zdjęcie Autora

16 lutego 2014

Katarzyna Urbanowicz

z cyklu: Prababcia ezoteryczna (odcinków: 94)

Mój ten kawałek podłogi


« Rodowe siedliska Anastazjowców Dlaczego nie umiem czynić cudów »

         Tkwi w nas atawizm wiążący nas z tym kawałkiem ziemi, który możemy nazwać: mój. Genetycznie nie jestem dzieckiem rolników tylko koczowników (znakomicie trawię mleko i potrzebuję go do całokształtu diety, źle trawię zboża, a szczególnie otręby i ziarna zbóż z pełnego przemiału) mam także „koczowniczą” grupę krwi i pochodzenie rodzinne odległe od nizinnych ziem, położonych między Wisłą a Odrą. Mam także naturę nieposkromioną i nie przytartą mimo lat układania, przycinania, kształtowania i represji. Lubię zarówno samotność jak i lubię stado, ale mogę i często chcę izolować się od otoczenia. Zwierzęta i dzieci są dla mnie takimi samymi stworzeniami jak ja, więc nie rozczulam się nad nimi. Rozmawiam jak z rówieśnikami. Cenię niezależność, dzikość, własne drogi i twardość. Zachwyca mnie, gdy ktoś wyrabia sobie silną wolę ale i wykorzystuje ją odpowiednio, nie na głupoty i mrzonki w każdym razie.

         Czemu jednak ja, jaka jestem, pokochałam pewien kawałek ziemi w zakolu Bugu, działkowisko zabudowane bez ładu i składu? Czemu cieszyłam się, gdy paskudne (zdaniem otoczenia) bobry robią zapory, wskutek czego zalewa  nadbużańskie łąki i tanio kupione od gminy przez nowobogackich połacie ziemi, gdzie brodziłam kiedyś rwąc szczaw. Nie pójdę już na szczaw (dziki jest o wiele smaczniejszy niż ogrodowy, przebrane i przekręcone przez maszynkę liście, zamrożone w małych porcjach to znakomita zupa w zimie, z jajkiem na twardo oczywiście, przywołująca słodycz i kwaśność wiosny). Nadbużańskie łąki opanowali teraz ludzie z gargamelowatymi rezydencjami, sforami psów i ochroniarzami z bronią, strzegącą przed babciami zbierającymi szczaw lub jakieś maślaki. Czemu odrzuca mnie także na myśl o  Anastazjowcach, drugim biegunie siedlisk, piszących tajne statuty, kodyfikujących swoje plany i eksperymenty, zamiast omawiać je z sąsiadkami przy własnym zeszłorocznym winie, schłodzonym do 8 stopni C w głęboko wykopanej piwnicy?

         Moje sąsiadki: nieżyjąca już Wiesia, poetka afirmująca słodycz życia, z zawodu technolog przetwórstwa żywności, była dyrektor wielkich zakładów; nieżyjąca już Krysia, wiolonczelistka, całe życie zmagająca się z chorobą (i pokoleniową karmą), ta która potrafiła przywołać burzę; nieżyjący już rolnicy, od których kupiliśmy ziemię, pamiętający czasy, gdy złe było powszechne i nie sposób mu było się przeciwstawić; on typowy rolnik, ona czytująca poważną literaturę alkoholiczka, tłuczona przez męża i syna, z bagażem rodzinnych zaszłości i nie do przezwyciężenia rodzinnych win; nieżyjące już małżeństwo nadbużańskich pionierów: on stawiający mosty na Bugu, ona, niegdyś młoda dziewczyna, igrająca na krawędzi życia i śmierci; dla ocalenia partyzantów wykorzystująca piękną twarz, śliczną figurę i naturalną zalotność grzecznej panienki. Odeszła też w niebyt nocna podróżniczka poszukująca swojego ukradzionego kota starsza pani, przesiadująca na mojej werandzie, bowiem tam jej ulubieniec (albo ktoś do niego podobny) lubił się spotykać z okolicznymi kotami mającymi swoje siedlisko w wystawionych na zimę spiętrzonych starych wersalkach i fotelach. Odeszły moje rozmowy z nimi, nasze milczenia i nasze bunty nie wyjawiane, ale o których wszyscy wiedzieli i które szanowali. Byliśmy tak różni od siebie, że w naszych rozmowach wchodziliśmy w swoje odmienne światy niczym podróżnicy po obcych krajach, a las, działkowisko, krzaki i trawniki, nocne konstelacje i ćmy wokół lamp tworzyły nasz nastrój umożliwiający takie podróże.

         Odeszli już wszyscy w niebyt pamięci. Ich działki podzielono w rodzinie, sprzedano, oswojono domy. Drugie i trzecie pokolenie gospodarzy w nich. przebudowuje, narzekając na siermiężność pomysłów rodziców, i  zakładając wysokie anteny, pertraktuje z dostawcami internetu, którzy jak zawsze unikają pogranicznych stref, bowiem gry komputerowe i kontakt ze światem jest dla nich wszystkim, choć dostęp się firmom nie opłaci. Oni dobudowują poddasza, bowiem z parteru niewiele sygnałów da się odebrać, dla nich miejsce na wiatę garażową dla jednego samochodu jest zbyt małe – potrzebują ci najmniej trzech miejsc. Drzewa i krzaki przeszkadzają ich kosiarkom. Sarkają na kuchnie z żeliwną płytą i fajerkami, na boazerie, na piece na drewno z krzywych kafli, między którymi szpary każdej wiosny trzeba zalepiać gliną zmieszaną z solą, na kominki bez drzwiczek, w których pali się tylko nie pryskającym drewnem (np, brzozą) i trzeba pilnować, żeby nie zajęła się od ognia pościel. Cywilizują domy, instalują pralki, c.o, zmywarki, wieszają ekrany na pół ściany, a potem wynajmują firmy do pilnowania tego dobytku.

         Jednak myśl, że mogą pojawić się ludzie w rodzaju Anastazjowców mrozi mnie. Kiedy mąż mój postanowił wybudować swój dom, a ja, zawsze marząca o zagranicznych podróżach, o tym, żeby choć raz w życiu obejrzeć Machu Pichu, Wyspę Wielkanocną i syberyjską tajgę, a może i odwiedzić Inuitów i spróbować smaku świeżej krwi foki lub morsa, przekonana, że nie da się pogodzić podróżniczych ciągot Strzelca z prozą PRL, podpisałam się pod jego projektem własnej chaty. Rozumiałam nasz projekt jako wolność od narzuconych standardów miejskiego życia inteligencji, długich korytarzy bloku podobnych więziennym z jednym oknem na końcu i przerzedzonymi świetlówkami, jako prywatny eksperyment. Mąż, budując nasz dom ćwiczył technologie niechętnie widziane w PRL, jakieś kanadyjskie wzory budowlane, trudne do realizacji wówczas, a wchodzące w modę dziś, z założeniem, że jeden człowiek robi sam części domu, a potem skrzykuje na godzinę czterech sąsiadów i osadzają te części w przeznaczonych na nie miejscach. Miał to być dom zbudowany „własnymi rękami” — zabawa starszych chłopców. Z powodu niemożliwości przydziału określonych materiałów, osobiście przycinał w tartaku kupione bale, wiecznie poszukując zamienników eternitu i papy, ja zbierałam strużyny i trociny na rozpałkę, planowałam wewnętrzny rozkład domu wbrew wszelkim PRL-owskim standardom: (starzy na dole dzieci na górze, telewizor w salonie, kuchnia oddzielona od reszty pomieszczeń itp), wiliśmy swoje gniazdko na lata starości, gdy już nic nie będziemy musieli. Karmiliśmy bezdomne psy i koty, pielęgnując ich bezdomność i samodzielność, błąkaliśmy się po okolicznych lasach, wieczorami zapadając  w swoje izolowane kąty: on w bliskości telewizora, ja w ciszę nocy przerwaną tuptaniem jeża i smyrganiem kotów na ławce pod daszkiem naprzeciwko mojego okna i łóżka – miejsca, gdzie moje wahadełko kręciło się jak opętane, a szerszenie i osy co roku namiętnie lepiły swoje gniazda. Nie mogłam spać na naszej działce, ale snu mi nie brakowało. Przez okno widziałam i słyszałam nocny kawałek przestrzeni, wybiegałam czasem by zobaczyć prawdziwe gwiazdy. Kiedy moje serce wariowało tracąc rytm, a do porannych proszków było jeszcze daleko, widok nocnego nieba i nocne dźwięki uspokajały (chyba, że zaczynały szczekać kolejne psy wzdłuż niedalekiej drogi, co świadczyło o tym, że porusza się po niej człowiek. Niestety nie dane nam było zestarzeć się razem.

         Część z tych radości dzieliłam z Anastazjowcami i choć mi je odebrano, tym bardziej darzę ich niechęcią. Z nimi nie mogłabym rozmawiać jak z moimi nieżyjącymi koleżankami, Wiesią i Krysią, ich wierszami i muzyką, moimi nieskładnymi refleksjami, ich milczeniem i emocjami, które rozumiałyśmy, choć o nich nie mówiłyśmy. Gdybyśmy należały do tego grona Anastazjowców musiałybyśmy stosować się do ogółu, do ekologicznego  zadęcia. Musiałybyśmy hodować takie warzywa, a nie inne (a my jechałyśmy na targ kupować, bo żal nam było czasu), hodowałyśmy tylko to, co dla każdej z nas było piękne: ja zioła, Wiesia kwiaty, Krysia niczego nie hodowała, ale wieczorami pięknie grała na wiolonczeli. Musiałybyśmy uzgadniać swoje działania, pewnie wysłuchiwać mądrych prelekcji, a tak włóczyłyśmy się po lasach, zbierałyśmy grzyby, jagody; gryzły nas komary, a budziły przed świtem ptaki z niespokojnej drzemki po nieprzespanej nocy. Walczyłyśmy z osami, szerszeniami, zasypywaniem i kopaniem dołów pod sławojki, brakiem prądu, plagą myszy, mrówek, meszek i tak dalej. Każda na własną rękę, bo dopusty boże u każdej były inne.

         To skłania mnie do przemyślenia, co dla każdego z nas oznacza „eko”. Koleżanki z facebooka namawiają do datków na bezdomne zwierzęta, ja szanuję i kocham zwierzęta, które umiały przetrwać bez ludzkiego zinstytucjonalizowanego wsparcia. Staram się je zrozumieć i odkrywam, że łączy nas więcej niż nam się wydaje. To nie znaczy że odmawiałam im pomocy, zawsze wystawiałam jedzenie, na zimę ustawiam sterty starych mebli do spalenia wiosną, ale szanowałam ich niezależność i wolę życia. Jestem przeciwna hodowaniu żebraczych populacji, w pełni uzależnionych od człowieka. Jest to jednak działanie instynktowne, bez rozczulania się i sztucznej afirmacji – właściwych Anastazjowcom.

         A już wiązanie z jakąkolwiek polityką ( „Za rodinu, za Putinu”) to religia i indokrynacja. Skażona ideologią ziemia, jak wszystko co zatrute, mści się po równo na bezlitosnych ekspoloatatorach i na nawiedzonych ekologach. Pamiętam jeszcze „ekologiczne” rady pewnego zagranicznego wydawnictwa (w Polsce eko nie było jeszcze modne) sprzed trzydziestu lat na temat jak hodować truskawki bez brudzenia ich ziemią i wyrywania chwastów. Mianowicie należało wykładać przestrzenie między rzędami starymi gazetami! Jakby farba drukarska, wymywana przez deszcze, działająca zabójczo na szkodniki, była lepsza niż  opryski! Pogląd na ekologiczność zmienia się z czasem i jeśli nie jest się specjalistą trudno zgadnąć jakie niespodzianki kryje kolejna „ekologiczna” brednia. Hodowanie ziemniaków w słonie, bez zakopywania ich — odkrycie Anastazjowców — przypomina mi przerastanie ziemniaków w piwnicy. Zawsze mama przestrzegała nas przed jedzeniem takich ziemniaków jako szkodliwych, ponieważ kiełkowanie i rozrost pędów bez dostępu światła do naci powoduje rozprzestrzenianie się szkodliwych związków w bulwie, a nie w naci, gdzie powinny zostawać. Nie bez przyczyny podkiełkowanie sadzeniaków prowadzi się w skrzyniach z dostępem światła. Czy rację miała moja mama czy Anastazjowcy, kto zgadnie? Faktem jest, że ziemniaki w naturze mają bulwę pod ziemią, a nać na górze. Fanatycy ekologii zapominają nieraz, że propagowanie na siłę dodatków „naturalnych” roślin i ziół może szkodzić. Hodowla pszczół w miastach może zagrozić osobom silnie uczulonym na jad pszczeli, moda na zawartość lanoliny we wszystkich płynach do zmywania naczyń spowodować, że niektórzy muszą myć naczynia mydłem albo zdać się na zmywarki; moda na dodatek aloesu do kosmetyków wyłączyć całą pokaźną grupę ludzi z używania większości kremów, nasączanych chusteczek, płynów do kąpieli itp. moda na dodawanie jodu do soli powodować, że takie osoby jak z uczuleniem na jod lub niektórymi schorzeniami tarczycy jak ja, mają wieczny problem z poszukiwaniem soli niejodowanej (ostatnio zdobyłam taką od znajomej dysponującej workiem soli dla krów, ponieważ krowom, podobnie jak mnie, sól jodowania szkodzi.

         Wszystkie te zabiegi uszczęśliwiania ludzi na siłę zabijają różnorodność, przyczyniają się do zwiększania liczby osób nie tolerujących zbyt wielu przedmiotów w swoim otoczeniu. Ja, jako uczuleniowiec wiedziałam, że nie mogę mieszkać nad morzem, hodować na parapecie aloesu, posiadać psa i nosić swetrów z góralskiej wełny na gołe ciało. To było zaledwie kilka wskazówek — teraz moje poruszanie się wśród potraw, lekarstw, a zwłaszcza kosmetyków jest mocno skomplikowane. Noszę ze sobą wielką lupę, żeby przeczytać składniki kremu, który chcę kupić, a i tak często coś przeoczę i zmagam się z wysypką.

         Podobną standaryzację i ujednolicenie widzę na rynku gotowych mebli. Wszystkie prawie jednakowe, trzy rodzaje, pięć kolorów w każdym typie mebla góra! Niezależnie od producenta, sklepu, ceny wszystkie „wypoczynki” (dawne wersalki) są prawie identyczne. Ciemny kolor w środku, jaśniejsze pasy po bokach, brak oparcia na łokcie lub głowę. Czasami wydaje mi się, że ludzkość liczy najwyżej do pięciu, a potem przestaje mieć już na to ochotę.

         Tak więc mój kawałek podłogi powinien być naprawdę mój, indywidualny, nie poddany żadnym rygorom ani cudzym wyobrażeniom.



« Rodowe siedliska Anastazjowców Dlaczego nie umiem czynić cudów »

Komentowanie wyłączone wszędzie od 1 sierpnia 2020.

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)