Przejd?do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

15 maja 2010

Maria Poziomska

Mowa ciała umarłych poetów
O tym jak system edukacji walczył z ludzką naturą i odwrotnie


Obejrzałam ostatnio po raz drugi "Stowarzyszenie umarłych poetów" Petera Weira. Ponieważ zostałam już szamanistycznie uświadomiona na warsztatach "Twardej Ścieżki" spojrzałam na ten obraz trochę innymi oczami. Co łączyło członków Stowarzyszenia? Miłość do poezji? W filmie wyraźnie widać, że tak naprawdę nie to było najważniejsze. Wszak wiersze można było równie dobrze czytać w bursie. Ważne były inne elementy. Spotkania w jaskini przy płonącym ogniu, figura bożka, nocne wyprawy... Miałam nieodparte wrażenie, że stowarzyszenie wypełnia tęsknotę młodych facetów do pewnych pierwotnych elementów: inicjacji poprzez uczestnictwo w tajemnym bractwie, do bliskości świata podziemnego (jaskinia, noc), do wyzwolenia tłamszonych na co dzień emocji. Kto widział film, ten zapewne zwrócił uwagę na scenę, w której recytacja wiersza przerodziła się w dziki taniec. Chwile wolności, momenty kiedy młodzi ludzie mogli poruszać się tak jak chcieli, mówić to co czuli, były prawdziwym rdzeniem Stowarzyszenia. W filmie widać wyraźną opozycję pomiędzy swobodą ciała, ruchem, ekspresją, a milczeniem, bezruchem i napięciem.

Zniewolenie umysłu często zaczyna się od trzymania w niewoli ciała i zmuszania go do działania wbrew naturze. Co było opozycją do nocnych spotkań Stowarzyszenia? Jasno oświetlone sale, w której uczniowie siedzieli nieruchomo w równiutkich rzędach. Żaden z uczniów nie śmiał kichnąć bez pozwolenia. W jaskini chłopcy siedzieli w kręgu, na łonie przyrody takie rozmieszczenie grupy jest czymś naturalnym. Siada się wokół ognia, wokół jedzenia, siada się tak, aby wszyscy byli równi i każdy mógł widzieć każdego. Szkoła, nie tylko ta w filmie, łamię ów naturalny układ grupy. Każe ludziom odwracać się plecami do siebie. Z tej szkolnej perspektywy nie widzimy już siebie nawzajem. O tym, jak bardzo jest to nienaturalne świadczy fakt, że kiedy tylko zadzwoni dzwonek, lub kiedy skończy się wykład, natychmiast ludzie gromadzą się w kółkach, zwracając się do siebie twarzami. Zauważmy, że w filmie kontrowersyjny nauczyciel Keating, nakłaniał uczniów do wychodzenia z ławek, do łamania narzuconej im konwencji. Prowadził zajęcia na powietrzu, w czasie lekcji zachęcał uczniów do biegania, spacerowania, kopania piłki. Keating musiał być świadom, że ruch i uwolnienie ekspresji ciała, będzie prowadzić do swobodniejszego myślenia.

"Nie kręć się", "Nie biegaj", "Siedź cicho", "Powtórz, o czym mówiłem" - to najczęstsze słowa jakie nauczyciel kieruje do ucznia. Szkolne wychowanie, także to w filmie, jest zmuszaniem do milczenia i bezruchu oraz do powtarzania tego co nam każą. Uczniowie Welton są produktami takiego wychowania. Rolę idealnego ucznia z powodzeniem mógłby spełniać manekin z wbudowanym magnetofonem. A jednak milcząco - siedząca pedagogika, choćby nie wiem jak grubą warstwą kurzu pokryła dusze młodych, nie jest w stanie naruszyć ich naturalnego rdzenia. Wystarczy impuls, wystarczy mglista notatka znaleziona w książce sprzed lat, aby nagle odżyła potrzeba stworzenia przestrzeni dla naturalnych potrzeb człowieka. Taką przestrzenią było tytułowe Stowarzyszenie.

W filmie ważną rolę odgrywała mowa i głos. We wszystkich kulturach okrzyki, śpiewy, opowieści i recytacje odgrywały kluczową rolę w większości sfer - od magicznej po codzienną. W stowarzyszeniu mowa była środkiem artystycznej ekspresji, środkiem wydobywania najgłębszych emocji. Panowała swoboda. W klasach natomiast panowało milczenie. Głos, słowa podlegał ścisłej kontroli. Ucznia - trickstera, który zamieścił w nobliwej gazetce sprośny artykuł traktujący o tęsknocie za obecnością dziewcząt i znudzeniu masturbacją, spotkała okrutna kara. Ukarano go za słowa, które zamiast wyrażać oklepane podręcznikowe formułki wyrażały tęsknoty ciała. Ale tak to bywa, że tam gdzie ludzie zbyt długo milczą, rodzi się krzyk. I znów rolę inicjującego szamana odgrywa tu Keating, który na swoich lekcjach każe uczniom mówić i jeszcze raz mówić, swobodnie i własnymi słowami, a najbardziej opornych zmusza do "barbarzyńskiego krzyku". Keating uczył, że poezji nie czyta się grzecznie i cichutko. Strofy poezji trzeba czasem wykrzyczeć. Krzyk objawia się w filmie jeszcze wiele razy, zawsze będąc wyrazem najgłębszych, prawdziwych emocji. A milczenie? Pojawia się kilkakrotnie, najbardziej przejmująco w scenie, kiedy utalentowany aktor ma jedyną szansę, aby wywalczyć u ojca pozwolenie na realizację swojej pasji. Mimo iż młody artysta wreszcie ma okazję opowiedzieć rodzicom czym jest dla niego aktorstwo, nie jest w stanie wydusić nawet słowa.

Rola głosu, odwagi wypowiedzi odgrywa ważną rolę w wątku miłosnym. Jeden z "umarłych poetów" - Knox, zakochuje się w pięknej dziewczynie, która niestety związana jest z kapitanem szkolnej drużyny, typowym przystojnym i silnym głąbem. Knox pisze wiersz dla swoje ukochanej i postanawia go odczytać na oczach jej koleżanek i kolegów z klasy, ryzykując rzecz jasna manto od matołowatego chłopaka. Gdy Knox w zwycięskim nastroju powraca do bursy, na pytania chłopaków o reakcję dziewczyny odpowiada: "Nic nie powiedziała. Ale najważniejsze, że się odważyłem to zrobić".

Wróćmy jednak do wątku głównego, czyli języka ciała. Kiedy przeglądałam ten film raz jeszcze na youtube, trafiłam na ciekawą wymianę komentarzy pod jedną z początkowych części. Jakiś ciemnoskóry widz skarży się, że ciężko mu odróżniać bohaterów. Zaraz potem dołącza się kolejny widz, który jak twierdzi, iż mimo że jest biały także ma problemy z odróżnieniem od siebie chłopaków grających w filmie. I ja sama także momentami myliłam się odnośnie do tego kto jest kim. Przypadek? Błąd reżysera? Podobni aktorzy? Niekoniecznie. Tym bardziej, że jeśli porównamy fotografie aktorów, widać wyraźnie, że są to różni ludzie. O co zatem chodzi? Sprawa, jeśli się dobrze zastanowić, jest dość oczywista. W filmowej szkole o zaostrzonym rygorze uczniowie nosili jednakowe ciuchy, mieli podobne fryzury, etykieta wymuszała podobny sposób bycia. Wszystko to okazało się naprawdę niezłą metodą na zatarcie indywidualności na najbardziej elementarnym, cielesnym poziomie. Kiedy patrzymy na sceny w klasach, większość chłopaków, oprócz tych najbardziej charakterystycznych, naprawdę jest ciężko odróżnić. Dopiero z czasem, kiedy Stowarzyszenie zaczyna budzić uśpione dusze bohaterów, zaczynamy dostrzegać że każdy z tych facecików bez twarzy ma jakieś swoje indywidualne "ja". Jeden gra na saksofonie i lubi się zgrywać, drugi kocha aktorstwo, trzeci jest kochliwym romantykiem, jeszcze inny nonkonformistą.

Jak wygląda hierarchia w upiornej szkole? Bardzo prosto: najpierw dyrektor, potem nauczyciele, długo, długo nic, aż do szarego końca gdzie znajduje się jednolita gromada uczniaków. Doskonałym obrazem tego porządku jest uczniowsko - nauczycielska komunikacja niewerbalna. Wszystkie zebrania wyglądają podobnie: na ustawioną wysoko mównicę wkracza Pan Nolan, za nim siedzą pedagodzy, a na dole w ławkach, w równych, identycznych rzędach tłoczą się uczniowie. W trakcie zajęć rozmieszczenie całej ekipy wygląda nie lepiej. Nauczyciel stoi na podwyższonej katedrze, oddzielony od uczniów biurkiem. Brakuje mu jeszcze chyba tylko ambony. Keating łamie ten schemat. Jest między uczniami, nie patrzy na nich z góry. Na jednej z lekcji każe studentom po kolei stawać na nauczycielskim biurku, by mogli spojrzeć na świat z innej perspektywy. A może też po to, aby przestali się czuć najmniejszymi, najniższymi członkami szkolnej społeczności, by mogli przez moment znaleźć się "nad nauczycielem"? O tym jak ważne okazało się to ćwiczenie, świadczy ostatnia scena filmu. W momencie, gdy wszyscy stoją na ławkach, autorytarny dyrektor nagle znajduje się pod nimi. I co się dzieje? Dyrektor plączący się pod nogami uczniów nie ma już nad nimi żadnej władzy. Mimo iż krzyczy i próbuje nakłonić ich do posłuchu, nikt nie zwraca na niego uwagi. Przez moment to on znalazł się na końcu hierarchii.

W symbolice tego filmu szkolna klasa, ograniczona przestrzeń jest symbolem zamknięcia i tłumienia naturalności. Kiedy Keating pojawia się po raz pierwszy, zaczyna zajęcia od tego, że każe uczniom wyjść z klasy. Nieprzypadkowo więc film kończy się sceną, w której uczniowie na cześć swojego Kapitana depczą szkolne meble. A jednak Keating i tak musi odejść. Właściwie było to oczywiste od początku. Nie mógł zostać w szkole, nie pasował tam. Pozbyto się go w okrutny sposób, obarczając winą za śmierć ucznia. Czy zatem Keating przegrał? Moim zdaniem wygrał. Wbił klin w szkolne mury, stworzył w nich szczelinę, której nie da się już załatać. Zmienił uczniów, w pewnym sensie wyzwolił ich. Ostatnia scena filmu jest momentem jego triumfu. Nie chodzi tylko o sam fakt, że studenci się zbuntowali. Chodzi o to, jak się zbuntowali, co wyrazili. Ich zbiorowy gest powiedział więcej niż tysiąc słów. Nie bez znaczenia jest fakt, że pierwszym buntownikiem okazał się ten najbardziej cichy i zahukany z uczniów, a zaraz po nim zgryźliwy zrzęda, który ostentacyjnie olewał zajęcia poezji.

System przegrał. Ale paradoksalnie szkoła, aby "lec w gruzach" potrzebowała wroga w osobie... nauczyciela. Kontrowersyjnego, zbuntowanego, a jednak nauczyciela, osoby będącej autorytetem. Nie da się całej młodości przesiedzieć cicho i nieruchomo w ławkach. Będąc młodym trzeba krzyczeć, trzeba biegać, włóczyć się po lasach, mówić o miłości, czasem w sposób romantyczny, a czasem obsceniczny. Bunt jest czymś normalnym i pożądanym. A jednak potrzebny jest przewodnik, który nauczy nas jak ów bunt wyrażać i gdzie go ukierunkować.


Maria Borkowska



Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace


x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)