Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

23 kwietnia 2012

Wojciech Jóźwiak

Moje zaćmienia Słońca
Tekst oryginalnie publikowany w Tarace 4 września 1999, przywrócony z okazji 15-lecia Taraki

Kategoria: Podróże i regiony
Tematy/tagi: rzadkie zjawiska

Za mojej przytomności było w Polsce jedno tylko całkowite zaćmienie Słońca - w 1954 roku, w Suwałkach. W moim rodzinnym Łowiczu tamto zaćmienie było widoczne jako częściowe, i jak przez mgłę pamiętam zamieszanie z nim związane, wyglądanie w niebo, okopcanie szkiełek nad płomieniem świecy... Później miałem sposobność zobaczyć jeszcze dwa całkowite zaćmienia poza Polską. Pierwsze było w Finlandii w 1990 roku, drugie tego lata [1999] na Węgrzech. Za pierwszym nie goniłem specjalnie, przeciwnie, tak się wtedy złożyło, że miasto Hämeenlinna, gdzie przebywałem dłuższy czas, znalazło się dokładnie na osi cienia rzucanego przez Księżyc. Można powiedzieć więc, że tamto zaćmienie samo przyszło do mnie. W tym roku [1999] za to specjalnie wybrałem się do południowych sąsiadów obejrzeć to niezwykłe widowisko. Mam teraz tę satysfakcję, że należę do elitarnego klubu tych, którzy widzieli dwa całkowite zaćmienia.

Dwa przypadki, to już wystarcza do pewnych uogólnień. Pierwszy wniosek jest taki, że z pewnością nie dwóch takich samych całkowitych zaćmień! Owszem, za każdym razem robi się ciemno, ale, jak się okazuje, ściemniać się może na wiele sposobów. Zaćmienie w Hameenlinnie zaskoczyło mnie tym, że ciemność zapadała tak dziwnie - najbardziej może przypominając to, co się dzieje, gdy w sali kinowej powoli przy pomocy potencjometrów gasi się światło żarówek. Jesteśmy przyzwyczajeni, że kiedy o zachodzie Słońca zaczyna się ściemniać, to przed zmrokiem pojawiają się na niebie zorze i świat jest oświetlony na żółto i czerwono. Podczas tamtego zaćmienia nie było żadnych kolorów, dzień zamieniał się w ciemność poprzez szarość i przez to zdawało się, że z nieba emanuje jakiś trupi chłód.

Zaćmienie nad Balatonem uderzyło mnie czymś innym. Nadchodzący mrok nie był aż tak "trupi", bowiem światło rozpraszane przez chmury zawierało trochę różowych i rdzawych tonów. Najbardziej zaś dziwiło, że cały przebieg zaćmienia jest tak dynamiczny, że aż nieuchwytny dla oka i pamięci. Podczas przykrywania Słońca przez czarny krąg księżycowy działo się tyle rzeczy naokoło, inaczej wyglądał zenit, gdzie gasło Słońce, inaczej zachodni horyzont, skąd nadciągał mrok, inaczej wschodni, południowy... A ponieważ była warstwa lekkich chmur, każda chmurka sama w sobie tworzyła niepowtarzalne widowisko świetlne. Widok nieba, horyzontu, chmur, Słońca i jego widocznej korony oraz wreszcie samego krajobrazu na ziemi zmieniał w każdym ułamku sekundy i świadomość obserwatora nie nadążała z rejestrowaniem całego zjawiska.

W Hämeenlinnie zaćmienie miało miejsce na dalekiej północy i wkrótce po wschodzie Słońca. Słońce było nisko nad horyzontem i cień Księżyca padający na Ziemię był wąski i długi, i wyglądał jak jakiś snop czarnego światła, rzucany na niebo z kosmicznego anty-reflektora. Ten snop cienia gasił błękit nieba i zapalał gwiazdy; a kiedy nadchodził od zachodu, to było to tak, jakby jakiś olbrzym naciągał na niebo czarną płachtę. Nad Balatonem tego lata było inaczej: Słońce było bliskie zenitu, cień Księżyca miał kształt zbliżony do koła, ale nie przykrywał całej widocznej kopuły nieba. Horyzont naokoło nas pozostawał więc stale jasny i stąd wciąż sączyło się żółtawe światło dnia, dziwacznie rozproszone, oświetlając w niemożliwy sposób chmury od spodu.

W Hämeenlinnie mrok był głębszy - może dlatego, że Słońce było wtedy nisko. Widać było liczne gwiazdy, można było zauważyć gwiazdozbiory. Nad Balatonem niebo przybrało w zenicie barwę głębokiego granatu, jednak nie była to czerń nocnego nieba. Widać było tylko najjaśniejsze ciała niebieskie: planety położone blisko Słońca - potężną Wenus i słabszego, ale wyraźnego Merkurego. Planety, które tworzyły w tamtym momencie kwadratury i opozycje do Słońca, a więc Mars, Saturn i Uran, oczywiście nie były widoczne.

I jeszcze jedno: 11 sierpnia '99 uderzyła mnie jedność całego świata - Nieba i Ziemi. Nie wiem, czy wielu ludzi miało to samo poczucie, co ja, ale dla mnie było to wrażenie wręcz namacalne: że stoję w środku kręgu, w którym Niebo i Ziemia jednoczą się. Że zjawiska, które zwykle dzieją się gdzieś wysoko i daleko od nas, zstąpiły na Ziemię i również my znaleźliśmy się w ich polu. Jakaś Moc zstępowała na Ziemię, i podobna Moc wznosiła się z Ziemi ku Niebu.

Wojciech Jóźwiak


PS. Jakieś Straszne Wydarzenia miały się dziać w związku z Zaćmieniem... i nic z tego nie nastąpiło. Mojej siostrze nad Balatonem zablokował się immobilizer w samochodzie. Parę godzin po zaćmieniu "padł" komputer w firmie internetowej, która obsługuje moje listy dyskusyjne, i okazało się, że muszę na nowo zapisywać chętnych do dyskusji (o astrologii i szamanizmie). Wiem też o kilku parach (wśród znajomych), które tego dnia się rozstały. Tragiczne trzęsienie ziemi w Turcji nastąpiło już później [17 sierpnia 1999], kiedy planety na niebie zdążyły się przegrupować.


11 sierpnia 1999, godz. 12:47, koło Balatonaliga. Korona Słońca to to małe kółeczko w środku.


komentarze

1. To samo miejsce, ten sam czas • autor: Nierozpoznany#5352012-04-24 14:24:44

W 1999 roku ja też pojechałem na Węgry, też nad Balaton, specjalnie po to by obserwować zaćmienie Słońca. Pamiętam doskonale niezwykłe rozproszone światło i jakąś ulotną jedność oglądających.

A w tym roku, 6 czerwca rano, tranzyt Wenus!

Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)