Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

24 listopada 2014

Małgorzata Ziółkowska

z cyklu: Nieustający proces (odcinków: 30)

Moje poszukiwania i ścieżka do nowego świata


« Czy lekarze to Bogowie? Moja nowa świecka świąteczna tradycja »

Jak pisałam już kilkukrotnie, historia mojego życia jest dość nie typowa. Jest prawdopodobne, że usiłuję doszukać się czegoś niezwykłego. Każdy chce mieć jakiś cel. Bez takiej silnej wiary, że o coś ważnego chodzi, pewnie nie przetrwałabym długoletnich momentów kryzysu i depresji. Ludzie patrzą na mnie ze zdziwieniem. Nie przychodzi im do głowy, że ta uśmiechnięta, pełna optymizmu, trochę szalona kobieta mogła przejść naprawdę dużo. Nie mam zamiaru się licytować, bo każdy ma według swojej miary. Faktem jest, że wcale nie chciałabym być ratowana w sytuacji kryzysowej. Mam jedno zasadnicze pytanie. Po co? Wielokrotnie myślałam, że jestem tylko dodatkiem do cudzego życia. Do życia rodziców, rodzeństwa, znajomych i obcych. Wychowano mnie na tak zwanego ratownika, nie dbając o mnie i nie wskazując kierunku mojej drogi. W tym wszystkim miałam sporo szczęścia i dobrych ludzi, choć pogubionych, wybrałam sobie na rodziców. Z finansami też jakoś się układa, choć znam lata, kiedy pieniędzy niewielkich, ale jednak własnych, nie miałam siły wydawać, tak bardzo wszystko było mi obojętne. Wymyśliłam więc sobie podróże. Nie lubiłam ich, gdy rodzice wieźli mnie przez bałkańskie szlaki maluchem z wielką przyczepą. Okazało się jednak, że ta droga którą wskazali - podróż, uratowała mi właściwie życie.

Myślę, że uratowała mnie przede wszystkim modlitwa. Siedząc jak zamknięta w bańce, w mojej samotności, czułam że jest on, Bóg. Zastanawiam się nad fenomenem tego zjawiska. Dziś wiem, że nie ma to nic wspólnego z religią.

To były czasy, gdy nie było jeszcze internetu. Miałam spore problemy z kontaktowaniem się z ludźmi z powodu mojej nieśmiałości, lęków i zakazów. Kto sądził, że runie berliński mur i to za sprawą polskiej Solidarności? A moi rodzice, którzy przeszli sporo jako dzieci w czasie wojny, wymyślili sobie, że będę dziennikarzem. Skąd ten szalony pomysł? Przecież uciekali przed bombami i rozstrzelaniem. Powinni sobie zdawać sprawę, jak świat wygląda. Powinni, ale jednak nie zdawali sobie sprawy. Nie pomyśleli, że dziecko do każdej roli życiowej trzeba przygotować. Mieli może genialną intuicję, choć niepopartą rozsądkiem. Najpierw zrezygnowałam ze specjalizacji dziennikarskiej, a potem samodzielnie podjęłam decyzję o kontynuacji studiów. Kiedyś, gdy mocno płakałam uskarżając się Bogu, że tak niefortunny kierunek studiów wybrałam, usłyszałam głos: to jest dobry kierunek, tylko będziesz musiała na to długo czekać. Jak rażona piorunem usiadłam zdziwiona.

Szukałam  w polityce, bo jestem politologiem, i w dziennikarstwie, pozornie nieprzystosowanym do mojego charakteru. Mama namawiała mnie: pisz, pisz, robisz to dobrze. Nie wierzyłam jej. Pomimo podróży nie mogłam skupić myśli na pisaniu.

Telewizja, która zjawiła się w moim życiu nie wiadomo jak, podobała mi się najbardziej. Tu można było łączyć wiele rzeczy na raz, dźwięk, obraz, tekst. W dziennikarskich realiach trudno znaleźć się jednak wystraszonej kobiecie. Po dwóch latach, przy kolejnej redukcji osób w redakcji wiadomości wyrzucono mnie. Zamiast się bronić pazurami, przyjęłam to z ulgą i wyjechałam w jedną z pierwszych podróży. Przygoda się jednak nie skończyła. Była jeszcze telewizja kablowa i praca jako asystentka koleżanki robiącej filmy dla TV. Nauczyłam się wiele, ale jakby bez ciągu dalszego.

Ciąg dalszy pojawił się w polityce. Wpisali mnie nawet na listę do Sejmiku Wojewódzkiego, z której o mały włos nie dostałam się do władz. Miałam naprawdę dobry wynik jak na początkującą. Nie przyjęłam propozycji ostatniego miejsca na liście, które sprzyja kandydatom. Jak potoczyłoby się moje życie, gdybym w polityce pobyła dłużej? Co prawda jeden z kolegów przy zwyczajowym spotkaniu towarzyskim ludzi z PiS-u i PO spostrzegawczo stwierdził: ty do polityki z takim uśmiechem? Zniszczą cię przecież. Miał rację.

Życie niszczy naiwnych idealistów. Ja jednak byłam jak feniks. Gdy dawano mi po głowie, odradzałam się, choć było trudno utrzymać się nawet na nogach. Ledwo mogłam dowlec się do łóżka i nie miałam siły się rozebrać, ale ciągle wierzyłam, że o coś  ważnego chodzi. Chodziłam nie przytomna, siedziałam w bałaganie i próbowałam skomunikować się z jakimiś podobnymi do siebie ludźmi. Szukałam podobieństwa. Myślała, że chodzi o podobieństwo religijne lub podobieństwo życiowych pasji. Wszystko okazywało się względne. Szukałam po omacku siebie i innych ludzi, nie wiedząc, że mam do tego prawo.

Po wielu wzlotach i upadkach, podróżach, cierpieniach i radościach dziś wydaje mi się, że ludzie niezależnie od miejsca na ziemi i wyznawanej religii są tak na prawdę do siebie bardzo podobni gdzieś w głębi. Wszyscy chcą kochać i być kochani, choć tak bardzo boją się tego okazać. Maskują się, blokują, przyjmują pozy, role i udają coś, co doprowadza do ich chorób. Stawiają sobie zakazy i nakazy, bo nie wiedzą, jak naprawdę należy postępować. Idą na skróty, by przeżyć i dać radę. Szamocą się, chcą zostawić po sobie jakiś ślad. W dzieciach, w pracy, w pieniądzach. A tak naprawdę chcą być po prostu szczęśliwi i kochani. Niosą brzemię poprzednich pokoleń i przekazują je następnemu. Nie wiedzą, o co tak naprawdę w życiu chodzi.

Tak sobie pomyślałam dziś, że ta Paruzja i misja z nią związana to jest fakt. Mamy nowe czasy, w których coraz bardziej widzimy, że energia serca i miłości może nam uratować zdrowie i życie. Łączę fakty ze swojego życia. Łączę zdarzenia i ludzi spotkanych po drodze i myślę sobie: wszystko jest po coś. To naprawdę chodzi o nowe czasy i o Polskę, z której wypływać będzie nowe prawo dla świata, a w moim mieście będzie wielka wieża, z której zobaczyć będzie można cały świat. Jak to możliwe? Przez telewizję.

Dziś jest czwarta rocznica śmierci mojej mamy. Kilka lat temu kupiłam w ten dzień mojego bordowego laptopa (tego na którym pisze), którego bałam się potem przez miesiąc otworzyć. Brat powiedział wtedy: co się martwisz, może to prezent od niej. Poznałam przez ten komputer wiele osób. Uczyłam się pisać. Dziś myśl, że Paruzja staje się faktem, przyszła do mojej głowy, gdy ktoś opowiedział mi swój sen o miłości chrystusowej.

Ustawienia systemowe, które leczą wg mnie tym lepiej, im więcej w trzymającym pole dobrej energii serca. Polityka w której się kotłuje. To wszystko sprzyja refleksji, że zbliżamy do nowego świata. Jaki on będzie, zależy od nas. Rodzicom trzeba podziękować za to, co dali, i przyjąć to, czego dać nie mogli. Czasami w dzieciach spełniają się jednak marzenia poprzednich pokoleń, które stają się ich własnymi. Od czterech lat podążam dziwną ścieżką, zadając pytanie o co chodzi. Wszyscy jesteśmy jednym, myślę sobie, a rzeczy dzieją się same, jeśli im na to pozwolimy. Więc idę, badam sny i odczytuję znaki. Może to pozorne szaleństwo jest jednak metodą na odnowę ludzkości?


http://www.youtube.com/watch?v=QT23lxoLhAw


Korekta przez: Radek Ziemic (2014-11-25)



« Czy lekarze to Bogowie? Moja nowa świecka świąteczna tradycja »

komentarze

[foto]

1. Gosiu • autor: Bogdan Zawadzki2014-11-27 10:07:09

bardzo pięknie to opisałaś, ... czytając wydawało mi się, że jesteś bardzo, bardzo blisko ...


Pozdrawiam

2. Dzięki ! Pewnie... • autor: Nierozpoznany#15472014-11-27 10:38:02

 Dzięki ! Pewnie jestem gdzieś bardzo blisko ..... :)Pozdrawiam

Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)