godzimy się, że dowolny człek, spytany o coś, całkiem nie bredzi.

Tu jednak włącza się system samoregulacji, który prowadzi do formy najbardziej spaczonej. Każdy uczestnik tego bezprecedensowego cywilizacyjnego eksperymentu czuje bowiem wewnętrznie, że nie ma pojęcia o niczym i sam sobie żadnej prawdy wyznaczyć nie zdoła. Co zatem robi? Szuka. Szuka kogoś, kto mu powie. Im więcej słyszy o tym, że ma pełne prawo do własnego zdania i że każde ze zdań równoprawne, tym bardziej gorączkowo szuka kogoś, kto mu powie, jakie to zdanie ma być. Kogo znajdzie? Wedle jakich kryteriów będzie szukał?

Wedle równościowych. Skoro już bowiem uznano, że rozum ma każdy, nie będzie nasz bohater szukał wedle kryterium rozumu, nie ma bowiem w tym świecie czegoś takiego, jak głupiec. Głupiec w świecie równych praw byłby postacią wielce niepokojącą, usunięto go więc z imaginarium. Nikt już nie jest dyletantem. Zna się każdy, gdyż do własnej opinii każdy ma równe prawo. Dyletant mając prawo do opinii, ma prawo tylko do opinii głupiej, aby więc uniknąć groteski, usunęliśmy wiedzę o tym, że się niektórzy na pewnych rzeczach nie znają.

Według jakiego zatem kryterium ma szukać człowiek kogoś, kto mu prawdę powie? Wedle emocji. Rację ma osoba, która wzbudza najwięcej emocji słusznych. Stąd zresztą wyścig coraz intensywniejszy po laur osoby najmocniej przez los pokrzywdzonej, bowiem ten, komu jest najgorzej, a wina jego w tym najmniejsza, racji ma najwięcej na każdy z możliwych tematów. Z prostej przyczyny. Jeśli jest nieszczęśliwy, a mu zaprzeczysz, będzie jeszcze bardziej nieszczęśliwy. Oczywiste jest więc, że lepiej nie przeczyć, nikt zatem nie przeczy. Szlachectwem jest więc status ofiary. Na drugim miejscu są ci, którzy się najmocniej nad ofiarą ulitowali i tak właśnie dziś się ustala, kto ma rację. Jeśli to brzmi abstrakcyjnie, posłużę przykładem.

Jak sprzedać biopaliwa? Co to w ogóle jest? Bierzesz powiedzmy, rzepak i robisz z niego olej, który w ilości kilku procent dolewasz do benzyny, dzięki czemu ropa ma się skończyć na Ziemi o pięć procent później. Każdy geolog, podobnie jak każdy specjalista od silników natychmiast powie, że nie ma chyba idei bardziej absurdalnej. Ale ich nikt nie będzie pytał. Najpierw bierzesz aktora. Aktor lituje się nad misiami koala, które mają coraz mniej miejsca i robi sobie z nimi zdjęcia. W ten sposób zapamiętujemy, że ten aktor jest dobry. Nie w sensie, że to dobry aktor, to bowiem byłoby zbyt staromodne. Chodzi o to, że ten aktor jest dobrą osobą. Następnie ten aktor mówi, że oprócz misiów koala martwi go też to, że na planecie może skończyć się ropa i on się zastanawia, z czego jeszcze by można ją robić i on się martwi, czemu się nikt nie martwi (koala, cmok). Na to pojawia się muzyk, który mówi, że jego dziadek robił z rzepaku jakąś substancje poważną i było to mocne, a żył długo i do końca miał się dobrze. W to się włącza modelka, która kręci głową i zastanawia się, jak to ci panowie, co kręcą wydobyciem ropy, mogli zrobić, że przez tyle lat nikt nie wpadł.. I tak dalej. Po miesiącu każdy, kto śmie mieć wątpliwości co do idei biopaliw, natychmiast gdy się odezwie dostanie takie ilości moralnych pouczeń, że pożałuje, że się w ogóle urodził.

I dopiero w tym miejscu się włączają inżynierowie od silników i paliw. Nie wcześniej. Czy ktoś ich pyta, co myślą? W żadnym wypadku. Pytanie do silnikowca brzmi: czy potraficie zrobić silniki, które by to wytrzymały? Łatwo przewidzieć, co odpowie. Nowe silniki, na takie paliwo? No w sumie jak chcecie, to czemu nie..? Jak podczas wojny nie było już ropy, to robiliśmy jakieś takie silniki na gaz drzewny i może bez rewelacji, ale jakoś to chodziło. Kubelwagen taki był... Nawet małe czołgi. To można i na rzepak... Pewnie są gdzieś jeszcze na strychu plany tych starych silników, to się trochę przerobi i w miarę szybko możemy dostarczyć wam nowe modele. Te stare diesle oczywiście będzie trzeba wyrzucić, ale każdy, kto do nas zda starego diesla, dostanie zniżkę. A w ogóle tego.. Jak wyjdzie jakoś drogo taki silnik, to może załatwicie do tego jakieś dopłaty? Byłoby łatwiej..

Co powie fachowiec od paliw? No jak chcecie dolewać tego czegoś do tej benzyny, to możemy zrobić taką benzynę, która to wytrzyma. Będzie trochę droższa, bo trzeba będzie więcej ropy do niej dołożyć, ale niewiele więcej. Jakieś pięć procent. Z tym, że damy zniżkę, o ile załatwicie jakieś dopłaty. Oczywiście bez nich też byśmy dali zniżkę, ale z dopłatami byłoby łatwiej...

Dopłaty udaje się załatwić dzięki modelce, która z nogą na nogę i misiem koala na fotelu obok zastanawia się, czemu panowie posłowie tak długo zwlekają z tymi dopłatami. Posłowie dłużej nie zwlekają, bo zachlipanej modelce nie można się oprzeć, naród czym prędzej rzuca się więc uprawiać rzepak. Rżnie lasy do spodu, zdjęcia satelitarne są całe na żółto, złomowiska puchną od starych diesli, po ulicach zielono żółte taksówki wożą do wegańskich knajp młodzianków na mocy rzepaku.. Jest dobrze.
Po trzech latach w telewizji pojawia się spłakany aktor, ten od misia koala i mówi, że w sumie to chyba jest ostatni miś, bo nie ma już w ogóle żadnego lasu. Cały las ludzie wycięli na ten jakiś rzepak, do tych wielkich rafinerii, co to ich ostatnio tyle postawiono i on się zastanawia, jak to się dzieje, że w dzisiejszych czasach kiedy jest tyle społecznych kampanii uświadamiających wagę problemów, bo on sam bierze udział w tych kampaniach, a biznes mimo to wciąż potrafi być tak nieodpowiedzialny. I na to włącza się muzyk, że jego dziadek w czynie społecznym drzewa sadził i teraz proszę, jakie wielkie wyrosły, jakie to grube pnie, na co się włącza modelka, że sformułowanie przedmówcy o tych niby pniach wprawdzie się wydaje nieco niestosowne, ale ona wierzy, że jest przypadkowe, bo generalnie empatyzuje tu z muzykiem, gdyż też się czuje pokrzywdzona w pewien sposób...
Akcje rzepakowców spadają do poziomu zero i zaczyna się nowy rozdział. Na przykład wiatraki. Których dokładniej z braku czasu nie omówię, opowiem za to trochę o samym czasie, bo to ważne.

W dniu swych pięćdziesiątych urodzin przyjąłem dawkę promieniowania, równą tej, którą bym otrzymał, stając dość długi czas na samym reaktorze jądrowym typu czernobylskiego. To około dwudziestu milisiwertów. Taką sama dawkę promieniowania otrzymałem tydzień później. Spokojnie jednak. Przyjaciele nie mają powodu się smucić, a wrogowie nie muszą się cieszyć, bo nic mi nie jest. Jestem zdrów jak ryba, przynajmniej o ile wiem, a promieniowanie przyjąłem dlatego, że po prostu leciałem samolotem. Dość daleko. Każdy człowiek, który leci samolotem pasażerskim ponad trzy godziny, dostaje dawkę około 10 μSv. W moim przypadku to było prawie dwadzieścia.
Porównanie z Czernobylem wypada tak właśnie, że trzeba by wleźć na sam reaktor i postać tam pewnie ze dwadzieścia minut. Jeśli byśmy odwiedzili Fukushimę w czasach, gdy działała, musielibyśmy pewnie krócej stać, niż w Czernobylu, bowiem reaktor z Fukushimy robiono w starszej technologii i był też znacznie starszy, niż radziecki. Jakieś dziesięć lat starszy.
Każdy, kto lata samolotami regularnie w interesach, unosi się do górnych warstw atmosfery, gdzie ochrona przed promieniowaniem kosmicznym jest słabsza i regularnie przyjmuje przez to niewielkie dawki. Takie, jakie otrzyma stojąc na reaktorze przedpotopowej atomowej elektrowni. Piloci otrzymują tego mnóstwo, kolekcjonerzy mil powietrznych podobnie. Ja z powodu słabości do kite-surfingu dostałem jakieś 40μSv. W ciągu całego roku może to być w moim przypadku nawet ponad sto milisivertów, tak pod każdym względem ekstremalnym sportem jest bowiem kite-surfing. To mniej więcej dwa razy tyle, ile jest przy samym zbiorniku na odpady ze starego czernobylskiego reaktora. Bo tam jest pięćdziesiąt.

Czy ktokolwiek wie, że przyjmujemy tak potężne dawki? Nie. I nikogo to nie obchodzi, bowiem wszelkie nasze działania toczą się jedynie wokół symboli i w wyobraźni. W ostatnim wpisie wspominałem, że pewne grupy próbują w odniesieniu do klimatu stosować te same narzędzia, które stosują zawsze. Głównie narzędzie moralnego szantażu. I tak jest. Czemu dotychczasowe ekologiczne inicjatywy są tak chybione? Bo nie ma możliwości racjonalnego ich dyskutowania. A nie ma go, bo dyskusja na temat energii atomowej przebiega wedle tych samych wzorców, wedle których toczyła się dyskusja na temat biopaliw. Nie jest ważne, kto ma argumenty. Ważne jest, kto skuteczniej wywoła poczucie, że druga strona jest amoralna. Czy gdyby nie zlikwidowano energetyki atomowej, mielibyśmy w ogóle problem z emisją CO2? Trudno powiedzieć. Ale będziemy to rozważać w kolejnych odcinkach.

Psychologia i polityka: wstęp na końcu

Re-publikowane z bloga Autora pod tym samym tytułem.


« Winter is coming. Cz. 3: H.G. Wells recenzuje Energiewende Winter is coming. Cz 5: 13 grudnia »

komentarze

1. Pełna zgoda • autor: Nierozpoznany#101892018-12-09 09:32:35

Panie autorze. Nawet powiem więcej. Jeśli chodzi o te mikroSiverty to były badania  chyba w USA, że dawka trochę większa niż promieniowanie tła - jakieś 400 mikro Sivertów wydłuża życie (badanie statystyczne na ludziach). Okazuje się ,że choć promieniowanie uszkadza komórki, to znacznie skuteczniej uszkadza komórki chore ,na przykład rakowe niż zdrowe. Dlatego działa ono - w pewnych dawkach - korzystnie. Co do reszty artykułu... Energia elektryczna non stop płynąca jest potrzebna w zasadzie tylko "dla przemysłu"  który ma procesy takiej energii potrzebujące. Kowalski ,żyje rytmem dobowym  i rytmem rocznym. On nie musi mieć żelazka zasilanego w nocy. Więc wyeliminowanie takich dostaw energii uderzyło by .. w korporację i czterobrygadowy system pracy. A bez korporacji  nie da się "budować kapitalizmu" i "demokracji".  Bez energochłonnego przemysłu i samochodów nie da się sprzedawać ropy i nie da się utrzymać waluty na jej zakupy. I to jest istota eliminacji energii atomowej i braku rozwoju technologii przez ostatnie 70 lat. Bo poza miniaturyzacją elektroniki NIC się nie zmieniło od 1945. Zmiana technologiczna (prawdziwa ,przełomowa) oznaczała by utratę władzy.  

2. Minusy elektrowni atomowych • autor: Ylvaluiza2018-12-11 00:31:06

Nie wiem, na czyje zlecenie był realizowany film dokumentalny, który kiedyś oglądałam, ale pamiętam, że dowodzono w nim, że elektrownie atomowe: po pierwsze sprawiają kłopot ze składowaniem dużej ilości radioaktywnych odpadów, po drugie ich czas żywotności jest stosunkowo krótki, a potem nie wiadomo, co z nimi począć, bo ich demontaż jest skomplikowany i trwa wiele dziesiątek lat. Po trzecie, reaktor jądrowy nawet po wyłączeniu musi być chłodzony wodą jeszcze przez kilka lat i nie wolno tego procesu przerywać, a co będzie, jeśli wody zabraknie? Wiem że w 2015 elektrownia w czeskim Temelinie musiała być wyłączana z powodu niskiego poziomu wody w rzece, która to woda potrzebna była do chłodzenia reaktora. Tymczasem przy rosnących temperaturach i malejącej ilości  opadów problemy z dostarczaniem wody będą narastać. 

3. do Ylvaluiza • autor: Nierozpoznany#101892018-12-12 18:36:50

Oczywiście ,przechowywanie odpadów radioaktywnych jest jakimś tam problemem ,ale  nie jest to odpad taki jak popiół i spaliny z węgla który po prostu jest wypuszczany do atmosfery.
Poza tym ktoś tam ostro zmyśla. Gdyby reaktor musiał być chłodzony przez kilka lat po wyłączeniu, to by znaczyło ,że działa tam perpetum mobile i można latami odciągać energię z wyłączonej elektrowni. Elektrownia atomowa pracuje z "obiegami zamkniętymi" w swoim cyklu - co najwyżej uzupełnia się wodę.

Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)