Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

31 października 2011

Alejandro Jodorowsky

Mistrz i czarownice - fragmenty książki
Z książki "Mistrz i czarownice" Alejandro Jodorowsky'ego. Przekład: Dariusz Misiuna. Wydawnictwo Okultura 2011

Kategoria: Tantra i seks

Jodorowsky_okladka.jpg

Leonora

Z książki "Mistrz i czarownice" Alejandro Jodorowsky'ego, fragment rozdziału 3. "Mistrzyni - Surrealistka" o spotkaniu Autora z Leonorą Carrington. Przekład: Dariusz Misiuna. Wydawnictwo Okultura 2011


Moja pobieżna wiedza na temat Leonory Carrington pochodziła z Antologie de l'humour noir André Bretona, gdzie znajdował się poniższy fragment: "Ci przyzwoici ludzie, którzy od dziesiątków lat zapraszali ją na obiad do wykwintnych restauracji, nadal nie mogli opanować zażenowania, kiedy odkrywali, że podczas rozmowy z nimi Leonora wdzięcznie zdejmowała buty i skrupulatnie pokrywała swoje stopy musztardą."

Wiedziałem też, że była kochanką Maxa Ernsta. Kiedy za czasów reżimu Franco malarza uwięziono w Hiszpanii, przeżywała poważne załamanie i popadła w obłęd. Gdy wyzdrowiała, opisała swe przeżycia w Mémoires d'en bas. Od tego czasu zburzyła mur dzielący rozum od królestwa snu. Wśród malarzy meksykańskich była postacią mityczną, wcieleniem najbardziej radykalnego surrealizmu. Podczas jednej z imprez Luis Buñuel, uwiedziony pięknem Carrington i zachęcony powszechną opinią, że ma ona za nic moralność mieszczańską, zaproponował jej (we właściwym sobie bezceremonialnym stylu) pójście do łóżka. Nie czekając na odpowiedź, dał jej klucze do garsoniery, w której umościł sobie miłosne gniazdko. Powiedział, żeby przyszła tam nazajutrz o trzeciej po południu. Ale Leonora wpadła tam już o poranku. Zobaczyła rozgardiasz. Mieszkanie przypominało pokój w motelu. A ponieważ miała wtedy okres, skorzystała z tej sytuacji, umazała ręce krwią miesięczną i odcisnęła je na całej ścianie, tworząc oryginalną dekorację dla tej bezosobowej przestrzeni. Buñuel nigdy więcej nie odezwał się do niej.

Gdy przyjechałem do niej, do domu na ulicy Chihuahua, który miast fasady posiadał jedynie kamienną ścianę, wysokie okno i wąskie drzwi, ze zdziwieniem spostrzegłem, że cały się trzęsę. Byłem tak zawstydzony, że brakło mi śmiałości, by użyć dzwonka. Stałem jak zamurowany przez co najmniej pół godziny. Wiedziałem, że czeka na mnie, ale nie byłem w stanie podjąć jakiegokolwiek działania, stojąc przed tym mieszkaniem przypominającym więzienie. Wreszcie przed domem zjawiła się drobna kobieta o silnym, pięknym ciele, ciągnąca wózek pełen warzyw, owoców i paczek papierosów.

- Czy to ty jesteś tym mimem, którego miał przysłać do nas Japończyk? Nazywam się Kati Horna. Jestem fotografką z Węgier, najstarszą przyjaciółką Leonory.

Zapaliła papierosa i zaczęła szybko mówić, nie czekając na jakąkolwiek odpowiedź z mojej strony. Przerywała tylko po to, by zaciągnąć się papierosem. Mówiła kiepsko po hiszpańsku. Podkreślała to, co miała do powiedzenia, rozbudowaną gestykulacją.

- Tej nocy przyśniły mi się trzy zdania. Po przebudzeniu miałam wrażenie wydobycia ich na światło dzienne. Cała moja wiedza pochodzi ze snów. Pojawiają się w nich gotowe zwroty. Często zdarza się, że gdy wstaję z łóżka, przechodzę nagłą zmianę osobowości: wyjeżdżam z kraju albo usiłuję kogoś zabić. "Żyj jak gwiazda!", "Pozbądź się tego, co zbyteczne!", "Konkretna manifestacja". Co sądzisz o tych sentencjach? Gwiazdy świecą i nie martwią się ciemnością planet. Słońce i księżyc nie posiadają ornamentów. Materia zawiera w sobie wszystko… Tak przy okazji, mam w tej kopercie kilka swoich zdjęć. Chciałbyś je zobaczyć?

Nie czekając na moją odpowiedź, wyjęła fotografie z koperty i bardzo szybko pokazała mi jedną po drugiej. Były to portrety żebraków, ludzi, którzy przeżyli obozy koncentracyjne, osób chorych psychicznie, kobiet z czasów hiszpańskiej wojny domowej oraz wygłodniałych dzieci. Wszystkie te postaci wyglądały, jakby miały twarz Chrystusa. Wszystkie wydawały się na coś czekać, pewne, że nie doznają zawodu.

- Dobre sny zawsze się sprawdzają.

Chwilę potem zadzwoniła do mieszkania, mrucząc pod nosem:

- Chcieć… mieć odwagę… potrafić… podporządkować się…

Jej spódniczkę ze zwyczajnego materiału podwiewał wiatr, ale nie zwracała na to uwagi.

Drzwi zazgrzytały i powoli się otwarły. Wszedłem do zimnego, mrocznego, nieprzyjemnego pokoju. Na piętrze ktoś pociągał za sznur, który podnosił zasuwę. Z suchością w ustach, zacząłem wchodzić po schodach. Skończyłem właśnie trzydzieści lat. A z tego, co wyczytałem u Bretona, Leonora urodziła się w 1907 roku, czyli musiała mieć pięćdziesiąt dwa lata. Obawiałem się, że spotkam staruchę, której cień przyjmuje kształt tarantuli. W tym okresie życia starość kojarzyła mi się z brzydotą.

Niezgorzej się zdziwiłem. Zobaczyłem jakąś istotę stojącą u szczytu schodów. Nie było to ciało, tylko raczej jakiś zarys sylwetki, zwiewny cień z dwoma krystalicznie lśniącymi oczami. Jej wzrok miał w sobie namacalność duszy. Mając do czynienia z tak intensywną obecnością, zrzuciłem z siebie wszelkie pozory i maski, niczym suche liście z drzewa. Zetknięcie się z takim umysłem było dla mnie czymś na kształt chrztu lub zanurzenia się w oceanie światła. Mój głos uległ zmianie, moim gestom została przywrócona dawno utracona delikatność, moja świadomość rozbłysła niczym ogień. Wiedziałem, że po tym spotkaniu zmienię się na trwałe…

(...)

Leonora nakazała władczym gestem, bym usiadł pomiędzy nimi. Potem zaś przemówiła z silnym wyczuwalnym angielskim akcentem:

- Ejo powiedział mi, że wśród swoich licznych talentów jesteś nauczycielem mimów. Pokaż mi, jak się poruszasz. Dzięki temu poznam cię lepiej.

Dopiero wtedy zauważyłem, że artystka nie nosi żadnej biżuterii - naszyjników, pierścionków, kolczyków czy zegarka. Nie miała na sobie makijażu. Była ubrana w prostą czarną tunikę. Obcując z taką osobą, wyzbytą wszelkich ozdóbek, nie byłem skory do zagrania pantomimy. Owa czynność wydawała mi się próżna, infantylna i prostacka. Już na samą myśl o przedstawieniu jej podstawowych technik mimicznych - noszenia ciężaru, ciągnięcia liny, spacerowania pod wiatr, tworzenia fikcyjnych przedmiotów przy pomocy rąk, czy też chodzenia niczym robot - robiło mi się niedobrze. Miałem wrażenie, że noszę stare, zużyte palto. Dzięki pracy z koanami potrafiłem oczyścić umysł, opróżniając go z wszystkich abstrakcji. Ale wiedziałem, że muszę także opróżnić moje gesty ze wszelkich imitacji, by dotrzeć do czystości ruchu. Tak więc rozebrałem się i zacząłem poruszać się bez celu w tej nieziemskiej przestrzeni, gdzie cisza uwiła sobie gniazdo. Czerpiąc natchnienie z oczu Leonory, zjednoczyłem się z ciałem. W unii ciała i ducha dałem się porwać ruchowi. Nie mam pojęcia, jak długo to trwało - minutę, a może godzinę? Znalazłem miejsce, doznałem ekstazy uwolnienia się z władzy czasu.

Nagle opadłem na kanapę. Ospale, jakbym budził się z głębokiego snu, zacząłem się ubierać.

Leonora uśmiechnęła się i powiedziała szeptem:

- Cicho. Nie zniszcz tajemnicy.

Po czym, na paluszkach wyszła z pokoju, a za chwilę wróciła z dwiema filiżankami herbaty i ciasteczkami. Przez chwilę sączyła napój słodzony miodem. Następnie podniosła tunikę, która okrywała ją aż po kostki i pokazała mi drobną rankę na łydce. Z dziecięcym wyrazem twarzy czarownicy zeskrobała strupa łyżeczką i napełniła ją kropelkami krwi. Następnie, nie uroniwszy ani kropli, nalała czerwoną ciecz do mojej filiżanki i kazała mi wypić. Sączyłem powoli i uważnie, tak jak uczono mnie podczas japońskiej ceremonii picia herbaty. Potem zaś, szperając w owalnym pudełeczku, wyciągnęła z niego nożyczki i obcięła mi paznokcie oraz kosmyk włosów. Włożyła je do woreczka, który nosiła na szyi.

- Teraz na pewno wrócisz - powiedziała.

Przez długi czas nie odzywaliśmy się do siebie. Ciszę przerwały odgłosy kroków jej dzieci, Gaby'ego i Pabla. Choć może raczej powinienem powiedzieć, że nasza cisza się dopełniła. Te dzieci stanowiły integralną część świata artystki. Nie było w nich nic nienormalnego, ale odróżniały się od innych. Były równie piękne i niepojęte, jak obrazy ich matki. Rozsiadły się symetrycznie po moich bokach, dokładnie na Anubisach. Nie dziwiły się moim widokiem. Zachowywały się jakby mnie znały. Przez chwilę przyszła mi do głowy myśl, że może jestem ich bratem, ponieważ płynie we mnie ta sama krew, co w nich. Gdy dzieciaki były zajęte pochłanianiem ciasteczek, Leonora przekazała mi klucz do swego domu.

Schodząc tuż za mną po schodach, powiedziała mi jakby na pożegnanie:

- Mam dziewięcioro drzwi. Otworzę ci te, do których zapukasz.


Tej nocy nie mogłem zasnąć. Była trzecia rano, ale nadal miałem otwarte oczy. Leonora opętała mnie. Czułem jak płynie pod prąd w moim krwioobiegu. Słyszałem jej głos dochodzący jakby z odległej przeszłości: "Przybądź, przybądź". Ubrałem się, wyszedłem na dwór, zacząłem biec przed siebie do utraty tchu, dopóki nie znalazłem się przed jej domem. Po cichu otworzyłem drzwi przekazanym mi kluczem i bezszelestnie wszedłem po schodach na górę. Zauważyłem migoczący płomień świecy w miejscu, które służyło jej za pracownię. Usłyszałem jej głos recytujący litanię. Edra, jej pies stróżujący, zamachał ogonem i pozwolił przejść bez warknięcia. Ujrzałem Leonorę siedzącą na drewnianym tronie z oparciem w kształcie piersi anioła. Była naga. Miała na sobie tylko żydowski szal modlitewny. Jej niezmącony wzrok zdawał się patrzeć prosto przed siebie w nieskończoność. Wyglądała jak galion na dziobie statku pochodzącego ze starożytnej cywilizacji. Opuściła świat rozumu. Dalej recytowała po angielsku, niewzruszona moją obecnością. Usiadłem na podłodze i nie odrywałem od niej wzroku. Wyzbyła się jakichkolwiek cech osobistych. Sprawiała wrażenie, jakby opętały ją równocześnie wszystkie kobiety, jakie kiedykolwiek istniały. Słowa wylewały się z jej ust niczym nieskończony strumień niewidzialnych insektów. (...)


Reyna

Fragment rozdziału 9. "Praca nad esencją" o spotkaniu z Reyną D'Assią - córką Gurdżijewa.


Gdy po raz pierwszy ujrzałem ją w Muzeum Etnologii miasta Mexico City, Reyna D'Assia opowiadała grupie Amerykanów, ubranych po europejsku niczym postacie z obrazów Jean-Léona Gérome'a, o tajnikach kalendarza słonecznego Azteków. Tego samego poranka, w sali konferencyjnej, przedstawiłem gronu dziennikarzy mój film, El Topo. Dla żartu ubrałem się w strój kowbojski: czarne, skórzane spodnie i płaszcz, czarną jedwabną koszulę, wielki kapelusz i pas z rewolwerem z białą rękojeścią, osadzonym w kaburze. Po zakończeniu pokazu, nasłuchałem się od krytyków, że jestem zagranicznym szkodnikiem, szalonym egomaniakiem, mordercą osłów itd. Wyszedłem z sali całkiem rozjuszony. Starałem się znaleźć ukojenie, błąkając się po korytarzach.

Wtedy to mój wzrok przykuła niecodzienna grupa turystów otaczająca Reynę D'Assię. Nasze oczy się spotkały i coś zaiskrzyło. Wydała okrzyk zdziwienia, rozłożyła ręce i pobiegła w moją stronę. Mówiąc szczerze, na samym początku byłem przekonany, że biegnie do kogoś innego. Dlatego gdy objęła mnie gorącym uściskiem, poczułem lekkie zażenowanie. Pomimo swego szalonego turbanu, koronkowej bluzy, bogato zdobionej kamizelki, wielowarstwowej, cienkiej spódniczki oraz kręconych smolistych włosów, miała w sobie sporo nieodpartego uroku, w czym niewątpliwie pomagały jej dumnie sterczące piersi, rozkoszna pupa oraz dwoje lazurowych oczu. Trzymając mnie w objęciach, powiedziała głębokim głosem i gorącym oddechem:

Przed trzema dniami obejrzałam twój film w Nowym Jorku. Zakochałam się w El Topo, bandycie, który w głębi serca jest rabinem obdarzonym głębokimi wizjami. Postanowiłam przyjechać do Meksyku. Jako pretekst wzięłam sobie tłumaczenie tajemnic kalendarza azteckiego grupie rozkojarzonych turystów. Ale tak naprawdę chciałam spotkać się z tobą. Widzisz? Kiedy twój umysł wypowiada życzenie w stanie prawdziwej namiętności, materializuje się ono przed tobą w zwierciadle, które nazywamy rzeczywistością.

Zapach jej mocnych perfum na skórze doprowadzał mnie do szału. Pozwoliłem ująć się za rękę i wyprowadzić na ulicę, gdzie zawołała taksówkę. Kiedy znaleźliśmy się w środku, zaczęła mnie namiętnie całować. Po dotarciu do hotelu, szybko rozebrała się w pokoju, uklękła na czworakach z tyłkiem wypiętym w moją stronę i kazała wejść w siebie w pełnym kowbojskim rynsztunku.

Oszalały z podniecenia, czym prędzej wtargnąłem w wilgotny świat jej waginy, całą mocą lędźwi. Już miałem zacząć poruszać nimi do przodu i do tyłu, gdy nagle sparaliżował mnie jej krzyk:

- Przestań! Nie ruszaj się! Pragnę, byś stał się osią mego pożądania!

Z niebywałą zręcznością, używając mojego ciała jako podpory, obróciła się przodem do mnie krzyżując nogi za moimi plecami. W tej nowej pozycji raz jeszcze zawładnęło mną pragnienie wejścia w jej Eden, które natychmiast zgasło, usłyszawszy jej kategoryczną komendę: "Przestań!" Musiałem jej ulec.

Ta chwila zdawała się trwać dłużej niż godzinę. Drżały mi całe genitalia, sztywne i gotowe do natychmiastowej akcji. Lecz oto nagle, w tym bolesnym zawieszeniu, ściankami jej pochwy zaczęły wstrząsać coraz szybsze spazmy, aż w końcu cała jej wagina rozwierała się i zaciskała, wibrując niczym potrząsana rękawiczka. Znajdując się w samym środku tej burzy mięśni, nie musiałem się poruszać. Po kilku sekundach zalałem ją nasieniem. Miałem trzy następujące po sobie wytryski.

Powiedziałem jej, że jeszcze nie spotkałem kobiety wykazującej się tak niezrównanym mistrzostwem. A wtedy wyznała mi:

- Miałam wielkiego mistrza. Wiedz, że jestem córką Gurdżijewa. W 1924 roku mistrz odwiedził Nowy Jork wraz z grupą uczniów. Mieli oni dać pokaz świętych tańców. Moja matka miała wtedy trzynaście lat. Przywiozła mu posiłek zamówiony z rosyjskiej restauracji. Gurdżijew uwiódł ją i nauczył ją tych technik waginalnych, które ona następnie przekazała mi w darze. Zdaniem Gurdżijewa, większość kobiet jest zbyt leniwa, przez co ich "Athanor" jest martwy. Dziewczęta są uczone od dzieciństwa, że tylko fallus jest potężny, aktywny i żywotny, natomiast to, co mają między nogami, jest zwykłym naczyniem do wypełnienia spermą. Ludzie traktują waginę jako bierny narząd. A przecież wytrenowana wagina wcale nie musi być bierna. Gurdżijew uczył moją matkę budzenia swej duszy poprzez kształtowanie pełnej życia waginy.

Reyna postanowiła mi pokazać, o czym mówi, rozłożyła więc nogi, ścisnęła wargi pochwy, a następnie zaczęła pompować powietrze do jej środka, wydając z siebie delikatny świst. Kiedy już napełniła pochwę, wystrzeliła powietrze z potężnym sykiem.

- Faza pierwsza: naucz się wdychać i wydychać powietrze waginą tak, jakby była płucami. Kiedy to opanujesz, będziesz w stanie czynić cuda.

Ułożyła cztery oliwki w jednym rzędzie i przyciskając je kroczem, wessała je, jedną po drugiej, wprost do pochwy. Następnie zaś położyła się na plecach i wystrzeliła je z taką siłą, aż odbiły się od sufitu. Zapaliła kilka świeczek i zgasiła je jednym dmuchnięciem waginy. Wciągnęła w siebie nić, po czym wydała ją z siebie zasupłaną.

- Moja pochwa jest równie zręczna jak mój język. Potrafię ją nawilżać lub wysuszać wedle swej woli.

Przez chwilę pogrążyła się w skupieniu, aż nagle wylał się z niej przeźroczysty płyn, pokrywając całe uda.

Potem zaś, z rozłożonymi na boki kolanami, wciągnęła pochwą wielki haust powietrza. Kiedy je z siebie wyrzucała, w powietrze wzniosło się coś na kształt melodii, zgrabnie łączącej motywy metaliczne z organicznymi. Przypominała ona odgłosy wydawane przez wieloryby. Włosy stanęły mi dęba, ponieważ przypomniałem sobie opowieść o syrenach w homeryckiej Odysei, syrenach, które kusiły żeglarzy po to, by rozbijali statki na brzegach wyspy. Zafascynowany i oszołomiony, położyłem głowę na jej łonie i zacząłem kwilić niczym dziecko na wspomnienie raju utraconego.

A wtedy przemówiła do mnie ciepłym głosem:

- W dawnych czasach kobiety śpiewały kołysanki za pomocą swych cipek. Usypiały nimi niemowlęta. Niestety, obecnie ta sztuka uległa zapomnieniu. Tak więc dzieci sądzą, że nie są kochane. W dusze ludzkie zakradł się niepokój. Twój szloch to nic innego, jak wyraz bólu, że miałeś matkę o niemej waginie. Ale nie martw się, zaradzimy temu problemowi.

Powoli zaczęła mnie rozbierać, niezwykle czule i delikatnie. Kiedy już byłem nagi, położyła mnie na łóżku, objęła moje stopy i zaczęła je masować. Składała na nie słodkie pocałunki, stopniowo przemieszczając się po całym mym ciele. Wkładała w to całą siebie, zasypując mnie pocałunkami z głębin swej duszy. Po dwóch godzinach całe me ciało, od stóp do głowy, czuło się dopieszczone niezmienną troską mówiącą mi, że jestem kochany. Wcześniej całowałem się z wieloma kobietami, ale żadna z nich nie obsypała mi pocałunkami całego ciała. Oddałem się temu z wielką rozkoszą.

Po końcowym całusie w nos, wydałem z siebie pełne szczęścia westchnienie, w którym można było też usłyszeć pewną nutę głębokiego smutku. Powiedziałem:

- Ukazałaś mi nirwanę… jednak wolałbym, byś powiedziała mi, że mnie kochasz, zamiast mówić, że jestem kochany.

W jej błękitnych oczach ujrzałem głęboką pogardę.

- Kiedy składałam pocałunki na twym ciele, widziałam, jak poruszasz się w czasie. Najpierw miałeś lat trzydzieści, potem dwadzieścia, potem piętnaście, potem dziesięć, potem pięć, aż w końcu stałeś się półrocznym niemowlakiem, uradowanym odnalezieniem kosmicznej matki. To właśnie czujesz w tej chwili. Czemu miałabym przyjąć niewdzięczną rolę tej, która mówi "Kocham Cię"? Czego tak naprawdę pragniesz? Kiedy tak żebrzesz o moją miłość, w istocie mówisz: "Czuję się zagubiony w życiu, ponieważ nigdy nie zaznałem czułości matki. Jesteś jedynym schronieniem dla moich emocji. Dlatego lgnę do ciebie. Stań się dla mnie moim autorytetem, prowadź mnie, posiądź mnie, spętaj mnie, nakarm mą duszę. Nie porzucaj mnie nigdy, stale zaspokajaj moje pragnienia, dostarczaj mi rozrywek, kiedy się nudzę, przyrządzaj dla mnie pyszną strawę, zapomnij o sobie, okazuj mi większy podziw, niż komukolwiek. Stań się moją publicznością."… Oszukujesz sam siebie, dostrzegając we mnie projekcję swojej wewnętrznej kobiety, którą nazywasz "duszą" - ale w żaden sposób nie możesz zaakceptować mnie jako obrazu swej matki. Kiedy mówisz: "Kocham Cię", które z twoich ja to wypowiada? Umysłowe "ja", uczuciowe "ja", zmysłowe "ja", moralne "ja", kulturowe "ja"? Znasz takie głębokie "ja", które nie byłoby zależne od wieku, płci, narodowości i wierzeń? Kiedy mówisz o "sobie", jaka część ciebie formułuje tę definicję? Potrafisz powiedzieć, bez wewnętrznego podziału: "Jestem, czym jestem"? Czy uświadamiasz sobie, że nie jesteś indywidualnym organizmem? Czy uświadamiasz sobie, że to ciało, które wydaje się należeć do ciebie, jest ciałem wszystkich mężczyzn, którzy istnieli, istnieją i będą istnieć - a ja jestem wszystkimi kobietami, istniejącymi od początków Czasu aż po kres Stworzenia? Twoje podstawowe "ja" to kosmos przejawiający się przez ciebie. Kiedy wchodzisz ze mną w kontakt, musisz zjednoczyć się z całym czasem w tej jednej, krótkiej chwili… Pragnąc mnie mieć na wyłączność, skupiasz się na posiadaniu i błądzisz. Miłość to nieskończona energia, która przenika cię na wskroś i nie ma nic wspólnego z wyobrażeniem, jakie masz o sobie jako kimś odrębnym. Kiedy jesteśmy my, nie ma ciebie i mnie. Miłość wykracza poza wszelkie pragnienie posiadania kogoś na własność. Skoro więc wolisz, bym mówiła, że cię kocham, zamiast tego, że jesteś kochany, nie uzmysławiasz sobie, że jedynym sensem twego istnienia w świecie jest nieustanna miłość tej siły, która stworzyła świat, przyoblekła cię w ciało i obdarzyła świadomością. Jesteś podporządkowany boskiemu przeznaczeniu. Tu i teraz, w każdej chwili, w każdej komórce swego ciała, w każdej cząsteczce, jesteś kochany - ty jako ty, we właściwej sobie postaci, w wyjątkowym stylu, wraz ze swymi ograniczeniami i nieodwracalną aurą. Wszechświat łaknie tej świadomości, którą potrafi wytworzyć twój organizm. Zasiano w tobie ziarno świadomości, dzięki niemu możesz zrodzić owoc, który uchroni ją przed zniknięciem bez wyrycia śladu na czasie… Mój błogosławiony ojciec zwykł mawiać: "Ten, kto nie stwarza duszy, żyje jak świnia i umiera jak pies". Wmówiono ci, że jesteś nikim, że żaden bóg nie żyje w centrum twojej mrocznej psychiki. Twoi rodzice, traktując ciebie jako projekcję swych egoistycznych planów, nigdy nie byli w stanie cię dojrzeć. Z tej właśnie przyczyny nigdy cię nie poznali. Zabraniali ci wypełniać swoje przeznaczenie. Pragnęli takim, jakiego oni sami chcieli. Nie kochali cię. Dlatego tak łatwo przychodzi ci obrzucać szlamem emocji kobiety, które nigdy nie będą w stanie kochać cię tak, jakbyś tego chciał. Naglony stałą potrzebą, gdy mówisz "Kocham cię", myślisz: "Zła matko, nie kochasz mnie. Na próżno szukam twego spojrzenia. Jeśli nie pragniesz mnie zobaczyć, ja nie chcę widzieć siebie, zmuszony do schlebiania twoim wyobrażeniom. Jeśli nie mówisz mi, kim tak naprawdę jestem, wtedy mnie nie ma. Pozostaję dzieckiem. Nie mogę stać się dorosłym, ponieważ musiałabyś widzieć mnie takiego, jakim jestem - to zaś jest niemożliwe, ponieważ wtedy musiałabyś samą siebie postrzegać taką, jaką jesteś, co z kolei znowu jest niemożliwe, ponieważ twoi rodzice - a moi dziadkowie - nigdy cię nie widzieli. Ze strachu przed porzuceniem dystansuję się od ciebie, zanim będziesz w stanie cokolwiek zrobić."

Nagle, powodowany gniewem, chwyciłem krzesło i rozbiłem nim lustro. Niedbale depcząc po szkle, udawałem, że nie dostrzegam odczuwanego bólu. Założyłem na siebie ubranie i wybuchnąłem krzykiem:

- Bezczelna, przemądrzała oszustko! Wydaje ci się, że możesz mnie pouczać, ponieważ przeczytałaś kilka książek o psychoanalizie?! Jesteś córką Gurdżijewa? Wolne żarty!

Klnąc otworzyłem drzwi i z butem w ręku wydałem z siebie zawodzący okrzyk. Dokładnie w tym momencie ujrzałem na korytarzu ślepego turystę. Prowadził go pies, który bardzo się rozjuszył moim krzykiem i zaczął gwałtownie szczekać. Ślepiec się przestraszył i zaczął wzywać ochronę hotelu. Niezwłocznie cofnąłem się do pokoju i zatrzasnąłem za sobą drzwi.

Reyna D'Assia przywitała mnie komicznym śmiechem. Powiedziała:

- Widzisz? Tak łatwo nie uciekniesz ode mnie. Zatrzymał cię pies ślepca. W języku angielskim słowo dog, oznaczające "psa", stanowi odwrócenie słowa god, oznaczającego "boga". To bóg ślepców, takich ignorantów jak ty, zmusza cię do tego, byś mnie wysłuchał. Teraz nadstaw uszu: Zawsze wpadamy w gniew z innego powodu, niż nam się wydaje. Sądzisz, że cię obraziłam, ale jesteś w błędzie.


(...)


Codziennie rano medytuję przez dwie godziny z mistrzem zen.

- W jakim celu?

- Dla oświecenia!

- Zatem jesteś marzycielem. Wydaje ci się, że wspinasz się po drabinie z jednym szczeblem i nie dostrzegasz, że jest ich wiele. Siedzisz w bezruchu w tym zendo, pełen nadziei, że uda ci się osiągnąć ten tajemniczy stan zwany "przebudzeniem". Przypominasz papugę, która ślini się na widok chmur, ponieważ nauczono ją, że te chmury nazywa się "bananami". Wyobrażasz sobie, że przebudzenie jest jak zdobycie kawałka złota lub drogocennego artefaktu, który można zatrzymać. Rozmyślasz o nim jak o aureoli wokół głowy. To śmieszne. Dopiero wtedy doznasz pierwszej eksplozji świadomości, gdy twoje sztywne idee nabiorą płynności. Rzecz jasna, sądzisz, że będzie to trwać wiecznie, jednak jesteś w błędzie. W tym wymiarze rzeczywistości jedyną trwałą rzeczą jest nietrwałość. To, co się nie zmienia, ulega stagnacji. Nabieranie płynności można porównać do rzucenia wielkiego kamienia w sam środek jeziora. Uderzenie wywołuje koncentryczne fale, które pokrywają całą powierzchnię wody. Ekspansja świadomości jest nieskończona, podczas gdy jezioro umysłu posiada granice. Kiedy już zaczniesz ten proces, będziesz przechodził od przebudzenia do przebudzenia, od mniejszych do większych zaskoczeń. Ani przez chwilę nie przestanie cię zdumiewać nowość świata. Rozumiesz? Poszukujesz trwałego przebudzenia, a przecież wszystko cały czas się zmienia…

Złapała mnie za ramiona, przycisnęła moją twarz do swojej i krzyknęła:

- Stagnacja dotyczy nie tylko umysłu, ale także uczuć, seksu i ciała! Przełam swe ograniczenia!

Ogarnęła mnie wściekłość:

- Zgadzam się być twoim kochankiem, ale nie uczniem!

- Czemu więc tak się wściekasz? Chcę tylko dać ci…

- Dawanie nie ma nic wspólnego ze zmuszaniem kogoś do brania! Daj mi po prostu to, o co proszę!

- W porządku.

- Zatem zamknij się i wróćmy do pieprzenia!


Z niespotykaną zręcznością pchnęła mnie tak, że upadłem na łóżko. Wtedy niezwłocznie zajęła się moim penisem. Jej ręce przypominały motyle trzepoczące nieprzerwanie od jąder po czubek żołędzi. Jej palce poruszały się z zawrotną szybkością tak, że zdawały mi się niewidzialne i znacznie liczniejsze. W końcu Reyna przerwała tę rozkosz, wymierzając mi kilka klapsów. Niektóre z nich były naprawdę mocne, inne delikatne. Potem nadeszły głębokie pieszczoty, rozciąganie mojego organu w nieskończoność, a następnie zmiękczanie go i zakopywanie w łonie jakby miał przemienić się w waginę, wyciskanie go niczym owoc, przerzucanie z ręki do ręki, troskliwe, matczyne kołysanie. Na koniec, po tych przeróżnych pieszczotach, Reyna chwyciła mocno mojego penisa i zaczęła go masturbować z nadludzką szybkością i coraz większym wigorem, tak długo, aż wreszcie nie mogłem wytrzymać i wytrysnąłem białym strumieniem.

Widząc mnie wyczerpanego i oniemiałego, ponownie weszła w rolę nauczycielki.

- Przed chwilą miałeś próbkę pierwszej techniki, którą każda kobieta powinna opanować dla zaspokojenia swoich kochanków. Jest to technika ręczna. Pozostałe trzy techniki to technika oralna, waginalna i analna. Mój błogosławiony ojciec utożsamiał je z kolejnymi ośrodkami: intelektualnym, uczuciowym, seksualnym i cielesnym. Technika ręczna dotyczy ciała, waginalna - seksu, natomiast oralna - intelektu. Z tego wynika, że do kontroli ośrodka uczuciowego potrzebna jest technika analna. Chciałbyś jej spróbować?

Kiedy przytaknąłem, zaczęło się szaleństwo. Tama, która hamowała mnie przed zalewem emocji, wybudowana brakiem matczynej troski, nagle legła w gruzach. Przekonany aż do szpiku kości, że jestem w niej totalnie zakochany, błagałem ją o pozostanie w Meksyku na zawsze.

Zaśmiała mi się w twarz:

- Jak już ci powiedziałam wcześniej, jesteś psychologicznym barbarzyńcą. Jesteś słaby, ponieważ brak ci własnej prawdziwej woli. Dlatego pod wpływem silnych emocji potrafisz zmieniać swoje idee, czy nawet popadać w degenerację. Nie panujesz nad tym, co się dzieje. Dajesz się porwać biegowi zdarzeń. Wystarczy kilka wprawnych skurczy mojego odbytu, byś stał się moim niewolnikiem. I to nie dlatego, że jesteś głupi. Po prostu popełniasz błąd. Posługujesz się medytacją do konstruowania wielkiego, tłustego ego, które jest przebrane za Buddę i zwyczajnie służy ukrywaniu, a nie ujawnianiu twej bezosobowej esencji. W Indiach czczą słonia, Ganeszę. Towarzyszy mu zawsze mysz, która zjada ofiary. Ten obrazek ujawnia pewną zakamuflowaną sytuację, albowiem prawdziwym bogiem nie jest Ganesza, tylko mysz. Olbrzymi słoń pokryty złotem, z wielkim klejnotem na czole rozpościera cztery kończyny w stronę przedmiotów o znaczeniu symbolicznym. Wygląda imponująco, lecz tylko skrywa prawdę, że to mysz jest prawdziwym mistrzem. Nikt nie jest w stanie dostrzec prawdziwego mistrza. Jest niewidzialny. Nie posiada ulubionych uczniów, ponieważ naucza całą ludzkość. Nie posiada kościoła, ponieważ planeta i cały kosmos są jego świątynią. Częsty ukrywa się w pozornie błahych postaciach. Jest tygrysią skórą, na której medytuje Budda, osiołkiem ujeżdżanym przez Chrystusa, czarnym bykiem, który dodawał Mitrze siły… Tę prawdę trudno ci zrozumieć, ponieważ starasz się przekroczyć ciało, chociaż powinieneś zanurzyć się w nim do głębi, aż staniesz się tak mały, że w końcu dotrzesz do tej wewnętrznej ofiary, która jest twoim pierworodnym prawem, do tego nieuchwytnego diamentu, którego nazywamy "duszą", mimo że jest poza słowami… Proszę, nie odpowiadaj na te słowa. Nie próbuj ze mną dyskutować. Widzę twoje ego. Widzę, jak niepotrzebnie tracisz energię, pielęgnując fałszywy obraz siebie, zlepek wyuczonych zachowań, które nabyłeś od kołyski. Mój błogosławiony ojciec nazywał tę stertę "słoniem". Mówił, że istnieją dwa rodzaje słoni: śmierdzący słoń i pachnący słoń… Pierwszy jest nieznośny, żyje pozorami, gotowy zrobić wszystko dla sławy, zysku i statusu. Gardzi mądrymi, ponieważ boi się ich poziomu świadomości. Przekonany, że jest panem samego siebie, nie ma skrupułów przed przejmowaniem, czy nawet rabowaniem cnót innego. Przypomina żałosnego żebraka, który przebrał się w strój milionera… Z drugim można jakoś wytrzymać. Potrafi zachować równowagę pomiędzy swymi pragnieniami i potrzebami. Pokornie klęka przed swoją esencją i ma świadomość tego, że nie należy do siebie. "Należysz do Ducha Świętego, nie do siebie" - powiada Biblia. Oswojenie ego polega na przemianie jego smrodu w zapach. W Japonii ten proces reprezentuje szereg rysunków pokazujących czarnego wołu, który stopniowo staje się biały. W Chinach jest to koń. W Indiach jest to słoń… Mój błogosławiony ojciec dobrze wiedział, że zwierzęta były naszymi pierwszymi nauczycielami. Podczas podróży do Bangalore zamieszkał w rezerwacie słoni, aby dowiedzieć się czegoś o ich tresurze. Pierwszą rzeczą, jaką usłyszał było to, że trenerzy tych wielkich zwierząt, czyli mahouci, wydawali im tylko dwie proste komendy: ara i mot. Kiedy chcieli, by słoń się poruszył, mówili władczo: mot, mot. Kiedy chcieli, by się zatrzymał, mówili tym samym tonem: ara. Ten zdawałoby się drobny fakt natchnął mojego ojca do stworzenia podwalin swych nauk. Nazwał on dwa filary swej świątyni: Mot i Ara… Śmierdzący słoń oznacza sytuację, podczas której jednostki są pogrążone w bałaganie szalonych roszczeń, zwanych przez nie "rzeczywistością". Pochłaniają je uczucia, myśli, pragnienia i czyny, przez co zapominają o swej nieśmiertelnej istocie. Jeżeli ludzie mają w jakiejkolwiek chwili przywołać tę esencję, nawet w sytuacji całkowitego uwięzienia w tym świecie, muszą wydać sobie rozkaz: Ara!... czyli, innymi słowy, Stop! Mogą wtedy w ciszy obserwować przepływ bezużytecznych idei, infantylnych złudzeń, bezsilnych pragnień i bezzasadnych planów i na podobieństwo Chrystusa, który wygnał handlarzy ze świątyni, uwolnić się od dziwacznego zbiorowiska, w którym przebywa ich śmierdzący słoń, tak jakby to ono było nieśmiertelne, a nie ich prawdziwa istota. Ten akt zatrzymania stanowi jedność pośród wielości, dzięki której można sobie uzmysłowić, że jedyną stałą rzeczą jest nietrwałość. Tak oto, krok po kroku, słoń nabiera zapachu. Dopiero po opróżnieniu śmietnika można ujrzeć znajdujący się na jego dnie klejnot. Tylko wtedy ich wola może wydać rozkaz Mot! Pachnący słoń porusza się świadomie. Wtedy to myśl jest w stanie opisywać świat, nie myląc siebie z nim, uczucia wytwarzają przywiązanie, którego węzły się jednoczą, a pragnienia znajdują się w harmonii z tym, co możliwe.
W końcu zaś, gdy urzeczywistniamy możliwość za możliwością, osiągamy to, co niemożliwe… Przypomina to opowieść o bożku Panie, który przebiera się w owczą skórę po to, by wyglądać jak chmura i posiąść księżyc. Każde działanie jest pożyteczne, o ile rozwija naszą świadomość. Kim jesteśmy tu i teraz? Intelekt, który szuka tylko wiedzy i napełnia się płodami przeszłości, musi opustoszeć, by osiągnąć stan niewiedzy. Serce, które pragnie miłości, nigdy nie osiąga zaspokojenia, ponieważ karmi się przyszłością. Powinno akceptować to, co mu się przydarza w codziennym doświadczeniu, pozbywać się złudzeń i pragnień u samych ich źródeł. Taka seksualność, która nawiedza teraźniejszość, myląc zwierzęce namiętności z życiem, a swe pokłosie z nieśmiertelnością, musi nauczyć się tego, jak umrzeć w spokoju…

(...)

- Powiedz mi, jakie jest twoje największe pragnienie w życiu? Być szczęśliwym? Być sławnym? Bogatym? Kochanym? Dożyć sędziwego wieku?

- Cóż, mówiąc szczerze, pragnę tego wszystkiego po trosze.

- Do licha, jakże niewiele chcesz! Nie zaspokajaj się tak skromnymi nadziejami. Niechaj twe myśli wzniosą się na poziom, gdzie wszystkie żywe istoty pragną wolności! Jak dotąd nie udało ci się przekroczyć swych partykularnych celów. Zachowujesz się tak, jakbyś był odrębną jednostką, bez związku z ludzkością. Postaraj się spojrzeć Bogu prosto w twarz, bez strachu oraz śmierci. Kiedy uwolnisz się z wszelkich przypadłości, twoja nieświadomość i podświadomość staną się twymi sprzymierzeńcami. Musisz stać się swoim własnym uzdrowicielem. Tylko wtedy będziesz mógł leczyć innych z chorób. Możesz zdobyć taką moc duchową, że nic cię nie zaskoczy. Nic nie zdoła cię zniszczyć - żadni wrogowie, katastrofy, przeciwności losu. Możesz poznać cały kosmos, jego przeszłość, teraźniejszość i przyszłość. W świecie snów możesz poznać, jak wskrzeszać zmarłych. Możesz rozwinąć swoją świadomość do takiego stopnia, że nie rozpadnie się nawet wtedy, gdy przejdzie przez wiele progów śmierci i będzie żyć tak długo jak wszechświat… Samą swoją obecnością możesz podnieść poziom świadomości każdej żywej istoty. Możesz uczyć ludzi posługiwania się boską energią uwięzioną w materii. Możesz oczyścić planetę z odpadów przemysłowych, wymawiać słowa, które uspokajają niebezpieczne zwierzęta, stać się odpornym na śmiertelne trucizny oraz posiadać wgląd w serca i dusze wszystkich ludzi. Możesz przewidywać nieuchronne zdarzenia, dostarczać błyskawicznej, skutecznej rady i pocieszenia, nie pozwalać na to by niepowodzenia sprowadzały cię z raz obranej drogi, przekształcać problemy w wyzwania do podołania, panować nad miłością i nienawiścią, bogacić się nie czyniąc szkody innym i stać się panem swojej fortuny, zamiast niewolnikiem. Możesz cieszyć się skromnym życiem, bez użalania nad sobą, panować nad czterema żywiołami, uśmierzać burze, sprowadzać deszcz podczas suszy i wywołać słońce zza chmur. Możesz nauczyć się telepatii, uzdrawiania na odległość i przebywania w kilku miejscach na raz. Wszystko to pewnie wydaje ci się teraz czystą fantazją, ale jeśli naprawdę się postarasz, to krok po kroku będziesz mógł to osiągnąć.

(...)

- Zostaliśmy źle wychowani. Żyjemy w świecie, w którym dominuje konkurencja, a uczciwość uchodzi za synonim naiwności. Musimy przede wszystkim wykształcić dobre nawyki. Niektóre z nich mogą wydawać się całkiem proste, ale trudno je urzeczywistnić. Postrzegając je jako coś oczywistego, nie doceniamy tego, że stanowią klucz do naszej nieśmiertelnej świadomości. Pozwolę sobie teraz przytoczyć słowa mojego ojca, przekazane mi w darze jako niezbędne zalecenia:

"Skup całą swoją uwagę na sobie. Przez cały czas bądź świadom swoich myśli, odczuć, uczuć, pragnień i czynów. Zawsze kończ to, co zacząłeś. Rób wszystko jak najlepiej. Nie przywiązuj się do niczego, co może zniszczyć cię z biegiem czasu. Bądź hojny, ale się z tym nie afiszuj. Traktuj każdego jakby był twoim bliskim. Uporządkuj to, co zabałaganiłeś. Naucz się przyjmowania i okazywania wdzięczności za każdy dar. Przestań sam siebie określać. Nie kłam ani nie kradnij, ponieważ wtedy okłamujesz i okradasz siebie.. Pomagaj swym bliźnim, ale nie uzależniaj ich od siebie. Nie zachęcaj innych do tego, by cię naśladowali. Sporządzaj plan pracy i staraj się go wypełniać. Nie zajmuj za dużo przestrzeni. Nie wykonuj zbędnych ruchów ani nie wydawaj zbędnych dźwięków. Jeśli brakuje ci wiary, udawaj, że ją masz. Nie dawaj się zdominować silnym osobowościom. Nie uważaj nikogo za swoją własność. Naucz się dzielić. Nie kuś. Jedz i śpij tylko tyle, ile to konieczne. Nie rozpowiadaj o swych problemach osobistych. Nie wyrażaj kategorycznych sądów na temat, który nie jest ci w całości znany. Nie nawiązuj bezużytecznych przyjaźni. Nie goń za modą. Nie sprzedawaj się. Szanuj podpisane umowy. Bądź punktualny. Nie zazdrość nikomu szczęścia ani sukcesu. Mów tylko tyle, ile to konieczne. Nie myśl o korzyściach płynących ze swej pracy. Nie groź nikomu. Dotrzymuj obietnic. Podczas każdej dyskusji staraj się postawić w czyjejś sytuacji. Nie bój się uznać kogoś za lepszego od siebie. Niczego nie eliminuj, tylko przekształcaj. Pokonuj swe lęki, ponieważ w każdym z nich ukrywa się pragnienie. Pomagaj innym pomóc sobie. Przezwyciężaj swoją niechęć. Staraj się zbliżyć do tych ludzi, którzy wzbudzają w tobie niechęć. Nie reaguj na czyjeś słowa na swój temat, niezależnie od tego, czy będą to pochwały czy oszczerstwa. Przekształcaj dumę w godność. Przekształcaj gniew w twórczość. Przekształcaj chciwość w szacunek dla piękna. Przekształcaj nienawiść w dobroczynność. Nie zachwalaj siebie ani nie mów o sobie źle. Traktuj to, co nie należy do ciebie, jakby było twoje. Nie użalaj się. Rozwijaj wyobraźnię. Nie wydawaj poleceń tylko dlatego, że lubisz być słuchany. Płać za wykonywane dla siebie usługi. Nie narzucaj nikomu na siłę swoich idei ani dzieła. Nie wymuszaj na innych takich uczuć jak podziw, współczucie, żal czy współwina. Nie staraj się wyróżniać wyglądem. Nigdy się nie kłóć, już lepiej siedź cicho. Nie zaciągaj długów; natychmiast je spłacaj. Jeśli kogoś urazisz, poproś o przebaczenie; jeśli kogoś urazisz publicznie, przeproś go na forum publicznym. Gdy w trakcie rozmowy uświadomisz sobie, że popełniłeś błąd, nie bój się przyznać do niego; natychmiast go popraw. Nie broń swoich dawnych przekonań, tylko dlatego, że je miałeś. Nie trzymaj niepotrzebnych przedmiotów. Nie obnoś się z egzotycznymi ideami. Nie rób sobie zdjęć ze sławnymi ludźmi. Nie usprawiedliwiaj się przed nikim, stosuj się do swoich własnych rad. Nie utożsamiaj się z tym, co posiadasz. Nie wypowiadaj się o sobie jako o kimś niezmiennym. Zaakceptuj to, że nic nie należy do ciebie. Kiedy ktoś prosi cię o opinię, wypowiadaj się tylko na temat jego cech. Jeśli się rozchorujesz, traktuj chorobę jako swego nauczyciela, a nie coś, co trzeba nienawidzić. Stawiaj czoła wszystkiemu, nigdy się nie chowaj. Nie zapominaj o zmarłych, ale wyznacz im pewne miejsce i nie pozwalaj, by zatruwali ci życie. Gdziekolwiek jesteś, zawsze dbaj o przestrzeń dla sacrum. Staraj się spełniać przysługi bez zbędnego rzucania się w oczy. Gdy postanowisz pomagać innym, niech sprawia ci to przyjemność. Jeśli wahasz się między działaniem a zaniechaniem, zawsze podejmuj ryzyko i działaj. Nie staraj się być wszystkim dla swego partnera; zaakceptuj, że nie możesz dać mu wszystkiego i coś będzie musiał brać od innych. Gdy zobaczysz, że ktoś ma wielu słuchaczy, nie próbuj mu przerywać i skradać mu publiczność. Żyj z zarobionych przez siebie pieniędzy. Nie rozpowiadaj o swych romansach i podbojach. Nie wychwalaj swych słabości. Nie odwiedzaj nikogo tylko dla zabicia czasu. Gromadź tylko te rzeczy, którymi możesz się dzielić. Jeśli podczas medytacji pojawi się tobie diabeł, spraw by on też zaczął medytować."

Tę pierwszą wspólną noc (z wyjątkiem chwil przeznaczonych na pokaz kunsztu erotycznego Reyny) przegadaliśmy aż do rana.


Jodorowsky_okladka.jpg

Info o książce

"Mistrz i czarownice" to fascynująca opowieść o życiu jako wielkiej przygodzie odkrywania siebie poprzez zdzieranie szat własnych oczekiwań oraz społecznych konwenansów. W książce tej Alejandro Jodorowsky, jeden z najwybitniejszych twórców kina magicznego, opisuje inicjacje pod okiem mistrza buddyjskiego oraz czterech kobiet uczącej go sztuki wyzwalającej miłości: mistrzyni surrealizmu, specjalistki od "masażu duchowego", popularnej aktorki meksykańskiej i córki słynnego nauczyciela duchowego, G.I. Gurdżijewa. Tę skarbnicę mądrości, łączącą w sobie przenikliwość ksiąg zen, potoczystość najlepszych biografii oraz czar powieści Carlosa Castanedy, docenili czytelnicy w Hiszpanii i Francji, gdzie biła ona rekordy popularności. (30 tysięcy sprzedanych egzemplarzy w ciągu pierwszych dwóch tygodni.)


Info o autorze

Alejandro Jodorowsky (ur. 1929 r.) - chilijski artysta-surrealista, reżyser teatralny i filmowy (Kret, Święta góra, Święta krew), pisarz, autor komiksów; współzałożyciel (obok Arrabala i Topora) "Ruchu Panicznego"; twórca psychomagii - systemu samorozwoju z pogranicza psychoterapii i szamanizmu; autor bestsellerowych powieści oraz książek poświęconych duchowości.


Mistrz i czarownice - spis treści

  • 9. Prolog
  • 23. Intelektualisto, naucz się umierać!
  • 37. Tajemnica Koanów
  • 51. Mistrzyni - Surrealistka
  • 71. Krok w pustkę
  • 87. Ślady pazurów Tygrysicy
  • 115. Osioł przestał być krnąbrny, odkąd parę razy dostał kijem
  • 137. Od skóry do duszy
  • 167. Jak śnieg w srebrnym wazonie
  • 105. Praca nad esencją
  • 243. Mistrz do ucznia, uczeń do mistrza, uczeń do ucznia, mistrz do mistrza
  • 271. Anegdoty
  • 297. Indeks


Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)