Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

06 grudnia 2011

Marcin Hładki

z cyklu: Chile (odcinków: 8)

Miasta i pingwiny

Kategoria: Podróże i regiony

« Chuquicamata i Calama Pucón »

Do obejrzanych atrakcji możemy dorzucić jeszcze delfiny, lwy morskie, pingwiny i inne tutejsze ptaki: kormorany, nieduże sępy i jeszcze jakieś, których nazwy zapomniałem, a które, choć nadmorskie, boją się wody i starają nie moczyć. Okazało się zresztą, że te ptaki, które poprzednio wziąłem za jastrzębie, to właśnie te sępy.
Później, w porcie, widzieliśmy piękne współdziałanie kormoranów i pelikanów w polowaniu na małe rybki. Kormorany znajdowały ławicę i głęboko nurkując atakowały ją od dołu, podczas gdy pelikany, płytko pod powierzchnią chwytały całe grupy rybek, posługując się dziobem jak siecią. Nie wiem, czy w otwartym morzu też tak współpracują.
Pingwiny natomiast zachowaniem przypominają kaczki, sprawiają wrażenie podobnie pewnych siebie i zarozumiałych, a po wskoczeniu do wody, podobnie jak kaczki kręcą kuperkiem. Kiedy pływają po powierzchni podobieństwo to jest uderzające. Nie daje się tego długo oglądać, bo prawie natychmiast nurkują. Zaskakująco dobrze wspinają się po skałach, włażą najwyżej jak się da, unikając wydr morskich, które zjadają im jajka i pisklaki, ale nie oddalają się od morza.
Lwy morskie są urocze, wylegują się na skałach, leżąc tuż obok siebie, wyglądają jak tłuste, zadowolone psy. Przy ich legowiskach śmierdzi, trochę psami a trochę jak w kurniku.
I pingwiny i foki kojarzą się ze śniegiem i mrozem, ale to nieprawda. W Punta Choros, gdzie widzieliśmy te cuda, było dosyć chłodno jak na szerokość geograficzną Cypru i początek lata, kilkanaście stopni, w nocy temperatura spada do dziesięciu albo mniej. Zimą jest nieco chłodniej, ale mrozu nie ma prawie nigdy, a ani deszcz ani śnieg tutaj prawie nie pada, wilgoć dla roślin tylko z mgły. Mgła za to jest prawie codziennie, często przez cały dzień.

Po tej wycieczce pojechaliśmy kolejnym nocnym autobusem do Valparaiso. Byliśmy tak zmęczeni jeżdżeniem, autobusami i egzotyką, że zaplanowaliśmy dwa dni przerwy w Valparaiso. Pierwszej nocy spaliśmy czternaście godzin, w pierwszym cichym pokoju.

Miasta tutaj są inne. To, co rzuciło się w oczy od razu w Santiago, że ich wielkość nie przekłada się ma wielkomiejskość, nadal się potwierdza. Nawet Valparaiso, duży port, z wieżowcami tu i tam, wciąż wygląda jak zbiorowisko małych, prowincjonalnych miasteczek.
Nie umiemy do końca zrozumieć, na czym polega specyfika tych miast. Z jednej strony wyglądają jak popegeerowskie wsie, z drugiej strony w wielu miejscach są staranne, kolorowe, psychodeliczne murale. Wiele domów jest zaniedbanych, a tuż obok nich są odnowione, z wypielęgnowanymi ogródkami. Wydaje mi się też, że oprócz takiej samej biedy, jak wszędzie, wynikającej z niezaradności, jest też ubóstwo kolorowe i zadbane, wynikające z ograniczenia środków. W Europie ludzie o niskich dochodach są skazani na życie w blokowiskach, które utrudniają wyrażenie indywidualności, tutaj przeciwnie: wydaje się, że bogatsze domy są mniej barwne i różnorodne niż biedniejsze.
Domy - bo nie udało się nam zobaczyć wyraźnego podziału na dzielnice bogate i biedne. Wydaje się, że jest podział na lepsze i gorsze, ale oceniana na oko rozpiętość zamożności sąsiednich domów jest wszędzie bardzo duża - można to poznać choćby po samochodach, które tam parkują. Ale też samochody są jedynym naprawdę dla mnie czytelnym wskaźnikiem zamożności, gdyby nie one, rozróżnienie poziomów bogactwa domów byłoby jeszcze trudniejsze.

Podobnie jest z ludźmi na ulicach, tylko nie tak kolorowo, jak gdyby cała fantazja została zużyta na murale i zabrakło jej na ubrania. Większość wydaje się bardzo normalna, z odchyleniem w stronę niedbałości, typowo Chilijczyk wygląda, jakby wybierał się robić porządki w garażu. Garnitury czy podobne pojawiają się czasem, ale rzadko i znowu w rozproszeniu, wmieszane w tłum.
Widać wiele dzieci, zupełnie małe są często noszone na rękach, zarówno przez kobiety jak i mężczyzn, bez żadnych nosidełek czy chust. Większe dzieci, które już chodzą, mają sporo wolności i ćwiczą chodzenie i bieganie bez asekuracji - oczywiście na mniej zatłoczonych ulicach czy skwerach.
Bo ludzi na ulicach jest mnóstwo, nieustanne tłumy, jak na targu. To zresztą poniekąd jest targ, bo na ulicach oprócz sklepów, często wylewających się na chodnik, rozstawione są wszystkie rozmiary stoisk: od straganów przez prześcieradła, do handlu obnośnego. W ten sposób sprzedawane jest wszystko, jedzenie, elektronika, obrazy i ubrania. Jakość tych wszystkich rzeczy jest przeciętna, jak w typowym supermarkecie. Gdyby nie brak łóżek polowych i jednak mała ilość szczęk, zupełnie przypominałoby to początek lat dziewięćdziesiątych w Warszawie.
Cały ten tłum pojawia się w niektórych godzinach, czasami, na przykład rano, na ulicach nie ma nikogo.
Zawsze między tym wszystkim włóczą się bezpańskie psy, których jest mnóstwo i właściwie nikt nie zwraca na nie uwagi, zazwyczaj śpią na ulicach, czasem na środku chodnika, co przy tym tłumie jest wyrazem wielkiego zaufania do ludzi, którzy rzeczywiście takie psy omijają bez śladu zdziwienia czy zniecierpliwienia. Psy szukają też jedzenia w śmietnikach, jeżeli jakiś za bardzo rozgrzebią, to ktoś je przepędza, ale bez przemocy. Wygląda zresztą, że mają co jeść, nie są chude, tylko bardzo brudne, zakurzone i czasem oblepione czymś niezidentyfikowanym. To pierwszy powód, żeby ich nie głaskać, drugi jest chyba ważniejszy. Te psy są ogromnie stęsknione za ludźmi, do których mogłyby się przyłączyć. Kiedy pogłaskaliśmy jakiegoś, odprowadzał nas później przez kilka przecznic, starając się zasłużyć na następny objaw zainteresowania. Te, którym daliśmy coś do jedzenia nie okazywały nam żadnego przywiązania, brały tylko jedzenie i szły sobie.
Jedyne osoby które interesują się czasem ulicznymi psami, to żebracy i wariaci, granica między nimi jest zresztą niewyraźna. Niektórzy z nich przesiadują pod murami z kilkoma psami, albo śpią na skwerach, z psami, które wydają się ich pilnować z chodnika. Nie wiadomo przed czym, bo nie widzieliśmy tu śladów agresji ani wobec psów, ani wobec żebraków.

Mimo tego wszystkiego, handlu, psów, żebraków, tłumu ulice są dosyć mało zaśmiecone, nie bardziej niż w Rzymie.

Oczywiście te miasta nie są wszystkie takie same. Calama to naprawdę prowincjonalna dziura, służąca wyłącznie za zaplecze dla kopalni, z życiem w dużej części przeniesionym do centrów handlowych. Tam zresztą byliśmy tylko kilka godzin. La Serena to z kolei nadmorski kurort, z promenadą zastawioną hotelami, czekającymi teraz na rozpoczęcie sezonu. Najbardziej interesujące jest Valparaiso, ale leży na wzgórzach, jest stare i ma duży port.

Porzucamy znowu miasta i jedziemy, kolejnym nocnym autobusem, do Pucon, zdaje się, że będzie to podobna wioska dla turystów, jak San Pedro, tylko położona na południu.

Dopisuję rano: dojeżdżamy do Pucon. Za oknem widoki jak w czerwcu w Bieszczadach. Po co było jechać tak daleko?!

Chile: wstęp na końcu

Listy z wycieczki do Chile


« Chuquicamata i Calama Pucón »

Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)