Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.

12 lipca 2010

Stanisław Żuławski

Memetyczny trojan
O obcych korzeniach Europy. Religia jako samoreplikujący się mem

Kategoria: Religie
Tematy/tagi: chrześcijaństwoDohertymemy

Wszystkie poglądy na naturę rzeczywistości mają charakter umowny, gdyż będąc pojęciowymi abstraktami nie podlegają empirycznej weryfikacji. Dlaczego więc zawsze było i jest tak wielu gotowych zupełnie dosłownie dać głowę za tę czy inną ideę? Skąd bierze się fanatyzm każący nawracać, zabijać lub dać się zabić w imię nieweryfikowalnej idei, myślowego konstruktu, abstrakcji?
Dlaczego taką wagę przywiązuje się do poglądów? Czemu, powtarzając za Richardem Weaverem, idee mają konsekwencje?
Odpowiedź na to pytanie przyszła nie ze świata nauk humanistycznych, lecz biologicznych, a konkretnie z genetyki. Richard Dawkins, a następnie John S. Wilkins przenieśli realia walki o byt genów do świata informacji. Otóż porcję informacji przenoszoną z osoby na osobę nazywaną memem (od greckiego μιμητισμός - mimetismos)[1] skojarzono z genem i jego sposobem transmisji.

Idący przez dzieje pochód lemingów - wyznawców i misjonarzy tej czy innej religii objawionej (choć dotyczy to także ideologii np. komunizm) świadczy dobitnie o bezwzględności, z jaką memy traktują swoje nośniki. Oczywiście umysł ludzki, ten swoisty hardware, został tak zaprogramowany, by w pewnych sprzyjających okolicznościach poddać się kontroli memu. Skojarzone z tym słowo fanatyk ma znaczenie natchniony.[2] Otóż odwołując się do memetyki zamienilibyśmy to słowo na zaprogramowany, ewentualnie zawirusowany.

Idee dla swej transmisji potrzebują oczywiście autorytetu (natchniony prorok/ wizjoner/ półbóg), apostołów - misjonarzy pełniących funkcję nośników, oraz, co zupełnie oczywiste, podatnego gruntu.
Autorytet, podobnie zresztą jak osoby z pierwszego grona naśladowców musi być postacią wyjątkową, obdarzoną wglądem wewnętrznym, charyzmą i zdolnością do poświęcenia dla sprawy, czyli najczęściej nakarmienia memu własną krwią.
Jakość elity powielającej mem to jednak nie wszystko. Liczą się oczywiście zalety samego memu walczącego o przetrwanie. Aaron Lynch wyróżnił siedem czynników transmisji memu. Najważniejszy to wartości rodzicielskie, czyli rzecz oczywista dla wszystkich wierzących: im więcej potomstwa tym więcej wiernych. W parze z tym idzie wydajność rodzicielska, troska o wpojenie tychże memów potomstwu, co wiąże się z separatyzmem. Prozelityzm jest z kolei tym czynnikiem, który umożliwia przejście memu poza więzy rodzinne danej grupy. Dalej zachowawczość i ksenofobia są uzupełniającymi się wartościami; z jednej strony mem wymaga nieodrzucania go przez nośnik, z drugiej wyparcia się innych konkurencyjnych memów lub wręcz ich aktywne zwalczanie. Ostatnią parą będą czynniki poznawcze i motywacyjne. Mem powiela się lepiej, jeśli dzieje się to na drodze aktywnej, czyli zawiera on koncepcje świadomego powielania (nawracania).

Weźmy za przykład chrześcijaństwo, które doskonale spełnia powyższe cechy. Jest religią objawioną, obiecującą nagrodę w lepszym świecie. Posługuje się czarno-białą optyką świata w kategoriach swój - obcy. Monoteizm, uniwersalizm, misjonarskie zacięcie, odbiciem czego w sferze politycznej jest teokratyczne imperium z władcą będącym ziemskim pomazańcem [3] - dopełniają reszty.

Podatny grunt to kwestia czasu i miejsca. Chrześcijaństwo było znakomitą odpowiedzią na potrzeby ówczesnej rzeczywistości. Niepewny świat późnego cesarstwa skłaniał do eskapizmu. Poza tym atrakcyjna była sama oferta, dostępna dla każdego, za niską cenę dla tych którzy i tak nie mieli czym płacić; poczucie rodzinnej wspólnoty z innymi wiernymi, oraz nadzieja na zbawienie, były tym czego nierzadko brakowało innymi kultom tej epoki.

Można też odwrócić to rozumowanie: to potrzeba czasu stymuluje powstanie danego memu. Duch dziejów wydaje plon w postaci idei. Nie byłoby przecież buddyzmu, gdyby nie degeneracja kasty bramińskiej, a judaizmu czy islamu bez potrzeby konsolidacji plemion, komunizmu zaś i wcześniej chrześcijaństwa bez krachu tradycyjnego judaizmu i nadziei mesjanistyczno-eschatologicznych na wyzwolenie narodu wybranego. Tak się jednak złożyło, iż w tym ostatnim przypadku nadzieje i legendy narodu wybranego oderwały się od pierwotnego podłoża i w trakcie wielowiekowych przemian nasiąkły oczekiwaniami i mitami całego basenu Morza Śródziemnego. Nie doszłoby do tego, gdyby nie śmiały krok Pawła, aby zerwać z judeochrześcijaństwem otwierając się na pogan. W wyniku tej mutacji powstał Kościół Rzymskokatolicki.[4] Za tę cenę niebagatelnego kompromisu chrześcijanie zapłacili zdradą własnych ideałów. Katakumby i lochy zamieniono na luksusowe sale dworskie.
Chrześcijaństwo czekało na ten moment dziejowy dość długo, aż trzy wieki, będąc w dodatku retuszowane już od czasów Pawła z Tarsu a potem apologetów Kościoła, by być daniem strawnym zarówno dla Greka jak i Żyda. Historyczna rola apostoła pogan była tu chyba o niebo większa niż samego protoplasty.[5] W końcu to Paweł przetłumaczył chrześcijaństwo na język antycznych kultów misteryjnych. To on odciął się od zewnętrznych form żydowskiego folkloru. To on wreszcie zanegował wywrotowy wobec rzymskiej władzy charakter mesjańskiego mitu. Jeśli wroga nie dało się pokonać w otwartej walce jak chciały tego millenarystyczne sekty żydowskie, to należy go przekonać/ nawrócić. Być może ten genialny konwertyta, który z równym zapałem, z jakim zwalczał chrześcijaństwo, był później jego misjonarzem, dostrzegł w tej marginalnej sekcie nie wroga, lecz sojusznika judaizmu, jego upgrade, który po odpowiedniej modyfikacji genetycznej będzie znakomitym Koniem Trojańskim dla wrogiego Imperium.
Imperium nie od razu jednak połknęło haczyk. Chrześcijaństwo było na tyle nowe i obce duchowi rzymskiemu, iż władza patrzyła na nie podejrzliwie jak na potencjalną siłę wywrotową i anarchizującą. Wydawałoby się, że ten mem nie miał szans nie tylko na zwycięstwo, ale i na przetrwanie. Wielkie prześladowania [6] zdawały się to potwierdzać.
Nic tak jednak nie ożywia i spaja ruchu religijnego czy politycznego jak krew męczenników. Wiedzieli o tym ojcowie kościoła jak Tertulian, którzy wręcz utyskiwali na złagodzenie polityki rzymskiej wobec chrześcijaństwa, jak i sami cesarze, choćby Julian Apostata, który świadomie unikał fizycznych prześladowań.
Krwią męczenników chrześcijaństwo pokazało, iż mimo iż może i jest zabobonem, ale za to jakimś, pośród morza letnich i niewymagających kultów tego okresu. Jednocześnie władza rzymska od jakiegoś czasu borykała się z problemem autorytetu cesarskiego (okres cesarzy wojskowych), a żeby temu zaradzić podejmowano się absolutyzacji władzy kreując cesarza na poplecznika najwyższego boga - Sol Invictus (za Aureliana). Innym z kolei rozwiązaniem była tetrarchia. Władza spoczywająca w rękach czterech uzupełniających się władców miała gwarantować pokój. Było tak do czasu, gdy ambitny tetrarcha Konstantyn postanowił skupić ją w swoim ręku.
Za swoich patronów uznawał analogicznie bogów najwyższych, nieskłonnych do dzielenia się autorytetem: Apollona, Heliosa, Sol Invictus. W końcu wybór padł na Chrystusa, a właściwie to wszystkie wymienione bóstwa zlały się z nim w jedno. Powodów mogło być wiele, mniejsza o nie. Ważne jest to, czym byłby Kościół pierwszych wieków, gdyby nie polityczne zaangażowanie Konstantyna w walkę z Maksencjuszem - wylęgarnią fanatyzmu we wschodnich slamsach i marginalną sektą na Zachodzie. Konstantyna walka o władzę była dla Kościoła momentem historycznym i to dzięki niej zwyciężył.

Chrześcijaństwo dzięki Konstantynowi stworzyło teokratyczne (faktycznie władza polityczna kierowana była zakulisowymi intrygami kleru) imperium. Ceną był jednak kompromis tak daleki, iż stało się Rzymskim Katolicyzmem. Taki był opór rzeczywistości, która, podobnie jak w przypadku późniejszego komunizmu zadrwiła z idei.
Chrystus zaś, na kilka stuleci zapomniał o swoich żydowskich, ba, nawet ludzkich korzeniach i zamieniając koronę cierniową na słoneczną aureolę Heliosa zasiadł na tronie królestwa jak najbardziej z tego świata. Na mozaikach i freskach późnego imperium widzimy nie męczennika wiary, lecz kolejne wcielenie Sol Invictus, kosmokratora, surowego cesarza imperium niebiańskiego. Wkrótce jednak imperium przestało istnieć, ale ziarno raz zasiane wydało plony; przez stulecia rdzeniem ideowym kontynentu były wschodnie mity i podania, a antyczna oraz rdzenna kultura przejawiała się jedynie w czysto zewnętrznych formach.

W świetle tego nie powinno dziwić dlaczego dzisiejsi obrońcy Zachodu utożsamiają cywilizację łacińską z mitologią ludów Mezopotamii i Basenu Morza Czerwonego.


Stanisław Żuławski


Przypisy

[1] Raczej od angielskiego memory - 'pamięć'. Przypis WJ, Taraka, następne też.

[2] Słownik łacińsko-polski Kazimierza Kumanieckiego 1967 podaje więcej znaczeń: natchniony, rozmarzony, szalony, opętany. Co od fanum = 'świątynia, świętość' (Kumaniecki), 'miejsce święte, gaj poświęcony bogu' (Bańkowski, Etymologiczny słownik... 2000).

[3] Jeśli taki był ideał chrześcijański, to przynajmniej na Zachodzie nie udało się go zrealizować; przeszkodziła temu nieustanna rywalizacja władzy kościelnej i świeckiej.

[4] Najpierw chrześcijaństwo "jako takie". Kościół Rzymskokatolicki uzyskał swoją odrębność około tysiąca lat później.

[5] Earl Doherty jest twórcą koncepcji, że Jezus nie istniał, a właściwym twórcą ruchu chrześcijańskiego i jego zbawczego programu (soteriologii) był Saul-Paweł z Tarsu (św. Paweł), dla którego Jezus-Mesjasz był postacią czysto mityczną, a nie konkretnym człowiekiem. Więcej zob. w witrynie Racjonalista.pl: Earl Doherty: Zagadka Jezusa. Odgłosy ciszy. Apologeci drugiego stulecia.

[6] Chrześcijańscy autorzy i opowieści wielokrotnie powiększały liczbę i skalę tych prześladowań, a większość świętych męczenników to postaci fikcyjne.


komentarze

[foto]

1. Ech te memy... • autor: Krzysiek Joczyn2010-07-13 00:13:42

To trochę nie tak. Memetyka może się nadawać jako teoria opisująca ewolucje i selekcje trendów w dużej skali ale jako wyjaśnienie zjawisk społecznych jest raczej do niczego. Równie dobrze zamiast sformułowania "to kwestia dobrych memów" można powiedzieć "bo Bóg tak chciał". Wobec tego pytanie:
Dlaczego więc zawsze było i jest tak wielu gotowych zupełnie dosłownie dać głowę za tę czy inną ideę?
pozostaje w zasadzie bez odpowiedzi. Przy okazji: misjonarze i wyznawcy świadczą raczej o bezwzględności memów wobec nośników innych memów. To trochę inny wydźwięk.
[foto]

2. Człowiek jako zwierzę memetyczne • autor: Wojciech Jóźwiak2010-07-13 12:20:45

Krzysztof, namawiam Cię, żebyś, chociaż dla próby, przyjął taką perspektywę:

Człowiek jako zwierzę memetyczne, zoon memetikon (chyba to tak będzie po niby-grecku?).

Czyli: człowiek jest zwierzę wyewoluowane do obsługi memów. Które memy pobiera (od współgatunkowców) i je szerzy-propaguje-rozsiewa. Analogia: owady, które wyewoluowały jako rozsiewacze pylku roślin czyli też powielanej informacji tyle że genetycznej.

Zauwaz, jaką ROZKOSZ sprawia człwoiekowi pobieranie i rozsiewanie memów (co w tym momencie ja robię, a Ty robiłes to przed chwilą) - całkiem jak psu jedzenie padliny a świni taplanie się w błocie. Obsługujemy memy, bo tak nas prowadzą geny.
[foto]

3. Rozmiary memów. • autor: Krzysiek Joczyn2010-07-13 13:47:27

Wojtku.
Ja oczywiście mogę sobie to wyobrazić, ale pojawia mi się tu pytanie: w jakim celu mam to zrobić? Co mi da postrzeganie człowieka jako zwierza memowego tj, co dzięki temu jestem w stanie zrozumieć?
Generalnie jestem przeciwnikiem tłumaczenia istoty bytów poprzez jakieś generalne abstrakcyjne zasady. Nie podoba mi się to już w przypadku genów, które są w zasadzie jedynie elementem ewolucji życia na ziemi. Elementem niezwykle ważnym ale nie jakoś odgórnie uprzywilejowanym. To raczej my ludzie czepiamy się ich ponieważ odpowiadają nam one ze względów epistemicznych.
Geny mają jednak tą zaletę, że istnieją realnie czego nie można powiedzieć o memach. Mem to abstrakcyjna jednostka informacji, która nie ma swoich zdefiniowanych rozmiarów. Niby zaproponowano rozróżnienie na memy i mempleksy a jednak nie wiadomo kiedy jedno przechodzi w drugie. Nie umiem też sobie wyobrazić by dało się odnaleźć taki mem jakiego nie można by podzielić na dwa inne memy.
Memetyka jako nauka stoi. Od czasów kiedy Dawkins zaproponował ten termin powstało zaledwie kilka nic niewnoszących publikacji (tzn. takich które nie wnoszą nic więcej niż socjobiologia czy psychologia ewolucyjna). To nie jest moim zdaniem przypadek ani niechęć naukowców do zmiany paradygmatu. Po prostu przerzucenie "odpowiedzialności" za zjawiska kulturowe z wplątanych w tą kulturę ludzi na abstrakcyjne jednostki informacyjne niczego nie daje poza wrażeniem że człowiek to tylko marność nad marnościami i zakładnik sił przyrody których nigdy nie okiełzna.
Niewątpliwie roznoszenie niektórych memów sprawia człowiekowi przyjemność chociaż można by i wskazać takie memy których powielanie jest cokolwiek przykre. Z resztą: jedzenie też może sprawiać frajdę i jako ludzie mamy naprawdę rozwiniętą kuchnie. Ale czy myśleć przeto o człowieku jako o "zwierzu kulinarnym"?
Pozdrawiam :)

4. Memy a Sheldrake • autor: @specjalkaa2010-07-17 23:13:14

Bo człowiek w formie fizycznej jest marnością nad marnościami i zakładnikiem sił przyrody sterowanym przez geny, jako jednostki informacji biologicznej. Tyle, że postać fizyczna jest tylko etapem przejściowym.
Memy mogą się wydawać jednostkami trochę sztucznymi. Chociaż... Jeśli istnieje pole morfogenetyczne, to memy mogą być jego jednostkami. Niekoniecznie cząstkami elementarnymi/kwantami tego pola, ale jakimiś jego jednostkami strukturalnymi. Przechodząc przez kolejne wcielenia, energia (dusza?) gromadzi doświadczenia i przekuwa je w idee, które trafiają do pola morfogenetycznego jako memy i mogą być z niego pobierane przez inne inkarnujące byty. Taki magazyn zbiorowej nieświadomości.
Czemu nie? To by ładnie tłumaczyło postęp i umiejętność korzystania z doświadczeń poprzednich pokoleń:)

5. zwierz kulinarny • autor: Nierozpoznany#25402010-08-11 20:22:07

Z resztą: jedzenie też może sprawiać frajdę i jako ludzie mamy naprawdę rozwiniętą kuchnie. Ale czy myśleć przeto o człowieku jako o "zwierzu kulinarnym"?
Zdziwiłbyś się, ale są tacy, którzy tak myślą. Istnieje teoria zaproponowana przez antropologa Richarda Wrangham'a, że na rozwój ludzkości bardzo mocno wpłynęła umiejętność termicznej obróbki pokarmu :-)

Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)