Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

16 kwietnia 2018

Elizabeth West

Miłość i strata w antropocenie

Kategoria: Ekologia
Tematy/tagi: antropoceneko-zagrożeniaekologia

Oryginalnie opublikowano w serwisie Common Dreams pt. Love And Loss In The Anthropocene. W Tarace za uprzejmą zgodą Autorki.
Published originally at Common Dreams under a Creative Commons Attribution-Share Alike 3.0 License, as Love And Loss In The Anthropocene. At Taraka magazine with kind permission of the Author.

earth-from-space

Co możemy zrobić? Jesteśmy bez wątpienia w sytuacji historycznie wyjątkowej i stawiającej niezwykle trudne wyzwania. Wymieranie antropogeniczne dzieje się tu i teraz. To nie jest coś, co zaledwie przewidujemy lub oczekujemy. To już wisi nad nami. Dziś jesteśmy w tym, obserwując, jak znane nam życie pruje się na setkach różnych frontów. I oto zdaję sobie sprawę, że z szaloną regularnością stawiam sobie to pytanie: jak mogę – ja, jeden zwykły człowiek pośród 7,5 miliarda – uczcić ten niezwykły czas przy pomocy wszelkich darów i dóbr, które mam przy sobie?

Wielu z nas stawia podobne pytania i sobie, i jeden drugiemu. To są moje bardzo osobiste przemyślenia z tej chwili, podzielane w nadziei, że stać się one mogą iskrą, która innym pomoże w poszukiwaniach. Spodziewam się, że jest tyle odpowiedzi, ile jest ludzi gotowych zapytać; wszyscy musimy znaleźć własną drogę, naszą własną prawdę w tych czasach.

Doświadczyłam ostatnio wiele dręczącego, niskiego niepokoju, często wybuchał we mnie gniew i co raz omijałam chwiejne krawędzie depresji. Nikomu z nas nie jest łatwo trwać z pełną świadomością ogromnych strat – i towarzyszącego im cierpienia – które już się rozpoczęły, nie wspominając już o tych, które prawie na pewno są tuż za następnym zakrętem. Próbuję, tak jak wielu z nas, znaleźć równowagę między świadomością i uczciwym uznaniem naszego zbliżającego się zbiorowego upadku – a życzliwością i współczuciem. Usiłuję nie pozwolić, by całkiem pochłonął mnie żal i pozostać w tej chwiejnej chwili. Nurzanie się w smutku nie jest ani zabawne, ani tym bardziej skuteczne. Co ważniejsze, nie chcę zagubić się we własnej immunizującej ciemności, gdy pozostało już tak mało czasu, aby dać wyraz temu, co dane mi było najlepszego, aby być. Wciąż wierzę, że wśród nielicznych znaczących działań pozostawionych nam może być wybór szukania w sobie miłości, odwagi i związku z innymi i ze światem, nawet – a zwłaszcza – w samym środku zniszczenia.

Lecz żal jednak rodzi się właśnie w ramach tego zobowiązania. Wiemy: kochanie prawie zawsze zawiera w sobie stratę. Życie z otwartym sercem oznacza wystawienie się na rany. Smutek jest częścią podróży, która czeka nas wszystkich, jeśli zdecydujemy się uczynić ją świadomą. Czasami smutek przyciąga moją uwagę w sposób, który całkiem mnie zaskakuje. Jako rodzic zdaję sobie sprawę z konsekwencji naszych wyborów, ze wszystkiego, co uczyniliśmy niemożliwym dla naszych dzieci i wnuków. Najprościej dostrzec większe i najbardziej namacalne konsekwencje – przerażające perspektywy globalnego ocieplenia, klimatycznego chaosu, niszczenia siedlisk, wezbrania i zakwaszenia mórz, załamania porządku społecznego, wojen i ... wymarcia. Każdy człowiek mający dziś mniej niż 50 lat – i wszystkie inne niewinne istoty na planecie – zostali postawieni wobec życia nieporównywalnie trudniejszego niż to, które kiedyś było dane mnie.

Staram się – chociaż jest to czasem nie do zniesienia – nie dopuścić do tego, by wiedza o nadchodzących nieszczęściach uczyniła mnie małą lub zamkniętą, i odcięła mnie od rozkoszowania się nadejściem kolejnej wiosny i od patrzenia na ptaki z podziwem i wdzięcznością. Przyroda, choć brutalnie spustoszona przez ludzką zachłanność, wciąż potrafi zaoferować głębokie zasilanie, najlepsze jakie znamy hojne antidotum na strach, gniew i smutek, które w tych czasach lęgną się wszędzie.

Kilka tygodni temu, spacerując przy wyjątkowo (jak na tę porę roku) ciepłej pogodzie, natknęłam się na sękatą starą jabłonkę, całą w kwiatach! Jak zawsze, pochyliłam się, by poczuć dobry powiew, by głęboko odebrać to, co drzewo ma do dania. To jest moja osobista magdalenka: zapach natychmiast wyczarowuje dla mnie chwałę nieskończonej możliwości, zapierającą dech w piersiach zdolność istot ludzkich do tworzenia piękna, tworzenia znaczenia i do heroicznej miłości. Połączone razem czterdzieści trzy lata temu, na progu dorosłości, ten szczególny zapach – i siła życia, które wtedy czułam, nie mogą od tamtego czasu zostać rozdzielone.

Mając siedemnaście lat żywiołowo wyruszyłam na przygodę mojego życia. Mój najlepszy przyjaciel i ja przeprowadziliśmy się w styczniu do naszego pierwszego mieszkania i na pokrycie czynszu oboje wzięliśmy prace, które zapewniały nam minimalne wynagrodzenie 2,10 dolara za godzinę. Kupiliśmy do jedzenia duże torby kaszy bulgur i jaglanej, a ja gdy tylko mogłam, przynosiłam do domu resztki z jadalni w college'u, gdzie przez cały dzień robiłam sałatki. Gdy przyszła wiosna, nasza gospodyni obdarowała nas naręczami młodych buraków z przerywania z jej wielkiego ogrodu, a następnie, gdy się pojawiły, łodygi rabarbaru. Nie wiedzieliśmy, co z nimi zrobić, ale nauczyliśmy się. Przestawienie się na darmową żywność, to nie był tak naprawdę nasz kaprys. Prócz tego oszczędzaliśmy na własny telefon, a po paru miesiącach udało się nam zebrać niezbędną gotówkę i z dumą czekaliśmy, aż zadzwoni nasz nowy żółty aparat na ścianie.

Nasze mieszkanie zajmowało pierwsze piętro domu położonego pośród rozległego sadu jabłoni. Okna biegły niemal od podłogi do sufitu, wypełniając rano nasz salon niesamowitym światłem, a z naszej wysokości widzieliśmy w oddali fioletowe cienie Catskills, kiedy wczesnym wieczorem zmywaliśmy naczynia. Odrapane meble, prowizoryczna kuchnia, staroświecka łazienka – żadna z tych rzeczy ani na jotę nie osłabiła naszego zachwytu i radości nad zapierającą dech w piersiach wolnością i obietnicą naszego życia.

Wypełniliśmy to miejsce zbyt wieloma roślinami, dostaliśmy kota i szczeniaka i spędziliśmy dużo czasu na marzeniach. Ja miałam być szefem francuskiej kuchni. A może filologiem klasycznym i przekładać dawną łacińską poezję nowoczesnym wierszem. Albo szamanką: nauczę się latać, uzdrawiać i patrzeć daleko w przyszłość, w sam sens życia. I oczywiście oboje szukaliśmy miłości, która przewyższała nawet nasze napędzane literaturą sny. Niemal wszystko, co sobie wyobrażaliśmy, wydawało się w zasięgu ręki. Po kilku piwach, słuchając koncertów fortepianowych Mozarta, a potem The Velvet Underground i wreszcie Laury Nyro, prawie płakaliśmy nad niezgłębioną szerokością potencjału i możliwości tego, co jest przed nami, ze słodko-gorzkiej wiedzy, że nie będzie, nie może, przyjść wszystko wszystko.

Mieliśmy tyle szczęścia.

Kiedy przyszedł marzec, wydarzyło się coś nieoczekiwanego, co jednak można było przewidzieć. Sad wybuchnął kwiatami. Wszędzie i wszędzie bladoróżowe kwiaty przywabiały pszczoły, a zapach, subtelny, lecz wytrwały, wypełniał powietrze, dryfował przez okna, które otwieraliśmy, by poczuć wiosnę na naszej skórze. Chociaż wiedzieliśmy, że nie jest to szczególnie etyczne, bo rolnik liczy na każdy z tych kwiatów, aby dojrzał w jabłko na sprzedaż, to i tak wykradliśmy się w nocy i nacięliśmy stertę gałązek, wnieśliśmy je, powtykaliśmy w słoiki i ustroiliśmy nimi każdy z naszych trzech pokoi. Coś poza rozumem kazało nam zanurzyć się w tym niesamowitym wykwicie, w tym niebywałym darze ziemi. Zagłębiać nosy w kwiatach i z wdzięcznością zanurzać się w węchowe święto nowego życia, które obiecuje wiosna, w początki, w ogrom tego, co może zaistnieć.

Byliśmy tacy niewinni; nie mieliśmy pojęcia.

Jak wielu z mojego czasu i miejsca, dorastałam w dość krótkim porządku. Dokonałam wyborów i przy każdym wyborze zamykałam drzwi na inne opcje. Moja trajektoria, choć nigdy prosta, stała się jaśniejsza. Poznałam ograniczenia i pomimo protestów zarówno wewnętrznych, jak i zewnętrznych, doszłam do wniosku, że są rzeczy, których nigdy nie zrobię, ani którymi nigdy nie będę – ani zrobić lub być nie mogę. Sklejony z tym smutek za przeciwwagę ma świadomość, że jednak udało mi się zrealizować niektóre z moich marzeń, skromne, ma się rozumieć. Podążanie za tymi marzeniami było przywilejem, który uznawałam za pewnik. To był przywilej, którego wielu moich rówieśników nigdy nie miało, i który mieć będą tylko nieliczne z dzisiejszych dzieci – jeśli w ogóle ktokolwiek go będzie mieć.

A jednak w tamtej chwili kilka tygodni temu, wraz z wdychaniem zapachu kwitnących jabłoni, który z trzewi przyniósł pamięć nieograniczonego potencjału, przyszedł smutek. Co my zrobiliśmy? Och, co uczyniliśmy?

Jako gatunek nie potrafiliśmy sprostać wyzwaniom, jakie stwarza nasze własne błędne przywiązanie do wzrostu. Właśnie wtedy, gdy kwiaty jabłoni w sadzie wokół mojego pierwszego mieszkania wyblakły i zaczęły przekształcać się w owoce (przepisowo spryskane: nie żałowano im DDT), obchodzono po raz piąty doroczny Dzień Ziemi. Nie można powiedzieć, czy moglibyśmy wystarczająco zmienić bieg rzeczy, gdybyśmy zwrócili uwagę na to, co było już wtedy znane – to pytanie jest retoryczne. Nie zrozumieliśmy potrzeby, więc nie działaliśmy. I na ogół, nadal nic nie robimy, nawet gdy świat płonie.

Życie takie, jakie jest, idzie dalej i każdy z nas próbuje na swój sposób żyć bez zbędnego bólu lub cierpienia. W krajach rozwiniętych ci, którzy mają środki, jeżdżą samochodami, jedzą, ładują telefony i komputery, ogrzewają i chłodzą domy – na jakimś umiarkowanym poziomie. Jeśli można, większość z nas szuka rozrywki i rozrywki, podróżuje trochę i poznaje piękno naszej planety, póki jeszcze możemy.

Naprawdę staram się nie oceniać niczyich wyborów, a tym bardziej ich strategii radzenia sobie. W końcu dołożyłam do tego swój kawałek, daleko mi do nienaganności. Mamy do czynienia z iście epicką katastrofą, naszym wyginięciem – według wszelkiego prawdopodobieństwa – i chociaż nie zawsze robiłam, co w mojej mocy, dla tej planety i jej mieszkańców, czuję się w obowiązku zrobić to teraz. Prawda jest taka, że mamy czasy pełne desperacji i skrajnie niezwykłe; nikt tak naprawdę nie wie, jak przez nie żeglować, nie ma specjalistów od tego, by z gracją wejść w anihilację. Robimy to, co robimy, i mamy tylko własne, szerokie lecz często ignorowane wewnętrzne zasoby, które nas prowadzą.

Dla mnie część odpowiedzi polega na odczuciu tego wszystkiego i na odmowie odwrócenia się od tego, co jest przede mną. Tak, aby patrzeć zarówno na piękno, jak i na grozę, która jest przed nami; tak, aby moje serce było otwarte, wszystko jedno, co napotka. Czasem wprawia mnie to w pieniącą się radość, z jaką spotykam cuda tego świata, ludzkie i inne. Kiedy indziej to samo widowisko pogrąża mnie w rozpaczy, gdy wyczuwam w nim przemijanie i odpływ, zbliżającą się utratę wszystkiego, co było tak dobre i piękne.

W te dni zdarzają się chwile, kiedy piekielne scenariusze, które zaludniają moją wyobraźnię, biorą górę i straszą mnie, ale czasem po prostu pragnę przeprosić. Kłaniać się i błagać o przebaczenie, by wyrazić najszczersze moje żale. Przeprosić wody, delfiny, dęby, salamandry, dzieci. Wszystkich ukochanych i wszystkich zagrożonych. Nigdy nie byłam szczególnie rozrzutna co do moich zasobów, ale wraz z wieloma innymi powierzono mi zarządzanie tą planetą – moim domem. Nie zrobiłam wystarczająco wiele i ponoszę odpowiedzialność za skutki naszej wspólnej obojętności wobec losu planety.

Pomijając wszelkie bicie się w piersi, które w tym momencie osiąga mniej niż nic, jest mi po prostu ogromnie przykro z powodu tego, co się wydarzyło i co nieuchronnie stanie się z bilionami istot, które nie będą miały możliwości dokonywania własnych wyborów. Jest mi nieopisanie przykro z powodu zniszczenia, cierpienia i bólu, które już teraz dotykają wielu skutkiem ludzkiego działania i bezczynności, i które niewątpliwie staną się powszechne w nieodległej przyszłości.

Nasz uporczywe staranie, żeby mieć wszystko, ironią losu pchnęło nas na drogę do ery wielkiej utraty. Część tego, z czego będziemy musieli zrezygnować, jest już boleśnie widoczna, skoro widzimy, jak miasta i małe społeczności płoną lub zabiera je woda, skoro coraz częściej zakładamy maski, aby nie umrzeć od samego powietrza, którym musimy oddychać, skoro znajdujemy cez 137 w naszych rybach, roundup w naszym zbożu, mikroplastik w naszej wodzie. To koszty są już oczywiste. Większe ubolewanie, że idziemy drogą ku wyginięciu.

Ale są też inne straty, nie aż tak oczywiste ani dramatyczne, z których powodu też płaczę. Te, które wyjdą na jaw, gdy będziemy kontynuować naszą kolektywną podróż tą drogą, którą kiedyś obraliśmy – świadomie lub nie – dla naszego gatunku, naszej planety i dla większości innych istot, z którymi dzielimy ziemię.

A na razie, pewien mniejszy powód do ubolewania. Według Funduszu Ludnościowego Organizacji Narodów Zjednoczonych w 2014 roku na świecie żyło 1,8 miliarda młodych ludzi. Teraz z pewnością jest ich więcej, ale co najmniej tylu młodych ludzi jest teraz w rozkwicie ich życia, ponaglanych przez czas i naturę, aby wyobrażać sobie, marzyć, wierzyć w przyszłość i wszystko, co mogą dostać. To, co było dla mnie kiedyś tak ekscytujące i afirmujące życie, im zostało odmówione. Przyszłość nie jest już miejscem, w którym wizja może kształtować rzeczywistość i gdzie tęsknota w połączeniu z determinacją może prowadzić do niemal wszystkiego, co podpowie wyobraźnia. Prawdą jest, że nie jest to tak straszne, jak utrata życia, części ciała, rodziny czy domu, ale ma to znaczenie.

Poruszona tym drogocennym zapachem tegorocznych kwiatów jabłoni, w ciszy opłakuję tę małą stratę: koniec przyszłości jako czegoś, co młodzi mogą przemarzyć w rzeczywistość, wziąć jak burza, stworzyć własną. Choć nigdy nie było to opcją dla wszystkich, teraz wydaje się czymś przebrzmiałym i dla wszystkich nieosiągalnym. Nawet dla tych, którzy mają luksusowy bunkier w Nowej Zelandii.

I dlatego przepraszam tych młodych ludzi, których życie prawie na pewno zostanie okradzione z bogactwa, z wolności, z potencjału – z samej przyszłości – którymi ja się cieszyłam. Nie mogę faktycznie zmienić tego, co nas czeka; obawiam się, że na to już jest za późno. Ale mogę mieć swój udział w tworzeniu tego. I, co być może ma najwięcej sensu, mogę starać się być uczciwym świadkiem, mogę znaleźć odwagę patrzeć bez drżenia, bez względu na to, jak bolesne stanie się to, co przyjdzie. Mogę odmówić odwrócenia głowy, mogę nie zgodzić się, by zamknęło się moje serce, mogę nadal kochać, nawet gdy to boli jak diabli. To nie jest wiele, to nie jest nawet wystarczające, ale wraz z radością, jaką daje mi powrót do gniazda, po sąsiedzku, pary rybołowów, to jest to, co mogę z całego serca zaoferować dzisiaj.

Tłumaczenie translate.google.pl, redakcja WJ.


komentarze

[foto]

1. rodzaj • autor: Katarzyna Urbanowicz2018-04-17 09:10:07

Czemu kilkakrotnie w tekście, w opisie doznań używany jest rodzaj męski, skoro autorka jest kobietą?
[foto]

2. Poprawione • autor: Wojciech Jóźwiak2018-04-17 10:05:30

Poprawione.
[foto]

3. Odbieranie • autor: Przemysław Kapałka2018-04-22 09:19:23

Autorka jest Amerykanką. I dlatego nie zauważyła, że to nie od dziś ma miejsce odbieranie młodym ludziom marzeń. To się zaczęło sto kilka lat temu wraz z wybuchem wojny światowej, kontynuowało przez następną wojnę światową, a potem przez komunę, która przynajmniej w swym początkowym okresie odbierała marzenia bardzo skutecznie. Na innych kontynentach robił to samo kolonializm. Pewnie byśmy znaleźli jeszcze kilka czynników, gdybyśmy poszukali. Miała dużo szczęścia, że ona w młodości mogła mieć marzenia i je realizować. Mało kto miał takie szczęście.

Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)