zdjęcie Autora

16 grudnia 2012

Wojciech Jóźwiak

z cyklu: Kolej warszawsko-wiedeńska (odcinków: 122)

Mazowsze

Kategoria: Historia i współczesność
Tematy/tagi: Mazowsze

« Haplogrupy chromosomu Y czyli męski klub, patriarchat i nowy rasizm Położenie Warszawy »

Bardzo się cieszę, że Jacek Dobrowolski zamieścił w Tarace swój artykuł o Syrenie Warszawskiej i wywiódł ją od Żmija-Wywerna księcia Trojdena (ćwierć wieku młodszego od bardziej znanego Łokietka). Artykuł – radzę zwrócić uwagę! - jest napisany z mocą. Jakby Autor przekazywał energię archetypu. Nie ma (Autor) wątpliwości, że ów symbol, a może prościej: duch, uobrazowany w figurze Syreny, jest pozytywny, chociaż, jak wszelkie obrazy mocy, bywa trudny w utrzymaniu i wymagający – co oznacza, że trzeba dołożyć starań, by mu sprostać. Syrenę pospolicie próbuje się oswajać przez infantylne zdrobnienie „syrenka”. Istnieje też anty-mit, który ja też powtarzałem – przyznaję się do winy! - jakoby Syrena była krwio- i ludożerczym chaotycznym wodnym demonem, do tej pory nieszczęśliwie niezabitym. Ale ten anty-mit można znieść, jeśli się przyjmie, że przedstawia on „ciemną stronę mocy”, którą każda prawdziwa Moc z konieczności ma, bo bez niej Mocą by nie była. (Dlatego łagodnie promienny Awalokiteśwara bywa przestawiany jako zębaty czarny Mahakala.)

Artykuł Jacka naprowadza wyobraźnię na sprawy zapominane, pomijane i niedoceniane. Czymś właśnie takim - zapominanym, pomijanym i niedocenianym – wydaje mi się Mazowsze. Książę Trojden... Zapominamy, że Mazowsze przez prawie 400 lat (1138-1526) rządziło się samo, miało własnych władców, prowadziło niezależną politykę pomiędzy Polską, Prusami, Zakonem Krzyżackim, Litwą i Rusią, zwłaszcza z tą ostatnią – z Halicczyzną, łączyły je dynastyczne małżeństwa. Było kulturowym pograniczem o wiele więcej niż jakakolwiek inna dzielnica Polski, a przez sąsiedztwo krzyżackich Prus – pograniczem niemieckim, o czym chętnie nie wiemy, bo gdzie (dziś) Krym gdzie Rzym. A zapomniane miasteczka, jak Czersk czy Sochaczew, lub dziś trzeciorzędne, jak Płock, były książęcymi metropoliami.

Niezależność i osobność Mazowsza szła w zapomnienie, bo była niewygodna - bo kłóciła się z głównym wątkiem („dyskursem”) o Polsce jednej, zunifikowanej i skupionej wokół wspólnej stolicy, mazowieckiej i polskiej, Warszawy. Gdy chodziło o wyzwolenie Polski, należało zapomnieć o dawnej osobności Mazowsza, no bo jeszcze, odpukać, Wróg zachce o tym sobie przypomnieć i zrzuci desant secesjonistów. Obawa nie całkiem nierealna, bo na etniczną Litwę przecież w końcu XIX tacy spadli i swego dopięli, skutecznie odrywając tamtą dzielnicę od Jedno-Polski.

Przetrwaniu pamięci o Mazowszu nie służyło też to, że w XIX wieku, kiedy kiełkowała Polska nowoczesna, Mazowsza nie było, zostało roztopione w Kongresówce, i znowu: wyodrębnianie się dawnej podwarszawskiej dzielnicy pozostawiłoby nie-mazowiecką resztę Kongresówki bezpańską i bezgłową – więc znowu, nie należało Mazowsza za bardzo akcentować.

Po trzecie, Mazowsze zostało zdominowane przez Warszawę, która sama jako taka wyrosła na jakby osobny stołeczny region, który pozostaje w związku z całością Kraju, ale przy którym jego macierzyste Mazowsze – niknie, blednie, schodzi do roli dostarczyciela ludzkiego zasobu dla rosnącej aglomeracji. (W czym niżej podpisany nie jest bez winy, bo sam przemigrował z Mazowsza poza-warszawskiego do stolicy).

Po czwarte, od rozbiorów żadna granica guberni, departamentu, województwa nie szła dawnymi granicami Mazowsza, i nie idzie też dzisiaj, przez co masa ludzi zwyczajnie nie wie, czy mieszka w tej dzielnicy, czy gdzieś indziej, ani nie wie, jak to abstrakcyjne Mazowsze wspominane na lekcjach historii ma skojarzyć z realnym Nieborowem lub Latowiczem (podpowiadam: obie wsie, dawniej miasteczka, SĄ na Mazowszu! Ale Radom nie.)

Zatarcie granic Mazowsza powiązało się też z wypaczeniem pojęcia „Mazur, Mazurzy, Mazury”. „Mazur” pierwotnie oznaczał mieszkańca Mazowsza. Andrzej Bańkowski twierdził, że takie miano nadali Mazowszanom Rusini Czerwoni-Haliccy, tak nazywając tamtejszych, podobno licznych tam, osadników z Mazowsza. Jeszcze niedawno, a może i teraz, bo dlaczego nie? - Mazurami nazywali podlascy Prawosławni swoich sąsiadów-katolików, dziwiąc się ich odmienności. Mazurami określano mówiących po polsku-mazowiecku mieszkańców Prus, od 16 wieku luteran, przy czym w Polsce mówiono o nich „Mazurzy Pruscy”, ale w Niemczech po prostu „Masuren”, bez przymiotników. Która to nazwa wróciła zwrotnie do Polski, przede wszystkim w Powojniu po 1945, kiedy zaczęła oznaczać tamtejszych autochtonów, a terminem „Mazury” nazwano południową część Prus, którą ZSRR podarował Polsce. (Podobne kłopoty i szaleństwa z nazwą Prusy/Preussen/Borussia pominę.) Skutek taki, że dzisiaj Polacy mają w głowach Mazury osobno i Mazowsze osobno i pewno wielu myśli, że Chopin swoje mazurki układał wspominając taflę Śniardw.

Mam wrażenie, że z tych i innych historycznych i semantycznych wirów Mazowsze wyszło spłaszczone i bezzębne. Straciło swoje „mięso” czy jak kto woli „jaja”. Albo swoje kości. Stało się istotą meduzowatą, mglistą i rozmemłaną. Dało się dopaść chandrze, pospolitości, małości. Jak z tego wyjść? - Przez BUDZENIE. Co robi w tamtym artykule o Syrenie Jacek Dobrowolski.

Kolej warszawsko-wiedeńska: wstęp na końcu

Pochodzę z Łowicza, który w 1845 roku został podpięty do Kolei Warszawsko-Wiedeńskiej. Mieszkam w Milanówku, który powstał, ponieważ Kolej Warszawsko-Wiedeńska przecięła tutejszy las.


« Haplogrupy chromosomu Y czyli męski klub, patriarchat i nowy rasizm Położenie Warszawy »

Komentowanie wyłączone wszędzie od 1 sierpnia 2020.

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)