Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

21 lutego 2015

Przemysław Kapałka

Muzyka szamańska, muzyka mongolska

Kategoria: Podróże i regiony
Tematy/tagi: muzykaSyberiaszamanizm

Od dawna poszukiwałem nagrań prawdziwej muzyki szamańskiej. Nie jakiejś jej imitacji, tylko prawdziwych śpiewów szamanów mongolskich i syberyjskich, takich, które rzeczywiście są w stanie mną potrząsnąć i głęboko coś zmienić. Ściślej mówiąc, od kilkunastu lat czułem, że w moich muzycznych zbiorach brakuje czegoś „psychodelicznego”, sięgającego mocno wgłąb psychiki człowieka, ale prawdziwego, dalekiego od popowej i new-ageowej papki  tylko nie wiedziałem, co by to miało być. Minęło dobrych kilka lat, zanim zdałem sobie sprawę, że potrzebne mi jest właśnie coś z tuwińskich i mongolskich kręgów, coś wywodzącego się od tamtejszych ludów, prawdziwego, znanego nielicznym – coś szamańskiego. Że muszą to być płyty z nagraniami wysokiej jakości, a nie coś ściągniętego z Youtube ani pliki mp3, to było dla mnie oczywiste.

Pierwsza moja próba znalezienia takich nagrań zakończyła się całkowitym niepowodzeniem. Przewertowałem zasoby internetu tak, jak potrafiłem, do kilku sklepów napisałem maile, kilka znanych mi sklepów płytowych odwiedziłem – i nie znalazłem kompletnie nic z Mongolii i Syberii, nawet nie natrafiłem na ślad czegoś takiego. Później kilkakrotnie stykałem się z muzyką wykonywaną przez tuwińskich artystów, również w polskim radio, ale to nie było to, o co mi chodziło. Były to ciekawe zjawiska artystyczne, ale jednak niemające w sobie nic lub zbyt mało z szamanizmu. Drugą próbę znalezienia szamańskich nagrań podjąłem kilka lat później. W jej wyniku nabyłem płytę Sainkho Namtchylak, tuwińskiej artystki, wykorzystującej techniki śpiewu typowe dla tamtych stron, chyba nie szamanki, ale ocierającej się o szamanizm. Płyta, nagrana wspólnie z Irlandczykiem Royem Carrollem, nosi tytuł Tuva – Irish live music project, i jak sama nazwa wskazuje, jest połączeniem śpiewów tuwińskich z muzyką elektroniczną typową dla kręgów brytyjskich. Płyta ta nie spodobała mi się. Ma w sobie więcej z niezdrowej zachodniej awangardy elektronicznej, dokooptowującej sobie obce techniki, niż z prawdziwej, syberyjskiej muzyki, i niczego korzystnego w niej nie znalazłem.

A potem nastąpiło coś, co jest chyba doskonałym przykładem na to, że jeśli nie jesteśmy na coś gotowi, to tego nie znajdziemy, a kiedy już stajemy się gotowi, znajduje się samo. Pod koniec minionego lata podjąłem trzecią próbę dotarcia do nagrań muzyki szamańskiej. I prawie natychmiast w moim mieście znalazłem człowieka, który kilkanaście razy podróżował po Mongolii i Tuwie, poznał te kraje dogłębnie, osobiście poznał też Gendosa, jednego z czołowych tuwińskich śpiewaków, i nawet zorganizował mu koncerty (a może raczej: występy) w moim mieście – nie mogę odżałować, że wtedy jeszcze się tym nie interesowałem i o tym nie wiedziałem. Bardzo szybko nawiązałem z nim kontakt (był do tego bardzo chętny), wysłuchałem wielu ciekawych opowieści o tamtejszych stronach i tamtejszych ludziach, i od niego dostałem kilka płyt z oryginalnymi tamtejszymi nagraniami, płyt, które – z tego, co się zorientowałem – obecnie są w Polsce praktycznie nieosiągalne. Kilka miesięcy zajęło mi ich dokładne wysłuchanie i przemedytowanie. I teraz, kiedy to nastąpiło, chciałbym podzielić się swoimi wrażeniami odnośnie tej muzyki. Ważny jest tutaj nie tylko odbiór artystyczny, ale też to, że ja się w te płyty wgłębiałem i przy nich medytowałem, o ile dało się to robić.

Pozostaje jeszcze jedno pytanie: Na ile ja, wiedzący tylko z opisów i z intuicyjnych odczuć, czym jest szamanizm, mogę o takiej muzyce pisać i oceniać, czy jest prawdziwie szamańska. Nie mogę opierać się na swojej wiedzy na temat szamanizmu, gdyż ta jest prawie żadna. Oparłem się więc na mojej intuicji, czym szamanizm może być, a czym nie może, intuicji wykształconej przez moje obcowanie nie tyle z samym szamanizmem, ale ze zjawiskami radiestezyjnymi i ezoterycznymi, a ta intuicja, jak myślę, jest przynajmniej w części wystarczająca. Z tym zastrzeżeniem przystępuję więc do omówienia otrzymanych płyt.

Pierwsza z nich zawiera pięć krótkich utworów będących prezentacją tego, co można się spodziewać po muzyce mongolskiej i tuwińskiej w jej różnych przejawach  od typowo mongolskiego śpiewu khuumii po mongolski zespół rockowy. Płyta ta jest na tyle krótka i różnoraka, że trudno o niej coś napisać. Jest dobrą prezentacją muzyki mongolskiej "na szybkiego", zachęcić do zgłębienia tematu może. Ze zdziwieniem stwierdziłem, że pewien przebój, który znałem z czasów mojej młodzieńczości, był wykonywany przez mongolski zespół.

Najważniejszymi z nagrań, które otrzymałem, są dwie płyty z nagraniami Gendosa, autentycznego tuwińskiego szamana, właściwie nazywającego się Giennadij Timofiejewicz Czamzyryn. Pierwsza z nich nosi tytuł Kamlaniye (Kamłanie) – mówiąc w skrócie, tak właśnie nazywa się to, co robi syberyjski szaman. I słychać od razu, że nie jest to tylko śpiew z towarzyszeniem gongów i innych instrumentów, nie jest to produkcja tylko artystyczna, tylko coś o wiele głębszego, jakby zapis z odbywanego na żywo ceremoniału szamańskiego. Odebrać to można na różne sposoby  zależy to głównie od tego, jaki jest stan ducha odbiorcy i w jakiej jest akurat dyspozycji. Niejeden zapewne odbierze to jak odgłosy wydawane przez ćpuna, który za chwilę zacznie wymiotować. Niejeden  jako ciekawostkę artystyczną z nieznanych nam kręgów kulturowych, wartą zapoznania się z nią. I niejeden zapewne odnajdzie w tym coś głębszego  szczery, autentyczny szamanizm, wypływający z głębi, poparty głębokimi umiejętnościami, które posiąść mogą tylko wybrańcy. Dwukrotnie wysłuchałem tej płyty medytacyjnie, otwierając się na tą muzykę (choć chyba raczej należałoby powiedzieć, że na ten obrzęd) i pozwalając jej na mnie działać. Za pierwszym razem od pierwszych chwil czułem, że wiele będzie się działo. Muzyka ta rozwalała we mnie skostniałe, niepotrzebne struktury, czułem, że pomoże mi w przepracowywaniu problemów, którymi obecnie się zajmuję. Po jej wysłuchaniu nie wiedziałem, jak określić mój stan  czy czuję się rozbity, czy może raczej zbity, do końca dnia nie mogłem się pozbierać i wolałem, żeby nikt mi niczym nie zawracał głowy. Później stopniowo zaczęło się pojawiać uczucie harmonii i głębokiej ulgi. Za drugim razem muzyka ta mnie uspokajała, ale było parę takich momentów, w których czułem, że coś się we mnie odblokowuje. Żeby robić coś takiego, jak Gendos na tej płycie, nie wystarczy dobre przygotowanie, umiejętności techniczne, wokalne i wszelkie inne. Trzeba mieć w sobie to coś, dostępnego tylko dla nielicznych. I chyba jest to po części kwestia wrodzonego daru (lub też bycia wybranym), a po części umiejętności wykształconych długą pracą i kontaktem z innymi bytami, które coś nam przekazują. Dokładnie nie wiem, w czym tkwi istota sprawy, chyba w tym, co nieuchwytne normalnymi zmysłami.

Druga płyta Gendosa nosi tytuł Ham-Dyt - Szamańskie drzewo. Ciekawostką jest to, że została nagrana w Polsce, z udziałem innych wykonawców, również polskich. W dostępnym w internecie opisie płyty można przeczytać, że obrazuje jeden dzień z życia szamana. I choć czuje się, że w nagraniu występuje nie tylko sam Gendos, to jednak on odgrywa tu główną rolę i on decyduje o charakterze tego nagrania. Tą płytę określiłbym jako szamanizm w wersji lekkiej (light). Nie jest to sam szamanizm, dużą rolę odgrywają czynniki artystyczne, słychać, że jest to zapis z codziennego życia. A jednak w każdej sekundzie jest to szamanizm prawdziwy, który jest tu nawet nie punktem odniesienia, tylko głównym elementem nagrania. Płyta ta przeniknęła mnie do głębi, do każdej komórki mojego ciała. Ale lekko, nie było żadnego potrząsania, nie było ani nie mogło być żadnej rewolucji. Jest to świetna płyta do zapoznania się z szamanizmem, łagodnego oswojenia się z nim na tyle, na ile jest to możliwe w sposób łagodny. W sam raz dla tych, którzy nie są jeszcze gotowi do pełnego kontaktu z szamanizmem albo po prostu chcą się zorientować, czego można się po nim spodziewać; szamanizm w wersji lekkiej, trochę artystycznej, może nawet popularnej, ale ani trochę nie spłyconej. Płyta kończy się nagle, poniekąd urywając się – tak, jakby słuchacz sam miał dokończyć to, czego ona dokonywała.

Po wysłuchaniu tych dwóch płyt mogę powiedzieć, że to jest to, czego szukałem. Wielu już nagrań poszukiwałem, zdarzało mi się specjalnie jechać na zakupy do innego miasta. Ale żadne moje poszukiwania nagrań nie trwały tak długo i nie zakończyły się tak nieoczekiwanie. To też chyba coś znaczy.

Czwartą z płyt, którą otrzymałem, wypełniają głównie nagrania śpiewu khuumii. Jest to śpiew alikwotowy, typowo mongolski, mający w sobie coś z pisku, przeszywający niemal na wylot. Płyta zawiera dwadzieścia kilka krótkich ścieżek z nagraniami mongolskiej muzyki ludowej, głównie śpiewu khuumii, przeważnie z towarzyszeniem mongolskich instrumentów, ale też muzyki czysto instrumentalnej. Jest to bardzo ciekawe nagranie od strony artystycznej, pokazujące coś, czego istnienia większość z nas nie jest świadoma. Śpiew khuumii sam w sobie nie ma żadnych cech szamańskich. Daje on szerokie możliwości wniknięcia w człowieka, przeniknięcia go do szpiku kości i do głębi duszy, przetrząśnięcia w nim wszystkiego. Ale to są dopiero możliwości, które trzeba rozwinąć, podobnie jak szamańskie cechy. Na mojej płycie przeważnie jest to śpiew czysto artystyczny. Trudno wyczuć, czy wykonawcy są tylko artystami, czy kimś więcej, a tylko na tej płycie śpiewają wyłącznie jak artyści. Tylko w niektórych utworach znać jest tą szamańską głębię, i czuje się wszystkie te możliwości, jakie tu opisałem. Ale tylko jako możliwości. Niemniej jednak nagrania te są bardzo interesujące i warto się z nimi zapoznać.

I ostatnią płytą, jaką mam do omówienia, jest płyta mongolskiej orkiestry, łączącej tradycje mongolskie i zachodnie. Orkiestra ta składa się z instrumentów mongolskich i europejskich, a pod względem stylu jest to mongolska muzyka ludowa, opracowana z wykorzystaniem zdobyczy europejskich (Mongołowie przecież w ogóle nie znali czegoś takiego, jak orkiestry). Kieruje nią Natsag Jatsannorow, Mongoł, który ukończył studia w Moskwie. Jest w tej muzyce coś z tchnienia bezkresnych stepów, dali, coś z szamanizmu, coś sięgającego do głębi duszy. Ale tylko coś z tego. Europejski styl, na którym jest oparta, jest dla niej nienaturalny. Od strony artystycznej efekt jest interesujący i na pewno może zaciekawić słuchaczy mongolską muzyką. Ale od strony ezoterycznej wychodzi z tego papka, nie mająca swego indywidualizmu, odznaczająca się zbyt słabymi cechami w jakąkolwiek stronę. Szczególnie przykrym dysonansem jest tu obecność kotłów. Nawet próby badania instrumentów mi tu nie wychodziły. Muzyka ta jest bardzo dobra do posłuchania, do zaznajomienia się z egzotycznym dla nas stylem i zainteresowania się nim. Ale do zgłębiania się nie nadaje.

I takie są moje wrażenia z zetknięcia się z muzyką szamańską i mongolską. Będę się dalej wgłębiał w to, co robi Gendos, jest prawdopodobne, że odkryję w tym jeszcze coś nowego. A te dwie płyty mongolskie też z przyjemnością zachowam i czasami posłucham. I mam zamiar obejrzeć jeszcze kilka filmów o Mongolii. Warto.

Zamieszczam próbki nagrań Gendosa i śpiewu mongolskiego.


Gendos - ścieżka z Kamlanyie (54 MB)

Śpiew mongolski w wykonaniu dwójki artystów (25 MB)



Korekta przez: Radek Ziemic (2015-02-22)


komentarze

1. Muzyka świetna • autor: Nierozpoznany#79092015-02-22 16:41:53

Żartem mówiąc, już wiem skąd Jerzy Hoffman czerpał inspirację do muzyki w filmie "Stara baśń" ;-)

Mam pytanie: czy tam, na Syberii, szamanizm w ogóle sie uchował przed czujnym okiem NKWD i KGB? Wiem, że mordowano szamanów bezlitośnie, a pewien funkcjonariusz KGb o zamiłowaniach etnograficznych wręcz kolekcjonował szamańskie bębny...
[foto]

2. Uchował się • autor: Wojciech Jóźwiak2015-02-22 16:46:50

Syberia ma 13 mln km kw. Nie do upilnowania najzłośliwszą policją.

3. A możesz polecić jakieś lektury? • autor: Nierozpoznany#79092015-02-22 17:01:15

Bo jeśli uchował się choć jeden prawdziwy szaman i nie podstawiona wydmuszka KGB, to Syberia istotnie ma szansę...
[foto]

4. A Gendos? • autor: Przemysław Kapałka2015-02-23 17:39:21

Myślę, że Gendos jest prawdziwym szamanem, na pewno nie podstawionym pod KGB. I też raczej bym się nie obawiał tego, że iluś z nich się uchowało.

Jakiś czas temu czytałem, że niedawno znaleziono rodzinę, zamieszkałą w tajdze, z daleka od wszelkich innych ludzi, od kilkudziesięciu lat. Wypatrzyli ich z samolotu - dopiero teraz, a nie przez te wszystkie lata. Skoro tak, to i szamani powinni się uchować. W końcu mieli znacznie lepsze metody unikania nieproszonych gości.

5. wielka syberia • autor: Nierozpoznany#57362015-02-24 03:18:37

Kiedy usłyszałem, że karą za odprawianie np. rytuału karmienia wody było zesłanie na 25 lat uśmiałem się serdecznie - no bo niby wg przekazów rodzinnych dalej niż na Syberię nie ześlą - jednak było to tylko wyobrażenie nieuka-białasa - kara była okrutna 25 lat przebywania poza swoją społecznością i kultura, jeśli przeżyli i wracali do rodzinnych stron byli trochę jak zardzewiały trybik z zegarka, który już dawno ktoś zastąpił innym, podobno zdarzało się, że umierali po dotarciu do granicy swojego własnego świata.
[foto]

6. To lubię!... • autor: Michał Mazur2015-03-02 10:03:38

To lubię!

Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)