Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

03 czerwca 2014

Katarzyna Urbanowicz

z cyklu: Prababcia ezoteryczna (odcinków: 94)

Misie Malu


« Nowa Caledonia i kaledonizm Słodkie, empatyczne i wredne »

         Piotrowi Jaczewskiemu zawdzięczam takie zdjęcie, zamieszczone na Facebooku, wyszperane gdzieś wśród licznych obrazków przedstawiających niedźwiedzie i misie:

Zwróciłam uwagę na fakturę tego misia i przypomniały mi się czasy głębokiego PRL-u. Jest koniec lat sześćdziesiątych, mam dwoje małych dzieci, męża pracującego stale w delegacji i sama pracuję w delegacjach, wg umowy o pracę aż 14 dni w miesiącu. Z większości tych delegacji mogę wrócić wieczorem do domu, ale nie ze wszystkich. Dzieci nie przyjęto do przedszkola, więc opiekuje się nimi moja mama, ale jest osobą dość schorowaną, więc muszę znaleźć inne rozwiązanie. Sęk w tym, że pomoc domowa kosztuje – tyle mniej więcej, ile ja zarabiam jako pracownik biurowy, stąd ten pomysł, żeby zmienić pracę na bardziej odpowiedzialną i lepiej płatną, ale o czasie nienormowanym i obowiązkowych wyjazdach. Jestem inspektorem kontrolującym działalność finansową 26, a potem 49 oddziałów mojego zakładu pracy w województwie warszawskim. Każda taka kontrola trwa średnio 3 dni.

         Muszę zaznaczyć, że to nie były takie delegacje służbowe jak dziś. Nie jeździło się samochodem, a pekaesem - roztrzęsionym zazwyczaj do niemożliwości - szosonem lub jelczem. Trasy obejmowały dawne województwo warszawskie – najdalsze miasta powiatowe odległe były o 150 km. I te 150 km jechało się 3-4 godziny w jedną stronę. W zimie zdarzało się nie wrócić; gdy na przykład kiedyś zasypało drogę do Sokołowa Podlaskiego, zmuszona byłam zimować tam przez blisko dwa tygodnie. I hotele były nie te, co dziś; jakieś pokoje „gościnne”, które barykadowało się na noc, przed delegacyjnymi pijakami, krzesłem zawieszonym na klamce, a „wygody” ograniczały się do wiadra, miski na taborecie i wody z dzbanka. Do sławojki na podwórzu kobieta w nocy nie wyszłaby za żadne skarby.

         Miasteczka powiatowe były do siebie podobne. Czasami można było coś upolować w sklepach, czego w Warszawie nie było. Ja polowałam w kioskach „Ruchu” na takie misie. Było ich w powiatach pełno; wielkości małego palca, w różnych kolorach i za grosze, a w Warszawie ich nie sprzedawano. Misiów tych były dwie odmiany: plastykowe, gładkie, rowkowane (podobne do tego na zdjęciu) i mechate, podklejone jakimiś niby włoskami. Tanie, ale miały dla moich synów niezwykle przyciągającą moc. Kiedy wracałam z delegacji - wybiegali naprzeciw mnie i szukali misiów w kieszeniach mojego płaszcza. Zawsze tam były – w każdej kieszeni przynajmniej po jednym, a jak dobrze poszło, po dwa lub trzy.

         To były czasy, gdy dzieci miały niewiele zabawek. Jakieś tandetne samochodziki, drewniane klocki, a ja dostałam kiedyś komplet zagranicznych elementów, składający się z listewek, z okrągłymi dziurami i śrub do ich skręcania. Klocków Lego jeszcze wówczas nie było. Z tych skręcanych elementów chłopcy tworzyli rozmaite konstrukcje; uzupełniały je drewniane klocki i samochodziki, domowe solniczki i pieprzniczki oraz – oczywiście — misie reprezentujące ludność tego odtwarzanego, w wyobraźni, miasta. Nie było dywanów z rysunkiem ulic i placów, zastępowały je arkusze papieru z maszyny do pisania, pozszywane zszywaczem i z wyrysowanymi liniami planu miasta. Niszczyły się szybko, ale zastępowane były innymi ulicami i placami, z innymi miejscami postoju dla misiów.

         Te misie mocno wryły się w pamięć moich dzieci, zwłaszcza jednemu z nich i to do tego stopnia, że były pierwszą rzeczą, którą zabrał z domu rodzinnego,kiedy przeprowadzał się do własnego mieszkania. Nazwę Malu— misie zawdzięczały jednemu z synów, który, gdy tylko nauczył się pisać w I klasie, zapełniał „domowy” zeszyt opowieściami o ich przygodach. 

         A tak w ogóle to misie te były zabawką, do której przywiązywano niesłychaną wagę. Kiedy syn mojego syna gdzieś zaprzepaścił jednego z nich, cały dom bywał  postawiony na nogi i w efekcie rozkręcono nawet wersalkę, bo w jakiejś szparze utknął nieszczęśnik.

         Tu chciałam przejść do znaczenia symbolicznego owych misiów Malu. Dzieci rosły, stawały się nastolatkami, potem młodymi mężczyznami, aż wreszcie zakładały własne rodziny. Jako że byłam matką synów, ich teściowe zajmowały się organizowaniem przyjęć weselnych, a moja rola ograniczała się do wręczenia pieniędzy na wódkę. Zresztą, wesela były w obu przypadkach dość skromne; to, które mam na myśli, odbyło się w wynajętej szkolnej świetlicy, bez specjalnej pompy i zadęcia.

         Jedno z tych wesel nie podobało mi się zdecydowanie, a to z powodu panującej tam atmosfery. Nie zdążyłam poznać tej drugiej rodziny, ale posadzono nas z mężem na końcu stołu,w dodatku nie na krzesłach, a na kuchennych taboretach. Odebraliśmy to tak,jakby nas  zlekceważono, właściwie bez powodu, co więcej - nawet nie wszystkich potraw dla nas starczyło.Nie czuliśmy się więc zbyt dobrze, ale trzeba było,z grzeczności, robić dobrą minę do złej gry.

         Postanowiłam więc tamtej rodzinie pokazać, jak - moim zdaniem - powinno wyglądać nieduże przyjęcie „na poziomie”. Było u nas w domu,na przyjęciu "poślubnym", tylko kilkanaście osób z najbliższej rodziny, z obu stron. Na stole śnieżnobiały obrus, a nie cerata, serwetki z materiału z haftem „richelieu”, zamiast papierowych, stosowne do wina i do wódki kieliszki, sztućce ułożone według podręcznika i tak dalej. Potrawy zwykłe, ale starannie dobrane, bez nadmiaru, choć w ilości takiej, żeby dla wszystkich starczyło. Jednak clou przyjęcia miało być przemówienie wygłoszone przeze mnie osobiście (oprócz toastu mojego męża). Nie chciałam, żeby w pamięci zostały jakieś grubiańskie zawołania i różne prymitywne odzywki, co zawsze ma miejsce, gdy ilość gości jest duża i obie rodziny niewiele się znają, a pochodzą z różnych środowisk. Chciałam uroczystości nadać wymiar symboliczny – jako że wówczas byłam jeszcze idealistką i wierzyłam, że takie rzeczy, jak symbole, ludzi łączą, a nie dzielą.

         Szczęśliwie w jakimś sklepie trafiłam na breloczki do kluczy z misiami, bardzo podobnymi do misiów Malu i każda z osób, obecna na tym spotkaniu, miała przy talerzu po jednym takim misiu.

         W swoim przemówieniu nawiązałam do historyjki o misiach, które przywoziłam dzieciom i do tego, że byłam matką często nieobecną w domu i że nieraz tego żałowałam, ale że misie te w naszej rodzinie były zawsze symbolem naszej więzi i obecności, nawet wówczas, gdy nie mogliśmy być razem. I że mam nadzieję, iż dla mojego syna i dla mojej synowej, łącznie z naszymi rodzinami, owe misie będą symbolem takiej więzi ponad problemami i trudnościami, które wszystkich nas czekają. W każdym razie coś w tym rodzaju. Podobno przemówienie było bardzo udane. Niestety, nie zostało zupełnie zrozumiane przez tę drugą rodzinę. Uznano mnie za odjechaną dziwaczkę, bo toasty powinni wygłaszać tylko mężczyźni, a misiami nie zainteresowano się w ogóle, traktując je jako śmieszne zabawki dla dzieci,więc obdarzono nimi jakieś dzieci z rodziny.

         Współczesny miś Malu, udostępniony przez Piotra Jaczewskiego, także ma znaczenie symboliczne, jest jednak zupełnie innym symbolem. Te żelki, które rąbie swoją siekierką, niesłychanie przypominają owe misie z nieudanego przyjęcia, które miało przywołać symbole prywatnego rytuału, a on sam - wygląda podobnie do tamtych peerelowskich  zabawek. W dodatku maska na twarzy pogłębia poczucie izolacji i nie da się ukryć, że symboliczne znaczenie odwróciło się o 180 stopni. Miś nie jest już symbolem więzi ponad oddaleniem, a właśnie symbolem oddalenia i agresji wobec innych.

         Pozostałoby jeszcze spytać: Czy ten miś jest szczęśliwszy od tamtych? Żyje przecież w lepszych, „słuszniejszych” czasach, sam ma swoje zabawki, nie musi uczestniczyć w grze innych zabawek, jako część wymyślonego świata moich dzieci. Jest samodzielny, samostanowiący i przewidujący. Nie na darmo przywdział maskę zabezpieczającą przed złymi miazmatami innych.

         Na tej samej stronie, co Piotr znalazłam innego misia:

To jest już bardzo smutny i zagubiony miś.


Korekta przez: ()



« Nowa Caledonia i kaledonizm Słodkie, empatyczne i wredne »

komentarze

1. pamiętam te misie • autor: Nierozpoznany#33372014-06-03 19:44:08

...uważam, że miałaś świetny pomysł , żeby je tak wykorzystać na przyjęciu. Szkoda, że tak chłodno przyjęli...no, ale z Ciebie genderystka , nie dałaś forów mężczyźnie...Popatrz, a ja długo, bardzo długo żyłam w nieświadomości, że jakiś patriarchat na świecie panuje. U mnie w domu byłyśmy traktowane na równi z braćmi., dopiero teściowa mi wyperswadowała jakie powinno być miejsce i rola kobiety. Byłam oburzona, ale jeszcze do mnie nie docierało, że to jakieś odgórne "ustalenia"..i nigdy się z tym nie godziłam i nie godzę. Czytam o Twoim życiu..nie miałaś lekko, oj nie..i  śledząc losy kobiet ogólnie trzeba przyznać, że lekko nie miały i ciągle pokutują te stereotypy.... zrzuca się na kobietę obowiązki wychowania i dbałość o dom..urodziłaś sobie, to sobie chowaj...chcesz pracować , pracuj..jeśli dasz radę to wszystko pogodzić...pewnie ten miś smutny bo rozmyśla nad ludzką kondycją...a może i misiową,  bo każdy zostaje sam ze swoimi myślami..tak czy siak.
[foto]

2. O kurcze. Hardkorowo.... • autor: Michał Mazur2014-06-03 23:08:22

O kurcze. Hardkorowo. Faktycznie straszne siermiężne te czasy były - i te misie...

Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)