Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

26 sierpnia 2015

Katarzyna Urbanowicz

z cyklu: Prababcia mniej ezoteryczna (odcinków: 82)

Matka rodzicielka rozładunkowa

Kategoria: Obserwacje obyczajowe
Tematy/tagi: historiaobyczaje

« Wicher dmie Kobieta w delegacji – lata 60-te »

         Jestem w rozterce. Niektórzy z moich czytelników czują się niepewnie, gdy mieszam fakty z fikcją. Myślę więc o tym, jak odróżnić te obie sfery — może kursywą lub odmiennym kolorem tekstu? Jeszcze się zastanowię. Tym razem jednak nie będzie fikcji, poniższa historia nie została wykorzystana w żadnym tekście literackim, była zbyt banalna i mało widowiskowa. Ale utkwiła we mnie jak zadra. Mówi się o czymś takim, że jest to ujawnianie się archetypów w zwyczajnym, ludzkim życiu. Coś jak biblijna przypowieść bez religijnego kontekstu.

         Swego czasu pracowałam w przedsiębiorstwie transportowym o zasięgu wojewódzkim (gdy jeszcze województwo warszawskie było o wiele większe niż stołeczne dziś i miało 28 powiatów, także większych bez porównania niż dziś), gdzie zajmowałam się zabezpieczeniem towarów w transporcie przed kradzieżą i uszkodzeniem. Pół miesiąca spędzałam na kontrolach i szkoleniach w oddziałach, a z tego sporą część czasu na stacjach PKP, obserwując rozładunki wagonów i wyciągając wnioski z tego, co zobaczyłam. Jeszcze kilkakroć będę wspominała poznanych tam ludzi. Tylko jedną z tych osób wykorzystałam literacko, ale opowiem o niej innym razem.

         Na jednej ze stacji, bodajże w Żurominie, poznałam niesamowitą kobietę. Kiedy zastanawiałam się jaki tytuł nadać opowieści o niej, trafiłam na stronę o motywach literackich postaci „matka” i znalazłam ich tam bez przesady kilkadziesiąt. Pramatka, matka cierpiąca, matka poświęcająca się, matka przeklęta, matka tragiczna, matka pośredniczka, matka zbrodniarka, matka nierozumiejąca, autorytet, matka dumna, matka ojczyzna, matka bolejąca, matka spiskowców itp. itd. Takiej jednak, jaką spotkałam, nie odnalazłam, choć nawet jest matka księdza Popiełuszki i rozmaite odmiany Matki Boskiej. Nawet najbliższa kategoria spotkanej kobiety: matka poświęcająca się, dotyczyła kogoś całkiem innego:

„MATKA - OSOBA GOTOWA NA NAJWIĘKSZE POŚWIĘCENIE DLA SWOJEGO DZIECKA: Przykładem takiej matki jest jedna z kobiet, które przychodzą do króla Salomona, by rozstrzygnął spór, jaki wiodą o dziecko. Obie bardzo chcą otrzymać niemowlę, ale prawdziwa matka woli się go raczej wyrzec i skazać siebie na ból i rozpacz, niż skazać swoje dziecko na śmierć. Dlatego, gdy Salomon oznajmia, że należy przeciąć dziecko na pół i oddać każdej z kobiet połowę dziecka, jego matka prosi, by tego nie czynił. Jest to postać stanowiąca archetyp miłości matczynej gotowej na każde wyrzeczenie.”

http://www.bryk.pl/s%C5%82owniki/s%C5%82ownik_motyw%C3%B3w_literackich_gimnazjum/148947-matka.html

         Podobnie jak matka zmuszona wychowywać dzieci w trudnych warunkach (wg Jerzego Krzysztonia „Wielbłąd na stepie”), czyli patriotyczna  odmiana zapobiegliwej kobiety na stepach Kazachstanu.

         Czy jednak ta matka od Salomona zdobyła by się na to, co robiła owa wielodzietna kobieta w latach 60-tych PRL? Czy matka z Kazachstanu, nie mając wsparcia religii i patriotyzmu, trwałaby gromadząc suchary i cierpiąc bez towarzystwa męża, choć pozostając mu wierna? (Z czego wynika iż był to główny problem jej egzystencji). Żadna z tych rzeczy chyba nie była ważna dla mojej bohaterki.

Na początek trochę o realiach, które dla współczesnego młodego człowieka będą całkowicie egzotyczne, dlatego muszę poświęcić im nieco miejsca. Zwłaszcza, że odwołam się do nich jeszcze innym razem. Ich wymowa będzie też przeczyć popularnemu twierdzeniu, że za PRL się leniuchowało, a nie pracowało (czy się stoi, czy się leży... itp.), uroczyście więc potwierdzam, że nie jest to prawda powszechna, a zmyślenie albo wyjątki od reguły, rozdęte dla potrzeb politycznej interpretacji historii. Ja sama (choć umysłowa i wszyscy ludzie, których obserwowałam: umysłowi i fizyczni, w transporcie i budownictwie) ciężko pracowali, nieraz ponad siły. Niekoniecznie świadomie; zazwyczaj było to powielanie dawnych wzorców rodzinnych i społecznych. Biedni w naszej historii zawsze ciężko pracowali. Taki był ich los. Trochę to się rozjechało pod koniec epoki, ale to już nie był PRL właściwie; statyczny, zorganizowany i nadzorowany. To było pogranicze dziejów.

         Na stację rozładunkową PKP podstawiano wagony do rozładunku w określonych godzinach – 3 lub 4 podstawienia dziennie. Najtrudniejsze do obsługi były tzw. podstawienia nocne; a już, gdy rozładowywać należało towary sypkie (węgiel, nawozy luzem, na przykład nawozy fosforowe, wapno nawozowe itp. — wszystko to, co dziś sprzedawane jest w workach, w tamtych czasach przewożono luzem), brakowało ludzi chętnych do rozładunku.

         Wyobraźmy sobie przez chwilę, jak wyglądała taka praca. Pod odkryty wagon podjeżdżały tzw. wywrotki. Stojący na wagonie ludzie szuflami przesypywali jego zawartość do wywrotek. W powietrzu unosił się pył, a gdy pracownicy mieli do czynienia na przykład z wapnem nawozowym, produktem żrącym; pył osiadał na spoconej skórze i po kilku godzinach wyżerał rany, widoczne dopiero rano, po skończeniu pracy. Wprawdzie robotnicy wycierali się często suchymi szmatami, ale nie zawsze to pomagało. Za ochronę mieli jedynie rękawice robocze i drelichy. Żadnych maseczek, filtrów, żadnych płynów neutralizujących, nic z tych rzeczy. Dostawali jedynie przydział mleka i wodę lub kawę zbożową do picia. Zimą wydawano gorącą zupę z tzw. wkładką mięsną.

         Ja, spacerując nocą po stacji i notując czas pracy ekip oraz zabezpieczenia przeciwkradzieżowe i kontrolując wypełnianie dokumentacji przez kolejarzy i spedytorów (źródło największych przekrętów) rano musiałam zmieniać całą odzież. I mnie zdarzyły się nadżerki na twarzy od wapna. A przecież nie pracowałam, tylko przechadzałam się.


          Trzeba było być bardzo zdeterminowanym, żeby podejmować się takiej pracy, zwłaszcza nocą. Jednocześnie nierozładowanie wagonu w terminie 6 godzin skutkowało opłatą bardzo wysokich kar za przetrzymywanie wagonów, tzw. osiowym. Spedytorzy kierujący rozładunkiem stosowali więc rozmaite zachęty dla zwabienia pracowników do rozładunku. Czasami nawet wypłata pieniędzy od ręki, w środku nocy, nie wystarczała. Nieoficjalnie (ale za ogólną wiedzą i aprobatą) w kanciapie spedytora stały skrzynki (wówczas jeszcze wyłącznie drewniane, plastikowych nie było) z wódką, którą płacono pewnej kategorii straceńców, którzy nie mieli pieniędzy na alkohol, a jego potrzeba była tak przemożna, że równoważyła wszelkie przyszłe dolegliwości.


          Wśród tych straceńców na jednej ze stacji pracował nocami za wódkę pewien człowiek, taki drobny pijaczek, chłop dobry, ale wpływowy. Miał żonę i sześcioro dzieci i kobieta stale go męczyła, żeby brał pieniądze, a nie wódkę. Przyszła kiedyś do spedytora prosząc go, żeby płacił mężowi pieniędzmi i on się zgodził. Jednak pijaczek znalazł na to sposób. Koledzy brali dla niego flaszkę, a on im zwracał gotówkę. Na to spedytor nie miał już wpływu. W końcu kobieta zaczęła przychodzić z mężem, aby go pilnować. Początkowo pojawiała się z kilkorgiem swoich pociech po to, by odebrać przynależną mu wódkę i oddać butelkę w domu, nie chciała bowiem, by leżał gdzieś zapity między stacją a domem. Spedytor chętnie dawał jej alkohol męża, miał bowiem gwarancję, że delikwent wytrwa do końca pracy.

         Tu muszę wspomnieć o ówczesnym systemie pracy. Wagon do rozładunku otrzymywała grupa: czterech lub sześciu ludzi, w zależności od pracochłonności i wielkości wagonu (dwuosiowego lub czteroosiowego). Wypłatę (w alkoholu lub gotówce) otrzymywała grupa i spedytor nie miał nic do podziału zarobku wewnątrz zespołu. To, że żona odbierała przydział męża, nie wszystkim się podobało, naturalną więc koleją rzeczy nie każdy zespół chciał mieć tego człowieka w składzie.

         Tymczasem ona zabierała ze sobą wszystkie swoje dzieci, najmłodsze z wózkiem, koce, termos z ciepłym piciem dla niemowlaka i herbatą dla reszty, i tak, siadając na trawiastym nasypie ponad rampą, nie spuszczała oka ze swojego starego. Czasami nawet przez całą noc. Któregoś razu zgadała się ze spedytorem i postanowiła pracować z mężem i dwojgiem najstarszych synów. Młodsi też czasem pomagali, jak rozładowywano lekkie paczki. Brali cały wagon i pieniędzy nie trzeba było dzielić na innych. Za noc pracy z rodziną kobieta obiecywała mężowi flaszkę w domu i musiał na to przystać. Wychodziło taniej, bo żona kupowała na bazarze jakiś zajzajer i jeszcze rozcieńczała wodą z kranu albo kompotem truskawkowym z weków. A on, po pracy na wagonach, nie miał już zbyt wiele siły. Starczyło mu tego, co żona lała w szklankę. Czasami od nawozowego wapna na zapoconym czole robiła się skorupa, którą trzeba było zmywać razem ze schodzącą skórą i wówczas tylko bazarowa wódka ćmiła ból jej ślubnego. Ale ona umiała miarkować przydział, nie tak jak jego kumple, wypijający od razu wszystko, co zarobili. Swoje i kumpla.

         Obserwowałam ją pewnej nocy. To było doskonale zorganizowane obozowisko. Najmłodsze dzieci spały pod płachtą z koców i brezentu ze starej ciężarówki, pod opieką średnich, zmieniających od czasu do czasu dwoje najstarszych, żeby ci mogli się napić, coś zjeść i chwilę odpocząć. Kobieta nie odpoczywała. Potężna, silnie zbudowana, przed wyjściem na wagon karmiła piersią niemowlę i przynosiła z kanciapy spedytora wiadro wody. Szarą miskę emaliowaną miała własną. To były czasy pieluszek z tetry i średnie dzieciaki, po przewinięciu niemowlaka, przepierały w ręku pieluchy, rozwieszając je na krzakach. Rodzina działała jak jeden zgrany zespół, w którym każdy ma swoją rolę i bez przypominania ją wykonuje. Dniem i nocą, jak wypadło.

         Zastanawiam się czasem, co utraciliśmy, jako rozwijająca się ludzkość, w stosunku do naszych praprzodków, zwierząt. Domyślać się tylko możemy, jak żyli pierwotni ludzie, ale nie widzieliśmy ich na oczy. Kobiet takich, jak owa, spotkana przeze mnie w latach sześćdziesiątych Matka Rozładunkowa, chyba już też nie spotkamy. Czytając o rojach pszczół, dowiadujemy się o roli trutni z ulu. Mąż kobiety, także samiec-truteń stanowił dla rodziny obciążenie, nie pomoc. Jednak matka królowa roju chroniła go i pomagała mu. Był wszakże ojcem niemowlęcia w wózku. Dzieci – robotnice - pełniły swoje funkcje na miarę wieku i możliwości, dla dobra rodziny – roju. Jedna tylko jest  różnica między matką ula pszczelego a nią. Ona, poza rolą rodzicielki, także pracowała i to pracowała ciężko, ponad siły zwykłej kobiety (i to karmiącej piersią). Żyła poza czasem – bo ustrój, jaki był, taki był, ale kobietom w ciąży i karmiącym przysługiwały pewne ułatwienia, z których ona nie korzystała.

         W końcówce lat osiemdziesiątych, a więc dwadzieścia lat później obserwowałam inną rodzinę wielodzietną, tyle że dobrze sytuowaną – ojciec rodziny, rolnik, pracował kilka lat w Stanach, skąd przywiózł samochód, pieniądze na wybudowanie i wyposażenie rodziny, dokupienie ziemi i maszyn rolniczych. Wspomagał go jeszcze ktoś inny z rodziny, na stale mieszkający w Stanach, a chcący powrócić na starość i umrzeć w Polsce. Dla niego miało być przeznaczone jedno piętro tego domu.

         Rodzice byli młodzi, koło trzydziestki, z siódemką albo ósemką dzieci. Pełni życia i energii, przystojni, kochający się i korzystający z życia na miarę swoich oczekiwań. Sypialnia, papierosy, litry kawy, telewizja i krótkie wypady po nieskomplikowane zakupy, samochodem z automatyczną skrzynią biegów, której obsługi trudno było pani domu się nauczyć. Zawsze gdzieś wypadała z drogi.

         Ich dzieci były równie doskonale zorganizowane, jak dzieci tamtej kobiety. Miały podział obowiązków, który funkcjonował z automatu. Nikt o niczym im nie przypominał, do niczego nie zaganiał. Od rana pracowały cały dzień dwie pralki. Niemowlak był ustawicznie noszony na rękach i zabawiany nie przez to, to przez inne dziecko. Co rano dzieci obierały wiadra ziemniaków i krojono je na frytki oraz smażono na oleju cały dzień. Zawartość szafek kuchennych w tej rodzinie to z pięćdziesiąt flaszek najtańszego oleju, ze dwadzieścia słoików kupnego dżemu wiśniowego i rzędy paczek kawy. Tudzież papierosy, oczywiście. I parę flaszek wódki. W tej rodzinie nie jadano raczej niczego innego.

         Czasami mąż szedł do własnego stawu i przynosił rybę, ale żona kazała mu ją z powrotem odnieść. – Kto to będzie skrobał, czyścił i w ogóle jadł  – pytała. Wszyscy wolą frytki. W przerwach jedzono chleb z dżemem wiśniowym, choć pod własną jabłonką i śliwą gniły owoce. Ludzie ci robili wrażenie szczęśliwych. Trzynastolatek jeździł traktorem orząc, co było do zaorania, i był z siebie dumny, a dumę tę podsycał ojciec, pijąc kolejną filiżankę kawy. To już była zapowiedź nowych czasów - gdy kobiety myślą o sobie, a nie o roju.

         Kiedy szukałam w internecie stosownego obrazka dla ukazania ciężkiej pracy wielodzietnej kobiety w latach sześćdziesiątych, początkowo wyskakiwały mi zdjęcia mamusiek przy komputerach albo za kierownicą samochodów osobowych. Istotnie, ciężko pracujące są dzisiejsze mamusie! Modyfikacja zapytania nic nie dała, dopiero gdy zmieniłam zapytanie na rozładunek wagonów, coś udało mi się znaleźć. Ale, niestety, żadnej kobiety w takiej sytuacji. Musicie więc sobie resztę wyobrazić.          

         Chociaż i ja, jako obserwatorka i autorka rozlicznych instrukcji z nich wynikających też miałam swoje rozrywki. Dla kontrastu opowiem kilka anegdot:

         Czasami na stację przyjeżdżały transporty z wódką. Były specjalnie chronione przez milicję; radiowozy kursowały na trasie stacja/miasto całą noc. Kiedyś zderzyły się dwa takie radiowozy i ulicę zasłały całe połacie szkła ze stłuczonych butelek. Niestłuczone szybko ktoś sprzątnął, zanim milicjanci zorientowali się w sytuacji i nieco przetrzeźwieli.

         Pewnego razu na jakiejś stacji upił się spedytor. Miał z robotnikami rozładunkowymi na pieńku, więc zemścili się. Pijanego jak bela wsadzili do wagonu, który wracał do Czechosłowacji, zabrali mu plombownicę i założyli plomby celne na wagon. Z tego powodu wagon przejechał bez kontroli przez granicę. Kiedy spedytora odkryto w głębi obcego kraju, sądzono początkowo, że jest szpiegiem. Aresztowano go, odbył się proces; nie wiem, czy i jak go ukarano, ale wrócił do Polski dopiero po roku. Tu znowu go aresztowano i odbył się kolejny proces...

         Wspomniałam o plombach celnych i innych. Spedytorzy mieli plombownice, ale nie było zbyt trudnym podrobienie takich plomb. Nie były to żadne ołowiane wyciski, jak myślicie. Do drutu przyspawany był kawałek blaszki, do złudzenia przypominający kapsel od butelki (i często nim zastępowany) wypełniony plasteliną, w którą wciskano drugi koniec drutu. Potem w plastelinie odciskano wzór. Urzędowo nazywało to się „plomby nieczytelne” i nie zawsze oznaczało złodziejstwo. Odbioru wagonu dokonywano komisyjnie, przedstawiciel kolei i spedytor oraz tzw. „czynnik społeczny” czasami nazywany też „bezstronnym świadkiem”... Ale jakim niezainteresowanym i bezstronnym świadkiem mógł być robotnik rozładunkowy? Za swoje „niezainteresowanie” coś tam zazwyczaj otrzymywał w naturze.

         Zdarzało się, że wagony przybywały na stację nieco przed urzędową godziną podstawień, więc stały jakiś czas zanim pojawiła się bezstronna komisja. Kiedy jednak komisja stwierdziła nieczytelne plomby, czas przeznaczony na rozładunek bez groźby zapłacenia „osiowego” wydłużał się. Często więc w krzakach porastających otoczenie rampy czaili się pracownicy spedycji zajmujący się unieczytelnianiem plomb.

         Najskuteczniejszym w tropieniu złodziejstwa na stacji był pewien dwudziestoletni chłopak zatrudniony jako referent do spraw szkód i braków po tym, gdy zrezygnował z bycia księdzem. Wołał delikwenta złapanego na kradzieży do siebie do biura i prawił mu prawdziwe księżowskie kazanie. Kilku takich miałam przyjemność wysłuchać. Groził im piekłem i karami boskimi, apelował do sumienia, stawiał przed oczy postać Chrystusa, który cierpiał i umarł na krzyżu za takiego łajdaka, jak delikwent, wyciągający za sprawą szatana ręce po cudze. Niektórzy, gdy zobaczyli go na stacji, od razu odkładali skradzione dobro. Był skuteczniejszy niż milicja (która sama miała niejedno za uszami, zwłaszcza nadzorując rozładunki cenniejszych towarów).

         Zdarzały się też dziwne, niezrozumiałe wręcz przypadki. Niektóre wagony ciężko się otwierały, zwłaszcza zimą, gdy drzwi przymarzały. Kiedyś żadne sposoby na ich otwarcie nie pomagały, ani podgrzewanie prowadnic, ani ostukiwanie ich czy też podważanie. Czas naglił, więc zastosowano rozwiązanie ostateczne: zaczepiono o drzwi linkę holowniczą z drugiej strony przyczepioną do ciągnika. Była noc, a od latarni spory kawałek. Nikt nie wiedział, jak to się stało: przypadek, ludzka złośliwość czy coś innego. Ciągnik dodał gazu i... znalazł się w rowie. Z drugiej strony liny przyczepione były nie drzwi, a drugi ciągnik.

         I jeszcze jedna historia, całkiem już siermiężna – o tym, jakie w tamtych czasach robiło się przekręty. Na jednej ze stacji niektóre magazyny PZGS (Powiatowy Związek Gminnych Spółdzielni) były rozmieszczone wzdłuż rampy kolejowej, a więc nie potrzeba było przy rozładunku transportu samochodowego, starczyli ludzie z taczkami. Wszystko odbywało się w polu widzenia: rozładunek wagonu i załadunek taczek i dlatego liczenia taczek dokonywano w drzwiach magazynów. Spedytor wieszał tam wielki kawał pakowego papieru i na nim rysował kopiowym ołówkiem (dla ochrony przed deszczem) tzw. płotki: cztery kreski przekreślone piątą (pięć taczek) oraz tzw. bramy – łuki łączące każdą piątkę z kolejną w dziesiątki. Jednak robotnicy byli sprytniejsi od niego. Czasem ktoś zawołał, on odwrócił głowę i zaraz wyrastały obok dodatkowe kreski. Dla ukrócenia tego oszustwa przed pracą sprawdzano kieszenie robotników i odbierano im ołówki kopiowe.

         No i na zakończenie inny smaczek. Jak myślicie, co było w końcu lat sześćdziesiątych najbardziej chodliwym towarem podatnym na kradzieże? Wódka? Też, ale nie za bardzo, zwłaszcza że dostawy odbywały się raczej transportem samochodowym. Najczęściej wagony okradano z... papieru toaletowego.

         Z perspektywy czasu dziwi fakt, że niektórym ludziom chciało się jeszcze pracować. Zwłaszcza zaś kobietom i dzieciom.


Korekta przez: Radek Ziemic (2015-08-28)



« Wicher dmie Kobieta w delegacji – lata 60-te »

komentarze

1. władza nie pozwala odpocząć • autor: Jerzy Pomianowski2015-08-26 19:21:57

Często widuję ciężko pracujących, starych, i bardzo starych ludzi. Na budowach, w sklepach, lub niszczących kosiarkami zieleń w mieście. To coś nowego, jeszcze parę lat temu nie występowało.
[foto]

2. Województwo? • autor: Wojciech Jóźwiak2015-08-27 09:55:52

>>> "gdy jeszcze województwo warszawskie było o wiele większe niż stołeczne dziś i miało 28 powiatów, także większych bez porównania niż dziś"

-- ?
Przecież dawne województwo warszawskie było mniejsze niż obecne mazowieckie, bo nie obejmowało Radomia, Kozienic itd. Z powiatami różnie było/jest. Województwa "stołecznego" teraz nie ma i nie pamiętam, żeby było :)
[foto]

3. ...Co nie wpływa... • autor: Wojciech Jóźwiak2015-08-27 10:04:04

...na naturalistyczno-literacki urok tej opowieści, a nawet czyni czas i miejsce narracji tajemniczo zagadkowym.
[foto]

4. Mam na myśli • autor: Katarzyna Urbanowicz2015-08-27 10:32:19

Mam na myśli województwo sprzed reformy w 1973 roku. Istotnie było tam 28 powiatów a m.in.powiat Siedlecki, który dziś jest odrębnym województwem. 

https://pl.wikipedia.org/wiki/Wojew%C3%B3dztwo_warszawskie_(1945-1975)



[foto]

5. Województwo stołeczne • autor: Katarzyna Urbanowicz2015-08-27 18:06:11

Z Wikipedii: https://pl.wikipedia.org/wiki/Wojew%C3%B3dztwo_warszawskie_(1975-1998)

 „Od 1 czerwca 1975 do 26 maja 1990 nosiło nazwę województwo stołeczne warszawskie[1][2], a w 1999 zostało włączone do województwa mazowieckiego”

[foto]

6. Niesamowita historia • autor: Michał Mazur2015-08-27 20:54:23

Matka Rozładunkowa, Matka Polka - i cała specyfika ówczesnego transportu oraz pracy, kwestie obyczajowe. I spedytor, wysłany do Czechosłowacji jako ładunek - bomba, jak dla mnie.

Oraz to specyficzne podejście do BHP - którego właściwie nie było. Zresztą do dziś są ogromne różnice między np. Polską a Anglią w tym temacie. Sam kiedyś koło 2008 roku pracowałem na takiej bazie transportowej, gdzie utrzymywały się jeszcze pogłosy stosunków pracy rodem z PRL - właśnie takiej pracy, ciężkiej, z narażeniem zdrowia - a niekoniecznie w stylu "czy się robi czy się leży". Co nie zmienia faktu, że bywało u nas... ciekawie. Jak opowiadam kolegom z Anglii jakie numery u nas odchodziły, to albo są niesamowicie zdziwieni, albo w ogóle nie chcą wierzyć. A działo się, oj działo :)
[foto]

7. Drobiazgi • autor: Przemysław Kapałka2015-09-02 20:55:20

Coś nie tak z tymi województwami. Siedlce są powiatem miejskim, ale nie województwem.

A w Żurominie nigdy nie było kolei.

Ale, tak naprawdę, mniejsza o to.

[foto]

8. Siedlce i Żuromin • autor: Katarzyna Urbanowicz2015-09-02 22:08:18

Siedlce w latach sześćdziesiątych były miastem powiatowym, potem były  województwem w latach 1975-1998, obecnie są znowu miastem powiatowym.Zarówno Żuromin jak i Węgrów, Sokołów Podlaski i inne miasta, które nie miały stacji kolejowych dla ruchu pasażerskiego, miały bocznice kolejowe do rozładunku towarów. Niektóre z nich administracyjnie przypisano do różnych miejscowości ale nikt tymi nazwami się nie posługiwał, decydowała nazwa placówki spedycyjnej, a ta zawsze powiązana była z Powiatowym Związkiem Gminnych Spółdzielni - jak sama nazwa wskazuje powiązanych z powiatem. O Siedlcach możesz przeczytać https://pl.wikipedia.org/wiki/Siedlce. 
[foto]

9. Siedlce • autor: Przemysław Kapałka2015-09-03 21:34:00

Kasiu, nie trzeba mi podawać linków do wikipedii. A w Siedlcach nawet byłem.
[foto]

10. Wybacz • autor: Katarzyna Urbanowicz2015-09-04 08:21:10

Ale prostowałam tylko Twoje błędne sprostowanie. 

Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)