Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

30 sierpnia 2015

Wojciech Jóźwiak

z cyklu: Czytanie... (odcinków: 164)

Münklera. Niemcy, najdziwniejszy kraj Europy
Herfried Münkler, Mity Niemców, 2013/2009


« Erotyczno-homoseksualne początki państwa, czyli teoria męskiej społeczności Hansa Blühera Rytuał wschodu Słońca przez Domingo Dias Porta »

Niemcy są najsilniejszym i najbogatszym państwem Europy, jedną z pierwszych gospodarczych potęg świata i najliczniejszym narodem Europy (gdy od Rosjan odliczyć tych mieszkających w Azji). Leżąc w środku Europy są predestynowane być jej zjednoczycielem. Tym bardziej dziwi niepewność, nieokreśloność i wahliwość tej formacji.

Herrmann (Arminius) Detail | Flickr - Photo Sharing! www.flickr.com
Pomnik Arminiusza Hermana w Detmold, detal, zdjęcie z Flickr.

Mit Arminiusza czyli być po stronie Rzymu czy przeciw niemu? – Arminiusz lub z germańska Herman, co znaczy „mąż (na czele) wojska”, Germanin-Cherusk wychowany w Rzymie, stanął na czele rodaków i w 9 roku n.e. pobił Rzymian (Warusa) w bitwie w Lesie Teutoburskim, czym zahamował inwazję Rzymian, którzy w końcu zaniechali swojego parcia na wschód i zatrzymali się, jak się okazało: ostatecznie, na Renie. W myśl tego mitu (mit, wg Münklera, to szereg opowieści, które mają swoje „miejsca kultu”, i nie tylko chodzi o jawne świątynie, ale też i raczej o pomniki, obrazy i muzea, cele wycieczek itp.) – Niemcy biorą swoją narodową siłę z przeciwstawienia się Rzymowi, odparcia Rzymu, odrzucenia Rzymu. Co paradoksem, bo przecież Rzym, Państwo Rzymskie, jest pierwowzorem Europy lub w ogóle Zachodu, i inne kraje mają za zaszczyt wywodzić się z Rzymu, jak Włochy, lub z jego prowincji, jak Francja lub Hiszpania, a nawet Rumunia, która jako prowincja Dacja była pod Rzymem ledwo sto lat, jest nieustannie z tego dumna i na tym zbudowała swoją tożsamość. Również mit polsko-sarmacki syntetyzował Sarmację i Rzym: nasza szlachta uważając się za potomków Sarmatów, właściwie za Sarmatów jako takich, jednocześnie poczytywała się za „Rzymian”. Ale nie Niemcy, którzy uparli się być nie-Rzymianami, budować nie-rzymską tożsamość, a skoro nie-rzymską, to wychodzi na to, że nie-europejską i właściwie nie-zachodnią.

Przecież mit Arminiusza Romanobójcy nie był jedyną recepcją Rzymu w Niemczech, wcześniej i równolegle działał mit Świętego Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego, gdzie „Rzym” miał jednoczyć – uwaga! Achtung! – nie uniwersalnie pomyślaną Europę czy Zachód, ale „Naród Niemiecki”. Skąd ta dziwna konstrukcja? – Bo ten Rzym w kontekście Św. Cesarstwa nie miał być kontynuacją Cezarów, tylko zwierciadlanym odbiciem Bizancjum czyli jakby „Cesarstwa Rzymskiego Narodu Greckiego”. Co jest przyczynkiem do kontynuującej się miłości Niemców do Grecji wraz z abominacją do Rzymu, który – w średniowieczu i później papieski – uchodził za uzurpatora i cel do pobicia. Niemiecki, deutsch, etymologicznie znaczy „plemienny, ludowy” z odcieniem „nieuczony, prosty”; jest w tym słowie IE rdzeń 'teuta', co znaczy „własne plemię”. Tak oto Niemcy odwracają się od Rzymu-Europy-Zachodu i ich uniwersalizmu (który stale jest podtrzymywany we Francji) i źródeł, inspiracji, szukają w swoich plemiennych pierwocinach. Ale narodowi zaludniającemu Serce Europy i geopolitycznie predestynowanemu na zjednoczyciela i przewodnika (niem. Führer) nie wypada uciekać od uniwersalności w szczególność, plemienność i zaściankowość. A Niemcy tak uporczywie robią (keep doing). Za mitem Arminiusza stoi kwestia: albo Niemcy mają być Europą i w Europie, albo budują własną osobną cywilizację? Pierwszego w znacznym stopniu nie chcą, drugie okazuje się być ponad ich siły. A za duzi są i zbyt nieokreśleni granicznie, żeby zrobić się jednym z wielu narodów.

Besondere Ansichten, Schlösser und Burgen, Schloss Stolzenfels am Rhein www.zeno.org Schloss Stolzenfels am Rhein
Zamek Stolzenfels nad Renem, pocztówka ok. 1900 r., ze strony www.zeno.org.

Mit Renu, czyli granica w sercu kraju. Ren jest świętą rzeką Niemców – bo nie jest nią Dunaj ani Łaba ani Sprewa tym bardziej. Ale święta rzeka narodu powinna płynąć przez jego środek, przez jego geopolityczne serce; stolica powinna nad tą rzeką leżeć. W niemieckiej mitologii Ren owszem jest jako święta rzeka sercem kraju, ale jednocześnie jest jego granicą. „Wacht am Rhein” śpiewano i czczono liczne zamki nad Renem, postawione, aby na tej ostatecznej linii granicznej dać odpór. Komu? – Spadkobiercom Rzymu, konkurencyjnej i gorzej, bo uniwersalistycznie zorientowanej potęgi, Francji. Która zagrażała nie tylko militarnie, ale przede wszystkim duchowo, wchłonięciem niemieckiej osobności przez romański uniwersalizm, co z deutsch-prostaków kpi. Granica przeżynająca ciało Ojczyzny przez jej Serce – przedstawmy sobie (vorstellen wir...) ten horror!

Nie na czasie... Dziś i od dawna Święty Ren zaczyna się poza Niemcami, odcinkiem jest granicą z Francją, uchodzi poza Niemcami. Patrzymy i germanico modo (w Niemców skórę wchodząc) frasujmy się. Frasunek wprawdzie raczej nie na czasie (unzeitgemäß...), bo przez Schengen granice zatarte, ale poprzednie pokolenia frasowały się, oj bardzo.

Brak granic. Granica Niemiec w sercu na Renie odprowadza do gorszego problemu, braku granic Niemiec. Gdy patrzysz na mapę fizyczną, nawet gdy granice państwowe nie są narysowane, od razu widzisz na niej Hiszpanię, Włochy, Francję, Danię, Czechy, Norwegię, pomijając oczywistą Brytanię na jej wyspie. Tamte kraje-państwa mają swoje mniej lub bardziej naturalne granice i swoje od natury dane miejsca. A raczej historycznie było tak, że było pewne wyodrębnione miejsce: półwysep jak Dania, kotlina śródgórska jak Czechy, i jego mieszkańcy integrowali się w jedno państwo, język, naród. Niemcy inaczej: byli jako naród, ale ich miejsce nie było określone, nie miało zaznaczonych naturalnych granic, więc takiego naturalnego miejsca faktycznie nie było. Najbliższe geograficznej określoności było Św. Cesarstwo, inaczej Rzesza Niemiecka, ta Pierwsza: na zachodzie jako granice miało pas wyżyn po zachodniej stronie Renu i Rodanu, na południu górne Apeniny, na wschodzie skały Krasu, błota Nezyderu, zbójców Beskidu i pusty do dziś las dzielący Śląsk i Pomorze od rdzenniejszej Polski. Na północy oba morza, Północne i Wschodnie: Ostsee czyli Bałtyk.

Ale w tak zwartym bloku ziemi obszerne pogranicza zamieszkiwali nie-Niemcy: francuska lub prowansalska (choć z germańskimi nazwami!) Walonia, Lotaryngia i Burgundia, włoskie Nadpadzie, i słowiańska prawie połowa kraju na wschodzie. Po drugie, poza tym zakresem mieszkali Niemcy w Siedmiogrodzie i Spiszu, później też osiedleni przez Habsburgów w Banacie. Poza Rzeszą były dwa ważne niemieckie kolonialne w istocie państwa rycersko-zakonne: to w Prusach i to w Inflantach-Liwlandii, po których pozostał, raz, silny etnos Niemców Bałtyckich pod carami w Petersburgu (nie przypadkiem nazwanym po niemiecku), dwa, księstwo, później królestwo W-Prusach, które horribile dictu, stało się zaczynem Niemiec Zjednoczonych i nowoczesnych, i początkiem ich kolejnego Cesarstwa, opozycyjnego wobec cesarstw poprzednich, o czym dalej.

Heiliges Römisches Reich im Überblick - Geschichte der staatlichen ... www.sueddeutsche.de
Święte Cesarstwo Rzymskie Narodu Niemieckiego rok 1547.
Źródło: Heiliges Römisches Reich im Überblick.

Po trzecie, nie tylko obcojęzyczne nie-niemieckie peryferia miały skłonność odrywać się od Ciała Niemiec – robiły to parokrotnie członki niemieckie rdzennie. Najpierw Niderlandy, dosłownie „dolne kraje”, dolne bo leżące w dole rdzennego przecież dla Niemczyzny Renu, dziś Holandia, Belgia, Luksemburg. Następnie Szwajcaria, która uwolniwszy się od Habsburgów razem z romańskojęzycznymi sąsiadami utworzyła naród też daleki Niemcom, choć wspólny językiem. W końcu Austria, która powtórzyła lub „jej powtórzono” secesję jak Szwajcarii.

Po czwarte, Ciało Niemiec zawierało regiony peryferyjne, a jeden nawet centralny – Czechy, stolica Cesarstwa w Pradze! – których niemieckość była częściowa lub mała i które usamodzielniały się lub były uprowadzane przez sąsiadów: tak usamodzielniły się Czechy z Morawami, do Danii częścią poszedł Szlezwik, do Francji Lotaryngia i Alzacja. Że północ Italii, Nadpadzie, była w Rzeszy i pod Habsburgiem, mało kto pamięta.

Po piąte, niemieccy dynaści budowali państwa poza Niemcami lub niemieckie częścią, najewidentniejsi tu Habsburgowie, co odbyli jedną „wycieczkę” na zachód dołączając Hiszpanię, południe Włoch i Niderlandy – i drugą na wschód, dołączając Węgry, potem popolską Galicję, wreszcie ze skutkiem dla siebie śmiertelnym poturecką Bośnię i Hercegowinę. Ale Wettinowie próbowali szczęścia z mieszaną monarchią saksońsko-polską, a najfortunniejsi Hohenzollernowie z mieszańców siedzących okrakiem na posłowiańskiej Brandenburgii i poprusko-popolskich Prusach awansowali na zjednoczycieli Wszechniemiec, bez Austrii wprawdzie.

Po szóste, chociaż powtarzam punkt dwa, na wschód od właściwych Niemiec (ale czym one są lub były?) szła wielokrotnie ludowa kolonizacja niemiecka: nie tylko nad Bałtyk i w Karpaty, wcześniej na Śląsk, ale i do Małopolski, później na Wołyń, Ukrainę i Powołże, a i pod moim rodzinnym Łowiczem istniały kolonie niemieckich chłopów. Po szóste, na wschód od właściwych Niemiec (czym one? Itd.) żył w rozproszeniu ale wcale liczny naród mówiący w istocie po niemiecku, chociaż innej wiary: Żydzi Aszkenazyjczycy. Jidysz był niemieckim dialektem nie bardziej odstającym od językowego środka (gdzie on? itd.) niż te, którymi mówiono w Nadrenii. Gdyby Niemcom udało się w pewnym momencie zintegrować Aszkenazyjskich Żydów, ich wspólny hajmat sięgałby po Orszę i Odessę. Ale nie udało się, dopiero inni Germanie, Amerykanie, Żydów zintegrowali, uczynili własnym ciałem.

Mając to przed oczami, jeszcze raz zapytajmy się: gdzie są naprawdę te Niemcy? Pewną odpowiedź dała historia po II wojnie, kiedy Niemcami sensu stricto był wąski ale gęsto zaludniony pas ziemi od Hamburga do Monachium, ledwo 200 tys. km kwadratowych – pierwsza Republika Federalna ze stolicą w Bonn, wreszcie i przez chwilę tylko nad świętym Renem.

Brak stolicy i heartlandu. Większość krajów-państw, o ile nie rozleją się ponad ludzką wyobraźnię, jak USA, ma stolicę, z którą się utożsamia; wyliczać nie trzeba: Londyn dla Brytanii, Paryż dla Francji, Rzym dla Włoch, Warszawa dla Polski, Budapeszt dla Węgier, Moskwa dla Rosji. Pod tym leży coś strukturalnie głębszego: posiadanie heartlandu, „kraju sercowego”, w którym skupia się istota, duch, rdzeń kraju i bez którego ów kraj by nie istniał. Nie ma Francji bez Ile-de-France i Szampanii, choćby kiedyś odpadła np. Prowansja; nie ma Polski bez Mazowsza, Wielkopolski i Małopolski, choćby odpadły Litwa i Haliczczyzna, co faktycznie się stało. Nie ma Węgier bez ich rdzenia nad środkowym Dunajem, do którego zostały w Trianon okrojone. Anglii bez dorzecza Tamizy, Rosji bez dorzecza górnej Wołgi (Tatarszczyzna nad tą dolną może śmiało odpaść). Ten heartland czymś się geograficznie wyróżnia: tu są regiony żyznych ziem i starego rolnictwa. Nie przypadkiem Szampania i Kampania nazwały się od pól (campus) i na ich wzór Chrobry swoje młode państwo nazwał Polonią, najwyraźniej szykując je na centrum przyszłej Slawinii.

W Niemczech heartlandu nie ma, wzdłuż Renu idzie mozaika drobnych równin i przeważających jałowych rolniczo gór; lokalny heartland ma Bawaria, ale Bawaria to nie całe Niemcy, drugi heartland jest przy Wiedniu, ale jakim heartlandem dla Niemiec mogły być Morawy? – żyzne wprawdzie i cywilizacyjnie odwieczne, ale słowiańskie.

Mit Prus czyli wieczne niemieckie machanie psem przez ogony. Dziwaczne odwołanie do psa i ogona oczywiście z Ameryki, gdzie tym imperium rządzą lub robią to w dużym stopniu – mniejszości, z żydowską na przedzie. (Czekajmy, aż latynoska tamtych przeskoczy, lub chińska.) Niemcami machały ogony geograficznie peryferyjne. Przed długi kawał swojej historii Niemcy miały dwa państwa – w sensie takim, gdy za „państwo” uznawać tylko organizacje samodzielne i w pełni suwerenne, a nie jak np. Bawaria w Rzeszy lub dziś Polska w Unii, animowane przez pełnych graczy. Tymi dwoma suwerenami były starsza i dostojniejsza w tej roli Austria Habsburgów i młodsze, nowsze i asertywniejsze Prusy Hohenzollernów. Oba tocząc niemiecką politykę, siłę ssały ze swoich wschodnich nie-niemieckich posiadłości, w istocie kolonii. Ich kolonie: Ostpreussen, Westpreussen i Posen u Prus, Węgry i Galicja u Austrii, nie należały do Pierwszej Rzeszy, a bycie częścią poza Rzeszą i stąd podstawa niezależności od Habsburgów, w ogóle umożliwiło Prusom karierę. Żeby wrócić do książki Münklera, która dla tego tekstu ledwie pretekstem: jest tam obszerny rozdział, w którym autor barwnie wykazuje, jak mit Prus – zdyscyplinowanych, nieugiętych, idących ławą za swoim wodzem-księciem-królem, istnego państwa-rodziny, gdzie książę, potem król surowym ale i kochającym ojcem, troskliwym gospodarzem i projektantem wspólnego „przedsiębiorstwa”, i gdzie ochotnie jednostka żyje dla całości i umiera za całość – wychował Niemców nowoczesnych.

Ale gdzie były Prusy? Czy naprawdę w Niemczech? Patrząc na mapę, bardziej my, Polska, Polacy, mamy sens uważać się za ich sukcesorów.

Niemcy czy Europa? Niemcy czyli Europa? Wszystkie te sprzeczności, rozbieżności, niejasności i wahania ogniskują się obecnie, kiedy Niemcy stały się faktycznym Rdzeniem Europy i jak mówią politolodzy, głównym rozdającym w Unii, głównym jej animatorem. Czy realizować interes całej Europy, czy tylko własny niemiecki? Czy czuć się odpowiedzialnym za Unię, czy tylko za własny Heimat? Swoje geopolityczne orientacje mają Wielka Brytania (na Atlantyk), Francja (na południe, ku Afryce), Hiszpania (ku „hiszpańskojęzycznemu światu” w Ameryce) – ale Niemcy na zachodzie najwidoczniej kopiują interes francuski, a po swojej wschodniej stronie, można powiedzieć obrazem, zasłaniają oczy jak dziecko w chowanego i udają, że tam ich nie ma, przez co przyczyniają się do pozostawiania „Europy środkowo-wschodniej” szarą strefą i rosyjskim przedpolem, rozbrojonym wojskowo i politycznie. (Mogliby wprowadzić Bundeswehrę do Ukrainy i Putin by uciekł.) Jednak lęk przed angażowaniem się na wschodzie – Ostangst? Ostfurcht? – od II Wojny i pogromu od Stalina wciąż Niemcy paraliżuje.

Czy być jednym z państw w Europie, czy być heartlandem wspólnej Europy? Wyliczone wcześniej kłopoty z własnymi granicami pokazują, że Niemcy mają naturalną skłonność do rozpuszczania się w większej całości, w której są zanurzone, jak kostka cukru w herbacie.

Gdybym był Niemcem, wszystko to przemyślałbym na nowo.

Czytanie...: wstęp na końcu

Czytanie różnych książek i internetów, i uwagi o nich.


« Erotyczno-homoseksualne początki państwa, czyli teoria męskiej społeczności Hansa Blühera Rytuał wschodu Słońca przez Domingo Dias Porta »

komentarze

1. Dyskutowałbym... • autor: Mikołaj2015-08-30 22:56:38


"Niemcy czy Europa? Niemcy czyli Europa? Polski odróżnia te znaczenia, angielski nie, w obu wypadkach będzie „Germany or Europe?”"

Germany meaning Europe?

Tłumaczenie "Germany or Europe?" jako "Niemcy czyli Europa?" jest w moich oczach co najmniej koślawe.
[foto]

2. Usuwam • autor: Wojciech Jóźwiak2015-08-31 07:57:08

To ja usuwam tamto zdanie. Nie niosło treści, sama stylistyka.

3. Przepraszam • autor: Mikołaj2015-08-31 10:48:19

A ja przepraszam za "koślawe" - niemerytoryczne wtrącenie. Ego nie śpi.
[foto]

4. E, tam • autor: Wojciech Jóźwiak2015-08-31 10:54:55

Gdyby nie ego, byle handlarz by cię sprzedał.
[foto]

5. I znów Niemcy chcą stać się kimś innym... • autor: Wojciech Jóźwiak2015-09-15 09:17:54

Napisałem: "Ale nie Niemcy, którzy uparli się być nie-Rzymianami, budować nie-rzymską tożsamość, a skoro nie-rzymską, to wychodzi na to, że nie-europejską i właściwie nie-zachodnią."
Ostatnie wypadki z masową migracją z Bliskiego Wschodu i Afryki pokazują, że Niemcy znów próbują stać się kimś innym -- nie sobą, nie Niemcami, nie Europą. Więcej o tym napisał (znakomity jak zwykle!) Tomasz Gabiś w "Do czego służą imigranci?".
>>> Claus Leggewie i Daniel Cohn-Bendit ... 2 września tego roku na łamach „Tageszeitung” opublikowali oni artykuł „Skutki imigracji. Nowe Niemcy”.
Gdzie jest wizja istnej inżynierii społecznej, która ma doprowadzić do stworzenia "nowego narodu niemieckiego" z wymieszania tubylców z przybyszami i to im różniejszymi kulturowo, tym "lepiej". Fantastyczność tego planu jest powalająca. No ale to sami architekci polityki piszą, nie ich złośliwi krytycy.

6. banda kanalii • autor: Jerzy Pomianowski2015-09-16 19:08:39

Ciągle te same rody: Kahane, Leggewie, Cohn-Bendit. Robią w inżynierii społecznej od czasów Lenina. Ile ofiar kosztowało wyzwolenie  Europy z projektów ich przodków? Nadal  próbują stworzyć nowego człowieka radzieckiego.


[foto]

7. Niemieckie dysfunkcyjne elity pt.1 • autor: Michał Mazur2015-11-01 14:50:58

Niemiecka wycieczka w muzeum Fabryce Schindlera  - paru młodych maruderów wlokło się gdzieś z tyłu, nauczycielka (?) woła ich: "Ahmad, Leila - komm komm!". Jakoś zapadło mi to w pamięć, być może dlatego, że Ahmad i Leila, oglądając zdjęcia Żydów mieli tak zniesmaczone i zdegustowane miny że szok. Całe ich jestestwo wyrażało " !#@! dlaczego musimy tu być i to oglądać".Łącznie  w grupach niemieckich młodzieży o wyglądzie +/- europejskim było tam może  ze 40 proc.
Niemcy to dziwny kraj, choć to co zauważa Münkler można uzupełnić. Owszem, "elity" zniemczonych Żydów bywają dysfunkcyjne, np. szerząc różne niedorzeczne idee - ale ogólnym poziomem szkodliwości nie odbiegają zbytnio od "elit" etnicznych Niemców. To przede wszystkim oni mają swój naród GDZIEŚ - i zawsze tak było. Jak to możliwe, że w dość bogatych, gospodarnych krajach niemieckich wybuchło coś tak straszliwego jak wojna chłopska? Jak to możliwe, że tak ogromne rzesze Niemców na przestrzeni wieków migrowały do Polski, Czech, Węgier, na ziemie dzisiejszych krajów bałtyckich, do Rosji itd - asymilując się szybko, i tak niewiele "niemieckości" po tym zostało? 

Jakaż musiała być desperacja Niemców, którzy ruszyli aż nad Wołgę? A jakaż była desperacja tych niemieckich chłopów, którzy wyjechali pracować na Jamajkę (po wyzwoleniu czarnych niewolników) - choć już z grubsza wiedzieli, że czeka ich tam inny klimat, choroby tropikalne i bardzo ciężka praca? Nawet na ziemiach polskich zabranych przez zaborców było podobnie, przyjeżdżali różni ludzie z całego obszaru niemieckojęzycznego, którzy generalnie nie mieli szans na awans społeczny/godne życie w swoich rodzinnych stronach. Bo nie należeli do lokalnych klik, ani tym bardziej do kliki dworskiej. Władcy Prus i Austrii myśleli, że w ten sposób zgermanizują ziemie podbite - mylili się. Migranci dobrze pamiętali jak wyglądał "dom" - i wielu myślało o swych elitach "skoro wy nas macie w nosie - to my też was mamy w nosie". Stopniowo polonizowali się, dołączali do powstań narodowych, potem brali udział w odbudowie odrodzonej Polski itd. I genialny plan cesarzy się posypał...
Teraz to się znowu ujawnia - patrz kwestia imigrantów (film). Dlaczego zwykli Niemcy wyrażają swoje zdanie w czasie przeznaczonym na pytania o prawo budowlane? Dlatego, że wcześniej politpoprawne elity blokowały im wszędzie możliwość wyrażania tego, co myślą naprawdę! 

Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)