Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

09 września 2006

Aleksandra Nimue Kosakowska

Moje Węgajty
Teatr Węgajty, proces Odnajdywania

Kategoria: Wspomnienia

Jeśli wrzucisz wyraz "Węgajty" w wyszukiwarkę internetową, okaże się, że jest to mała warmińska wieś, a to, co warto w niej zobaczyć to Teatr "Węgajty". Jeśli potem zdecydujesz się tu przyjechać, to prawie na pewno z powodu tego, co dzieje się w teatrze. Mogłoby mnie dziwić, że ja również trafiłam do Węgajt tą drogą, bo teatr jako taki nigdy szczególnie mnie nie interesował. Dziś jednak, kiedy zdecydowałam się tu zostać i próbuję nazwać to, co znalazłam oraz zrozumieć sam proces Odnajdywania, uświadamiam sobie, że teatr sam w sobie nie ma tu znaczenia. Współkomponuje on pewną całość, której nigdy bym nie wymyśliła, a która wyłoniła się przede mną na drodze w ciemności.

W tym miejscu przypomina mi się (poznana zresztą dzięki teatrowi) bajka Briana Pattena "Słoń i kwiat". Jedna z jej części opisuje jak w totalnym mroku dżungli pojawia się człowiek i zaczyna prowadzić dialog z ciemnością, kryjącą w sobie nieistniejące jeszcze, bo nie nazwane elementy przyszłego krajobrazu. Pod wpływem tego dialogu kolejne zjawiska wyłaniają się z mroku i okazują się być tym, czym są i w swej istocie idealnie pasować do miejsca, w którym odnalazło je światło. Gdy dżungla żyje już w pełni, człowiek znika, a opowiadająca legendę rzeka mówi, że to on wyłonił z siebie każdą z jej części, przemieniając się w nią.

Są w miejsca, w których z jakichś powodów chcemy się zatrzymać, aby podjąć dialog z ciemnością. Jest to jakby przeczucie, że w tym właśnie miejscu przestrzeń jest w stanie zrodzić to, co uczyni z nas całość i pozwoli na nowo rozpłynąć się w mroku.


Przestrzeń, która rodzi

W Węgajtach dużo się chodzi. Teatr położony jest ok. 2km za wsią. Idzie się zatem te 2km do sklepu, na obiad do Eli, która gotuje uczestnikom warsztatów, czy na autobus, który dojeżdża tu zaledwie kilka razy dziennie. Nieco bliżej - bo w połowie drogi między wsią a teatrem mieści się dom Thorstena - baza noclegowa. Mój pierwszy kontakt z Węgajtami miał miejsce podczas zeszłorocznego festiwalu "Wioska teatralna", podczas którego wzięłam udział w warsztatach performance. Zdecydowałam się na nie, aby popracować nad spontanicznością i zaufaniem do siebie, uwolnić się od potrzeby kontrolowania i planowania, nauczyć się improwizacji. Czterodniowe warsztaty, prowadzone przez doświadczonego w sztuce performance Pawła z Krakowa, bardzo mnie zawiodły. Były zdecydowanie przegadane i niemal do końca miałam wrażenie, że człowiek ten nie dał mi żadnej konkretnej wskazówki odnośnie tego jak zrobić dobry performance czy generalnie uwolnić swoje zdolności twórcze. Byłam zła, że codziennie marnujemy drogocenny czas zajęć na przechodzenie z teatru (gdzie odbywały się pogadanki w kręgu) do wsi (gdzie mieliśmy zajęcia praktyczne). Chodziłam jednak pokornie w te i wewte z narastającym poczuciem, że ostatecznie nic nie muszę pokazywać - mogę tak sobie tu tylko połazić.

Chodzenie ma w sobie przedziwną moc twórczą. Jest czasem zawieszenia, podczas którego można zamknąć to, co zostało za nami i otworzyć się na to, co pojawi się za chwilę. Najpierw zamknąć. To cholerne chodzenie nasiliło mój gniew do tego stopnia, że dotarłam do jego źródła - lęku o to, że nie mam planu, a potrzebuję mieć plan, by czuć się bezpiecznie. Dopiero z tego zrozumienia wyrósł nagle mój performance o stłumieniu, performance będący rzeczywistym wyrazem aktualnych przeżyć, formą osobistego rytuału, przedarcia się przez własną niemoc. Wyrósł on z przestrzeni między wsią a teatrem, która w międzyczasie przedeptana została kilkanaście razy śladami moich stóp. To chodzenie w kółko sprawiło, że przestałam oczekiwać celu i bać się rezultatu, przestałam kontrolować drogę i rytm chodzenia, otworzyłam się na to, co - jeśli tylko idziesz - wyłania się na drodze samo.

Przemierzanie przestrzeni zatem. Teatr świadomie wykorzystuje ten element. Jednym z nieodłącznych punktów programu każdych warsztatów [1] jest bieg po lesie. Nie jest to jogging, lecz raczej pewna forma kontaktu z lasem i z własnym ciałem. Ciało jest biegane, ciało tarza się w igliwiu i przeczołguje przez krzaki, ciało leży w kotłowaninie innych ciał i obserwuje gwiazdy prześwitujące przez gałęzie drzew, ciało toczy się z górki i ląduje w śnieżnej zaspie, ciało wiruje i robi jeszcze jeden krok pod górkę, podtrzymując inne ciało, a potem jeszcze jeden krok i jeszcze jeden, ostatecznie ciało pada przy kominku w sali teatralnej i czuje, że jest i że to wystarczy. Po chwili zaczyna się improwizacyjna praca z maskami i okazuje się, że ciało jest puste i gotowe przedzierzgnąć się w każdą postać, bo wszystko, czym było do tej pory, zostało w lesie.

1 Mówię tu o warsztatach prowadzonych przez zespół teatru Węgajty, warsztaty performance, w których brałam udział i inne warsztaty odbywające się podczas corocznego festiwalu są prowadzone przez osoby przyjezdne.

Chodzenie jest również ważną częścią wypraw warsztatowych. Teatr Węgajty jest bowiem w pewnym stopniu teatrem wędrownym - nastawionym na pozyskiwanie tzw. nowej publiczności - ludzi, którzy z własnej inicjatywy raczej nie wybraliby się do teatru, lecz z radością przyjmują teatr u siebie w domu lub idą go oglądać do pobliskiej remizy czy stodoły. To wychodzenie do ludzi i "chodzenie po ludziach" jest treningiem otwartości wobec nowego. Inaczej nieco odczuwa się to zimą, podczas kolędowania, gdy w ciemności, z małą latarnią w ręku przemierzamy warmińską wieś o gęstej zabudowie. Spotkanie za spotkaniem, twarze przelewające się po pewnym czasie jedna w drugą pod wpływem wódki i narastająca euforia, bo każde przekroczenie progu to jakaś wymiana energii, która wiruje coraz silniej. Inny charakter ma chodzenie z allelujką. Tutaj znów włącza się przestrzeń - przestrzeń bezkresnej Suwalszczyzny, gdzie chaty stoją z dala od siebie, a nasze zawołanie - "idzie się!" - niesie się szeroko po polach. Tutaj spotkania rozsiane są rzadko, dominuje przemierzanie. Głównym widzem i słuchaczem staje się przestrzeń. To ona rodzi poczucie wewnętrznej bezgraniczności i siły.


Być całością

Zetknęłam się z teatrem w kulminacyjnym momencie jego rocznej działalności - podczas Wioski Teatralnej. W ciągu tygodnia przez Węgajty przewijają się w tym czasie setki ludzi z całego świata, teatr wylewa się ze swojej zacisznej siedziby na kolonii i obejmuje całą okolicę, tworząc niejako alternatywną wieś. W tym czasie pojawiają się media i dla świata jasne jest, że dzieje się tu coś istotnego. Potem wieś pozornie zasypia, a to, co ważne zaczyna dziać się w ciszy. Krzyczą żurawie, wielki, pomarańczowy księżyc wschodzi nad horyzontem, przyroda wystawia swój niepowtarzalny spektakl, ale też - przyjeżdżają mnisi z Tybetu i w obecności garstki osób odprawiają modlitwy ku pomyślności, Wacek gra przed domem na akordeonie, dzieci z okolicy wystawiają swój pierwszy spektakl na łące. W takich chwilach utwierdzam się w przekonaniu, że to my sami ustalamy, co jest najważniejsze. Kultura dość skutecznie wytrąca nas z tego poczucia, narzucając pewne cele i wartości jako istotniejsze od innych, media promują określone obrazy i informacje, tworząc poczucie, że to one właśnie warte są uwagi i zaangażowania. Rzeczywistość poza soczewką obiektywu wydaje się bezznaczeniowa. I dopiero tutaj wiem z całą pewnością, że to ja stanowię centrum świata, a to, co dzieje się obecnie wokół jest bezwzględnie najważniejszą rzeczą na tym świecie.

Takie poczucie pozwala wrócić do siebie, odnaleźć własny rytm, który zaczyna splatać się z cyklem życia przyrody. Uczestnictwo w warsztatach i wyprawach teatralnych pomaga ten cykl zrozumieć, gdyż odbywają się one w nawiązaniu do tradycji roku obrzędowego - od kolędowania, przez zapusty i Wielkanoc po sobótki. Każdy z tych okresów wibruje swoją specyficzną energią - gdy w czasie kolędowania przemierzamy ciemną wieś śpiewając, czuć, że wszystko wokół jest jeszcze zastygłe, pozamykane, pochowane i tylko dzięki naszemu chodzeniu nie zapada się w zupełny mrok. Wybuch radości w każdym kolejnym domu utwierdza mnie w przekonaniu, że zawsze warto zdobyć się na wysiłek i zrobić jeszcze jeden krok w ciemności. Zapusty to czas przełomu, któremu towarzyszą ogromne zawirowania, oprócz pracy z tradycyjnymi maszkarami zapustnymi takimi, jak koza czy bocian, rozpoczyna się teraz praca z maskami. Sam proces ich budowania jest doświadczeniem wyłaniania z siebie swoich demonów. Mierzymy się z nimi tworząc improwizowane przedstawienie - korowód masek, postaci, które odnajdują między sobą relacje, rozpływają się jedna w drugą, bo ta sama maska na innej twarzy tworzy zupełnie inny image. Taka praca pozwala zrozumieć i odczuć schematyczność własnych zachowań i wyjść poza nie, znaleźć nowe rozwiązania, nowe ruchy, nowe odgłosy, daje możliwość dokonania rzeczywistego przełomu. Wyprawa wielkanocna to przede wszystkim radowanie się przestrzenią - teraz czuć już, że świat stanął otworem i pola czekają na nasze okrzyki. Nasila się praca głosowa - bogaty repertuar pieśni pozwala przepuścić przez siebie ogrom wiosennej energii, wykrzyczeć radość. Sobótki to domykanie tego wybuchu - pieśni i tańce korowodowe, plecenie wianków, które puszczamy na stawie w wiosce, wszystko to daje poczucie pełni - zamykania koła, bo chociaż całe lato i najważniejsze przedsięwzięcie organizacyjne - wioska teatralna - jeszcze przed nami, to cykl pracy w zaciszu teatru jest już zamknięty, teraz nadchodzi czas na pokazanie jej owoców.

Ten zimowo-wiosenny cykl to tzw. "Inna Szkoła Teatralna". Inna nie tylko dlatego, że pozwala zetknąć się z teatrem obrzędowym, czy tradycyjnymi tańcami i pieśniami. Dla mnie inna, bo nie nastawiona na nauczanie, lecz poszukiwanie, budowanie obecności, świadomego kontaktu z tym, co jest. Jak wielu przedstawicieli naszej kultury ja także mam problem z przerostem "głowy" nad "ciałem", myślenia nad czuciem-byciem. W zbyt wielu przypadkach jestem głową i od głowy zaczynam działanie. Poczucie, że można zaufać swojemu ciału i uczuciom przynosi niezwykłą ulgę, lecz dużo potrzeba czasu i treningu, by móc mu rzeczywiście zawierzyć. Węgajckie warsztaty to taki czas treningu - zasadą jest tu przekaz bezsłowny i skupienie na kontakcie wzrokowym, improwizacje taneczne, głosowe czy teatralne uruchamiają kreatywność w wyrażaniu siebie. Nastawienie na odbiór sygnałów pozasłownych zmusza do trwania w czujności.

Dzięki tej ciszy wokół i czujności wewnątrz łatwiej odnaleźć drogę w mroku, łatwiej zrozumieć, że z ciemnością nie warto się szarpać, lepiej prowadzić z nią dialog - gdy czas dojrzeje to, co pragnie światła wyłoni się z niej samo, by dać nam poczucie bycia we właściwym miejscu.

Ola 'Zorka' Kosakowska
zorka.ja@interia.pl



mojewegajty_01.jpg
Ola 'Zorka' podczas warsztatów teatralnych wiosną 2006

mojewegajty_02.jpg
Ola i Thorsten

mojewegajty_03.jpg
Węgajckie klimaty




Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)