Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

09 września 2002

Wojciech Jóźwiak

My z ukradzionych ziem
O historii Smołdzina, "ziemiach zachodnich", stosunkach polsko-niemieckich, zbiorowej odpowiedzialności i o synu boginki

Kategoria: Historia i współczesność
Tematy/tagi: cmentarzhistoriaPolskaregionywojnazło w historii

(11 kwietnia 2012) Konieczny komentarz: Artykuł ten napisałem dziesięć lat temu w 2002 roku i później usunąłem z Taraki – pod wpływem poczucia, że w tym tekście nie sprostuję ciężarowi problemu. Że ciężar problemu jest zbyt wielki i rozsadza ten felietonowy zapis. Teraz wznawiam, dodawszy linki i przypisy. Tytuł jest aluzją do pierwszych słów pieśni „Marsz Gwardii Ludowej”, posłuchasz np. tu.


Mieszkam na Mazowszu, tu mam dom i kawałek ziemi. Mogę powiedzieć, że jestem obywatelem okolicy zamieszkanej głównie przez tych, którzy tu siedzą z dziada pradziada. Takich miejsc jest w Polsce jednak - jeśli popatrzeć na mapę - tylko około 60 procent. Tego roku latem wiele wyjeżdżałem. Odwiedziłem Wolin, okolice Smołdzina w powiecie słupskim, Sominy pod Bytowem, Świeradów w Górach Izerskich, Nowe Guty nad Śniardwami, Pniewo na północ od Piły. Tak zwykle bywa: chociaż mieszkam na staropolskim Mazowszu, to najczęściej w wakacje jeżdżę do miejscowości, które leżą na tak zwanych ziemiach zachodnich, i gdzie jeszcze pięćdziesiąt kilka lat temu [1][1] mieszkali Niemcy. Do tej samej kategorii zaliczają się również Bieszczady i Beskid Niski, skąd wyrzucono nie Niemców, a Rusinów. Tam też bywam równie często. Te nowe ziemie są, średnio oceniając, słabiej zaludnione niż stara Polska, ale są (także patrząc średnio i ogólnie) dużo bardziej atrakcyjne dla turystów. Przyroda jest lepiej zachowana, są lasy, jeziora, pojezierza, morskie wybrzeże i góry - Sudety i Beskidy. Wielu Polaków mieszka i pracuje na starych ziemiach, a wypoczywa na nowych. Moja bliska, fizyczna ojczyzna - Heimat, jak mówią Niemcy - zawiera się gdzieś między Łowiczem a Warszawą, ale jeśli liczyć także tamte wakacyjne związki, to mam ponadto kilka małych letnich hajmatów: jednym z nich na pewno są Bieszczady, a szczególnie gmina Lutowiska z Otrytem, drugim kraj za Słupskiem ze środkiem w Smołdzinie i z górą Rowokół. Tak więc problem nowych ziem mnie też dotyczy osobiście, chociaż nie mieszkam tam na stałe.

Z tymi nowymi ziemiami jest podobnie jak z komuną. Za jej rządów przez pół stulecia, ludzie, którzy dorastali w Polsce, w pewnym momencie i wieku ocykali się i docierała do nich przykra prawda: "Ojejku... to ja żyję w niewoli! Nie mamy niepodległości, rządzi nami Moskwa jak za Mickiewicza i Żeromskiego... Ale się wkopałem, przychodząc na świat w takim miejscu i czasie..." Ale można było żyć i nie przejmować się takimi odkryciami. Codzienność była tak urządzona, że można było jakoś wymijać przykrą prawdę o urodzeniu się w niewoli.

Z nowymi ziemiami jest, jak powiedziałem, podobnie. Sprawa, o której tu mówię, jest od dziesięcioleci maskowana i można jej nie dostrzegać ostro. Ale czasem ktoś ocknie się i uświadomi sobie: "Okurcze, to myśmy te ziemie komuś ukradli?" Uświadomi sobie, że ileś tam lat temu na tych ziemiach i w związku z tymi ziemiami dokonał się skandal. No bo jak to można: wyrzucić siłą ludzi z ich domów i z ich ziemi, i dać je innym? No właśnie, skandal. Tymczasem z tych skandalicznych terytoriów Polska składa się w około 40 procentach.

Skandal ten byłby nawet zapewne mniejszy, gdyby Polska za czasów któregoś poprzedniego pokolenia zbrojnie podbiła Pomorze, Śląsk i tak dalej, i gdyby było to realizacją jakichś odwiecznych marzeń narodu, tak jak to było w przypadku Amerykanów, którzy siłą zajęli swój Zachód (a wcześniej także Wschód), albo Rosjan, którzy zajęli Syberię, albo Ukrainców, którzy pracowicie skolonizowali stepy w dole Dniepru. U nas było inaczej: od wieków aż do końca II wojny Wrocław, a tym bardziej Szczecin pozostawały poza horyzontem zarówno tego, co Polacy uważali za swoją ojczyznę, jak i za ogólniejszą swoją przestrzeń polityczną. Nie było też liczących się programów politycznych, które by dążyły do ustawienia granicy na dolnej Odrze i cały proces przesunięcia Polski na zachód odbył się niejako poza naszą wolą i świadomością. Możni przywódcy zwycięskich mocarstw na czele ze Stalinem, głównym autorem i inicjatorem tej akcji, przestawili Polskę na mapie.[2] Wypędzono nas ze wschodu i w zamian kazano zamieszkać na zachodzie w domach po Niemcach, z tym, że spora część Niemców w nich jeszcze wtedy mieszkała. Wszystko to byłoby już chyba bardziej znośne, gdyby Polska w tej akcji brała udział jako ktoś, kto tego chce, ma wybór i realizuje swoją wolę. Nawet jeśliby ta wola była zaczątkiem aktu przemocy... (Kiedyś Piłsudski, jako naczelnik i reprezentant Państwa Polskiego, miał wolę utworzenia bezpiecznych granic sięgających daleko na wschód i wywołał w tym celu szereg aktów przemocy. Tak było, lecz nikt z tego powodu nie ma poczucia niesmaku.) Tymczasem w 1945 roku znaleźliśmy się w położeniu niewolnika, któremu zabrano dom i w zamian, łaskawie, podarowano własność zrabowaną komuś innemu, lub też pozwolono rabować innych. W takie to, złodziejsko-paserskie rozgrywki zostaliśmy wmieszani i z ich skutków nijak nie możemy się wykręcić. Przesunięcie Polski na zachód nie należało do własnej polskiej polityki i nie było wyrazem własnej polskiej woli. Było elementem polityki Rosji Sowieckiej. Stalin rozegrał to po szatańsku, czyniąc z nas zarazem swoich niewolników, wspólników swych rozbojów i zakładników, których w szachu odtąd miałby trzymać strach przed rewanżem ze strony Niemiec.

Oczywiście wszystko to musiało zostać odpowiednio obkłamane. Wymyślono bajki o powrocie na piastowskie ziemie, wymyślono termin-slogan ziemie odzyskane. (Jakoś po 1970 roku propagandyści zaczęli po cichu o nim zapominać, i mówić „ziemie zachodnie i północne”). Ogłaszano, że te ziemie są odwiecznie polskie i ich mieszkańców jako rzekomych intruzów deportowano, a jednocześnie tych, którzy gotowi byli pozostać i którzy w jakimś stopniu poczuwali się do związków z Polską, zależnie od wahań linii politycznej albo siłą zatrzymywano, aby nie wyjechali (by ich repolonizować) - albo przeciwnie, zatruwano im życie, by jak najprędzej wyjechali jednak do Niemiec.

W latach 1944-45 skończyła się wielka wojna, w której polskie formacje wojskowe brały udział, a zaczęła się dużo dłuższa mała wojna, którą polskie państwo - oraz wielu Polaków osobiście - toczyło z mieszkańcami tych ziem: z Niemcami, Ślązakami, Mazurami i Słowińcami. Wojnę tę toczono również z nazwami, zabytkami i pamiątkami, w tym z cmentarzami. (Czy ktoś sporządził wykaz i album zdewastowanych niemieckich cmentarzy z Pomorza, Prus i Śląska?) Było to działanie planowe i metodyczne, tak jakby chciano udowodnić, że Polak tylko tam, gdzie idzie o zniszczenie, potrafi być solidny. Jak długo trwała ta mała wojna? Planowe niszczenie cmentarzy trwało przez lata 70-te. Czy na pewno później już zaprzestano takich akcji? - nie wiem.



Smołdzino, na stoku góry Rowokół.
Po lewej: młody, prężny i dynamicznie się rozwijający cmentarz polski...
po prawej: opuszczony i niszczony cmentarz niemiecki.


Nie możemy tego, co się stało, całkiem zrzucić na innych, bo chociaż ogólne ramy przesunięcia na zachód zostały wyznaczone w Jałcie, ale to, jak w szczegółach zostanie ta akcja zrealizowana, zależało już od polskich władz i od poszczególnych ludzi. Nie możemy też powiedzieć, że "nie chcieliśmy tego". Bo właśnie chcieliśmy. Chyba większości ludzi w Polsce podobała się ta wizja kraju, którą wtedy wcielano w życie: Polski wolnej od obcych, Polski w której odtąd mieli już żyć tylko "Sami swoi" - że posłużę się tytułem wrednego i kłamliwego kultowego filmu, który (jak się okazuje) nadal jest fetowany i ma swój festiwal w miasteczku Lubomierz na Dolnym Śląsku. Przesunięcie granic na zachód i wypędzenie Niemców (wraz z mówiącymi po słowiańsku Ślązakami i Mazurami) i Rusinów, a także, po 1968 roku, Żydów i Polaków żydowskiego pochodzenia, było częścią planowego budowania Polski bojącej się obcych i pogardzającej nimi, Polski ksenofobicznej – ciasnego i zamkniętego w sobie rezerwatu. Program Samych Swoich powstał, jak mi się wydaje (bo nie jestem ekspertem od historii) w końcu XIX wieku, kiedy to niektórym polskim politycznym myślicielom wydało się, że ich naród cierpi niewolę, ucisk i wyzysk nie tylko ze strony administracji państw-rozbiorców, ale i - a może przede wszystkim - od wszelkich obcych, to jest od Żydów, Niemców, Rosjan, Rusinów, Czechów i Litwinów. Ziemie dawnej Rzeczypospolitej były wielojęzyczne i wielonarodowe, i Polacy prawie wszędzie żyli w przemieszaniu z innymi. To miało się zmienić i to przyjęto za program polityczny. Jak zmienić? Proste: wyrzucić obcych. Na szczęście zwolennikom czystek etnicznych nie udało się aż do końca w 1939 roku uczynić Państwa Polskiego narzędziem tego programu. II Rzeczpospolita do swego końca jak przystało na państwo prawa chroniła wszystkich swoich obywateli. (Nieliczne wyjątki nie zmieniają tego obrazu.) Za to reżim komunistyczny z wielką skwapliwością do czystek etnicznych przystąpił, czego być może by nie uczynił, albo uczyniłby nie na aż tak wielką skalę, gdyby nie czuł w tym względzie poparcia większości Polaków.

Stworzono urzędowo-propagandową bajkę o odwiecznie polskich ziemiach i o powrocie do macierzy, a to, co do tej bajki nie pasowało, czyli niemiecką przeszłość, zacierano, niszczono i przemilczano. Skutek jest taki, że wiedza dzisiejszych polskich mieszkańców tych ziem o przeszłości własnych miast, wsi, domów i kościołów jest przeważnie niewielka. Coś tam niby się baje o słowiańskich grodach i piastowskich książętach, a potem jest długo, długo nic - i dopiero sami swoi od roku 1945 albo 1947. Od lat usiłuję odgadnąć, jaki to rodzaj człowieka wyrasta tam, gdzie dzieci chowają się w nie swoich domach, gdzie całe otoczenie jest obce niby ubranie ściągnięte z kogoś innego, gdzie nietaktem jest pytać o to, co tu właściwie było i co działo się lat temu 55, 100 albo 300, kto właściwie wybudował te domy i kościoły, kto usypał nasypy kolejowe (także te nieużywane teraz), kto posadził lasy i jak się kiedyś naprawdę nazywały Wałbrzych, Świeradów, Objazda. Bardzo egzotyczny typ człowieka musi wychowywać się w tych warunkach i trudno mi się wczuć w jego wewnętrzny świat, gdzie historia i więź z ziemią, gdzie się żyje, rozrywają się w pewnym, nie tak dawnym przecież, momencie.

Jak było z korzeniami Pomorza? W średniowieczu był to kraj słowiański, chociaż kolonizowany przez Niemców mówiących dialektami dolnoniemieckimi. Stopniowo niemiecki wypierał słowiański, ale ludność się zasadniczo nie zmieniła: te same co dotąd rodziny i wioski w kolejnych pokoleniach przechodziły na nowy język. (Zjawisko takie powtarzało się wielokrotnie w różnych miejscach i epokach. Podobnie mówiący zrazu po litewsku lub rusku mieszkańcy Auksztoty, inaczej Litwy Wysokiej z centrum w Wilnie, przeszli w 16 wieku na polski, a mieszkańcy Irlandii, wcześniej używający języka celtyckiego, w ciągu 18 i 19 wieku przeszli na angielski.) Na Pomorzu proces ten był, jak się wydaje, stopniowy i oddolny, i nazywanie go germanizacją, co sugeruje jakąś brutalność ze strony Niemców, jest przesadą. Kiedy w 16 wieku Pomorze przyjęło kościół reformowany luterański, który używał w miejsce katolickiej łaciny rodzimych języków swoich wiernych, pewien pastor w Smołdzinie napisał i wydrukował katechizm w miejscowym dialekcie. Podobnie kościół reformowany wśród Mazurów w Prusach używał polskiego dialektu mazowieckiego. Czy językiem, który zarzucali Pomorzanie, przechodząc na niemiecki (raczej na lokalny ludowy Plattdeutsch niż książkowy uczony Hochdeutsch) był polski? Nie. Zaliczanie dialektów pomorskich do polskiego to kolejna nacjonalistyczna mistyfikacja. Pomorski, znany w dwóch wariantach, jako dialekty kaszubskie i jako dialekt mieszkańców Kluk (czyli tak zwanych Słowińców, którzy sami siebie tak nie nazywali[3]) był i pozostał do dzisiaj językiem najwyraźniej odrębnym i różnym od polskiego. Nie można nazywać go dialektem polskiem lub polską gwarą, skoro jest dla Polaków, bez specjalnej nauki, niezrozumiały. Dialekty pomorskie używane w Koszalinie, w Szczecinie i dalej na zachodzie w Meklemburgii nie zostały w porę zapisane i nie zachowały się; dopiero spod Hamburga, z samego zachodniego skraju Słowiańszczyzny, znane są zapiski połabskie. To, jakiego języka używali Pomorzanie można więc uznać za ich całkiem wewnętrzną sprawę - nie był to polski.

Wschodnia grupa Pomorzan, Kaszubi, zachowali swój język, ponieważ byli katolikami, do 1775 roku żyli w granicach Rzeczypospolitej, mniej więc mieli powodów, żeby identyfikować się z państwem pruskim, do którego ich kraj wcielono po pierwszym rozbiorze. Zaczęli uważać się za Polaków raczej za sprawą wspólnej religii (i naprzekór pruskiemu państwowemu luteranizmowi) niż języka, który różnił się od polskiego. Mazurzy pruscy odwrotnie: mówili dialektem polskiego, lecz to, że byli luteranami, sprawiło, że z Polską nie czuli związku.[4] Nie ma sprzeczności w tym, że Kaszubi są Polakami, chociaż ich rodzimy język nie jest językiem polskim. Południe Finlandii zamieszkane jest przez ludzi, którzy mówią po szwedzku, a uważają się za Finów.

Myślę też, że w wielu okresach historii Pomorzanie, także ci spod Słupska i ze Smołdzina, mogli czuć się dumni z tego, że są poddanymi królów Prus, że ich państwo wyrasta na największą siłę w Niemczech i jedno z rozgrywających mocarstw Europy, że należą do narodu przodującego w cywilizacji i kulturze.[6] Rozglądając się po świecie mieli na pewno więcej powodu do dumy z bycia Niemcami, niż nasi przodkowie - Polakami. Pamiętali, że ich dawni książęta nosili słowiańskie imiona Barnim lub Bogislav, ale to podobnie jak Polak Mickiewicz dumny był z litewskiego księcia Kiejstuta. Zmiana języka przez którychś przodków nie oznaczała zerwania ciągłości historycznej tradycji. Polska nie była opcją, którą ktokolwiek by poważnie rozważał: była obca religijnie, a więc i kulturowo; od czasów Napoleona aż po I Wojnę nie było jej jako państwa, a polscy szlachcice rwący się do straceńczych powstań musieli się wydawać rozważnym luteranom ludźmi niespełna rozumu. Było jeszcze na wschodzie inne wielkie słowiańskie państwo, Rosja, ale Europejczykom z Pomorza jawiło się ono z pewnością jako dzika Azja.

Z różnych stron spotykałem się ze sprzecznymi poglądami na naturę mieszkańców dawnych ziem zachodnich. Jedni uważali, że byli to przecież Słowianie, a więc nasi, tyle że w różnym stopniu podniemczeni, a więc, gdyby ich trochę inaczej potraktowano, mogliby się repolonizować. Drugi pogląd mówi za to, że mieszkańcy Pomorza i Prus byli nastawieni, w porównaniu z innymi Niemcami, szczególnie wrogo do Polaków, i bardziej niż inni entuzjastycznie popierali Hitlera. Pogląd ten bywa tak natrętnie powtarzany, że aż sprawia wrażenie kolejnego politycznego mitu, który miałby uzasadnić, iż zbiorowa kara jaka ich spotkała - deportacja - była słuszna i zasłużyli sobie na nią. [7]

W 1945, 46, 47 roku w wioskach pod Słupskiem raczej nie było nazistowskich działaczy, ideowców ani zbrodniarzy wojennych. Jakie winy mieli na sobie burmistrz małego miasteczka, żona pastora, która go zastępowała w kościele, kiedy go powołano do wojska, oberżysta, lekarka, która próbowała ratować umierających na tyfus, rolnicy, rybacy?[8]) Im tamte najazdy, rosyjski i polski musiały się wydać jakaś niezasłużoną katastrofą. Był najazd najpierw Rosjan (którzy w Smołdzinie byli, zdaje się, względnie ludzcy) a potem Polaków, którzy zaprowadzili rządy terroru - której to opinii nie należy się dziwić, skoro wiemy, jaka swołocz szła wtedy do milicji obywatelskiej. Polska wystawiła na tę małą wojnę z obywatelami Pomorza i Śląska swoje najgorsze męty. W ogóle mam wrażenie, że, po jungowsku patrząc, w tej historii ujawnił się nasz najgorszy, zbiorowy cień.

Wymienia się pięć argumentów za przynależnością ziem zachodnich do Polski:

  • Państwo Polskie objęło ziemie, które do niego dawniej należały;
  • zostały przyłączone do Polski ziemie, które były zamieszkane przez Polaków;
  • nastąpiła rekompensata strat poniesionych przez Polskę w II Wojnie Światowej;
  • taka była decyzja zwycięskich mocarstw - Rosji Sowieckiej, Anglii i USA;
  • gdyby próbować zmienić stan obecnie istniejący, to spowodowałoby się większe zło, niż gdyby nic nie ruszać.

I tylko ten ostatni argument jest poważny i istotny!

Argument, że Polska jako państwo ma historyczne prawa do tych ziem jest cieniutki. Szczecin należał do państwa Polan epizodycznie - za Mieszka, Chrobrego i powtórnie za Bolesława Krzywoustego, ale wojny toczone przez Pomorzan przeciw Polanom dobitnie świadczą, iż państwo Piastów/Polan było dla nich głównym wrogiem. Słupsk bywał polskim lennem. Śląska formalnie zrzekł się Kazimierz Wielki ponad 600 lat temu. Najmocniejsze papiery ma Piła, która należała do Polski przedrozbiorowej. A przede wszystkim trzeba tu zapytać, czym są te historyczne prawa? Czy jest zasada, po ilu latach wygasają? Żydzi na zasadzie historycznych praw wzięli Palestynę po 2000 lat. Jak porównywać historyczne prawa Polski i Niemiec? Już chyba większa prawa ma Polska do Smoleńska...

Argument, że oto Polacy wracają do macierzy stosował się do pewnej liczby Ślązaków i Warmiaków. Tyle, że sposób, w jaki Polska (polski rząd, administracja terenowa, rządząca partia komunistyczna) potraktowała tych autochtonów, czyniąc z nich banitów na własnej ziemi i zmuszając do szukania schronienia w Niemczech, kasuje ten argument. Prócz tego ten argument dotyczy tylko niewielkiej części ziem zachodnich.

Nastąpiła rekompensata - tylko za co? Jeśli za utracone Wilno, Lwów i Brześć, to byłoby to coś jakby rozumowanie: Felek dał mi w łeb, ale że dobry jest, pozwolił mi odegrać się na Antku. A jeśli jest to rekompensata za straty wojenne od Niemiec, to dlaczego nadal Niemcy płacą odszkodowania przymusowym robotnikom? W obu przypadkach posługujemy się pojęciem odpowiedzialności zbiorowej, które łatwo przechodzi w figurę kozła ofiarnego. Oto Niemcy mają ponieść jako zbiorowość, jako naród, karę za II Wojnę Światową, w której skrzywdzili Polaków - znowu zbiorowość (i to jest zbiorowa odpowiedzialność), ale niektórzy z Niemców, mianowicie ci, którzy mieli nieszczęście mieszkać w Prusach, na Pomorzu i na Śląsku, poniosą tę karę w większym wymiarze (i to jest zasada kozła ofiarnego), jako że nie tylko nakłada się na nich reparacje wojenne, podatki i reedukacje, ale ponadto odbiera się im ich własność i wyrzuca z domów. Ktoś na to powie, że "oni nam robili przecież wcześniej to samo" - i to jest właśnie ten (o)błędny krąg zbiorowej odpowiedzialności. Kto? Komu? Jacy oni? Którym nam?

Tu dodam, że faktycznie trudno jest uniknąć upiora zbiorowej odpowiedzialności. Do tej pory w ramach zbiorowej odpowiedzialności jako mieszkańcy Polski spłacamy długi zaciągnięte przez Gierka - i będziemy je płacić jeszcze długo.[9] Odmian i przypadków zbiorowej odpowiedzialności jest mnóstwo i to osobny długi temat.

Argument, że "taka była decyzja Mocarstw" więc jej musimy się trzymać, jest żałosny, bo to jest próba usprawiedliwienia się: to nie my, to Oni! I tak mówiąc, ustawiamy się na pozycji niewolników...

Tak więc, jak już było wyżej, tylko ostatni argument, że lepiej niczego nie ruszać, jest sensowny. Choćby dlatego, że żeby cała ta akcja przesiedlania kiedyś zaistniała, wcześniej musiało dojść do Drugiej Wojny z całym jej zamętem, wywróceniem wartości i światową epidemią nienawiści i zbrodni. Trudno sobie wyobrazić, żeby operację zmieniającą (jak?!) istniejący stan ktokolwiek mógł przeprowadzić po dobroci i w białych rękawiczkach.

Co dalej? Jest baśń pióra Adolfa Dygasińskiego pt. „Syn Boginki”. W pewnej wsi żył sobie Wojtek, który będąc dzieckiem w kołysce, został wykradziony przez leśną boginkę, która porwała śliczne ludzkie dziecko, a w jego miejsce podłożyła swoje: brzydkie, z wielką głową i drące się wniebogłosy. Nasz bohater, kiedy dorósł, zasłynął ze swojej umiejętności pacyfikowania zjaw, zmór i innych upiorów - stał się więc, w ścisłym sensie, szamanem, chociaż Autor tego słowa ani razu nie użył. Ale na jednym upiorze się naciął: był to "miernik", czyli pokutująca dusza nieuczciwego geodety, który dawno temu, za łapówkę, tak wymierzył miedzę, że kawał pola sąsiadów dostał się dziadowi Wojtka. Egzorcyzmy nie pomagały - tylko faktyczne wyrównanie krzywd mogło przesunąć tę pokutującą duszę z pola, gdzie straszyła, do porządnego czyśćca. Ale Wojtek nie mógł, wbrew woli rodziny, która niczego nie chciała przyjąć do wiadomości, zwrócić morgi sąsiadom. Wpadł więc na pomysł, że ożeni się z ich córką - ale Magda go wyśmiała, nie chcąc iść do ołtarza i łoża z odmieńcem, "żabim synem". Co zrobił Wojtek? Poszedł w świat, szukać prawdziwego Wojtka, prawdziwego syna swoich rodziców, tego, którego kiedyś porwała boginka. Baśń milczy, co się dalej wydarzyło... W końcu do wsi wrócił prawdziwy Wojtek i gdy ożenił się z Magdą, ziemia wróciła do spadkobierców, dotychczasowi właściciele nie ponieśli straty, a "miernik" przestał straszyć na miedzy. Świat wrócił do równowagi. Niektórzy nawet uważali, że Wojtek jest w istocie tym samym Wojtkiem, co przedtem.

I tę historyjkę polecam pod rozwagę, jeśli chodzi o polsko-niemiecko-pomorskie (i inne) rozrachunki. Analogia jest ścisła, chociaż jeśli chodzi o przyszłość, to patrząc naokoło siebie, nie jestem dobrej myśli. [10]


Wojciech Jóźwiak
Smołdzino-Milanówek, 1-9 września 2002


Niemieckie nazwy niektórych miejscowości wymienionych w tekście:

Lubomierz - Liebenthal
Objazda - Wobesde
Smołdzino - Schmolsin
Świeradów - Bad Flinsberg
Wałbrzych - Waldenberg

Przypisy (2012)

[1] pisane 2002, przypis 2012

[2] Pomysł przesuniecia Polski za zachód aż do linii dolnej Odry powstał w Rosji już podczas I Wojny Światowej – patrz Plan Sazonowa

[3] „Nazwa "Słowińcy" nie była używana przez samych Słowińców, została im nadana przez rosyjskiego etnografa Aleksandra Hilferdinga.” (1862) – z hasła Słowińcy w Wikipedii.

[4] Czytając tekst po 10 latach od napisania mam wrażenie, że popełniam anachronizm: bo aż do przełomu XIX i XX wieku wiekszość chłopskiej ludności mówiącej po polsku, także na ziemiach „rdzennie polskich”, nie identyfikowąła się z narodem polskim i kategoria wałsnej narodowej przynalezności nie należała do ich pojęciowego wyposażania. W mojej rodzinie opowiadano, że jeszcze po II Wojnie zdarzało się, że mieszkańcy wsi na Mazowszu mówili „Polaki” o urzednikach, mieszkańcach miasta i zołnierzach – ale nie o sobie!

[6] W skansenie w Klukach wisi pamiątkowy dyplom dawnego właściciela chaty, który w I Wojnie był podoficerem na pancerniku i bohatersko walczył z Anglikami.

[7] Wątek ten pojawia się w akcji filmu „Róża”, 2011, reż. Wojciech Smarzowski.

[8] W 2002 roku wstawiłem tu link: "http://www.stolp.de/Stolp-Land/schmolsin.htm" - były pod nim powojenne historie Smołdzina. Teraz – 2012 – tej strony nie ma, a w macierzystej witrynie www.stolp.de brak jest tamtych materiałów.

[9] Długi Gierka, jeśli dobrze słyszałem, spłaciliśmy w 2011 roku. Ale zaciagneliśmy znacznie większe nowe!

[10] Do tego artykułu nawiązuję w mini-recenzji fimu „Róża”, 11 kwietnia 2012.


Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)