Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

29 sierpnia 2010

Krzysztof Wirpsza

Mój przyjaciel Kakotzipetl

Kategoria: Twórczość

Fiducja (ang. PHIDUCIA, skrót od: Phenomenological Ideoduction Interface) -urządzenie techniczne służące do przemieszczania się po Wszystkim. Obecnie dopuszcza się do użycia model EKLEIPO BXL/17L, oraz trzy poprzednie modele korporacji METATRONIC - AUM/PI ASX/5, EKLEIPO 03/Z12000, oraz EKLEIPO standard 01. Pozostałe modele wyeliminowano jako przestarzałe.


Kakotzipetl i ja często siedzimy nad rzeczką na zwalonej kłodzie. Najprzyjemniej jest gdy świeci słońce, wtedy machamy nogami i jemy pringlesy z okrągłego pudełka. Serowo-cebulowe. Kakotzipetl głównie przypomina małego chłopca, ale na pierwszy rzut oka to nawet widać od razu, że nie, bo rusza się na boki jakby był trochę z plasteliny. To znaczy Kakotzipetl wcale nie jest jakimś ludkiem, czy plastusiem czy coś takiego. On naprawdę wygląda jak mały chłopiec. Tylko czasem coś jest nie tak. Wrażenie, jakby, hi hi, nie miał kości. Co to jest wrażenie? Wrażenie to znaczy, że żaden dorosły nigdy by tego nie zobaczył. Dorośli nie zauważają wrażeń, oprócz tych rzadkich dorosłych, którzy je zauważają. Jak na przykład wujek Andrew. Ale ja nie jestem dorosły, bo mam tyle lat co Kakotzipetl, to znaczy osiem, bo on jest moim wymyślonym przyjacielem. Wiem, że nie ma sensu się bać wymyślonego przyjaciela i teraz to już raczej się nie boję. Tylko czasem sobie myślę, jak tam jest gdzie Kakotzipetl mieszka. To musi być miasto.

- Fajnie jest być dzieckiem i mieć osiem lat - mówię, a Kakotzipetl przytakuje. Z jednej strony wiem, że go wymyśliłem. Z drugiej, ta część mnie, która jest adiunktem na Wydziale Paruzji Uniwersytetu Fiducjarnego w Monachium, ta część doskonale wie, że Kakotzipetl jest moim psychopompą. Podróże w jego towarzystwie są ważne dla mojej pracy badawczej i grantu o jaki się staram. Bez Kakotzipetla - jego rad i wskazówek, spisywanych często gorączkowo na skrawkach papieru w chwilach gdy je akurat pamiętam - bez Kakotzipetla nie wyobrażam sobie w ogóle pracy na uniwersytecie.

Potem idziemy na polanę, tam gdzie rośnie Ośmiornicowe Drzewo. Ośmiornicowe Drzewo jest fioletowe i przypomina wielką cebulę wkopaną do połowy w ziemię. Tylko że ta cebula jak się bliżej podejdzie to się nawet widzi że ma taką trochę przeźroczystą skórę i w środku bije serce. A macki to się cały czas na wszystkie strony kręcą, chociaż Kakotzipetl mówi, że nie ma się czego bać, bo to jest organizm transfidentny, w skrócie transfid. Transfidy tak naprawdę nie istnieją, a właściwie to istnieją sferycznie. Przy naszej szybkości zamiany, na tej styczności letalność jest w zasadzie ujemna.

W wysokiej trawie na łące ukryta jest Fiducja. Przypomina staroświecki fotel obity skórą, wyposażony z przodu w konsolę pełną kolorowych światełek. Fotel jest dość szeroki - gramolimy się na niego razem i kulimy podwijając nogi.Wtedy na ekranie pojawia się napis: uruchom. Naciskam guzik, fotel unosi się w powietrze i lecimy do domu.

Trawiaste pagórki otaczają nas ze wszystkich stron. W domu, który znajduje się przy drodze pośród zielonych zielonych łąk, moja mama przygotowuje na werandzie herbatę i biszkopt. Krząta się tu i tam, jak dobra wróżka z bajki, zamiatając od czasu do czasu podłogę niebieskim szalem. Mama wita nas serdecznie, Dina łasi się i ziewa, a my, pochłonięci rozmową siadamy w wiklinowych fotelach i pijemy herbatę z filiżanek, a ze szklanek - sok. Jest przyjemnie i obaj czujemy się jakby to były nasze urodziny.

- I jak, włóczędzy? - pyta mama, nakładając nam po porcji biszkoptu.

- Ze słońcem można robić róże ciekawe rzeczy - odpowiada Kakotizpetl. Mama uśmiecha się i stawia na stole talerz z truskawkami. Wie, że Kakotzipetl jest wymyślony, i dlatego nie przejmuje się.

- Może zrobisz coś, żeby nie zachodziło tak szybko? - pyta mama. - To taki przyjemny czerwcowy wieczór...

- Jasne, proszę pani - odpowiada natychmiast Kakotzipetl i sięga po słońce. Ręce ma piekielnie długie - i potrafi je rozciągać jak gumę, a przynajmniej tak się wszystkim wydaje. No, właśnie, wszyscy przecież wiedzą, że Kakotzipetl jest tylko w mojej głowie, więc nikt się nie dziwi jak czasem zachowuje się w trochę zwariowany sposób. Na przykład bierze do ręki Słońce.

- Ojej,a nie sparzysz się? - pyta mama. Ale Kakotzipetl mówi, że wodzowie indiańscy - on się uważa czasem za wodza plemienia Czirokezów - a więc wodzowie indiańscy nigdy się parzą, bo w dzieciństwie byli przywiązywani do słupa i smażeni żywcem przy ogniu. Kakotzipetl ma naprawdę dziwne pomysły.

Słońce spoczywa teraz na stole w pustej salaterce. Napełnia dom ciepłym, pulsującym blaskiem. Wiemy, że w ten sposób możemy przeciągać popołudnie w tak długo jak chcemy, bo słońce nie zajdzie, dopóki Kakotzipetl nie położy go spowrotem na niebie.

- Kiedyś - mówi Kakotzipetl - Wojownicy Międzywymiarowi ukradli słońce i schowali je w Najgłębszym Dole Świata. Musiałem z nimi walczyć i zabiłem ich. Tylko dzięki mnie słońce świeci teraz na niebie.

- Jesteś dzielny - mówię, a mama znów uśmiecha się znad swojej robótki. Pszczoły brzęczą leniwie i jest naprawde bardzo ciepło.

Potem, gdy już muszę iść, wyciągam z kieszeni pilota Fiducji i skaluję paruzjometr. Wiem, że w wieku ośmiu lat najlepiej odbieram Kakotzipetla, szczególnie w tym wariancie gdzie mam babcię na wsi. Babcię odwiedzamy latem z rodzicami. Będąc dzieckiem nie zna się wielu słów, ale wrażenia - to co innego. Wrażeń to ma się na ogół mnóstwo. A wrażenia wariują czas, bo jak jest tak dużo wrażeń i one nie mają przecież w ogóle żadnych nazw, to na czas się zwyczajnie nie ma czasu i tyle. On wtedy w ogóle przestaje być taki cienki i długi. No wiecie, jak u dorosłych. Bo dorośli nie mają tak dużo wrażeń. Bo dorośli myślą, że wrażeń nie ma, i dlatego idą krok po kroku jakby wzdłuż nitki. Ale dla dzieci czas jest jak wielka gąbka. Wrażenia są siecią retikuloidów samo-sprzężonych, i każde dziecko może przemieszczać się atopowo, niezależnie od swojego ciała czy mózgu.

Kakotzipetl dziękuje za podwieczorek i odstawia słońce na miejsce, jak książkę na półkę. Znów wsiadamy do Fiducji, którą zostawiliśmy opartą o furtkę. Potem jak już Kakotzipetl pomoże mi nabrać dryfu, zaczynam wiedzieć. Na przykład ostatnio wiedziałem Uniwersytet Fiducjarny w Monachium o 13:43 czasu Środkowoeuropejskiego, a właściwie jego imponującą fasadę i schody. Po schodach wchodziłem na górę ja, trzydziestoośmioletni adiunkt Wydziału Paruzji, śpiesząc jak zwykle do laboratorium. Minąwszy przeszklone drzwi zatrzymywałem się na chwilę przy tablicy ogłoszeń, a potem zostawiałem w szatni płaszcz i kierowałem się do biura przepustek. Może nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że o tamtej godzinie, w tym dniu, było mnie w hallu uczelni gdzieś tak z półtora googola, w tyluż różnych równoległych M-skanach. Myśl jest zbyt wolna, myślą nie da się natychmiastowo ogarnąć takich liczb - nie byłem w stanie wiedzieć tego inaczej jak w holognozji. Dzięki temu jednak - taką miałem nadzieję - uzyskałem zdolność trochę większej paruzji.

- Spróbuj się przewinąć - powiedział Kakotzipetl. Chodzi mu o ewolucję, zwaną saltem Moersbacha-Bohma, którą na studiach do znudzenia praktykowaliśmy na ćwiczeniach z Fiducją. Przesunąłem do oporu manetkę i wdusiłem gaz. "Wiara! - wrzasnął mi do ucha Kakotzipetl. - Urządzenie cię tylko wspomaga!"

Jednak czuję, że nie potrafię. Ześlizgujemy się po izofenie, w dół, w dół, w dół. Nie słyszę wyrzutów - tylko chłodne rozczarowanie, nieskończona, nierzeczywista kraina nigdy-nigdy. No cóż, dobre i to. Wokół błękitny ocean, pełen łagodnie zaokrąglających się fal po którym płyniemy z Kakotzipetlem łódką. Na horyzoncie pojawia się stado Przyjaznych Wielorybów, które podpływają w pobliże nas i trącają nas na powitanie nosami.

- To są rybulce katrupiaste - mówi Kakotzipetl i robi minę. Infantylność jest bezpieczna i zabawna. Ocean i fantasmagorie dziecinnego umysłu chronią nas przed kolizją jak sprężysty zderzak, opona zawieszona na kei. Król wielorybów wyrzuca z nosa przeźroczystą fontannę, a krople opadają w powietrzu powoli, przypominając roztrzęsione kule. Po dłuższej chwili uderzają w nas z pluskiem i jesteśmy cali mokrzy.

- Ty rybulcu katrupiasty!!! - krzyczymy na wielorybiego króla, a ten szczerzy do nas fiszbiny i śmieje się huczącym basem. Wtórują mu jego towarzysze, i śmiech dudni po całym oceanie, jakby ten nie był wielkim oceanem, a dekoracją w teatrze.

No własnie, dekoracją. Niby tu przyjemnie, w tej krainie pośredniej, w limbusie miękkich chłodnych abstrakcji. Jednak przyjemność ta nie daje spełnienia, i dopóki człowiek nie wybije się znowu z wizji do rzeczywistości, dotąd pozostaje w całkowitej niewiedzy kim jest. Wizje są błękitne i złożone, ale nie dają ciepła, nie żyją. Rzeczywistość - przeciwnie, jest czerwona i żywa. Aby jednak wejść w intensywniejszą rzeczywistość, musze lepiej opanować paruzję, a do tego konieczne są nieustanne próby.

- Uczysz się - mówi Kakotzipetl. - Następnym razem będzie lepiej. A skoro wciąż jesteśmy dziećmi, a w dodatku nie ma z nami mamy, to pobawmy się tu na całego, co ty na to?

Przytakuję mu z entuzjazmem, zupełnie jak starszemu bratu. Robimy tak, jak chce Kakotzipetl. Kakotzipetl prowadzi. On jest mądry. Jesteśmy mokrzy po wielorybim prysznicu, ale nasze koszulki szybko schną na słońcu. Wkrótce zza horyzontu wynurza się zielona wyspa z dymiącym wulkanem. Przybijamy do brzegu i sapiąc z wysiłku wyciągamy łódkę, a potem na bosaka biegniemy po gorącym piasku i dajemy nura w zarośla. Ach, jak tu dziko! Prę naprzód, roztrącając na boki wielkie egzotyczne liście. Dookoła skaczą małpy i dziwne stworki o zielonym futrze. Jest mnóstwo ptaków.

- Hej - mówi Kakotzipetl zatrzymując się nad brzegiem strumienia. - Popatrz!

Omszałe głazy robią wrażenie bardzo starych . Łażą po nich długachne stonogi w kolorze świetlistopomarańczowym. Jest miło i chłodno. Wreszcie.

Wtedy wydarza się to, co zwykle dzieje się w tajemniczych miejscach, takich jak to. Kamienie na naszych oczach ożywają w twarze. Jest tak, jakby znad brzegu strumienia patrzyli na nas bardzo mądrzy, zaczarowani pradziadkowie.

- Chłopcy - mówi największy Pradziadek. Ma twarz podobną do imbryka na herbatę. - Ile macie lat?

Kakocypetl i ja mówimy, że osiem, a Pradziadkowie kiwają z namaszczeniem za dużymi głowami. Przez chwilę słychać tylko szum strumienia, a potem Pradziadek z twarzą w kształcie wielkiego perkatego ziemniaka, albo może kabaczka odzywa się:

- Korzenie tych drzew sięgają Środka Ziemi.

Kakotzipetl trąca mnie w łokieć. Domyślam się o co zaraz zapyta.

- A można tam wejść? - słyszę Kakotzipetla zupełnie jakbym słyszał siebie. Rany, ten chłopak zawsze musi wszędzie wejść, wszystkiego dotknąć. Co, jak Pradziadkowie się obrażą, albo gorzej, wyśmieją nas i przegonią? Są z pewnością bardzo potężni.

- Można wsiąknąć wraz z wodą - wyjaśnia Pradziadek o twarzy z której środka wyrasta małe drzewko.

- Poczekajcie na deszcz - radzi ten podobny do imbryka.

Ale Kakotzipetl nie chce czekać. Błyskawicznie otoczeni migoczącą tajemniczością wsiąkamy w ziemię tam gdzie wcześniej stały nasze ciała. Woda daje wrażenie bezpieczeństwa - gdy jest się chłodną, kapiącą ciszą, naprawdę nie można się niczego bać. Otacza nas całkowita ciemność. Słyszymy buczenie korzeni, szelesty i skrzypy owadów w próchnicy i przyjazne mamrotanie pni. Teraz czuję dopiero intensywny zapach ziemi. Przypomina mi się jak kiedyś, może dwie godziny temu, leżałem na łące z nosem w trawie, och, to dopiero było przeżycie. Zaczynam nawet rozpoznawać co szumią soki - oczywiście legendy, które pod ziemią odbijają się jak echo w jaskini.

Potem, gdy już jesteśmy na skraju podziemnego jeziora, Kakotzipetl w milczeniu zatrzymuje się i nasłuchuje. Wiem, że chce uszanować to miejsce i w duchu modli się o paruzję. Robi to tak jakoś uroczyście, a ja z szacunkiem nie przerywam mu, patrząc jak w ciemnościach obok przelatują ogromne świetliki . Nagle z dreszczem zdaję sobie sprawę, że obaj zaczynamy płakać.

- To jest dobry płacz - tłumaczy mi potem Kakotzipetl. - Widzisz, w ten sposób odczuwasz, że wizje cię nie ogrzeją. Możesz przebywać tu dniami i nocami, błądzić wśród najcudowniejszych zakamarków - ale wciąż będziesz czuł potrzebę zespolenia z rzeczywistością twojego ciała, twojej krwi i innego człowieka. Tęsknisz za biciem serca, i czujesz to w tej chwili.

Kiwam głową, a googole migoczących błysków pędzą w swoje ulubione labirynty, udając uczucia. Tęsknię. Kiedy wreszcie nauczę się dobrze paruzji?

Obchodzimy dookoła podziemne jezioro. Wszedzie rosną tu białe chude grzyby, wyższe o połowę ode mnie, prawie tak wysokie jak trzciny nad jeziorem. Jest ich prawdziwy gąszcz. Czuję jak dyszą wilgotą grzybną wonią i nie wiem czemu chcę je nagle wszystkie przytulić, uściskać i wycałować.Więc latam i obłapiam je po kolei jak głupi, wiedząc jak pulsują tysiącem pierzastych blaszek.

Jako dorosły to zwyczajnie nie widzę Kakotzipetla. Mogę pamiętać moje spotkanie nad rzeczką i zapisywać to, co mi powiedział, ale wygląda to trochę jak zapisywanie czy pamiętanie snu. Zdecydowana część gubi się, bo tego nie da się po prostu wyrazić słowami. To zjawisko, zwane apofazją, to podstawowy mankament dymensjoniki fiducjarnej. Co z tego, że można dostać się do praktycznie dowolnej warstwy czy gęstości Wszystkiego, zwiedzić ją, poczuć, powąchać, jeszcze inaczej doświadczyć, jak to się potem wszystko nie przekłada w ogóle na ludzki język. Bierzemy hormony, a jakże. Stymulujemy swoje mózgi, ale co z tego, one i tak sa ograniczone. Kakotzipetl nie tylko nie ma mózgu - mózg to cecha specyficznie ludzka - ale on nawet nie ma umysłu! Nawet żadnego odpowiednika, w ogóle nic! Nasi naukowcy głowili się nad tym, i do pewnego stopnia są w stanie komunikować się z takimi bytami jak Kakotzipetl, ale tylko z tymi, które cechuje ogromna wprost uprzejmość i chęć do współpracy. A i tak nie wiadomo, ile z tego co rozumiemy to tylko nasza własna interpretacja, pobożne życzenie.

- Rozumiesz przecież - tłumaczył Kakotzipetl - że apofazja jest dla was zbawieniem. Nie dalibyście rady wytrzymać tych wspomnień, a wiesz czym to się kończy. Stały pobyt wśród wielorybów i ośmiornicowych drzew...

Kiwnąłem głową, przypominając sobie wizytę u wujka Andrew w stanowym szpitalu psychiatrycznym w Bostonie. Odnalazł wolność. Godzinami wpatrywał się tępo w zajączki na ścianie i oczywiście mnie nie poznawał.

- Przed chwilą to rozumiałeś, teraz już nie pamiętasz. - sierdzi się Kakotzipetl, który gdzieś po drodze przestał być ośmioletnim chłopcem i zaczął się zachowywać jak poirytowany terapeuta.- Tak właśnie postępujecie wy, ludzie. Ciągła huśtawka. Kim ty w końcu jesteś, co?

Po raz kolejny zastanawiam się nad tym pytaniem, najważniejszym chyba pytaniem całej fiducjoniki. Odpowiedź nie jak zwykle nie jest łatwa. Słyszę jak za chwilę Kakotzipetl powie: "Spróbuj się przewinąć" - i jak zaraz potem pojedziemy do mamy na biszkopt. Zawsze ten sam biszkopt, a byliśmy tam już tyle razy. I za każdym razem Kakotzipetl zdejmuje z nieba Słońce. Naprawdę nie można tego zmienić?

Mam się przewinąć? Dobra. Dosłownie coś ćwierć googola wersji mnie przelatuje na wylot przez szatnię i bibliotekę uniwersytetu, wywracając po drodze cały budynek na lewą stronę. Nakładające się miliardy skaczących bibliotek tworzą doskonałą łamigłówkę. Będąc jednocześnie we wszystkich egzemplarzach siebie na raz, widzę jak nieskończona ilość myśli, w nieskończonej ilości głów, wierzy w nieskończoność twardych i namacalnych rzeczy. Na przykład w uniwersytet, w schody, we mnie na tych schodach, w bibliotekę, czy w samą fiducjonikę. Ciśnienie wiary jest potworne. Jednocześnie też moja paruzja wzrasta asymptotycznie, w miarę jak staję się świadomy ile mnie tam naprawdę jest. Rany! Jestem ich świadom wszystkich na raz, a właściwie nie świadom - jestem nimi. Oczywiście w takich chwilach nie sposób dalej unikać wiedzenia jakie ciśnienie wytwarza takie półtora googola wiar. Jeszcze chwila i będę mógł na własnej skórze doświadczyć, że dany skan jest tylko i wyłącznie rezultatem zgęszczonej paruzji z niezliczonych psychokwadrantów. To spostrzeżenie z reguły wystarcza aby puścić.

- ...adaptacja, improwizacja... - mówi Kakotzipetl głosem Morfeusza z Matrixa. - Twój problem to nie technika...

- Kakotzipetl, zamknij się, lecę w nieciągłość - krzyczę, czując jak znów odrywam się od izofeny i spadam w lej, koziołkując. Przyznam - wtedy naprawdę bałem się, że mnie po prostu wyrzuci z fotela.

Na szczęście tym razem obyło się bez zbędnych fantazji.

- Masz słabą wiarę - gdera Kakotzipetl, gdy już dryfujemy swobodnie pośród gwiazd. - Normalnie za pomocą paruzji można przenieść się w dowolną atopię - one wszystkie i tak są w jednym punkcie. Ale ty wciąż tworzysz bardzo silne, obronnie nastawione pole fiducjarne. Twoja paruzja ma poniżej pięciu jednostek, to nie jest nawet wartość inicjująca.

Mam tego dosyć. Co to znaczy "nie inicjująca"? Ja mu pokażę. Kopię sprzęgło i przesuwam manetkę - Kakotzipetl w dalszym ciągu mówi, ale mnie już nie ma. Ciekawe co wskazuje w tej chwili paruzjometr...


- Czego się napijesz? - pyta Jocelyn.

- Piwo imbirowe - odpowiadam. Jej powłóczyste spojrzenie omiotło mnie z rozbawieniem, ale bez cienia zdziwienia. Tak jakby tego właśnie oczekiwała.

- Dwa piwa imbirowe i dwie słomki - powiedziała, nie patrząc na kelnerkę i wciąż śmiejąc się do mnie oczyma.

- Mogę cię pocałować? - pytam.

Na chwilę opuszcza powieki. Szklany kieliszek z różą na króciutkiej łodydze przewraca się na obrus a woda rozlewa się w wilgotną plamę.

- I co teraz? - patrzyła na mnie tymi swoimi ciemnymi oczyma spod powiek pomalowanych na prawie niezauważalny błękit.

- Teraz to pojedziemy do ciebie - mówię.

- Nie chcesz czegoś się o mnie dowiedzieć, zanim...? - pyta mrużąc filuternie oczy.

Chciałem wtedy powiedzieć, że wiem wszystko, ale ugryzłem się w język. Co ja tam wiem. Wiedziałem, że od tej chwili jest moja, tak jak zawsze była. Tylko tyle.

Pytacie, jak powstają retikuloidy zdarzeń?

- Właśnie tak. Jak chcesz to umiesz - mówi Kakotzipetl, i milknie.

Podróżujemy spokojnie w przestrzeni kosmicznej w towarzystwie innych Fiducji, podobnie jak my prowadzących badania Wszystkiego. Gdyby ktoś oglądał to z Ziemi przez teleskop, widziałby zawieszony wśród galaktyk rój staroświeckich foteli. Na fotelach siedzą naukowcy ze swoimi psychopompami - oczywiście wszyscy mówią o wolności.

- Wolność jest dla was, ludzi, czymś trudnym - mówi trzepoczący w pobliżu Deoplasma paradoxum, psychopompa Alfreda. Alfred jest kierownikiem naszej katedry. - Dlatego zwiększanie paruzji okupione jest takim wysiłkiem - dodaje.

W pobliżu latają kolorowe poduszki i zaczynamy z Alfredem bitwę, aż pierze wysypuje się i otacza nas gęstą kosmiczną chmurą. Myślę, że Kakotzipetl i Deoplasma dokądś nas prowadzą. Podążamy za nimi i nagle obaj czujemy jak paruzja znów skacze. Potężne szarpnięcie wstrząsa Fiducją. Tym razem patrzę na paruzjometr - igła wychodzi poza skalę.


No i co mam wam powiedzieć - słodycz drugiego pocałunku jest daleko większa i bardziej upojna niż najbłękitniejsze wieloryby. Patrzę jak puder drobinkami trzyma się maleńkich złotych włosków porastających jej policzki.

- Chodźmy kupić choinkę - mówi Jocelyn. - I lampki i całą resztę, a potem ty ją ubierzesz.


Wolałem w tamtej chwili raczej rozebrać Jocelyn. Ale zgodziłem się. Poszliśmy po choinkę.

A parę godzin potem leżeliśmy na skotłowanej pościeli i patrzeliśmy na nią z satysfakcją jedząc sushi i pijąc przez słomkę piwo imbirowe.

- Jaki ty masz pomysł na udane życie? - pyta Jocelyn. - Chata na klifie, z dala od wszystkiego? Pełne konto z robienia tego, co się lubi?

Milczę.

- Będziemy sprzedawać moje rzeźby jako amulety bogatym ludziom z Kalifornii - mówi patrząc z półuśmiechem w sufit. Będziemy sławni. A ty napiszesz pamiętniki ze swoich podróży...

Przez dłuższy czas patrzymy na mrugającą choinkę.

- Nie będziemy mieli dzieci - Jocelyn przechyla wyzywająco głowę.

Mało jest osób tak niewinnych jak Jocelyn. Przypomina duże, zaspane dziecko. Oczywiście powiedziałem jej na to, zgodnie z prawdą, że nigdy nie lubiłem dzieci.

- To bardzo dobrze, zresztą od razu się domyśliłam. Jesteśmy chyba jedynymi takimi osobami na ziemi. Nie sposób, żebyśmy się natychmiast nie rozpoznali.

Chyba miała rację. A potem jeszcze trzy razy kochamy się, a potem zamieszkujemy w Meksyku w domu na klifie. Udało nam się ją kupić za bezcen od pewnego ekscentrycznego kolekcjonera antyków. Oczywiście odnowienie domu zajęło chyba z rok. W kuchni, na honorowym miejscu wisi portret Kakotzipetla, nigdy nie istniejącej istoty, z którą tyle mnie łączy. Kakotzipetl na portrecie sięga po słońce. Był to wyczyn, którego nigdy potem nie starałem się powtórzyć, wiedząc, gdzieś w głebi duszy, że jest absolutnie niemożliwy. Antonio i Clara wpadają czasem na tenisa, a potem dziewczyny zostają same na werandzie a my schodzimy schodkami z klifu na kamienistą plażę, gdzie woda roztrzaskiwała się o skały. Tam do zmierzchu nurkowaliśmy i łowiliśmy małże.

Musiałem przyznać, że zdolność do paruzji, nabyta morderczym treningiem, latami żarliwej pracy na poligonie, w symulatorze, we własnym gabinecie wreszcie, nie była u mnie nigdy czymś stabilnym. Bardzo nieoczekiwanie zmieniała się w swoje przeciwieństwo, w kompletne człowieczeństwo i brak wiary. Oczywiście, Kakotzipetl miał rację. Większość ludzi, praktycznie prawie wszyscy, uskarża się na to samo - napady człowieczeństwa, niestabilna paruzja, halucynacje. Ogólnie melancolia terrestris, wiadoma rzecz. Z drugiej strony istoty o stabilnej paruzji już dawno rozprawiły się z takimi anachronizmami jak czas, liczba czy egzystencja. Dlatego warto ćwiczyć.

Metatron pseudoangelus, Tachysperma perpetua, Cosmophagus pater - wszyscy oni dokonali skoku wiary w stopniu przewyższającym niewyobrażalnie nasze skromne dokonania. Przebywają stale w wyższych wymiarach, w których nasza tożsamość ze Wszystkim jest tak oczywista jak bułka z dżemem i kawa. No tak, w to też trzeba wierzyć. Aby uwierzyć potrzebujemy paruzji, i psychopompowie nam pomagają ją skojarzyć. Problem, z tym nie każdy umie zawołać i wpuścić psychopompę.

Jak już wyskaluję końcówkę i nacisnę guzik, to wtedy odnajduję siebie i Fiducję w jakimś miejscu, w którym istnieję ja dorosły, no i oczywiście fiducjonika. Nie zawsze są oba na raz, czasem można trafić do atopii gdzie albo mnie albo fiducjoniki nie ma, no, ale oczywiście my jesteśmy zawsze czynnie sprzężeni z podstawowym retikulum naszej wyjściowej atopii, więc można taki chybiony strzał poprawić.

Uff. Zatrzymuję Fiducję w moim gabinecie. Zdejmuję hełm i odpinam te wszystkie kosztowne elektrody, a potem biorę najzwyczajniej w świecie prysznic. I kiedy zmywam z siebie pot i to okropne silikonowe świństwo, którym każą nam się smarować dla lepszego przewodnictwa w trakcie dryfu, to staram się zebrać myśli, żeby tak mniej więcej oswoić się z tym gdzie i kim jestem. Żeby jakiej gafy nie było. Gdyby się okazało, na przykład, że Kurt wpada dziś na kolację, a w lodówce są tylko przedwczorajsze śledzie. Ogarniam pamięcią podstawowe pole siebie, tak jak nas szkolono. Jak już mam pewność, że popołudnie wydaje się wolne, czyli na przykład, że dzieciaki są, tak jak chciałem, na wakacjach u dziadków w Vermont, a Jocelyn, na przykład, na zebraniu zarządu korporacji, to wtedy... Wtedy robię sobie kakao, siadam za biurkiem, i zapisuję wszystko, co pamiętam.


Krzysztof Wirpsza


komentarze

[foto]

1. serwitor • autor: Terravis Wiktor Rumocki2010-09-12 00:40:36

Ten Kakotzipetl to piękny przykład stworzenia sobie serwitora.

Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)