zdjęcie Autora

02 maja 2020

Mieczysław Dyna

Mitologia pamięci

Jako ludzie, istoty rozumne, posiadamy tylko jedno narzędzie do badania rzeczywistości, jakim jest umysł dyskursywny. Gdzie są jego granice? Co się dzieje po ich przekroczeniu? Czy da się to zrobić i czy w ogóle ma sens tak zadane pytanie? Czy ludzkie „ja” zawarte jest tylko w strukturze pamięci? Moim zdaniem są to pytania kluczowe. Na wstępie trzeba przyznać, że człowiek jest istotą, która w pewnym sensie ujarzmiła czas. Odnosimy siebie w stosunku do czasu, wydarzeń, które „tasujemy” ze swojej pamięci lub pod wpływem przypomnień, interakcji z otoczeniem tworzymy nowe. Czas jest naszym punktem odniesienia wobec wszelakich działań. Ludzie utknęli w strukturze języka jakim się posługują i który determinuje ich postrzeganie rzeczywistości. Osobiście nazywam to mitologią naszej pamięci, co postaram się wykazać na poszczególnych przykładach w poniższym tekście. Każdy jest twórcą swojego sytemu wierzeń opartym o znane, co w doskonały sposób wykazał Ludwik Wittgenstein w swoim ostatnim traktacie O pewności. Można twierdzić, że wyczerpał temat z perspektywy, czym jest człowiek jako przysłowiowy X, wobec rzeczywistości, która go otacza i która w sposób diametralny (o ile nie absolutny) zdeterminowała jego postrzeganie rzeczywistości. Wykazanie przez Wittgensteina totalnej wątpliwości wobec struktury języka i jego zawładnięcia nad daną jednostką, jest dobrym preludium do poniższych rozważań.

Co się stanie, gdy rozciągniemy umysł dyskursywny do granic możliwości i staniemy u jego progu. Umysł znajduje się w stanie ciągłej możności. Jakim sposobem można wyprowadzić go poza ten stan? Co wtedy się zadzieje, jakie będą tego biologiczne skutki. Wszystkie te dociekania ogniskują się w obrębie konceptów umysłu, którego produkty są częścią naszej pamięci. Celem dobrego nakreślenia doświadczenia lub reakcji organizmu (świadomości JA) na określone bodźce zewnętrzne (sytuację, zlepek myśli) niezbędne jest zdefiniowanie pojęcia, które będzie stanowić punkt wyjścia rozważań. Co mam na myśli, mówiąc bezpośrednie doświadczenie jaźni, mitologia pamięci czy też totalna ontologia. Mam na myśli, określenie pewnego poziomu zogniskowania JA/zbioru myśli, zredukowanie ich do minimum lub absolutne pozbycie się ich (wyparcie), stopienie się ze świadomością świadka pod wpływem określonych czynności. W filozofiach dalekiego wschodu, buddyzmach oraz wedantach wszelakich, określa się ten stan jako spotkanie z własną jaźnią, absolutem, bogiem. Ludzie praktykujący owe filozofie, często Europejczycy zmęczeni codziennym funkcjonowaniem jako określony X, „szukają” tego stanu „poza myślami”, aby go „złapać” na moment (udając się m.in. do aszramów swojego guru, chociaż zapewne, po prostu szukają miejsca, które będzie dla nich przyjazne pod kątem psychologicznym). Co się wtedy dzieje (jak się uda)? Występuje określona reakcja biologiczna w organizmie, będąca swoistym uwolnieniem napięć. Reakcja przejawia się jako błogi samoistny śmiech, czasem łzy ze śmiechu, jak na najlepszej komedii. Jest to uświadomienie sobie jako X, że dany JA (X) to tylko konstrukt złożony z wyobrażeń, myśli i przekonań. Kiedy my jako X uświadomimy sobie ów fakt, za pomocą jedynego narzędzia poznawczego jakim dysponujemy, czyli umysłu dyskursywnego, występuje właśnie takie „uwolnienie napięć”.

Japoński filozof Kitaro Nishida stwierdził, że samotożsamość jest absolutnie sprzeczna, co wykazał twierdzeniami dotyczącymi logiki paradoksu. Logika klasyczna jest według Japończyka adekwatna tylko w stosunku do jednego aspektu rzeczywistości. Logika paradoksu odkrywa nowy wymiar, ujmując w pełni strukturę rzeczywistości. Z perspektywy paradoksu prawdą nie jest każde dowolne zdanie, ale tylko i wyłączenie jednoczesna negacja i afirmacja. Temat ten jest bardzo szeroki, jednak dogłębnie dotyka natury/podkładu rzeczywistości i jej struktury logicznej.

Doświadczył tego m.in. Jean Jacques Rousseau, który jesienią 1765 roku, dryfując łódką na jeziorze z Bienne w Szwajcarii, doznał pewnego zdarzenia, niemal niezauważalnego. Podczas „wewnętrznego dryfowania”, które nazywał reverie, czyli unoszenia się umysłu niezakotwiczonego przy żadnym temacie (sam autor wyznał, że często praktykował to godzinami), doznał olśnienia, możliwe, iż było ona tożsame ze „śmiechem buddy”. Poprzez dryfowanie, odkrył czyste psychiczne trwanie, w którym zwykły upływający czas z jego wspomnieniami zanika i ustępuje momentom „teraz”. Rousseau starał się to opisać przed samą śmiercią w Przechadzkach samotnego marzyciela. Peter Sloterdijk uważa, że w tym dniu roku 1765, prawdopodobnie po raz pierwszy na europejskiej ziemi, znalazło wyraz doświadczenie wolności, w trakcie której, podmiot wolność nawiązuje wyłącznie do swej wyśledzonej egzystencji, z dala od wszelkich dokonań, powinności i aspiracji. Podmiot zaanonsował siebie, odkrył siebie w ekstazie bycia-u-siebie, doświadczył czystego istnienia, nie odwołując się, po powrocie, do żadnej siły wyższej poza sobą samym. Wydaje mi się jednak, że już kilka wieków wcześniej chrześcijańscy mistycy, jak np. mistrz Eckhart, opisywali to doświadczenie. Sam Eckhart starał się obejść cenzurę kościelną, odwoływał się do kręgu kulturowego, w którym żył, dlatego musiał tworzyć kolejne pojęcia. Rousseau był wolny od ideologii jako takiej.

Przejdźmy teraz do innego miejsca na globie. Ludzie zazwyczaj są zanurzeni w systemach, jakie wyznają za życia, systemach wszelakich, od religijnych po społeczne. Mistycy wszelakich kręgów, od chrześcijańskich, islamskich po dalekowschodnie, filtrują doświadczenia, nazywając je „kontakt z bóstwem”, poprzez mitologie jakimi się posługują. Dalekowschodnie symboliki są na tyle rozbudowane, iż przeciętnemu Europejczykowi wydają się totalnie abstrakcyjne lub bajeczne. Ramakryszna Paramahansa, hinduski mistyk żyjący w XIX wieku, kapłan w świątyni Kosmicznej Matki w Dakszineswar na przedmieściu Kalkuty, i jedno z jego doświadczeń, jest dość interesującym przykładem. Pewnego popołudnia Ramakryszna ujrzał wyłaniająca się z Gangesu piękną kobietę. Skierowała się do gaju i oddała medytacji. Zauważył, że kobieta będzie rodzić, po chwili dziecko było już na świecie, matka pieściła je czule. Nagle ukazała swoje straszliwe oblicze, chwyciła niemowlę w nagle spotworniałe szczęki, zmiażdżyła je, pogryzła i połknęła. Potem wróciła do świętej rzeki i zniknęła w jej wodach.

Bogini Kali pokazała się w całej swej okazałości hinduskiemu mistykowi, ponieważ był w stanie udźwignąć ciężar wizji. Osobom o innej świadomości okazuje się w innych swoich przejawach, odpowiednich do ich postrzegania rzeczywistości. Ujrzenie jej w całej swej krasie stałoby się dla człowieka nieprzygotowanego („duchowo”) straszliwą tragedią. Jest to doświadczenie symboliczne. W świątyniach znajduje się figurka bóstwa przedstawiająca dwa jej aspekty, dobrotliwy i straszny. Figura posiada cztery ręce, będące symbolami uniwersalnej potęgi: górna lewa ręka z zakrwawioną szablą, dolna wzniesiona jest w geście „nie lękajcie się”, prawa górna trzyma za włosy odciętą ludzką głowę, prawa dolna rozdaje dary. Z ust wysuwa się długi język spowity we krwi, posiada również naszyjnik z nadzianych ludzkich głów oraz przepaskę z ludzkich rąk. Jest to symbol kosmicznej siły, całości wszechświata, harmonii par przeciwieństw, łączący grozę absolutnego zniszczenia z matczyną opieką, symbol zmienności i rzeki czasu. Bogini jednocześnie tworzy, zachowuje i niszczy. I tak się ukazała Ramakrysznie Paramahansie.

U.G. Krisznamurti jest kolejnym przykładem, do którego się odwołam w rozważaniach. Moim zdaniem jest on najpotężniejszym w przekazie przedstawicielem totalnej ontologii. Jego słowa były cięte i uderzały jak rozrzucone sztylety. U.G. reprezentuje bardziej tych ludzi, którzy są na końcu drogi, niż na jej początku. Naturalistyczno-lingwistyczny przekaz, jaki pozostawił, jest bardzo interesujący. Jego przesłanie sięga dna istnienia. U.G. sam nigdy nic nie zapisał i mu na tym nie zależało, zrobili to jego słuchacze. Z jego wywodu można wnioskować, iż przejrzał naturę rzeczywistości aż zanadto, bo prawdą jest, że w chwili gdy powtarzamy coś, co nie jest nasze, stajemy się reprezentantami czyiś poglądów. A ile z nas samych jest w nas? Kilka jego myśli: Utrzymuje, że pamięć nie jest umiejscowiona w żadnej konkretnej części mojego ciała. Każda komórka mojego ciała jest w to zaangażowana. (…) Pytanie jak żyć? Jest całkowicie niezwiązane z funkcjonowaniem tego żyjącego organizmu. On i tak przez cały czas żyje. (…) Wszystkie pytania jakie zadajemy rodzą się z pytań, które już mamy. (…) Nie ma czegoś takiego jak śmierć tego ciała, jedyną śmiercią jaka istnieje jest koniec iluzji, koniec strachu, koniec wiedzy, którą posiadamy o sobie i o świecie nas otaczającym. (…) Myśl jest czymś martwym i nigdy nie dotknie jej nic żywego. W chwili, kiedy myśl spróbuje dotknąć życia, zostanie zniszczona przez pierwiastek życia. (…) To co mi się przytrafiło, zdarzyło się, pomimo wszystko co robiłem, to było jak uderzenie pioruna albo jak trzęsienie ziemi. Wszystko co myślałem i czułem wcześniej, zostało wyrzucone z mojego organizmu. (…) Reinkarnacja jest dla tych, którzy w nią wierzą. Reinkarnacji nie ma dla tych, którzy w nią nie wierzą. Ale trzeba zadać to fundamentalne pytanie: „Czym jest to, co się odrodzi? Czy jest coś takiego jak „dusza”, „ja” czy „psyche”? To co widzisz, czego doświadczasz, jest stworzone przez wiedzę, jaką mamy o tym pojęciu. U.G. jest jednym z radykalnych przedstawicieli, jak to nazywam (zdefiniowałem) totalnej ontologii. Wydaje mi się, że do jego przekazu trzeba w pewnym sensie „dorosnąć”, aby zrozumieć jego wartość. Tam, gdzie umiera wszelka nadzieja, dopiero rodzi się człowiek. Jest to bardziej kwestią czucia, niż intelektu.

Podobne doświadczenie, wyłonienia się jestestwa ze zgliszczy, w tym przypadku wymuszone czynnikami zewnętrznymi i okolicznościami losu, przeżył Aziz, który jako młody człowiek został wmieszany w zamach na marokańskiego władcę Hassana II. Został skazany wraz ze swoimi towarzyszami na powolną śmierć za życia i pogrzebanie żywcem, w tajnym więzieniu Tazmamart. Pod ziemią, bez kontaktu ze światłem i światem zewnętrznym miał umierać długo i w męczarniach. Noc nie była nocą, bo nie istniały już ani gwiazdy, ani księżyc ani niebo. My sami byliśmy nocą. Z nocy stworzone były nasze ciała, oddechy, bicie serca, dłonie błądzące po ścianach, przestrzeń ograniczała się bowiem do rozmiaru grobu dla żywego. Zastanawiam się, czy to właściwe słowo, a przecież byłem kimś żywym. Znosiłem życie w skrajnej nędzy i wygłodzeniu. Przechodziłem próbę, która zakończyć się mogła tylko śmiercią, wszystko to jednak dziwacznie przypominało życie. (…) Oddalałem się od wszystkiego, a moje ciało zmieniło się w przezroczystą powłokę. Byłem nagi. Nic do ukrycia. Nic do pokazania. Pośród mroków prawda ujawniła mi się w swej wspaniałej jasności. Byłem niczym. Ziarenkiem zboża w ogromnym młynie, w którym powoli obracały się żarna, miażdżąc nas jedno po drugim. Wiele doświadczeń, które przeżył Marokańczyk, można uznać za mistycyzm wymuszony koleją losu. W doskonały sposób zapisał to Tahar Ben Jelloun w powieści To oślepiające nieobecne światło, będącej opisem tych wydarzeń.

Kolejnym z przedstawicieli radykalnego podejścia do ontologii był Emil Cioran. Jego twórczość wyłoniła się z poczucia bezsensu jakim był przepełniony, podam tylko kilka z setek ciekawszych rozmyślań tego autora. Ludzie nie zamieszkują kraju, zamieszkują język.(…) Być jak Bóg, nie jak bogowie, oto cel prawdziwych mistyków, którzy mierzą zbyt wysoko, aby przystać na politeizm.(…) Religie, podobnie jak ideologie, które odziedziczyły ich wady, sprowadzają się do krucjat wymierzonych przeciw humorowi. (…) Ten kto przeżywa siebie, traci swoją biografię. (…) Koniec końców za spełnione można uznać jedynie losy tragiczne. (…) Przeznaczeniem każdego jest realizacja kłamstwa, jakie on ucieleśnia, osiągniecie stanu, w którym pozostaje się już tylko zużytym złudzeniem. (…) Jasna świadomość: bezustanne męczeństwo, niewyobrażalny wyczyn. (…) Być albo nie być. Ani jedno ani drugie. (…) Zadziwiający brak konieczności: Życie, improwizacja, fantazja materii, ulotna chemia. (…) W Heraklicie tkwi aspekt delficki i inny, jakby żywcem wyjęty z podręcznika szkolnego, mieszanina olśniewających przebłysków i rudymentów: jest w nim natchniony i belfer. Jaka szkoda, że nie wziął w nawias wiedzy, że nie myślał zawsze poza nią. (…) Ktokolwiek przeszedł przez jakąś próbę, patrzy z góry na tych, którzy nie musieli przez nią przechodzić. Nieznośne samouwielbienie zoperowanych. Z tysięcy pereł dyżurnego sceptyka kończącego się świata (jak sam siebie określił), natchnionego beznadzieją, urodziło się wiele prawdy. Radykalizm jego myśli, można twierdzić, zrobił z niego europejski odpowiednik U.G., jednak skrajnie neurotyczny.

Pozostając przy postaciach tragicznych, nasze rodzime podwórko pozostawia jedną taką osobę, która nie przetrwała kontaktu z „totalną ontologią/jaźnią”. Jest to Edward Stachura. Głębia jego myśli i poznawanie natury rzeczywistości doprowadziło go do paranoi i samobójczej śmierci. Wobec tego, można sądzić, że nie jest to droga dla każdego. Jaźń jest dyskursywnie niepoznawalna, tak więc czy gnostycy, próbujący uratować bóstwo z materii nie są także postaciami tragicznymi? Alchemicy wiedzieli, że ich własne zbawienie zależy od rezultatów ich działań. Celem zbawienia nie był dla nich człowiek, tylko zniewolone w materii bóstwo, tak więc wyzwolenie bóstwa z ciemności materii było celem. Moim zdaniem są to rozważania godne uwagi, jednak również przedstawiające punkt widzenia ściśle dyskursywny, okopany w pojęciach. Widać to szczególnie poprzez tworzenie albo raczej zapożyczanie ze starożytnych filozofii setek wyrazów i znaczeń, np. pneuma, psyche, soma itd. Są one tylko punktami współrzędnych, odnośnikami, punktami wyjścia. W tym miejscu podam ciekawy przykład, jakim jest twórca antropozofii, Rudolf Steiner. Marzył mu się byt doskonały, człowiek/dusza urzeczywistniona/wtajemniczona, jednocześnie nie rozpływający się w absolucie. Była to kolejna próba nałożenia na mapę współrzędnych, jednak dość pożyteczna. Gdyby owa filozofia w zachodnim świecie przetrwała próbę czasu, co się nie stało, może świat byłby lepszy. Większość tych teorii „już była”, kiedyś, gdzieś, ezoterycy tworzyli i tworzą Golemy, najczęściej wątpliwych jakości.

W tym miejscu muszę wspomnieć o wybitnym polskim uczonym, prekursorze, którego mam nadzieję, że historia kiedyś wyjmie na wierzch. Profesorze Włodzimierzu Sedlaku, który był osobą kompletną, człowiek jest „promieniem światła załamanym w krysztale czasu”. Głębia myśli profesora i dorobku naukowego jest na tyle potężna i dająca nadzieję przyszłym pokoleniom, że musi zostać wyjęta z historii, kiedyś w odległej przyszłości, na pewno nie dziś, w czasach cywilizacji wzorowej chlewni, na której profesorowi zależało. Nie będę kontynuował tego wątku, zainteresowani na pewno odnajdą twórczość Sedlaka.

W odniesieniu do mitologii pamięci warto również zwrócić uwagę na stan określany w filozofiach buddyjskich mianem bardo. W owych systemach jest on wytłumaczeniem tego, co dzieje ze świadomością w momencie śmierci ciała fizycznego. Buddyści tybetańscy zasadniczo nie robią wielkiej różnicy między bardo życia, myślenia/jawy, snu, medytacji, śmierci. Na pewnym poziomie wszystkie te zjawiska są dla nich tym samym. Bardo medytacji określają momentem, między dwoma myślami, wyszukiwanym i wychwytywanym przez mnichów, jeśli można tak to nazwać. Wyćwiczeni Tybetańczycy (jak i jogini) poprzez opanowanie własnego umysłu treningiem, potrafią wpływać na swoje ciało biologiczne m.in. przez praktyki tummo. W zachodnim kręgu kulturowym przekaz ten pozostawił, chyba jako pierwszy po II wojnie światowej, Franz Bardon. W praktyczny sposób opisał określone czynności i „treningi”, które Europejczyk musi wykonywać, jeśli chce opanować własne ciało i umysł. Czech jako pierwszy na Zachodzie (o ile nie jedyny, po dziś dzień) w tak klarowny sposób opisał to zjawisko i drogę do jego opanowania. Swoim dziełem urzeczywistnił chociażby przekaz Śankaraczarji: Jaźnią twą wyższą wznoś jaźń osobistą, pogrążoną w oceanie świata, idź drogą zjednoczenia, dążąc do pełnego samopoznania twej jedności. Jest to podobny przekaz do słynnego Poznaj samego siebie z frontonu wejścia do świątyni Apollina w Delfach, w której znajdowała się wyrocznia.

Austin Osman Spare nie spotkał człowieka, który nie byłbym bogiem. Jest to przekaz wtajemniczonego, człowieka który, można twierdzić, że pojął konceptualnie naturę myśli. Jego Księga rozkoszy stanowi monolog człowieka, po konfrontacji z jaźnią. Na bazie owych doświadczeń powstało bardzo wiele ciekawych obserwacji i twierdzeń, dotyczących natury człowieczeństwa, jak i ludzkich przekonań, a także języka, w którym każdy siebie odnajduje i poprzez niego siebie wyraża. Jest to monolog na temat granic umysłu. Spare fenomen „śmiechu buddy” nazwał miłością własną: Stan umysłu, nastrój bądź warunki wywołane śmiechem, stanowiące zasadę dzięki, której Ego może osiągnąć zrozumienie bądź uniwersalne skojarzenie pozwalające mu na dokonywanie wtrętów przed pojawieniem się jakichkolwiek koncepcji. Kia określił absolutną wolność zatopienia się w doznaniu bezosobowego. Już kabaliści w swoich koncepcjach, mówiących że świat jest immanencją bóstwa, ubierającego przejawienie w swoje szaty (Szechiny), starali się ukazać umysłem dyskursywnym panteizm stworzenia.

Ostatnim przykładem, na który się powołam i któremu poświęcę najwięcej miejsca, jest Ernst Jünger. Dzięki bardzo wyostrzonemu intelektowi zawarł on wiele ciekawych informacji dotyczących doświadczeń na froncie I Wojny Światowej. W przypadku żołnierza zjednoczenie to nie odbywało się na poziomie „uwolnienia”, lecz absolutnego stopienia się z rzeczywistością (które także można poniekąd traktować jako uwolnienie, lecz uwolnienie w działaniu). Takie samo zjednoczenie się z określonym momentem, tj. m.in. atakiem na okopy wroga, zapewne występowało u żołnierzy frontowych w wielu przypadkach, również pod wpływem adrenaliny (jeśli nie było tłumione strachem i wycofaniem), jednak Jünger miał na tyle wyostrzony intelekt, aby opis tych doświadczeń przelać na papier w latach późniejszych.

Błoto, okopy i codzienne obcowanie ze śmiercią ukazały pisarzowi w sposób dobitny, że człowiek jest miarą wszechrzeczy. Sam uważał w późniejszych latach swojej twórczości, że rozbicie naszego pojęcia czasu, samej jego koncepcji, prowadzi do objawień, ukazujących związek jednostki z wszechświatem. Ludzie jako żywe istoty mogą nie tylko zbliżyć się do wiedzy, ale także i do zrozumienia. W moim osobistym przekonaniu kluczowe jest zrozumienie, że człowiek jest immanentną częścią rzeczywistości, nie tylko pojęcie tego w sposób intelektualny, ale także poznawczy, czego idealnych przykładem jest Ernst Jünger.

Doświadczenia wojenne Jüngera ukształtowały jego prawie 103 letni żywot w sposób diametralny, wyostrzając w znacznym stopniu jego zmysły i intelekt. Pisarz podczas pierwszej wojny był człowiekiem młodym, dwudziestoparoletnim, był jednak osobą reprezentującą pewien zbiór wartości moralnych.

Jünger wielokrotnie podkreślał, że męstwo i honor były czynnikami, które go napędzały w zuchwałym narażaniu życia. Przeciwników traktował często w sposób rycerski. W pewnym sensie uważał, że przeciwników trzeba mieć takich, aby z ich zwycięstwa cieszyć się tak, jak ze swojego. Twierdził również, że walka okopowa jest najkrwawsza, najdziksza, najbrudniejsza ze wszystkich. Widać mieszające się tu wysokie ideały współzawodnictwa ze zwierzęcymi instynktami przetrwania.

Opis jednego z dziesiątek szturmów na pozycje wroga przedstawia moim zdaniem idealny przykład świadomości świadka zlepionego z ideałem (ideą którą reprezentuje dana osoba X, czyli w tym przypadku młody Jünger). „W zmieszanych uczuciach wywołanych pragnieniem krwi, wściekłością i nasyceniem alkoholem, szliśmy ociężałym krokiem, lecz nieprzerwanie na nieprzyjacielskie linie. Obok siebie biły splątane uczucia, bohatersko boskie i zwierzęce razem zmieszane. (…) Prawa ręka ujmowała rękojeść pistoletu, a lewa trzcinę bambusową. Pałałem niepojętą dla mnie zaciętością. Przepotężna chęć zabijania uskrzydlała moje kroki. Wściekłość wycisnęła gorzkie łzy. Ogromna żądza zniszczenia, ciążąca nad pobojowiskiem, ześrodkowała się w mózgach. Tak mogli być owładnięci namiętnościami ludzie renesansu, tak mógł szaleć Cellini, tak wyjąc uganiają nocą wilkołaki, aby pić krew (…) Fala szturmowa tańczyła jak szereg widm w białej kipiącej parze”. Można wnioskować, że jest to z całą pewnością opis doświadczenia transowego. Jünger zlepiał się z pewną całością, mam tu na myśli „rację Niemców na Wielkiej Wojnie” i w natarciu obudził pierwotne instynkty, jednak jako intelektualista wyznawał rycerskie zasady, lecz pod wpływem chwili instynkty zostały przebudzone. Inny fragment tekstu tłumaczy motywy „szału bitewnego”: „Końcówka walk, ostatni dobieg zdawał się nadchodzić, tutaj los ludów będzie doprowadzony do żelaznego załatwienia: chodziło o posiadanie świata. Byłem świadomy, chodź tylko uczuciem znaczenia tej godziny i sądzę, że każdy wówczas czuł, jak jego sprawy osobiste znikają wobec mocy historycznej odpowiedzialności, jaka na niego spadła. Kto takie chwilę przeżywał, zdaje sobie sprawę, że historia ludów jednak ostatecznie wzrasta lub pada, zależenie od losu bitew.” Pisarz czuł na sobie, jako na jednostce, odpowiedzialność całej zbiorowości. Przy tym cytacie chciałem zrobić małą dygresję, ponieważ można sobie uświadomić, co mogli przeżywać polscy żołnierze podczas kampanii wrześniowej. Chciałem wspomnieć o Mikołaju Bołtuciu, generale brygady Wojska Polskiego, który podczas odwrotu, przebicia się pod Warszawę w okolicach Palmir, 22 września 1939 roku pod Łomiankami, w okrążeniu, z powodu braku amunicji, stanął na czele oddziału. Osobiście prowadząc natarcie na bagnety poległ wraz ze swoimi żołnierzami. Jakie uczucia musiały towarzyszyć tym żołnierzom w tak beznadziejnym momencie historii. Jaka żądza zniszczenia musiała w nich buzować wobec najeźdźców, napadających ich kraj? Można się domyśleć.

Wracając do Jüngera, kiedy tak naprawdę młody żołnierz doznał przebłysków świadomości i rozpoznania prawdziwej natury rzeczywistości? Moim zdaniem podczas momentów z pogranicza śmieci, kiedy uruchomił intelekt i mógł w najgłębszym stopniu odczuć bezsens wojny. „Kryjesz się sam za jakąś stertą i czujesz się ofiarą bezlitosnej żądzy zniszczenia. Z przerażeniem odkrywasz, że cała twoja inteligencja, twoje zdolności, cielesne i duchowe cechy, stały się absurdalne i zupełnie bez znaczenia. Kiedy o tym myślisz, gdzieś indziej, kawał metalu, który zamieni cię w bezkształtne nic, może właśnie obiera swój kurs, twój dyskomfort koncentruje się w uchu, które próbuje rozróżnić wokół ogólnego zmieszania, świst śmierci spieszącej do ciebie. Jest również ciemno, sam musisz w sobie samym znaleźć siłę, by się bronić.” Bliskość śmierci zbliżyła pisarza do przejrzenia prawdziwej natury rzeczywistości, odartej z konceptów.

Bardzo ciekawym przykładem zmieszania odczuć „ludzkich” ze „zwierzęcymi” są przemyślenia Jüngera dotyczące ostatnich dni wojny, ostatnich ataków na wroga. Przypomnę, że był on dowódcą oddziału szturmowego, podczas całej wielkiej wojny odniósł liczne rany. „Każdy wiedział, że już nie możemy zwyciężyć, ale przeciwnik musi wiedzieć, że walczy przeciw ludziom honoru. W tych okolicznościach wystrzegałem się, aby mnie nie porwał zapał szturmowy. Byłoby to mało taktowe wobec ludzi, których część ze strachem o żonę i dzieci szła na zniszczenie, pokazywać, że się idzie do bitwy z pewnym zadowoleniem. Było też moją zasadą nie pobudzać do męstwa wielkimi słowami, ani nie grozić tchórzem”. Pisarz nawet w późnych latach, kiedy był już zdystansowany do swoich starych doświadczeń, bronił straconego pokolenia swoich poległych towarzyszy broni. A gdyby nam zarzucano, że pochodzimy z czasów surowych i działających przemocą, to odpowiadamy: staliśmy nogami w krwi i błocie, lecz oblicze było wzniesione do wielkich i wzniosłych wartości. Chodzi tu o rację narodu podczas pierwszej wojny. Jünger porównał swoich poległych w licznych szturmach towarzyszy broni do męczenników, rzucających się w ekstazie, poza wszystkim co ludzkie, poza bólem i strachem. Twierdził że „Kiedy się z czasem już nie będzie rozumiało, jak człowiek mógł oddać życie za swój kraj, a taki czas nadejdzie, wtedy idea ojczyzny będzie martwa”. Moim zdaniem pisarz na froncie wielkiej wojny nie dość, że doznał w sposób mniej lub bardziej świadomy kontaktu z jaźnią, to następnie wrócił do „własnego człowieczeństwa”, czyli odgrywaniu roli jako X, jednostka, która ma pewne wartości i jest obywatelem pewnej większej zbiorowości ,czyli narodu. Wszystkie te doświadczenia graniczne pozwoliły mu na twórcze i długie życie. Oczywiście mógł mieć mniej szczęścia i polec w machinie wojennej, tak się jednak nie stało.

Ekstaza jest niczym innym jak statkiem, który może nas zabrać do spokojnego, nieruchomego świata. Być może wystarczy jednorazowe użycie tego statku.” Tym cytatem chcę nawiązać do stanu „poza myślami”, według buddystów miejsca (przestrzeni) pomiędzy myślami, tak usilnie wyszukiwanego poprzez wielu. Stanu, który, „po powrocie” jest tylko częścią naszej struktury pamięci, człowieka jako istoty, która ujarzmiła czas. Doświadczenie pozadyskursywne zawsze będzie częścią dyskursu umysłowego i niczym więcej, jak punktem w przeszłości. Z którego my jako określony X, możemy wyciągnąć wiele wniosków, a przede wszystkim zrozumienie. „Nie istnieje szczęśliwe stulecie, ale istnieje chwila szczęścia i istnieje wolność w chwili. ” Tymi słowami zakończę wątek Jüngera.

Wszystkie te dociekania ogniskują się w obrębie konceptów umysłu, który to stara się opisać a posteriori stan poza stanem. Jest to wieczny paradoks ciągłej możności. Jedynym narzędziem, jakie posiada istota biologiczna do opisu jakichkolwiek doświadczeń, jest umysł dyskursywny. Umysł będący w ciągłej możności sięga do swojej pamięci, wyjmując z niej zapamiętane, zgromadzone doświadczenia, składające się z sekwencji wydarzeń, które nastąpiły jako punkt lub zbiór punktów zwrócony w przeszłości w odniesieniu do obecnego momentu, będącego ciągłym aktem możności.

Jaki jest sens opisywania doświadczenia pozadyskursywnego, skoro znajduje się ono poza granicami sensu, gdyż jedyne narzędzie, którym dysponujemy do nadania mu sensu, jest na tyle ograniczone, że w każdej chwili gotowe jest do stworzenia kolejnej mitologii opartej na symbolach przyrodniczych (mitologicznych) lub logicznych. Czy "czyste" doświadczenie pozostanie tylko doświadczeniem biologicznym. Co się dzieje, gdy wprowadzimy nasze "Ja" (zawarte w umyśle) w stan, jak to nazwę zerowy, pozbawiając go jakiegokolwiek oparcia i logiki. Stan ten nazwałem totalną ontologią i jest doświadczeniem odczuwalnym, przez organizm biologiczny po wyzerowaniu umysłu. Jako istoty biologiczne jesteśmy „pewnymi” mechanizmami współistniejącymi z otoczeniem. Sam akt uświadomienia/samo-świadomości jest właśnie tym „momentem” poza myślami, tak bardzo poszukiwanym przez wielu i niemożliwym do uchwycenia na stałe, z powodu naszej natury, jako istot, będących ciągłą zmianą, ciągłym aktem możności. Bóg Odyn często podróżował po świecie pod wieloma postaciami, zwano go m.in Grimnirem (zamaskowanym), nie pozostawał nigdy bezczynny, najczęściej się przemieszczał poszukując wiedzy, tak więc w pewnym sensie był demiurgiem rzeczywistości, którą tworzył. U.G. Krisznamurti w młodym wieku, gdy spotkał Ramanę Maharisziego, zapytał go, czy może mu dać rzecz zwaną oświeceniem? Mahariszi odpowiedział, że może mu ją dać, ale czy będzie potrafił ją wziąć? U.G. dostał wtedy pierwszy raz „prawym sierpowym”, który go zahartował. Moim zdaniem nawet najbardziej ambitni psychologowie, jak James Hillman czy Stanislav Grof, mogą się tylko otrzeć o sens tego, co wykracza poza zrozumienie.

Na zakończenie chcę powołać do życia swoją własną koncepcję, którą określiłem mianem mitologii pamięci. Owego Golema/koncepcję każdy musi stworzyć sam dla siebie z osobna. Bo tak naprawdę jedyne nasze „znane” są zawarte w naszej pamięci i na bazie tego tworzymy nasze własne mitologie/doświadczenia, warto mieć to na uwadze.

Bibliografia:

Gershom Scholem, O mistycznej postaci bóstwa, Warszawa 2010.

Peter Sloterdijk, Stres a wolność, Warszawa 2018.

Włodzimierz Sedlak, Inną drogą, Warszawa 1988.

Kazimierz Dymel, Skąd ten blask, profesorze Sedlak?, Lublin 1988.

Śankaraczarja, Klejnot Mądrości Wschodu, przekład i objaśnienie: Józef Świtkowski, Katowice 1924.

Ernst Jünger, Książę piechoty (W nawałnicach żelaza), wyd. II, tłum. ppłk dypl. Janusz Gaładyk, Warszawa 1938.

Ernst Jünger, Węzeł gordyjski. Eseistyka lat pięćdziesiątych, Kraków 2013.

Ernst Jünger, Szklane pszczoły, Kraków 2017.

U.G. Krishnamurti, Myśl jest twoim wrogiem, Bydgoszcz 2010.

Austin Osman Spare, Księga rozkoszy, przekład: Krzysztof Azarewicz, Warszawa 2005.

Emil Cioran, Wyznania i anatemy, Warszawa 2018.

Ludwik Wittgenstein, O pewności, Warszawa 2014.

Joseph Campbell, Bohater o tysiącu twarzy, Kraków 2013.

Tahar Ben Jelloun, To oślepiające, nieobecne światło, Kraków 2018.

Jean-Jacques Rousseau, Przechadzki samotnego marzyciela, Warszawa 1967.

Agnieszka Kozyra, Filozofia nicości Nishidy Kitaro wraz z przekładem wybranych esejów, Warszawa 2007.



Korekta przez: Radek Ziemic (2020-05-02)


Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)