Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

15 kwietnia 2010

Janusz P. Waluszko

Mitozofia sarmacka

Bo piękno na to jest, by zachwycało
Do pracy - praca, by się zmartwychwstało

Norwid, Promethidion

Wstęp o tytule i zasadach pracy

Kiedy myślałem nad tytułem tego utworu, długo nie wiedziałem jak go zakończyć; miało więc być -słowiańska, -(staro)polska, -sarmacka, a wreszcie moja- (w każdym wypadku kryło się jednak jakieś ograniczenie, bo nie ma to dotyczyć w sposób wyczerpujący wszystkich Słowian, choć od nich zaczyna się nasza droga, ani całej polskości, bo jej część "niemiecka", polako-katolicka, łacińska i antysłowiańska jest mi obca, choć i w niej były nurty bliskie mojej wizji polskości, ba - zrazu to one [od Kadłubka po koncyliaryzm i Orzechowskiego] stanowiły jedyny ideologiczny przejaw tego zjawiska utrwalony w piśmie, gdyż nurt "lechicki" wobec nierozwinięcia się kultury wysokiej u przedchrześcijańskich Słowian i zniszczenia kościoła słowiańskiego zaistniał głównie w praktyce, stając się nieraz duchem obcej litery). Zdecydowałem się na określenie -sarmacka, gdyż dla mnie sarmatyzm był właśnie polską odmianą słowianofilstwa i to wówczas, gdy był na topie, owa postawa najsilniej doszła do głosu, wydając najciekawsze owoce w praktyce społecznej (a do tego nawet oficjalna i prokatolicka nauka zaczęła ostatnio wyraźnie odróżniać go od kontrreformacji). Pragnę w tym miejscu podkreślić ów wymiar "doczesny", gdyż jest on arcypolski (całkiem skuteczne dążenia do urzeczywistnienia utopii przy jednoczesnej przewadze życia nad wszelkimi teoriami), a do tego była to jedyna na taką skalę alternatywa w historii (dla Europy i jej amerykańskiego potomstwa nie jest nią Rosja, czy szerzej - Azja, gdyż nie są one niczym innym niż zacofanymi etapami jej własnej linii rozwojowej, polegającej na tworzeniu rzeczywistości odgórnie, gdy tymczasem Rzeczpospolita [więcej niż] Obojga Narodów była budowana wedle odmiennego wzoru, w znacznym stopniu oddolnie, przez społeczeństwo, i nie rządem stała, tworząc w ten sposób odmienny typ kultury). Znacznie mniej problemów sprawiła mi pierwsza część tytułu, choć słówko to być może niewiele komuś mówi. Mit- rozumiem jako motor dziejów, nie musi on być prawdziwy, ma za to nakręcać ludzi do działania, żeby im się chciało chcieć (owoce tego działania mogą być przy tym całkiem do niego nieadekwatne; Kolumb np. wierzył w odkrycie drogi do Indii, gdzie miały być bajeczne bogactwa i ziemski raj, dotarł zaś do Ameryki, o czym zresztą nigdy się nie dowiedział, lecz bez wiary w indyjski raj nigdy być może nie wyruszyłby w drogę); -zofia zaś (a nie -logia) dlatego, że idzie mi o ducha naszego, a nie o literę, o szukanie inspiracji do własnego odczytywania -często cudzych- wizji (i) świata, co było także arcypolskie, a nie o wygrzebywanie z przeszłości zwłok martwej już i nieadekwatnej ideologii i kurczowe trzymanie się tego, co było a nie jest...

Tyle tytułem wstępu o tytule. Czas powiedzieć jeszcze coś o samym utworze: otóż sądzę, iż mit można nie tylko kultywować, lecz również tworzyć i to świadomie. Tak postępowali wszyscy, dla których był on żywym duchem dziejów a nie martwą literą religii. Nie będę więc ograniczał się do pisania jak było, ale i jak być mogło, jak mi by się podobało. Obok rzeczy pewnych i oczywistych znajdzie się miejsce dla hipotez, jawnych zmyśleń i dowcipów. Zamiast ściemniać jak inni, z góry wyjaśniam, iż wiedząc jak jest na prawdę, jednych rzeczy domyślając się a drugich będąc pewnym, inne sobie stworzyłem dla zabawy, choć przy obecnym stopniu niewiedzy w tej materii trudno byłoby mi dowieść nieprawdy; zresztą nie o fakty tutaj chodzi, a o naszą względem świata postawę, o mit który nas nakręca, choć i tak najważniejsze jest życie (idea zaś powinna mu pomagać, przydawać sensu -z całą świadomością, że to tylko gra- a nie pouczać, co robić; życie wie to samo, a mądrość mamy na to, żeby wiedzieć czego nie robić [wbrew naturze rzeczy] aMen+).

Bibliografii nie daję żadnej, chyba że mi się coś niechcący w tekście wyrwie, bo raz, że niewiele dobrych rzeczy na ten temat można znaleźć, a dwa, że wartość może mieć to tylko wówczas, gdy dojdziesz do wszystkiego sam. Kiedy zaczynałem badać te sprawy, wkurzało mnie, gdy czytając Gombrowicza, Miłosza czy kogoś tam jeszcze, znajdowałem rzeczy dla mnie interesujące, lecz zasygnalizowane tylko jednym zdaniem, jednym akapitem, a potem nie mogłem znaleźć rozwinięcia ich w podręcznikach, przyczyny ich sądu w źródłach, choć dotarłem do niemal wszystkich mi dostępnych. Studiując dalej i niewiele poszerzając bazę źródłową, z czasem zacząłem dzięki otwieraniu się umysłu na powiązania strukturalne i -rzecz niebagatelna- dzięki doświadczeniu praktycznego działania, udziałowi w historii (a ten wymiar w naszej mitozofii jest najważniejszy i z reguły przebija wszelką metafizykę), widzieć rzeczy, których nigdzie przeczytać nie można. Widzieć ducha nie literę właśnie!

Słowiańskie korzenie albo brakujące ogniwo

Było to ongiś na początku świata / Wtedy nie było nieba ani ziemi / Nieba, ni ziemi, tylko sine morze / A pośród morza na dębie / Siedziały dwa gołębie / Dwa gołębie na dębie / Toczyły taką naradę / Radę radziły i gruchały / Jakże mamy stworzyć świat? Tak zaczyna się słowiański mit o stworzeniu świata, zachowany m.in. w kolędach z Polesia i Karpat. Owe ptaki były bogami ("dobrym", białym i "złym", czarnym), które do sukcesu dzieła potrzebowały współpracy. Jest to jedna z najważniejszych cech naszej myśli, bliska chińskiemu taoizmowi, obecna zarówno w przysłowiach ludowych [Chłop strzela, Pan Bóg kule nosi; Panu Bogu świeczkę, a diabłu ogarek; Boga czcij a diabła nie gniewaj, ale i: Coś na Bóg zdał, to już stracone - gdy brak jednej strony], aż po wielką poezję i filozofię mesjanistyczną epoki romantyzmu, która chciała połączyć germańską metafizykę z romańskim realizmem, by świat nie był bezbożnym a Bóg bezświatowym. Skąd wziął się ów dualizm na dobrą sprawę nie wiadomo, podobnie jak niewiele w ogóle wiadomo o religii dawnych Słowian. Jego źródeł można doszukiwać się zarówno w jakichś odległych korzeniach kultur tureckich czy indoeuropejskich ludów Eurazji, jak i we wpływach nowszych - irańskich stepowców, Scytosarmatów, czy inspirowanych przez irański dualizm chrześcijan, szczególnie heretyckich bogomiłów, słowiańskich poprzedników zachodniego kataryzmu, których idee żywe pozostały wśród ruskich raskolników być może do dziś. Dla mnie nie ma to większego znaczenia, podobnie jak nie gra dla mnie roli to, który czynnik wziął górę w tworzeniu wolnościowej utopii rzeczypospolitej (jedni mówią o kulturze łacińskiej, chrześcijańskiej czy humanistycznej, inni o umiłowaniu wolności przez Słowian, co podkreślali dawni kronikarze; skoro jednak brak pełnej analogii zarówno na Wschodzie, jak i na Zachodzie, można przyjąć, że najważniejsze było samodzielne odczytywanie owych inspiracji możliwe dzięki ich wzajemnemu kwestionowanie się na pograniczu różnych czasoprzestrzeni [1]). Znacznie ważniejsze jest to, iż można z owego dualizmu komplementarnego (a nie antagonistycznego) wywieść wszystkie zasadnicze cechy naszej kultury, przede wszystkim owo dążenie do zgody (owocujące rzeczpospolitą, wolnością, pacyfizmem i tolerancją).

Zanim przejdę do tego chciałbym parę słów powiedzieć jeszcze o słowiańskiej starinie, w niej bowiem tkwią nasze korzenie, choć to dopiero ich rozwinięcie i owoc w postaci rzeczypospolitej jest naszą własną, środkowoeuropejską specyfiką (na poziomie plemiennym czy wczesnohistorycznym większość ludów ma cechy podobne i może być miła wszelkim fanom życia i wolności, dopiero z czasem gubią to, a nas właśnie odróżnia od reszty dłuższe niż u innych niedopuszczenie do ich zaniku). Jak wspomniałem, o religii dawnych Słowian wiadomo niewiele, chrześcijaństwo było jej niechętne, jego kronikarze interpretowali ją jako wiarę w diabła, nadając mu twarze znanych z lektury antycznych bogów, i niezwykle rzadko podawali informacje mogące być dziś materiałem do jej poznania, zaś własnej kultury wysokiej przed chrztem się nie dorobiliśmy raczej (nie było więc bardów i sag). Do Europy wpadli Słowianie na dość pierwotnym etapie swojego rozwoju, świadczy o tym fakt, iż państwa plemienne i władza książęca tworzą się często już po podboju nowych ziem od Bałtyku po Pont i Adriatyk, nieraz "importowane" z zewnątrz (Samon, Bułgarzy, Awarowie czy Rurykowicze). Sądząc na podstawie nielicznych informacji można przypuszczać, iż także religia Słowian była dopiero na etapie rozwoju od animizmu do teologii, wyższy poziom osiągając tylko w późniejszym okresie u Połabian / Pomorzan (lub w postaci dwuwiary pod maską chrześcijaństwa). Na dobrą sprawę Słowianie wierzyli w jednego boga, pana nieba, Swaroga - cała reszta postaci nie zdołała wyjść poza amorficzne duchy i duszki, często istniejące bezosobowo, jako "gatunek" (na Polesiu chłopi jeszcze w naszym wieku wierzyli w jasnego boga i całą czeredę głupawych diabłów, przywoływanych do porządku piorunami). Imię Swaroga, podobnie jak imiona wielu innych mocy, a także samo słowo bóg, raj, niebo, wiara etc. wskazują na irańskie pochodzenie wyższych warstw religii Słowian. Nawiasem mówiąc: baga oznacza szCZĘŚC'ie (udział; stąd bogactwo, zboże itp.) i analogiczne jest do *dieus innych Indoeuropejczyków, choć u nas dewa, dziw oznaczało raczej diabła, co było wynikiem rewolucji religijnej u ludów irańskich, w wyniku której bogowie tego świata, dewy zostały potępione, a ich miejsce zajęły asury, z Ahurą Mazdą na czele. Imię Swaroga nawiązuje do wcześniejszej fazy, wspólnej dla wszystkich ludów indoeuropejskich; Swarog Perun(as) to np. Dzeus Keraunos, Jasne Gromowładne, gdy późniejsi bogowie byli "ciemni" (a~swar, asura to znaczy nie~jasny, choć dla ich wyznawców było na odwrót). Podział ów wywodzi się z dawnego życia na stepie: przez siedem miesięcy lata mężczyźni paśli stada, by na pięć miesięcy powrócić do kobiet i dzieci, ich ogródków i podziemnych domów = grobów, z których życie odradzało się wiosną wraz z pierwszą burzą i zapładniającym Ziemię deszczem z Nieba. Domy te zwano warami, czego śladem są nazwy typu Wawel (siedziba ducha [vela] domowego, smoka!), czy Wawer, co oznacza [wejście] w[ą]~wał, oraz imię ciemnego boga Welesa [Wołosa] / Waruny (Ahury Mazdy), dosłownie "kryjącego" (co dało i przykrywające ziemię niebo [Uranos], i bezimiennego (nie wywołuj... z lasu), pokrytego w[o]łosami, wilka, i ukrywających się pod jego skórą młodych wojowników, wilkołaków [vahraka], których wołchwy, szamani "ciemnego boga", inicjowali). Weles jest już, sądząc z imienia i funkcji, bogiem nowego typu, którego ewolucję przerwało (ukryło) chrześcijaństwo, w którym istniał jako "ruski bóg", święty Mikołaj, często ważniejszy, do XVIII w. dla popów nawet, od Chrystusa. Indoirańską trójcę dopełniają wspomniany już Swarog (z wyakcentowaniem gromowładności jako Perun, chrześcijański święty Jerzy, Jur - jurny, jędrny, czyli indoirański Indra; jasność [swarożyc, Surja, sol, sołnce] przejął bowiem Chrystus) i rozwinięty w pełni już pod postacią Chrystusa Mitra (mehr - układ, zgoda, słowiański mir, miłość). Można by jeszcze długo ciągnąć tą wyliczankę (o Mokoszy - Matce Boskiej, po części i za Mitrę robiącej) i próbować odtworzenia wiary Słowian, ale raz, że na to brak miejsca, a dwa, że od imion ważniejsze są funkcje, te zaś są do odtworzenia w pewniejszej postaci z całej naszej mitozofii. Tu wystarczy stwierdzenie, że na początku i na końcu dualizmu była jedność (bez rozdzielenia i bez pomieszania), a chrześcijaństwo w swej mistycznej postaci nie tylko tego nie przekreślało, ale wręcz rozwijało [inna rzecz, że taką postać zwalczali jako herezję ortodoksi, co łatwiejsze było przez obcy Słowianom język w kościele łacińskim, i co zaowocowało pewną obojętnością Polaków, a po stłumieniu husytyzmu także Czechów, na sprawy wiary, czyniąc ją często bardzo powierzchowną].

Irańskich śladów w naszej przeszłości jest sporo, nie tylko w sferze religijnej. Dawni Polacy uważali się za potomków irańskich stepowców, Sarmatów. Późniejsza nauka uznała to za bezpodstawny wymysł renesansowych historyków, jednak wiele wskazuje na to, iż to Sarmaci mieli wiele racji (choć niektóre z wersji mitu są zbyt jednostronne). Bezdyskusyjne jest, iż niektóre z plemion sarmackich Alanów (Serbowie, Chorwaci, Antowie / Polanie) uległy slawizacji, a część z nich w swej wędrówce długo przebywała na naszych ziemiach (Serbowie w Wielkopolsce [i na Łużycach], o czym świadczą wykopaliska i nazwy miejscowości; Chorwaci w Małopolsce, co obok wykopalisk potwierdzają legendy o pochodzeniu z naszych ziem panujących potem na Bałkanach kniaziów). Do tej pory tłumaczono nazwę Polan polami, na których mieli żyć, ale wydaje się to niesłuszne przynajmniej w stosunku do Polan kijowskich - w czasach przedsłowiańskich nad Dnieprem żyli alanosarmaccy Antowie, których imię oznacza bohatera; to samo znaczy ruskie słowo polanin (do dziś w ukraińskim zachowała się jeszcze postać żeńska, polanica), ale i irańskie nazwy plemienne Persów czy Partów (Parthawan, w brzmieniu współczesnym pahlawan - charakterystyczna jest ewolucja >r< w >l/ł< znana i z Ariów / Alanów, Waruny / Welesa, Mitry / miłości etc.). Podobnie można dostrzec wiele analogii naszych obyczajów do obyczajów sarmackich (łagodność, duża rola kobiet w życiu społecznym i prawie spadkowym w średniowieczu, równość szlachecka itp.), typowe dla ludów irańskich dwuczłonowe imiona życzeniowe (Bogu:mił, Jaro:sław, Zbi:gniew...), podobieństwo herbów szlachty do sarmackich tamg i tryzuba Rurykowiczów do godła cesarstwa bosporańskiego (zhellenizowanych Sarmatów) etc.[2]

Do tematu etnicznych korzeni szlacheckiej rzeczypospolitej powrócę jeszcze, tu chciałbym jednak wspomnieć o czymś, co wiąże się bezpośrednio z naszą słowiańskością, a mianowicie o obrządku cyrylo - metodiańskim. Oficjalna historiografia z uporem godnym lepszej sprawy neguje fakt jego istnienia w Polsce, pragnąc za wszelką cenę odciąć nas od Wschodu i powiązać z Zachodem. Już w samym tym założeniu tkwi błąd, ponieważ obrządek słowiański nie był "prawosławiem" (w czasie gdy się rozwijał, od połowy IX do połowy XI wieku, kościół nie rozpadł się jeszcze na łaciński i grecki, przede wszystkim jednak Cyryl i Metody wywodzili się z obrządku wschodniego, ale podlegali papieżowi, a posługiwali się nie łaciną czy greką, lecz właśnie językiem starocerkiewnosłowiańskim). Jest całe mnóstwo faktów świadczących o tym, że i Polska (a raczej Lechia, przedpiastowskie państwo plemienne sięgające od ziem pomorskich Luciców na pn.-zach. po karpackich Chorwatów na pd.-wsch.) była także z tym obrządkiem związana, wystarczy przywołać Nestora, wymieniającego wśród jazyka, najbardziej charakterystycznej cechy obrządku, i plemiona polskie, czy Gala, wspominającego np. o opłakiwaniu po śmierci Bolesława Chrobrego przez Słowian i Łacinników, co nawiasem mówiąc znów eksponuje język obrządku. Chrzest słowiański -na niemal wiek przed łacińskim- miał przyjąć "książę w Wiśle" [nie w Krakowie!], władca Lędzian [stąd ruskie L'achy, ljadskij, litewskie Lenkas, ludowo-epickie serbo-chorwackie Ledianin, węgierskie Lengyel, bizantyńskie Licyke, Lenzaninoi, germańskie Lendizi u tzw. Geografa, arabskie l.d.j.r., L(ę)d(z)j(anie) u al-Mas'udiego czy turecki Lechistan itd.], których centrum polityczne po zajęciu Małopolski i Śląska przez południowych sąsiadów przeniosło się z Sandomierszczyzny do Wielkopolski i na Kujawy; tu w X wieku do władzy doszła nowa dynastia (Piast c/a Popiel) i -by znaleźć sobie wiernego sojusznika przeciw starej wierze i ludowi- przyjęła chrzest łaciński. Kronikarze wspominają o dwu metropoliach w Polsce, jednej dla łacinników (Pomorze, Wielkopolska i Kujawy, Śląsk i Ziemia Krakowska) i drugiej, zapewne słowiańskiej (Ziemia Sandomierska, Mazowsze, Halicz i Wołyń, późniejsza Ruś Czerwona, która po podziale kościoła na W/Z odpadła na dwa ~ trzy wieki do Rusi, by połączyć się z Koroną Polską za Kazimierza Wielkiego, który, podobnie jak królowa Jadwiga, próbował odbudować obrządek słowiański w Polsce dla potrzeb tych ziem, sprowadzając benedyktynów słowiańskich z czeskiej Sazawy). To właśnie o język ~ obrządek bili się "fałszywi chrześcijanie" Masława na Mazowszu po tzw. reakcji pogańskiej w połowie XI wieku przeciw Odnowicielowi i jego niemieckim posiłkom, a próbujący wznowić metropolię słowiańską Bolesław Śmiały popadł w konflikt z biskupem krakowskim Stanisławem (Śmiały, z matki Rusinki, szedł w ślady dziada - Chrobrego, utrzymując oba wyznania i próbując mieszać w Kijowie. Do odnowy metropolii musiał odebrać biskupstwu krakowskiemu [największemu przez to w Europie!] ziemie dawnej metropolii słowiańskiej, wcielone do biskupstwa łacińskiego po jej likwidacji za Odnowiciela. Jest charakterystyczne, że arcybiskup gnieźnieński nie poparł Stanisława, nie będąc zainteresowany sporem administracyjnym, nie potępił też Bolesława; wiele wskazuje na to, iż obrządek słowiański miał obu wielkich Bolesławów za świętych, przy czym kult drugiego zastąpiono w XIII wieku dopiero kultem Stanisława, stylizując go zresztą na przeciwnika despoty w stylu Tomasza Becketa). Po "wygnaniu" Bolesława na Węgry i zabójstwie jego syna przez łacińskich spiskowców, obrządek słowiański zamiera poza przyszłą Rusią Czerwoną, która na tle religijnym odpada od Polski (nawiasem mówiąc nazwę tą od plemiennego określenia Polan ukuli księża łacińscy po chrzcie w 966 r., jeszcze trzy lata wcześniej także oni [Widukind] pisali o Lachach [Licicaviki], która to nazwa utrwaliła się wśród naszych wschodnich sąsiadów, nawet katolickich Węgrów, choć ich kler pisał po łacinie Polonia, a nie Lengyel).

Jest jeszcze wiele danych uwiarygodniających tezę o obrządku słowiańskim, jak choćby legenda o postrzyżynach u Piasta, oparta na Deesis struktura Bogurodzicy czy kalendarze z imionami słowiańskich (nie-katolickich) świętych i "morawskie" rotundy na Wawelu etc., ja chciałbym zwrócić jednak uwagę na kilka dotąd nie podnoszonych przez fanów słowiannictwa. Idzie mi o słowiański mit o stworzeniu świata przez boga i diabła [o najpewniej bogomilskiej genezie, choć może na sarmackim podkładzie wyrosły, o czym już wyżej wspominałem], kolędę i nazwy dni tygodnia. Obrzęd kolędowy znany był jeszcze w czasach przedchrześcijańskich, z czasem przejęty przez obrządek słowiański (bardziej otwarty na kulturę ludu, o czym świadczy choćby jego język liturgiczny), zachował wiele elementów pogańskich, także w warstwie literackiej (jak świadczy cytowany wyżej mit o stworzeniu świata), co stało się potem podstawą do jego tępienia przez kler, szczególnie łaciński, ale i grecki. O tym, iż kolęda była słowiańska, świadczy fakt, iż poza nami i naszymi sąsiadami (np. Rumunami czy macedońskimi Grekami, którzy w religii też posługiwali się językiem słowiańskim) jest on nieznany, o tym zaś, że musiał być przejęty przez kościół i to słowiański - to, iż nazwa nie jest ludowa a kościelna, wywodzi się od antycznych kalendae jannarie i jest identyczna po obu stronach podziału wyznaniowego W/Z (przy czym w Polsce znany jest on głównie w Małopolsce, na wschodnim Mazowszu i śladowo na Śląsku, a więc na ziemiach byłej metropolii słowiańskiej). Dokładnie tak samo jest z nazwami dni tygodnia (w reszcie Europy obowiązuje pogański tydzień planetarny w romańskim oryginale lub germańskim przekładzie); u wszystkich Słowian [W/Z] są one takie same i wywodzą się z kalendarza chrześcijańskiego (stąd na czele idzie nie~dziela, by dzień święty święcić [Rosjanie podkreślili potem wskrzeszenie, zachowując całą resztę, a nazwę niedzieli przenieśli na całą konstrukcję tygodnia], po~niedzieli jest dzień pierwszy, wtóry... czwarty i piąty, w środku jest środa [od poniedziałku licząc by się to nie udało], a na końcu sobótka [wigilia] kolejnej niedzieli, głowy nowego zakonu, ślad po dniu świątecznym w starym, kończącym się za~konie[m idąc, jak sarmacki wóz mieszkalny w drodze po stepie, taka słowiańska nazwa tao]; taka genialna konstrukcja nie mogła być dziełem przypadku, jej autorem musieli być twórcy słowiańskiego obrządku i pisma). Na upartego można by sugerować, że mity, obrzędy i nazewnictwo przeniknęło do nas już po chrzcie łacińskim z Czech (tu nikt nie neguje obrządku słowiańskiego pod panowaniem morawskim i później), lecz dla mnie nie ma to większego znaczenia, liczą się bowiem wpływy kulturowe a nie instytucja, tych zaś zanegować się nie da. W okresie I Rzeczypospolitej uległy one wzmocnieniu dzięki [biało]ruskiej "Litwie", a jej centrum kulturowe z końcem XVI wieku przesunęło się z Małopolski na Ruś Czerwoną.

Sarmacka rzeczpospolita albo urzeczywistnianie utopii

Tym co odróżnia dawną Polskę od jej sąsiadów na Wschodzie i Zachodzie są masy ludu szlacheckiego i ich Rzeczpospolita (jedyną analogią jest Królestwo Węgierskie, i do pewnego stopnia Czeskie, na przełomie XV i XVI w. związane zresztą z Polską i Litwą (Rusią) wspólną dynastią Jagiellonów). Kiedy normalnie szlachty było ~1%, u nas sięgało to ~10, a na niektórych ziemiach (jak Mazowsze i Podlasie) nawet ~1/4 ludności [dodać przy tym trzeba, że zaledwie ~5% szlachty stanowili tzw. panowie, co jest porównywalne z liczbą i charakterem zachodniej arystokracji; resztę stanowiła szlachta zaściankowa, pracująca na własnych gospodarstwach, i bezrolna gołota, więc określenie jej mianem ludu (narodu) szlacheckiego jest w pełni uzasadnione, zwłaszcza że i elity możnowładcze, kościelne, a nawet mieszczańskie za "plebs" ją miały]. Skąd się owa szlachta wzięła?! W tym miejscu nie idzie mi o legendarne sarmackie korzenie, ale o organizację społeczną i stosunek do postępu. Nie da się ukryć, że byliśmy zawsze w Europie kimś nowym, na wpół barbarzyńskim, lecz przez ową młodszość - bardziej żywotnym. Nasi przodkowie mieli tego świadomość, chętnie szukając obcych inspiracji, lecz bardzo niechętnie przyjmując narzucane im gotowe rozwiązania. Chyba jako pierwsi stanęliśmy przed problemem, który w XIX wieku stał się obsesją rosyjskich, a w XX - trzecioświatowych elit: przyjąć postęp i zatracić tożsamość, czy też odrzucić go w imię wierności starinie? A totalitaryzm kościelno - imperialnej Europy wcale nam tego zadania nie ułatwiał (w świecie przedchrześcijańskim problem ów nie był nigdy stawiany tak ostro, przyjmowało się to, co komu odpowiada, olewając resztę, zachowując obok nowego wiele z dawnych wierzeń czy urządzeń. Tak chciał zrobić i ów kapłan Trygława ze Szczecina po podboju miasta przez Krzywoustego, kiedy stwierdził, że kącina jego boga jest dość duża, by pomieścić i Chrystusa - nie rozumiał biedak, że nowy bóg nie toleruje niczego prócz siebie).

Z jednej strony podjęła szlachta wielki trud przyswojenia sobie i przełożenia na kulturę wiejską tradycji miejskiej cywilizacji antyczno - chrześcijańskiej (wybierając przy tym Rzym republikański przeciw cesarskiemu, kościół soborowy przeciw papieskiemu oraz własne odczytanie ewangelii jako ducha etyki, a nie litery dogmatów, aż po poprawianie Biblii jako niezgodnej z rozumem czy uznanie, iż nie jest ona jedyną drogą do poznania Boga, jak to miało miejsce w przypadku Jednoty Braci Polskich, arian [3]), a z drugiej od początku nieufnie patrząc na dwór, kler i mieszczaństwo jako element obcy, wrogi dawnym obyczajom i swobodom. Największy opór wzbudzało niemieckie mieszczaństwo, przeciw któremu wystąpiono gwałtownie już w początkach XIV w. (pogromy zbuntowanych mieszczan m.in. w Krakowie i Poznaniu, a także "rzeź Gdańska" dokonana wspólnie przez, reprezentujących formalnie Łokietka, Krzyżaków i pomorską szlachtę; na Śląsku w tym czasie władzę w imieniu królów czeskich zdobył i sprawował do XVII w. Wrocław, przez co ziemie te -mimo iż formalnie pozostawały we władaniu miejscowych Piastów- odpadły od Polski). Nie przyjęła też szlachta tzw. prawa niemieckiego (podobnie jak odrzuciła prawo rzymskie czy kościelną inkwizycję), co moim zdaniem miało zasadnicze znaczenie dla powstania masowej warstwy szlacheckiej. W średniowieczu słabość władzy uniemożliwiała bezpośrednie sprawowanie władzy nad wszystkimi, władca decydował się więc na oddanie części swych uprawnień w zamian za pewne zobowiązania (czynsz, służbę wojskową czy po prostu - lojalność); tak powstały immunitety, zrazu przyznawane indywidualnie i na konkretne sprawy (daniny, służba, sądy etc.), potem całym grupom (ziemiom, stanom) i od razu w pełnej, często przyniesionej z bardziej rozwiniętych krajów postaci. Szczególnie chętnie korzystali z tego goście, obcy danemu krajowi kulturą i organizacją życia (kler, mieszczanie, Żydzi), stając się w zamian za opiekę podporą władzy. U nas przyszło to na większą skalę z Zachodu przez Niemcy wraz z falą osadników w XIII wieku. I tam, gdzie postęp był większy owe prawa objęły większą liczbę ludzi (także miejscowych, których przenoszono z prawa polskiego na niemieckie). Zrazu wydawało się to korzystne, umowa ściśle określała prawa i obowiązki stron, dając często niewolnym chłopom osobowość prawną. Na terenach mniej rozwiniętych, jak chociażby Mazowsze, wolni chłopi pozostali przy dawnym prawie książęcym, co miało okazać się w przyszłości słusznym wyborem, bowiem kiedy możni zaczęli walkę o wpływ na władzę chętnie korzystali z poparcia owych chłopo-wojów, półzależnych rycerzy etc., z czasem rozszerzając zdobyte przywileje na swych współrodowców [tu ważna uwaga: ród mógł się składać z uboższych krewnych, którzy przez rozrodzenie i brak dostępu do urzędów tracili w hierarchii społecznej do liderów rodu, ale często współrodowcami byli stronnicy wielkich panów, walczący pod ich herbem / chorągwią na wojnie i pozostający pod ich opieką; jak w antycznych polis była to organizacja a nie rodzina, choć wypływając z naturalnych źródeł zachowała jej nazwę]. Szczególne znaczenie uzyskało to w związku z bezpotomną śmiercią Kazimierza Wielkiego i koniecznością kupowania poparcia i tronu przez jego następców. Zrazu owe przywileje dotyczyły swobód osobistych (zwolnień od podatków, służby wojskowej poza określonym limitem, nietykalności dóbr i osoby bez sądu etc.), potem także swobód politycznych (Nic nowego o nas bez nas, 1505). A kiedy szlachta zdobyła władzę, okazało się, że ci, co pozostali przy prawie polskim obstawili dobrego konia (przy czym na zacofanym Mazowszu były ich całe zaścianki, a liczba ich sięgała 1/4 ludności), zwłaszcza że "goście" po raz kolejny popełnili błąd.

Kler i mieszczaństwo, bojąc się utracenia swych egoistycznych przywilejów [dosłownie prywatnych praw] na rzecz Rzeczypospolitej [dosłownie wspólnej sprawy] mas szlacheckich, nie skorzystały w końcu XV w. z zaproszenia do tworzącego się sejmu, będącego zjednoczeniem sejmików ziemskich i prowincjonalnych; do tego czasu potrafiły wywalczyć sobie pozycję lepszą od mas szlacheckich i porównywalną z możnowładcami, na czele których stali zresztą biskupi. Zadufani w wyższość swej kultury i organizacji nie zauważyli, że średniowiecze się kończy, scholastykę wypiera humanizm, a monarchię stanową szlachecka rzeczpospolita. Dotyczy to szczególnie mieszczan, którzy poza garstką doradców i urzędników ostatnich Jagiellonów zupełnie wypadli z obiegu, nie umiejąc nawet -przez ciągłe spory o przywileje gospodarcze- stworzyć własnej ogólnokrajowej organizacji w stylu sejmu szlacheckiego czy żydowskiego [waad] lub kościelnego synodu biskupów. Kler zaistniał w senacie z racji tego, iż biskupi byli mianowanymi przez króla urzędnikami, lecz jako całość także znalazł się poza rzeczpospolitą i tylko fakt, że z czasem większość wyższych godności kościelnych zagwarantowano dla szlachty, sprawił, iż i on nie wypadł z gry. Najbardziej przytomni okazali się możni świeccy, jako nie-goście podlegający prawu miejscowemu, a w czasie walki o władzę związani byli ze szlachtą, choć i oni nie zauważyli, że naród szlachecki zaczyna przemawiać własnym głosem i atakować tych, którzy stoją mu na drodze, bez względu na to, czy był to odmawiający współpracy król, czy próbujący podważać równość i wolność dworacy. Wbrew temu, co się dzisiaj mówi, Polska nigdy nie stała się krajem oligarchii magnackiej; możnym było łatwiej wygrać wybory czy zyskać protekcję władcy, ale czyż to samo nie dotyczy współczesnych demokracji?! Natomiast bez szlachty nie znaczyli nic (jak to pokazał los Sapiehów pod Olkienikami w 1700 r.), nawet mając miejsce w "nomenklaturze", dzięki której tworzyła się zresztą magnateria. Wszak to właśnie na tle rozdawnictwa dóbr i urzędów przez króla, które szlachta chciała kontrolować, a radykałowie nawet odebrać i przekazać dla sejmu, doszło do powstania ruchu egzekucyjnego. [4]

Traktując wspólnotowo nie tylko państwo, ale i kościół szlachta rościła sobie pretensje do udziału w kierowaniu nim, czy wręcz stworzenia kościoła narodowego, który byłby kolektywną władzą duchową i polityczną zarazem. Jest bowiem charakterystyczne zarówno to, iż Polacy obstawali za władzą sejmu w rzeczypospolitej, jak i soboru powszechnego w Kościele, sprzeciwiając się w obu wypadkach samodzierżawiu czy choćby oligarchii biskupów czy możnych, jak i to, iż nie rozdzielali obu wymiarów, pragnąc etyki tak w polityce zamiast przymusu, jak i w religii zamiast dogmatów. Szło bowiem o praktyczną realizację utopii, wcielenie ideału w życiu doczesnym, tak prywatnym (ziemiańska arkadia), jak i publicznym (samorządna rzeczpospolita).

I nie bezpodstawnie, realizując rzecz nową dla Europy, powoływano się na tradycje, był to bowiem powrót w nowych warunkach do starych plemiennych zasad wolności i równości wszystkich członków plemienia, współdecydowania o wszystkich jego sprawach przez wiec i troszczenia się bogów o życie, a nie po śmierci. Ba, nawet osławione veto i zasada jednomyślności stąd się wywodzą, choć wzmocniło to potem i wysublimowało przekonanie, iż powszechna zgoda jest poświadczeniem zbożności dzieła przez uwidocznioną w niej obecność Ducha św., stojąc przy tym na straży jednostki, której praw nie może podważyć ani król, ani sejm, ani nikt inny niż jej dobrowolne przekonanie o słuszności danej sprawy i wolnej woli udziału w niej. Owej utopii nie wymyślił żaden wyalienowany z życia ideolog. Wyrosła sama w sposób naturalny, znana ongiś wszystkim ludom, lecz zapomniana u innych pod rządami królów, kapłanów i [za]możnych, a przez naszą młodszość, u nas ciągle żywa i odradzająca się wraz z dojściem narodu szlacheckiego do władzy. Rzecz przy tym ważna, zdołano ją podnieść na wyższy poziom, co oddaliło na parę stuleci jej upadek. Trwające w pogaństwie i plemienności ludy już dawno wyginęły lub zostały zniewolone, gdy Sarmaci zdołali nie podzielić losu Połabian czy choćby Czechów i zachować swą niezależność i tożsamość przez całą epokę nowożytną. Na tym polega moim zdaniem inność drogi Rzeczypospolitej, jej alternatywność. O ile bowiem inne ludy, wychodząc z plemienności czy w najlepszym razie średniowiecza, rezygnowały z ustroju etnicznego na rzecz tej czy innej odgórnej władzy, Polacy, a potem Rusini i Litwini zdołali zachować wiele jego elementów i potem, w ciągłej walce utrzymywali a nawet próbowali rozszerzyć budowaną oddolnie samorządną rzeczpospolitą, proponując unię słowiańskiej Rosji, czy walcząc w Europie za waszą i naszą wolność.

Haseł wolności, równości, braterstwa czy idei umowy społecznej nie wymyśliło francuskie oświecenie, bowiem Rzeczpospolita realizowała je u nas w praktyce już parę wieków przedtem. I nie było to czczym sloganem, jak we współczesnych demokracjach, choć nie obejmowało wszystkich mieszkańców krajów między Wartą a Dnieprem, rzecz bowiem w tym, iż tylko społeczeństwo szlacheckie potrafiło się w ten sposób zorganizować i narzucić rządowi reguły gry. Szlachecka rzeczpospolita była rodzajem partii politycznej, która działała na zewnątrz w obronie interesu jej członków, nie próbując jednak sięgnąć po rządy bezpośrednie, które pozostawiano dworowi króla i jego urzędników, ograniczając się do samorządu wewnątrz organizacji. Chciałbym, żeby było to dobrze zrozumiane: dziś wydaje się oczywiste, że istnieje tylko jedna organizacja życia publicznego i jest nią państwo. Tak jest w Europie od zwycięstwa absolutyzmu w czasie wojen religijnych XVI/XVII w., tak jednak nie było w Polsce / Litwie / Rusi do końca XVIII w., bowiem współistniały w niej samorządy stanowe i etniczno-wyznaniowe, niektóre zorganizowane na poziomie lokalnym (jak gminy miejskie, czasem po kilka w jednym mieście ze względu na różnicę wiary i języka), inne także na ogólnokrajowym (jak sejm szlachecki i żydowski, czy kościoły różnych wyznań). Miały one swe prawa, sądy i władze, a ich stosunki z rządem centralnym (królem) regulowały przywileje stanowe itp., będące formą umowy społecznej. Rząd nie mógł ingerować w ich sprawy wewnętrzne, przynajmniej dopóki przestrzegały reguł gry. Nawet wieś miała taki samorząd, choć na ogół -poza dobrami królewskimi, stanowiącymi 1/6 kraju- został on wykupiony wraz z sołectwem przez pana, który właśnie z tego tytułu -a nie swego widzimisię- mógł sądzić poddanych itd. Szlachta jako najlepiej zorganizowana i solidarna rozszerzyła swe wpływy nie tylko w dół, na wieś, ale i w górę, sprawiając, iż królem czy senatorem mógł zostać z czasem tylko szlachcic, a owe władze -wraz z jej izbą poselską- decydowały -pod warunkiem zgody wszystkich trzech elementów układu- o sprawach całego państwa, choć dotyczyło to tylko stanowienia prawa. Sejm nie mógł, mimo prób w tym kierunku, mianować czy odwoływać urzędników, ani wpływać na egzekucję praw w sposób bezpośredni, co zresztą było przyczyną wielu bardzo głupich posunięć rządu królewskiego wbrew woli szlachty. Poza garstką radykałów szlachta nie wychodziła jednak poza samoobronę, a utrata ofensywności przez rzeczpospolitą z czasem doprowadziła do jej upadku (rozbiory, ale i utrata wiary w samorząd na rzecz marzeń o silnym państwie).

Zanim do tego przejdę, chciałbym jeszcze słów parę poświęcić wspomnianej umowie społecznej w praktyce. Otóż była to demokracja oddolna i bezpośrednia, jej bazą były sejmiki, sięgające w tej czy innej formie dawnych wieców (od których wywodzi się zresztą nazwa powiat). Na sejmiki nie wybierano nikogo, jak dziś do tzw. samorządu lokalnego, bowiem każdy miał prawo, a poniekąd i obowiązek w nich uczestniczyć. Zebrana na takim sejmiku (czyli zebraniu) szlachta danej ziemi delegowała na sejm walny swych posłów (wyraz ten oznacza kogoś w rodzaju dyplomaty, taka była bowiem funkcja posła), którzy w imieniu współbraci pertraktowali warunki współpracy (nowe prawa) z królem i innymi posłami. W tej sytuacji nie dziwią ani instrukcje poselskie (poseł nie reprezentował siebie czy abstrakcyjnego "narodu", lecz swój sejmik), prawo veta (mają je dziś przedstawiciele państw wchodzących w skład Unii Europejskiej itp., a Rzeczpospolita była wszak nie tylko unią narodów, ale i federacją sejmików / ziem), czy odsyłanie w trudnych sprawach uchwał sejmu do braci, na sejmiki w celu ich ratyfikacji. Wszystko to miało zapobiec wyalienowaniu władzy, choćby i demokratycznej, ze społeczeństwa. Inną formą zabezpieczenia było odrzucenie prawa rzymskiego i jego zawodowych interpretatorów, jurystów (którzy potem zgubili demokrację w USA). Kiedy Batoremu zabrakło pieniędzy na wojnę z Iwanem Groźnym, szlachta uchwaliła podatki w zamian za odstąpienie jej przez króla uprawnień sądu najwyższego (Trybunał Koronny 1578, Litewski 1580), do którego deputatów na sędziów także wybierały ze swego grona sejmiki, pozostawiając sądownictwo, podobnie jak stanowienie prawa, w rękach amatorów, a nie zawodowców, którzy nie liczą się ze społeczeństwem, tworząc zamkniętą kastę uczonych w Piśmie. Ponadto szlachta miała pewien wpływ na obsadę urzędów lokalnych (król wybierał kandydata spośród czterech wskazanych przez sejmik). Na poziomie sejmu można było tego próbować szantażem, bowiem podatki nie były jak dziś stałe, lecz każdy ich pobór musiał być uchwalony przez sejm [dopiero w 1717 uchwalono stałe, choć niewielkie podatki na wojsko, co położyło kres rządom sejmikowym, o czym wspomnę jeszcze potem]. Przede wszystkim jednak szlachta miała prawo oporu, gdyby król zaczął łamać prawo. Rokosz był formą legalnego buntu, z własnymi prawami i sądami konfederackimi, własnymi podatkami i władzą wykonawczą, tak w skali lokalnej, jak i w skali kraju, gdzie władzę najwyższą sprawowała generalność zawiązywanej na czas rokoszu konfederacji generalnej, złożona z przedstawicieli sejmików konfederackich, co było formą sięgnięcia po rządy w państwie w sytuacji wyjątkowej (obok buntu, także w czasie bezkrólewia) i prowadziło nieraz do detronizacji króla. Radykałowie twierdzili nawet [w 1606/7], że skoro skonfederowany naród powstaje by samemu rządzić bezpośrednio, tracą władzę wszelkie formy władzy przedstawicielskiej, a więc sejm, sądy i urzędy, króla nie wyłączając. Na co dzień społeczeństwo szlacheckie zadowalało się jednak patrzeniem na ręce władzy, nie chcąc jej zastępować, ba - uciekając od dworu na wieś.

Zgniły kompromis albo zimna wojna domowa

Nie wszystko się nam udało, choć udawało się sporo i długo. Działo się tak przez ciągły napór z zewnątrz i wewnętrzną dywersję paputczyków cudzych dróg, dworu i jego stronników, czy kleru i mieszczan, wykorzystujących niechęć szlachty do skrajnych rozwiązań i jej uchylanie się od konfrontacji, nie wychodzenie poza defensywę, bowiem hasło zgody doprowadzono u nas w pewnym sensie (przez jej jednostronność) do absurdu. Powodowało to nie tylko blokowanie rozwoju rzeczypospolitej, jej rozszerzania na inne stany i sąsiednie kraje, ale z czasem i gnicie, a w końcu upadek dawnej Polski. Największą ceną jaką nam przyszło zapłacić za uznanie przez świat naszego istnienia był chrzest łaciński, a zwłaszcza jego późniejsze konsekwencje w postaci wypaczenia przyświecających nam zasad.[5] Samo chrześcijaństwo nie było takie złe, w postaci obrządku słowiańskiego czy kościoła narodowego mogłoby nawet wzmocnić pewne elementy tkwiące w zarodku w tradycji, rzecz jednak w tym, iż Kościół coraz bardziej oddalał się od swych pierwotnych zasad ku wszechwładzy kleru (w myśl zasady, że: papież / ksiądz ma zawsze rację, nawet jeśli jej nie ma, z samego tytułu bycia księdzem), przewagi litery Pisma i jego oficjalnej interpretacji nad duchem, żywym doświadczeniem boga, którym dla nas było życie wspólnoty; filozofii (teologii) i techniki (skuteczności) zbytnio nie ceniono, mając je za narzędzia tylko - pierwszej brakowało praktyki, drugiej polotu. Podobnie działały próby dworu rządzenia po europejsku, tzn. bez liczenia się z opinią publiczną.

Wychowani w rodzimym duchu Jagiellonowie, mimo swych monarszych ambicji, mieli świadomość, że w Polsce król musi współpracować ze społeczeństwem, jeśli jego działania mają służyć Rzeczypospolitej. Apogeum tej współpracy były lata 1560-te, jednak po 1569 się to załamuje (nawet na Zygmuncie Auguście trzeba było to ciągle wymuszać), zaś następcy Jagiellonów rzadko kiedy potrafili zrozumieć odmienność sytuacji króla w Polsce. Efekty tego były dla naszych dziejów dość smutne, radykałowie przeszli bowiem do permanentnej opozycji i obrony już zdobytych pozycji (poza nielicznymi, wciąż mając zresztą nadzieję na dogadanie się i nie próbując obalić monarchii w ogóle; rewolucyjna dyktatura mogła być zresztą równie, a może nawet bardziej upierdliwa niż ambitny król), ogół zaś po prostu zaczął wycofywać się z życia (biernie jedynie popierając radykałów). Po 1569 następuje ucieczka od spraw publicznych ku ziemiańskiej Arkadii (arianie wtedy właśnie tworzą komunę w Rakowie), skupienie uwagi na życiu ziemiańskim (gospodarstwo, życie towarzyskie, poezje spisywane w sylwach i krążące w odpisach bez próby publikacji [6]), potępienie dworu i życia w mieście. Ponieważ zaś rząd stale próbował wkręcić Rzeczpospolitą w jakąś wojnę i przy jej okazji wzmocnić swą władzę, regularnie co pokolenie dochodziło do kolejnych rokoszy, pokazujących rosnącą bezsilność obu stron (król nie mógł zrobić nic wbrew szlachcie, ta zaś nie mogła zmusić go do działań w interesie kraju). Nastąpił paraliż państwa (sejm rozbity vetem, by nie dopuścić do kupienia go i wzmocnienia rządu, który z kolei okazał się zupełnie nieudolny w latach "potopu"), społeczeństwo zaś rządziło się samo, długo obywając się bez wszelkiej władzy zwierzchniej. II połowa XVII wieku i początek XVIII to tzw. rządy sejmikowe [7]. Sejmiki mnożone coraz to w nowych postaciach (elekcyjne, deputackie, relacyjne, gospodarcze...), często zbierające się bez zgody króla (by nie było podstaw do uznania tego za bunt, formalnie na jedną zgodę zbierano się i po kilkanaście razy, udając iż to ciąg dalszy zawieszonego, legalnie zwołanego zebrania), a nawet obradujące nieformalnie zjazdy szlachty przy byle okazji (przeglądu pospolitego ruszenia, odpustu czy kontraktów), już nie tylko słały posłów na sejm, do króla, czy zatwierdzały podatki, lecz same je uchwalały, zbierały kasę i wydawały ją na zaciąg własnego wojska, milicji wojewódzkich, które miały dbać o obronę i bezpieczeństwo tylko w danej ziemi. Prowadziły też czasami własną politykę zagraniczną, a w razie potrzeby organizowały się w skali kraju. To one po ucieczce Jana Kazimierza z kraju poderwały naród do walki ze Szwedami w czasie pierwszego "potopu", a po drugim przeciw Sasom, przy pomocy których August II Mocny próbował dokonać zamachu stanu. Kres rządom sejmikowym na tą skalę położył Sejm Niemy 1717, uchwalając niewielkie, ale stałe podatki na armię.

Zimna wojna domowa między władzą a społeczeństwem -co pokolenie przeradzająca się w otwarty konflikt- trwała nadal, co -przy uchylaniu się [nie tyle życiu, co] od tworzenia historii przez naród i stale rosnącym nacisku z zewnątrz- nie wróżyło najlepiej. Elity społeczne z królem na czele bardziej bowiem dbały o prywatę niż publikę, nawet wobec kolejnych prób, a potem realizacji rozbiorów nie próbując na serio dogadać się z masami szlacheckimi. Jeśli już dochodziło do sporu między elitami a rządem - wobec zagrożenia swej pozycji ze strony mas wolały poddać walkę, idąc na zgniły kompromis, który czynił Rzeczpospolitą coraz bardziej bezwolną, a masy szlacheckie (bo o plebejskich w ogóle nie ma co mówić) nie umiały jasno uświadomić sobie sytuacji, olać przywódców "samoograniczającej się rewolucji" i zacząć samodzielnej polityki, do czego w dużym stopniu przyczyniał się też, jak wspominałem, katolicyzm.

Biało - czerwona albo jawne rozdwojenie

Wszystko to znalazło swoją kontynuację i po rozbiorach, trwając niemal po nasze czasy, tyle że teraz stawało się to coraz bardziej jawne. Czerwoni [demokraci, potem socjaliści] wywodzący się najczęściej z drobnej szlachty, która z czasem stała się główną bazą rekrutacyjną inteligencji, coraz częściej odwoływać poczęli się do ludu, zrazu chłopów, ale potem -i to realniej- do robotników. Biali, nienawidzący samej idei drobnoszlacheckiej rzeczypospolitej arystokraci i, idąca w stronę burżuazji, bogatsza szlachta, potem mieszczaństwo, stawiali na hasła polako-katolickie, kolaborując często, a przynajmniej paraliżując walkę z zaborcami, przy czym -co gorsza- w obronie społecznego konserwatyzmu hamowali dopływ plebejuszy do narodu (ten nie jest bowiem tym samym, co plemienność, nie istnieje sam przez się. Naród musi być stworzony, a jego uczestnicy muszą zgłosić doń akces, czynnie się weń zaangażować). Choć więc biali dużo mówili o Polsce, to czerwoni działali w praktyce na jej rzecz, żądając zrazu powszechnego uszlachcenia, potem zaś uwłaszczenia często ruskich chłopów i równouprawnienia Żydów (co było warunkiem ich włączenia się do narodu) i wymuszając to serią powstań na zaborcach (jest charakterystyczne, że gdy sprawy te załatwiono powstania się skończyły, zaczęła bowiem powstawać na miejscu dawnej, tradycyjnej Rzeczypospolitej nowa Polska). Nie w pełni się to powiodło, istniały bowiem teraz dwie Polski w jednej, zmieniono bowiem formułę narodu z wielo- na monoetniczną, odtrącając tym -zwłaszcza na kresach- znaczną część potencjalnych jego uczestników.[8]

Pamięć o dawnej Rzeczpospolitej żywa była jeszcze w epoce mesjanizmu, który podniósł na poziom filozofii [Cieszkowski, Trentowski, Libelt etc.] i sztuki wysokiej [m.in. Słowacki w dramatach i Mickiewicz w autoironiczno - apologetycznej epopei Pan Tadeusz czy pismach agitacyjnych] idee odwiecznie żywe wśród ludu szlacheckiego: niechęć do życia miejskiego i tyranii; wizja demokratycznego kościoła narodowego, wolność, równość, braterstwo, połączone teraz z poczuciem misji walki za naszą i waszą, drogi przez polskość do ludzkości oraz próba syntezy Wschodu i Zachodu, a na Zachodzie - praktyczności południa i wiary północy. Widać tu jednak i rosnące napięcie między duchem a czynem, świadczące o gubieniu harmonii, co miało w następnej epoce doprowadzić do rozdwojenia na jednostronne i przez to fałszywe alternatywy, skutkiem czego pamięć ta nie zdołała się utrwalić i przetrwać epoki powstań. Wraz z klęską Komuny Paryskiej przestała istnieć Wielka Emigracja, główna ostoja owej pamięci. W kraju bowiem coraz silniejszy był lojalizm wobec zaborców ze strony elit, a z drugiej strony duch rewolucji socjalnej podsycany przez niepodległościową inteligencję. O ile biali (tak arystokratyczni monarchiści, jak i mieszczańscy nacjonaliści) zawsze byli fanami rządu, o tyle czerwoni (mniej szlacheccy demokraci, bardziej socjalizująca inteligencja) stali się nimi dopiero po rozbiorach, przeciw obcym pragnąc stworzyć własny [choć nie zaginął [9] nigdy w pełni duch Samorządnej Rzeczypospolitej, obecny w ideach mesjanistów, Abramowskiego, niektórych ludowców, socjalistów i syndykalistów z połowy naszego wieku, czy powojennych protestów robotniczych z Solidarnością z 1980/81 na czele]. Po pierwszej (~1543/1863) rodziła się Polska druga (~1863/1989).

I znów to nie strona polako-katolicka, mimo teoretycznej przewagi, stała się jej twórcą. Stało się tak, ponieważ Polska musiała -rezygnując z własnej, oddolnej drogi budowania Rzeczypospolitej- nadrobić zaległości w tzw. postępie w stosunku do Zachodu (stworzyć silny rząd, przemysł, oświatę itp.), a prawą drogą zrobić się tego nie dało, przynajmniej w rozsądnym czasie. Potrzebna była interwencja państwa w stopniu silniejszym, niż stać na to było endecję i jej sojuszników. Do tego fanatyzm narodowo-religijny sprawiał, że dla części obywateli II RP rząd tzw. Chjeny był nie do przyjęcia, zaś w wojnie domowej (1926, 1945) okazała się stroną słabszą, pozbawioną przez skatoliczenie pałeru (co widać choćby na przykładzie ewoluowania endecji). Bo trzeba stwierdzić, że to katolicyzm od zawsze był ową kulą u nogi, która nie pozwalała nam rozwinąć skrzydeł. Zrazu był jeszcze ceną za uznanie przez świat naszej odmienności i dostęp do dorobku cywilizacji łacińskiej, lecz z czasem stało się to nieaktualne, ba - od oświecenia wręcz działało na opak. Niestety, zbyt nasiąknęliśmy owym Ciemnogrodem (z wzajemnością - nietrudno bowiem w nim dostrzec chociażby wielu elementów zdegenerowanego mesjanizmu, czy sloganów dawnej Solidarności), więc -by się od tego uwolnić, odzyskać jasność i pałer- trzeba było wyjść poza polskie bagienko, a to groziło alienacją, a nawet zdradą. Odkąd bowiem duch i litera jawnie poszły osobnymi drogami, trudno odnaleźć dawną jedność, a walka pomiędzy białymi i czerwonymi do dziś wielu ludziom zaciemnia istotę rzeczy.

Trzecia Polska albo staro~nowa alternatywa

W wyniku paradoksów historii po upadku komunizmu to jego spadkobiercy (popartyjni socjaldemokraci i liberałowie z inteligenckiej opozycji) budują dziś nowy ustrój, tym razem już nie w opozycji do Zachodu. I-a Polska szukała własnej drogi, II-a przeciw Rosji, choć jej metodami (etatyzm), a czasem i w jej służbie (PRL, będący kontynuacją procesu zapoczątkowanego przez sanację [10]), goniła Zachód. W III-ej Polsce, powstałej po 1989 jego wartości stały się naszymi, zaakceptowaliśmy i rząd odgórny (negowany przez Sarmatów) i rynek (kontestowany mniej lub bardziej przez socjalistów). Paradoks (?) zaś polega na tym, iż po raz trzeci rej wodzi nie narodowo - katolickie mieszczaństwo Ciemnogrodu, ale spadkobiercy dawnych kontestatorów Zachodu (szlachty i inteligencji jako formacji społeczno - kulturowych, nie koniecznie zaś tworzących owe grupy osób). Może jednak nie powinno to dziwić, bowiem fanowie Kościoła odwoływali się zawsze do obcych wzorów, autorytetów, realiów i interesów, gdy ich przeciwnicy starali się raczej o adekwatność do rodzimej rzeczywistości i przełożenie owych obcych inspiracji na warunki lokalne. Jeśli dodać do tego dogmatyczną sklerozę z jednej i ducha jej kontestacji z drugiej, mniej dziwi, że teoretyczna mniejszość staje się praktyczną większością, choć wielkość owej kuli u nogi nie pozwala w pełni odzyskać mocy, stąd ciągłe kryzysy i załamania, a co więcej - konieczność skupiania energii na osiągnięcie czegoś, co i tak się w końcu zdarzy, na przełamanie oporu sklerozy, co powoduje, że wbrew naszej tradycji musieliśmy przejść na drogę reform i rządów odgórnych, bo samorządność nie umiała pozbyć się katolickiej niemocy.

W efekcie zamiast rozwoju oddolnego mamy rywalizację tradycji i postępu, z których każde grzeszy jednostronnością i żadne w pełni nie odpowiada naszemu duchowi. Ludzie coraz częściej odwracają się więc od spraw publicznych (co w sposób kuriozalny pokazała frekwencja w wyborach i referendum w 1997, spadając poniżej 1/2 uprawnionych). Czy tak być musi, czy nie ma alternatywy? Sądzę, że jest, ale nie jest nią proste odwołanie się do przeszłości, a przełożenie jej na obecną sytuację, zinterpretowanie w oparciu o wyrosłą na wsi kulturę obecnej miejskiej cywilizacji (tak jak szlachta przełożyła na wschodnioeuropejską wieś cywilizację Zachodu). Współgra to zresztą z żywymi, w rodzącej się właśnie epoce postmodernizmu [ponowoczesności, powspółczesności], tendencjami reformatorskimi w jej łonie wobec przeżywania się kolejnych form odgórnej organizacji życia społecznego (średniowiecznego kościoła, nowożytnego państwa i współczesnego rynku) i kryzysu narastającego nie tylko w ekologii (bowiem na środowisko naszego ja [ego] składa się także życie społeczne - kultura - psychika człowieka). Naszą mocną stroną może okazać się to, iż nie zabrnęliśmy w kryzys postępu tak daleko jak Zachód, nie utraciliśmy w tym co on stopniu naszych korzeni (a z drugiej strony przerobiliśmy wszystkie "lekcje" historii, czego brakuje bardziej tradycyjnym, ale i brutalniej zmagającym się z tym problemem krajom III świata), słabością zaś to, iż Polak przypowieść nową sobie kupi, że i przed szkodą, i po szkodzie głupi (jak pisał na początku naszej drogi Kochanowski). Mam nadzieję jednak, że w miarę oddalania się od epoki niewoli, nie tyle jej pamięć, co mentalność (robienie sobie, choćby i przez niewierzących, z Pana Boga pistoletu, z którego chcemy odstrzelić Marxa -jak mawiał Gombrowicz, zapytując przy tym- jestże to zwycięstwo Pana Boga czy Marxa?), owa kula u nogi (zbędne już narzędzia zachowania tradycji czy forsowania postępu), przejdzie do przeszłości. Czas wreszcie dojrzeć i skoro nie udało się dalej iść po swojemu, tak jak na początku, przynajmniej na końcu do tego powrócić.[11]

Jak wyobrażam sobie ten inny, stary a nowy świat? Po staropolsku - oddolnie, bez panowania nad ludźmi i naturą, tak na zewnątrz (inni, przyroda), jak i wewnątrz (gdzie ego uzurpuje sobie rolę jaźni, a rozum panoszy się kosztem innych rodzajów percepcji: uczuć, zmysłów i intuicji); panowania, które trzeba zastąpić współpracą, bowiem ja jest tylko częścią całości, jej narzędziem, a nie wartością samą w sobie, zaś nie-ja resztą tej samej całości, a nie naszym wrogiem. Najwyższą wartością jest nasze prawdziwe Ja, in:dywiduum rozumiane jednak nie egoistycznie, a w sensie dosłownym jako nie:podzielne, a więc całość (nie+ja; inaczej niż na Zachodzie, gdzie czci się samo ja, czy na Wschodzie, gdzie się je odrzuca). Pomoc wzajemna zamiast walki o byt (sadzę, że dziś już stać nas na to, a to dzięki rozwojowi kultury i cywilizacji, i potrzebna jest tylko wola ludzi; kiedy człowiek był słaby potrzebował siły, dążył do ekspansji, by zdobyć dla siebie miejsce w świecie, a resztę miął za rywali. Dziś stać nas na to, by nikt nie był głodny i świadomość, że natura nie jest naszym wrogiem, którego trzeba ujarzmić na zapas). W sumie coś w stylu epoki Ducha świętego średniowiecznych franciszkanów i wolnych duchów, tyle że po sprawdzeniu, iż inne drogi szczęścia nie dają, za to ze zdobytymi na nich umiejętnościami, a więc z większą szansą na urzeczywistnienie.


Janusz Waluszko

[1] Osobiście sądzę zresztą, iż był to splot okoliczności historycznych i warunków naturalnych: zbyt małe przeludnienie, by rozwinęły się silne miasta, będące podstawą silnego państwa, a jednocześnie rozwój społeczny dość duży, by wyjść na poziomie ponadplemiennym poza etap państwa ręcznie sterowanego przez władcę.

[2] Na marginesie heraldyki i jej związków z tamgami chciałbym wspomnieć o jeszcze jednym symbolu, który jest dla mnie charakterystyczny; idzie o powszechny na lechickich ziemiach polsko-ruskiego pogranicza krzyż z półksiężycem, niekiedy bogato rozbudowany, występujący na świątyniach różnych wyznań od lutrów przez katolików i unitów po prawosławnych. Kiedy przed laty pytałem o jego znaczenie księdza-przewodnika w muzeum archidiecezjalnym w Przemyślu, stwierdził iż to ślad po... tureckim podboju {}; rzecz realna w Kamieńcu Podolskim, niezbyt prawdopodobna w Przemyślu, na Litwie / Białorusi jest już czystą fantazją, a skoro tak - wolę moją własną, jako bliższą prawdy; otóż dla mnie jest to forma jednoczącej przeciwieństwa i manifestującej pełnię mandali, krzyż jest tu bowiem symbolem słońca, mocy duchowych, światła, gdy księżyc to królestwo życia. Razem, łącząc ogień z wodą, niebo i ziemię, pana z bogiem, jang i jin - stają się symbolem tao, świętego [tzn. mocnego nie~działaniem] króla, Króla Ducha, pełni, która była od zawsze obsesją Słowian, jak pokazuje mit o stworzeniu świata, obsesji żywej jeszcze w naszym mesjanizmie. Można zresztą ów symbol odnaleźć także w herbach itp. znakach już od ~IX/XI w. Półksiężyc (czasem podkowa itp., często srebrna) z krzyżem (często złotym, czasem z mieczem, a nawet strzałą itp.), niekiedy w formie -jak w bajkach i mitach- zredukowanej lub zwielokrotnionej, występują w herbach Szeliga, Łada, Chrynicki, Drzewica, Ratułt, Przegonia, Ostoja, Czewoja, Cholewa, Belina, Tarnawa, Prus III, Osorja / Pogwizd, Boża Wola, Jastrzębiec, Nowina, Białynia, Mądrostki, Harasimowicz, Gryf, Bolesta, Dołęga, Lubicz, Pobóg, Krzywda, Dąbrowa, Trzaska, Kopaszyna, Kotwica, Kostrowiec etc. Na dobrą sprawę -uwzględniając, iż pierwotne formy kreskowe upostaciowiono dopiero pod wpływem wzorów zachodnich- można powiedzieć, że wiele tamg stało się herbami przez dodanie krzyża, co potwierdzają zresztą odmiany z XIII i XIV (XVI) w., pierwotnie często go pozbawione (znana jest za to tamga -krzyż z półksiężycem- z kurhanu książęcego w Melitopolu na Ukrainie). Widać to i w tryzubach ruskich i litewskich kniaziów [a zwłaszcza huculskich górali], które wywodzą się z tamg królewskich, będąc ich dolną połówką; w formie klasycznej, z krzyżem jako połówką górną prezentuje to herb Radwan, z kolei pierwotna forma Leliwy przedstawia półksiężyc z krzyżem skośnym [x], potem dającym gwiazdę, na osi / drzewie życia, czyniącej półksiężyc tryzubem. Kto zna znaki przed- i wczesnoheraldyczne nie zdziwi się takimi woltami. Owo dodanie słonecznego krzyża do półksiężyca jest znakiem rewolucji jaka dokonała się w wierzeniach poprzez przejścia od misteriów publiczno-doczesnych ku czci życia (sobota Saturna) do misteriów prywatno-wiecznych ducha (niedziela Słońca), tyle tylko, że inni wraz z przejściem z pogaństwa na chrześcijaństwo o życiu zapomnieli, ba - zrazu nazwali wszystko co się z nim wiązało diabłem, zwalczając kulty płodności i ich księżycową boginię / matkę (albo czcząc owo życie potem, ale w wersji zdesakralizowanej), gdy u nas zachowano dla życia i jego pani cześć -choć w schrytianizowanej formie- kto wie czy nie większą niż dla pozostałej trójcy świętej. Kult Matki Bskiej Ziemi jest zresztą niezbędnym dopełnieniem rozwoju duchowego, przejawem troski o jego życiowe oparcie, zaś wyrazem archetypowej pełni jest właśnie czwórca święta, której symbolem są trzy górne ramiona krzyża i księżycowa podstawa. A że o czwórcę szło jednoznacznie przekonuje krzyż na kościele uniwersyteckim w Wilnie, gdzie chadzał Mickiewicz, z monogramem Maryi, Jezusa i Ducha św. oraz trójkątem / okiem Boga Ojca. I znów nie ma dla mnie znaczenia jaką formę zewnętrzną przyjął duch, zwłaszcza iż dwuwiara była u Słowian czymś zwyczajnym. Wśród ludu żywa była jeszcze do progu naszych czasów jako chrześcijaństwo naturalne, jak to w stosunku do sąsiedniej Rumunii określił Eliade, czyli duchowy kult sił przyrody pod imionami świętych.

[3] Negowanie autorytetów było zresztą naszą specjalnością nie tylko w religii, ale i w polityce, nauce, czy kulturze. Wystarczy przypomnieć Kopernika (astronomia), Miechowitę i Wapowskiego (geografia) czy Zawiszę i Dunin - Karwowskiego (biorących stronę rzeczypospolitej przeciw ustrojowi mieszanemu, zachwalanemu przez liczne autorytety, by już nie wspominać o odrzuceniu władzy absolutnej), którzy to negowali nieomylność uczonych w piśmie na rzecz życia, rzeczywistości, bo koń jaki jest, każdy widzi. Praktykę w ogóle ceniono wyżej od teorii, stąd mało dziś można o dawnym świecie naszym poczytać, zwłaszcza gdy ma to być coś jego własnymi słowami pisane, a samego świata tego już nie ma. Zachód zaś, a poniekąd i Wschód, wolały podłą praktykę i szlachetne teorie, które w życiu znaczyły niewiele, lecz mocniej zaistniały w historii...

[4] Nawiasem mówiąc, dobra królewskie i kościelne traktowano jako wspólne, mające służyć Rzeczypospolitej, nagradzaniu nimi wiernej służby, opłacaniu urzędników, finansowaniu oświaty i obrony. Na tym tle doszło do sporu szlachty i kleru w okresie reformacji i ruchu egzekucyjnego, który ciągnął się aż do rozbiorów. Szlachta sądziła, iż zbudowane przez jej przodków i obdarowane dobrami kościoły są jej własnością, pozostając w depozycie kleru pod warunkiem wywiązywania się z nałożonych nań zadań (oświaty, opieki nad ubogimi itp.), próbowała więc sama obsadzać proboszczy, pobierać dochody z dziesięciny itp., a kiedy Kościół to negował, często zabierała kościół i przechodziła wraz z nim na kalwinizm czy inne wyznanie. Potem z kolei zaczęto głosić coraz częściej, że dobra kleru są rezerwą utworzoną przez przodków na potrzeby Rzeczypospolitej i domagać się ich przekazania na obronę, co zrealizowano częściowo w II połowie XVIII w.

[5] Prowadziło to do zapominania o istocie rzeczypospolitej na rzecz różnych formalności, fałszywej unii kościelnej z prawosławiem i sprowokowania świętej wojny z Rosją etc. (niedopuszczenie unitów przez biskupów katolickich do senatu, działania wbrew interesowi Rzeczypospolitej za Batorego i Zygmunta III Wazy w stosunku do Moskwy w nadziei, że uda się zrealizować naszymi rękoma interes Kościoła; nota bene: dla białych Polska zawsze była instrumentem do tego tylko, gdy dla czerwonych to owe obce idejki [przedtem protestantyzm, potem socjalizm] były środkiem działania dla dobra Rzeczypospolitej. Dotyczy to zresztą wszelkich ludzi przy korycie -komuny w służbie Kremla czy Unii Wolności na pasku Europy, tak samo jak klerykałów wiernych Rzymowi- z jednej strony i społecznej opozycji z drugiej).

[6] O pompy żadne nie stoję / mając spełna wioskę swoją / Z kmiotkiem sprawa, moja zabawa / Zaprzęgłszy w pług sforne woły / rad zasiadam z przyjacioły / wszystkie tytuły: pełne ampuły / Wsi cnotliwa, bodaj tobie / kwitła sława ku ozdobie / Jam twój, tyś moja, mój skarb chęć twoja - jak widział to typowy przedstawiciel ziemiaństwa, sam będąc twórcą teorii i praktyki. Każdy bowiem już w szkole uczył się poezji, będąc zarazem twórcą i odbiorcą dzieła (była to popkultura oddolna, różna od współczesnej, centralnie sterowanej, produkującej dla zysku, czy kultury wysokiej, szukającej rządu dusz), a natchnienie czerpał ze swojego życia, czcząc je w ten sposób i wzmacniając, usensowniając arkadyjskim mitem, jakże prawdziwym w porównaniu z dworskimi zabawami w pastuszków. I czegóż im więcej było trzeba?! Dla pokoleń inteligenckich takie życie było wegetacją, uchylaniem się życiu, co brzmi nieco komicznie, bo przecież w wiecznym życiu nie liczy się nic poza nim samym, poza jego trwaniem, zaś żywot człowieka jest tylko grą (zabawą jako źródłem kultury podkręcającej życie, jak w wyrosłym z kultów wegetacji karnawale). Wschód chętnie uciekał do wnętrza, by znaleźć w nim oparcie, w życiu będąc ofiarą, Zachód szukał środków utrzymania się na powierzchni w ekspansji na zewnątrz, dla życia będąc nierzadko katem, my zaś, jak w aikido, woleliśmy się uchylać, nie zadając cierpień innym i nie godząc się samemu na nie, traktując i wiarę (postęp duchowy), i zawodowstwo (postęp naukowo-techniczny, społeczny etc.) jako narzędzia a nie cel, tym bowiem było samo życie.

[7] Nawiasem mówiąc okres ten jest też okresem największego rozkwitu folkloru szlacheckiego, budownictwa drewnianego (dwory murowane w epoce renesansu teraz porzucano, zmieniając je w lamusy, wybierając jednocześnie drewno jako zdrowsze i rodzime, a do tego tańsze i możliwe do obróbki samemu), portretów trumiennych, sylw rękopiśmiennych, pamiętników w stylu Paska itp. Przedtem królowała barokowa awangarda, importowana przez dwór Wazów, potem awangarda kościelna (kubizm, surrealizm itp., obecne po części i w folklorze szlacheckim), efekt niewyhamowania rokoka w połowie XVIII w. przez klasycyzm, bowiem dwór był za słaby, by zafundować nam akademie...

[8] Nie było to niczym nowym, polako-katolicyzm odepchnął część Lachów już we wczesnym średniowieczu, rozbijając tym jedność Słowian i wystawiając na łatwy łup sąsiadów ze wschodu i zachodu; to samo stało się po unii polsko-litewskiej, w której wbrew faktom zabrakło miejsca dla Rusinów, co uniemożliwiło przywrócenie słowiańskiej jedności i skuteczną obronę [choć unia z Rusią / Ukrainą nie wyszła nie tylko przez konflikt na tle religijnym, ale i obawę szlachty przed kozakami, którzy bardziej byli gotowi po moskiewsku ujarzmić szlachtę w służbie króla niż przyjąć szlachectwo i wejść w skład wolnej Rzeczypospolitej, czerń bowiem nie dorastała do poziomu ludzi wolnych, a szlachta ruska przez zmianę wiary wyobcowała się z ludu. Unia Hadziacka (1658) świadczy jednak o próbie porozumienia z jednoczesnym rozszerzeniem Rzeczypospolitej o (starszyznę) kozaków i ruską wiarę]. To samo wreszcie powtórzy się za sprawą endecji z Żydami [i tu bowiem katolickie uprzedzenia czyniły wiele złego, żądając od Żydów by się przechrzcili, a nawet z czasem odrzucając przechrztów (w dużym stopniu za sprawą konkurującego z nimi mieszczaństwa katolickiego, kontynuującego swą niemiecką nienawiść do obcych, jakże różną od przychylnego stosunku wieloetnicznej szlachty), a gdy przychodzili do polskości poprzez demokratyczną i socjalistyczną, z drobnej szlachty najczęściej wyrosłą inteligencję - widząc w tym spisek. A przecież etosu inteligenckiego nie tworzyli owi przybysze (Żydzi, Niemcy, Francuzi, czasem Litwini i Rusini, często ludzie z niższych warstw społecznych), przeciwnie - to poprzez jego przyjęcie stawali się uczestnikami nieformalnej, wręcz nielegalnej teraz rzeczypospolitej. Geszefciarstwo pozostało domeną polako-katolickiego mieszczaństwa, sprzedajnego kleru i tej części możnych, która wybrała drogę kapitalistycznego rozwoju, nie zauważając nawet, iż odrzuceniem żydostwa osłabiają mieszczaństwo i otwierają drogę socjalistycznej rewolucji (etatyzmowi) inteligencji.

[9] Przetrwało też nieco z humanistycznego spojrzenia na świat, które było nam szczególnie bliskie [kultura polska, nie zaś jak dotąd kultura łacińska (kleru) czy niemiecka (mieszczan) w Polsce, na dobrą sprawę rodzi się ze słowiańskich korzeni i humanistycznych inspiracji wraz z drugą fazą renesansu (~1543), choć i pisarze łacińscy z początków renesansu lubili kokietować swych włoskich mistrzów sarmackim barbarzyństwem północy; nadto, o ile po renesansie na Zachodzie nowymi bogami wkrótce stają się oświecone absolutyzmy, państwa narodowe, walki ras, klas, postęp, nauka czy technika itp., u nas wobec ich słabości pozostał nim nadal człowiek, jednostka...]. Widać to nie tylko w mesjanizmie, który był ciągiem dalszym sarmatyzmu i romantycznym buntem przeciwko światu, ale i u twórców XX wieku (m.in. Abramowskiego, Brzozowskiego, Gombrowicza, Witkacego czy Znanieckiego, którego określenie współczynnik humanistyczny w socjologii najlepiej oddaje istotę rzeczy). Takich spraw jest zresztą więcej, nie stanowią już one jednak (może poza wyjątkami typu Vincenza czy Stempowskiego) całościowej wizji świata, a jedynie naszą specyfikę na tle cudzych światopoglądów.

[10] Wiele nieporozumień co do naszej historii wynika z politycznego, a nie ogólnospołecznego spojrzenia na dzieje. Dla rozwoju kultury czy stosunków międzyludzkich zmiana władzy ma niewielkie znaczenie, liczy się forma jej sprawowania. To że zaborcy narzucili nam absolutyzm nie zmienia faktu, że on istniał, zresztą już zamach Trzeciego Maja 1791 zmierzał w tym kierunku. Pod zaborami nadrabialiśmy zaległości na obcej nam drodze postępu, często zresztą własnymi rękoma (Królestwo Kongresowe, autonomia w Galicji czy potem PRL), a jednocześnie -walcząc przeciwko zaborom- walczono o przemiany społeczne, które były zresztą ich jedynym realnym a dodatnim owej walki skutkiem oraz warunkiem skuteczności działań niepodległościowych w przyszłości (nota bene, rewolucja we Francji od 1789 do 1871 odpowiada w czasie serii powstań u nas od 1794 do 1863, które były także rewolucjami drobnej szlachty [później inteligencji i robotników] przeciw wielkim panom [potem kapitałowi i mieszczaństwu] korzystającym z poparcia obcego rządu, który był im bliższy niż własne masy potępiane za spiskowanie przeciw niemu; to dlatego zresztą realizacja idei walki o niepodległość natrafiała na taki opór. Elity dawnej Polski nie chciały się o nią bić i trzeba było by powstały nowe, dla nowej Polski). Dlatego uważam, że nie można dzielić historii Polski wedle jej politycznej [nie] zależności (wiele krajów, jak choćby sąsiednia Słowacja, przez ostatni tysiąc lat nie miało jej nigdy), lecz trzeba patrzyć na nią jak na proces przemian w organizacji życia społecznego, a z tego punktu widzenia PRL jest tylko ciągiem dalszym II RP, rosnącej interwencji państwa w życie społeczne, szczególnie zaś gospodarkę, przy jednoczesnym ograniczaniu swobód politycznych i ideologizacji władzy. Był to sposób na mobilizację sił by nadrobić nasze opóźnienia względem krajów bardziej rozwiniętych, gdy jednak to się częściowo udało - stał się hamulcem rozwoju, stąd od początku PRL protesty robotnicze i inteligenckie kierowały się głównie na rozluźnienie gorsetu, sprzyjając rodzeniu się nowego układu, a hasło niepodległości było tylko do tego dodatkiem, często dointerpretowanym post factum.

[11] Wedle teorii PIWO [skrót od Prostaczek - Inteligent - Wariat - Oświecony; szczegóły w Homku # 50/93, Maci Parjadka # 2/96 i LaBestii # 8/97] także w ewolucji kultury można dostrzec pewną prawidłowość, która nie musi się zdarzyć (można próbować przeskakiwać pewne etapy lub na jakichś fiksować, lecz jest to trudne), ale która -skutkiem pewnego bezwładu historii w skali masowej- ma miejsce, dzieje się. Otóż kultury (tu: formy organizacji życia społecznego) zaczynają od dzieciństwa (gdzie starsi muszą je trzymać za rączkę; psychologicznie odpowiada to id, archetypowo zaś {} Matce Bskiej Ziemi), potem ewoluując od zaborczości młodego wojownika [ego, bohater ginący i tryumfujący, {} Chrystus w symbolice chrześcijańskiej], poprzez użycia i gospodarzenia przez dojrzałego męża [superego, tyran, {} Bóg Ojciec], po mądrość oświeconego starca, która jest podobna beztrosce dziecka, lecz tym razem świadomej (jaźń, {} Duch św., Sofia; nota bene: czy końcem kultury jest jakaś śmierć? czy tylko poświęcenie wiecznemu życiu bez celu, sensu itp. złudzeń wynikających z niewiedzy!?). Otóż u nas, skutkiem naszej młodszości kulturowej, masy żyły w permanentnym dzieciństwie, prowadzone za rączkę przez Kościół, elity społeczne buntowały się przeciw władzy, walcząc nie tyle o jej zdobycie, co o miejsce dla siebie (efekt oddolnej perspektywy, oddolnego stosunku do świata), a tylko nieliczni pragnęli uszczęśliwiać innych, panować i korzystać z tego kosztem reszty. Dziś ta ostatnia orientacja rozrosła się niezwykle, w końcu jesteśmy już na mieszczańskim Zachodzie [od kiedy pozbyliśmy się opieki Rosji, a Niemcy nie blokują już zjednoczenia Europy i stało się możliwe to, co w roku 1000 było ledwie postulatem, odrzuconym jednak przez następców Ottona III]. Wcześniej czy później musi się ona jednak znudzić lub po prostu okazać nierealna (wobec zbyt wielu chętnych do zbyt małego i grożącego katastrofą życia koryta) i wówczas przyjdzie czas na refleksję, że ilość dóbr, wiedzy czy siły nie świadczą o jakości życia. aMen+


Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)