zdjęcie Autora

31 maja 2010

Wojciech Jóźwiak

Myśl jako zawada
Nad artykułem Marcina Kotasińskiego "Rozwój Duchowy a samoświadomość"


Marcin Kotasiński w trzyczęściowym artykule "Rozwój Duchowy a samoświadomość" definiuje rozwój duchowy. "Rozwój duchowy to nic innego, jak postęp poznawczy, czyli postęp w poznawaniu siebie, innych, zjawisk /.../" Taka definicja i podobne, może być tylko roboczą, dla potrzeb jednego wykładu czy szczególnego rozważania. Rozwój duchowy to takie pojęcie, które powstało nie wiadomo kiedy i nie wiadomo kto pierwszy je wypowiedział. Wydaje się, że jego autorem jest "się", a sensem tego pojęcia jest jego użycie, a nie poszczególne definicje, które ktoś dla jakichś szczególnych potrzeb ukuje. Pojęcie rozwoju duchowego (i sama nazwa, te dwa słowa tak zestawione) najwyraźniej zaczęło być używane, ponieważ pojawiło się "coś", co domagało się nazwania, a dotychczasowe nazwy do niego nie pasowały. Tak jak to widzę, o rozwoju duchowym zaczęto mówić, kiedy u nas stały się znane różne drogi i techniki, pochodzące (tak się złożyło...) z Azji i mające na celu świadome przekształcanie świadomości, uwagi, sposobów postrzegania i myślenia. Lub mówiąc zbiorczo: drogi i techniki zmierzające do świadomego przekształcenia życia wewnętrznego. Wydaje się, że wcześniej w Europie nie było potrzeby używania na to osobnej nazwy, zapewne dlatego, że sam przedmiot - ów "rozwój duchowy" - nie jawił się dostatecznie odrębnie.

O rozwoju duchowym zaczęto u nas mówić, kiedy przyszła do nas - krótko mówiąc - joga. Joga rozumiana najszerzej, jako metodyczna praca nad swoim umysłem (a zwykle i nieodłącznie także nad swoim ciałem). Szeroko rozumiana joga obejmuje również buddyzm, czy ściślej: buddyjskie metody pracy z umysłem; obejmuje także wszelkie "drogi" (dao) lub "sztuki" wywodzące się z Chin, Korei i Japonii, a mające się u podstaw zarówno buddyjskie jak i taoistyczne medytacyjne skupienie i powściągnięcie umysłu. Joga w Jogasutrach (sanskryckim tekście z nieokreślonej epoki, sprzed mniej więcej 2000 lat, którego autor konwencjonalnie nazywany jest Patańdżali) zdefiniowana jest frazą: jogaś ćitta-wrytti nirodhah, co się wykłada: "joga, jest to powściągnięcie zjawisk umysłu". Komuś, kto myśli po polsku, narzuca się figlarna parafraza powyższej treści, mianowicie: "joga, jest to powściągnięcie zawirowań na umyśle" - ponieważ sanskryckie wrytti nam natychmiast kojarzy się z wracaniem, wirem i kręceniem się w kółko. Co nie jest złym rozumieniem zjawisk umysłowych, ponieważ faktycznie na takim (o)błędnym kręceniu się w koło polegają. Powyższa fraza budzi domysł, że umysł to coś więcej i coś ponadto niż tylko jego zjawiska lub zawirowania, podobnie jak woda to nie tylko fale na niej. Następna fraza Jogasutr ten domysł potwierdza, powiadając: tada drasztuh svarupe vasthanam. Co znaczy: "wtedy widziciel utrzymuje się w swojej właściwej naturze". "Widziciel" to w sanskryckim oryginale drasztyr; Leon Cyboran, polski tłumacz dzieła, był użył tu zwyczajniejszego słowa "widz".

Piszę o tym, ponieważ od pierwszego rzucenia okiem na artykuł Marcina Kotasińskiego było dla mnie jasne, że zajmuje się on podobnym problemem: podjąwszy temat rozwoju duchowego (=jogi), natrafia na "postać" widziciela czyli podmiotu, po czym szybko i jakby na skróty, a na pewno nie prowadząc ze sobą czytelnika, lecz zaskakując go tym wynikiem, dochodzi do wniosku, że podmiot równa się Bogu, którego też tytułuje Panem. Co podobnie zwróciło moją uwagę, ponieważ taką ewentualność Jogasutry również przewidują, ów Byt stojący (jakby krok z tyłu...) za ludzkim podmiotem i dalej za owym Widzicielem, nazywając Puruszą, czyli jakby super-świadomością wszechświata, a także Iśwarą, co już dosłownie znaczy pan-władca, a religijnym w kontekście po prostu Bóg, Bóg osobowy.

Równie jasne dla mnie jest, że rozważania Autora są w porównaniu z Jogasutrami skrócone, poobcinane, wnioski wyciągane za prędko, a pewne obszary zjawisk niezauważone... Te pominięcia są nieprzypadkowe, są charakterystyczne.

Pisze Autor: "Rozwój duchowy to nic innego jak postęp poznawczy, czyli postęp w poznawaniu siebie, innych, zjawisk i w ogóle świata, a sięgając jeszcze wyżej Bytu, a więc Boga /.../" O Bogu później. Poznawanie jest czynnością intelektu, wymaga używania pojęć, a zatem jakiegoś języka. Język działa, pracuje poprzez pojawianie się w umyśle ciągów myślowych - myślenie językowe lub pojęciowe jest bliskie rozmowie, tyle że toczącej się w wyobrażeniu; gdyby ten proces opisać jako zjawisko w mózgu, zapewne byłaby to taka gra impulsów w korze mózgu, która pozostaje w samej korze, nie poruszając efektorów mowy. Myślenie pojęciowe jest rozmową na niby. Tym jest, lub czym innym jest myślenie (pojęciowe) - na pewno jest ono jednym z przypadków citta-wrytti, które według jogi wcale nie mają zostać ani wysubtelnione, ani jakoś wywyższone lub wydoskonalone - one mają zostać powściągnięte. Sanskryckie słowo nirodha w słowniku Myliusa oddane jest synonimami: zapobieżenie, stłumienie, powstrzymanie, pohamowanie: również, jako termin wojskowy: okrążenie, oblężenie; oraz: zniszczenie, śmierć. Jeśli rozwój duchowy utożsamimy z jogą, to poznanie okaże się czymś (jednym ze zjawisk...), co domaga się nie postępu, ale zapobieżenia, powstrzymania i zniszczenia. Dlaczego tak groźnego potraktowania wymaga? - Bo zasłania prawdziwą naturę widziciela. Przedrostek nis- (lub jego wariant nir-, dziwnie podobny do naszego "nic") ma w ogóle sens negatywny i występuje w słowach mówiących o zanikaniu lub "kasacji"; najznańszym u nas jest nirvana, "rozwianie w niwecz". Czy zatem joga jest drogą autodestrukcji? Nie, ponieważ spoza zjawisk-zawirowań mających być zniweczonymi, dopiero wyłonić się może sam umysł, jako nieporuszone wirami podłoże tamtych zjawisk. Można zapytać: po co? (To robić?) - Jedynym "za" będą tu świadectwa tych, którzy tą drogą poszli.

Dalej cytuję, jeden z pierwszych fragmentów w tekście: "[Rozwój duchowy polega na] rozwoju tego, kto myśli, a więc podmiotu ludzkiego". Myśli! Jeśli za klucz, za główny punkt wziąć myślenie, to będziemy kręcić się kółko, co nie dziwi, bo myślenie to zaledwie jeden z rodzajów owych zawirowań na umyśle, które kręcić w kółko się muszą, bo tym - kręceniem się - są. Zatem, czy podmiot jest owym 'czymś-co/kimś-kto myśli', czy może jednak nie myślenie jest dlań najważniejsze? Dalsze fragmenty tekstu wskazują, że Autor ma świadomość czegoś dalej, ale uporczywie od równości "umysł = myślenie" nie udaje się mu oderwać. Za chwilę w tekście to coś, co myśli, nazywa duszą: "dusza, którą tutaj nazywam także podmiotem myślącym" - co jest osobnym wątkiem, do którego wrócę.

"Rozwój duchowy wskazuje na nabywanie zdolności wyższego rozumienia rzeczy, ludzi /.../ i całego Bytu /.../ [i] rozwijanie wyższego myślenia [= nie-egocentrycznego, i obejmuje] zrozumienie innych oraz zjawisk, które są mi nieznane" /.../. Rozwój duchowy zostaje więc przez Autora utożsamiony z rozwojem inteligencji: ma to być nabywanie lepszego rozumienia, szerszej wiedzy i wychodzenia ku rzeczom, które do tej pory są dla kogoś nieznane. Mam wrażenie, że Autor skupia tu uwagę na narzędziu, jakim jest, nawet najbardziej wydoskonalona, inteligencja - ale jednak to narzędzie, ta bystrość intelektu, może pociągnąć poznającego zupełnie nie tam, gdzie "powinien" - może go właśnie przez swoją "wielkość" odciągnąć od siebie jako Widziciela.

Wrócę do słówka "dusza". Na samym wstępnie Autor pisze, że podmiotu ludzkiego nie należy utożsamiać z ciałem, gdyż: nie zlokalizujemy "siebie" w ciele (nawet w głowie), ciało umiera (a nie wszystko umiera, więc jakaś dusza będąca podmiotem zostać musi), zaś rozwijanie nadzwyczajnych zdolności jest stratą czasu, ponieważ skutecznym być może tylko przez te parę(dziesiąt) lat, jakie nam zostały do śmierci. Zatem rozwój duchowy może polegać tylko na rozwijaniu "rzeczy myślącej" - termin, którego Autor wprawdzie nie użył, ale przypomniał o Kartezjuszu, więc skojarzenie przychodzi samo. Całą drugą część artykułu Autor wypełnił ćwiczeniem, które polega na stopniowym rozebraniu się ze wszystkiego, co we "mnie" jest przygodne, przypadkowe i niekonieczne: więc z mojego materialnego otoczenia, z otoczenia rodzinnego i społecznego, z mojej historii, imion, wspomnień - i na koniec z własnego ciała. Ćwiczenie jest cenne i godne polecenia jako praktyka! Ale jest tu pewne "ale". Odróżnienie umysłu od ciała, i następnie, w ramach ćwiczenia myślowego, odłączenie się od ciała, czyli redukcja "ja" do tego co bez- i poza-cielesne, nie może być mylone z fizycznym programowym zaniedbywaniem ciała! W ogóle ten atak na ciało, skupienie się i siebie tylko na umyśle, postrzeganie siebie jako bytu li tylko umysłowego, różnoraka negacja ciała - wszystko to wydaje mi się charakterystycznymi przejawami drogi - a raczej kompleksu - enneagramowej Piątki-Obserwatora. Nie przypadkiem Autor przywołuje czołową Piątkę europejskiej filozofii: René Descartesa! Joga nie naśladuje wspomnianego kartezjańskiego podejścia, co widać choćby po tym, że podstawą, podgotowką wszystkich jóg jest hatha-joga, a więc trening ciała, aby wpierw nie przeszkadzało poznającemu, następnie aby dostarczało mu i jego citcie energii, bez której nic, i wreszcie by poszło dalej w niepodzielnej parze z jego umysłem; nie przypadkiem w Jogasutrach mówi się o siddhi czyli czarodziejskich mocach ujawniających się joginom, które przecież w całości należą do świata ciała. (Uwaga: Jest tam mowa o siddhi nie po to, żeby nimi się popisywali, przecież to nie jest podręcznik dla fakirów! Chodzi o to, by jogina siddhi nie zaskoczyły.)

Przy okazji, skoro już w trzecim zdaniu artykułu Autor stwierdza, że ciało umiera, a dusza nie ("ciało, kiedy obumiera na końcu materialnego życia, nigdy nie przechodzi do wyższego świata nazywanego duchowym lub transcendentalnym"), zapytam: skąd to wie? Bo spokojnie możemy wyobrazić sobie, że dusza, świadomość czy podmiot(owość) są tak samo lub bardziej śmiertelne jak ciała. A ludzie leżący bez śladu przytomności, np. po udarze mózgu, zanim cieleśnie umrą, zdają się takie stanowisko potwierdzać. Tak podstawowy w zamyśle Autora tekst, chyba powinien obywać się bez dostarczanych z zewnątrz "metafizycznych" założeń, takich jak nieśmiertelność duszy lub istnienie lub nieistnienie Boga? Bo jeśli takie założenia zawiera, to trudno: należy wtedy do wyznaniowej propagandy, do kazań, a nie do filozoficznych analiz Istnienia.

Drugą część artykułu prawie w całości wypełnia wspomniane wyżej myślowe ćwiczenie, w którym czytelnik ma rozebrać się ze wszystkiego, co nie jest nim jako podmiotem - niby Inana w drodze przez siedem bram przez królestwo umarłych zanim stanęła naga przed obliczem Ereszkigal, swojej groźnej siostry. Jednak ta rozbiórka i wynikowa nagość podmiotu nie jest kompletna! Nierozebrane, nieodrzucone pozostały przecież myśli i myślenie. Podmiot w wyniku tego ćwiczenia uzyskuje (według Autora) wolność (niezależność) od przedmiotów - ale nie jest jeszcze wolny od myśli/myślenia ani odkrywa siebie jako niezależnego od myśli/myślenia. Tymczasem tu dopiero zaczyna się joga. Mówiąc krótko: podmiot który (jeszcze) bawi się myśleniem, nie całkiem jest podmiotem... nie całkiem spoczywa sam w sobie. A być może nawet jeszcze nie wie, że wolno mu i władny jest to uczynić. Jest jak Inana, która została w majtkach.

W całym wywodzie bardzo przydałoby się pojęcie memu. Najdojrzalszy ze znanych mi wykład nauki o memach, książka Susan Blackmore "Maszyna memowa", w istocie bliższy jest jodze niżby się powierzchownie wydawało. W końcowych rozdziałach Blackmore przedstawia człowieka uwolnionego od memów, zwolnionego od ich nieustannej, natrętnej obsługi, od bycia parobkiem-niewolnikiem i roboczym zwierzęciem dla memów. A najbardziej zniewalającym, i właśnie do tego - do zniewalania - wyewoluowanym kompleksem memów, mempleksem, jest nic innego jak ego. Dla przypomnienia: mem to coś, czego ludzie uczą się wzajemnie od siebie, czym się zarażają, podobnie jak zarażają się kawałkami usamodzielnionego kwasu nukleinowego czyli wirusami chorób. Memy od środka, kiedy są już w moim lub twoim umyśle i w nim pracują, przejawiają się jako nasze myśli. Oczywiście nie wszystkie są bezwartościowe, chociaż wiele faktycznie wartości nie ma, plenią się jako pasożyty umysłu. Ale ich wartość jest względna, np. pozwalają nam zarobić na utrzymanie, wychować potomstwo (i tak wspomagają nasze geny, pierwotniejszy system replikatorów), lub zyskać osobistą sławę. Ale nie definiują mnie ani ciebie: owo jądro bycia-sobą czyli widziciel we własnej postaci, drasztyr swarupe, jest poza memami. A joga, jak i jej młodszy brat buddyzm, gardzi wirami na umyśle - idzie ku umysłowi samemu. Dodam jeszcze, że tego nie można zrobić poprzez opis, poprzez mówienie ani nawet przez rozmyślanie o tym. To trzeba zrobić. Mówienie o rozwoju duchowym ma sens tylko pomocniczy, dokładnie tak, jak reklama nie zastąpi jedzenia. W pewnym momencie musisz zedrzeć z serka lub batonika reklamowe opakowanie... i tak samo musisz zedrzeć myśli z (mówiąc słowem Autora) podmiotu.

Z powyższego jako oczywistość wynika ponadto, że tam, gdzie Autor widział Pana, jeszcze go nie było. Bóg po polsku kojarzy się ze słowem bóść, durativum badać. Dłuższy trzeba jąć ożóg, by w sobie-tu boga lub cokolwiek doń podobnego wyżgać, wybadać.


Prócz tego, co zauważyłem powyżej, jest w tekście Marcina Kotasińskiego kilka-wiele innych ciekawych myśli, ale raz, nie chcę Czytającemu wydłubać wszystkich rodzynków, dwa, może później do niektórych wrócę.


Wojciech Jóźwiak



książki wymienione w tekście:

Klasyczna joga indyjska. Jogasury... i Jogabhaszja..., przekład Leon Cyboran, PWN, Warszawa 1986
Klaus Mylius, Worterbuch Sanskrit-Deutsch, Leipzig 1980
Susan Blackmore, Maszyna memowa, wyd. Rebis 2002

Cytaty z sanskrytu w popularnej transkrypcji polskiej; ry lub yr = r sylabiczne.



komentarze

1. Dusza i Ciało - jednakowo ważne • autor: Nierozpoznany#27162010-09-02 20:32:20

W artykule 'Myśl jako zawada' opisującym tekst Marcina Kotasińskiego "Rozwój Duchowy a samoświadomość" cytuje Pan Panie Wojtku: "dusza, którą tutaj nazywam także podmiotem myślącym". Ze swego doświadczenia mistycznego mogę powiedzieć, że gdy dociera się do Pełni czyli do stanu gdy Dusza jest Jednym i nierozdzielnym i niedualnym Bytem z Pełnią Miłości i Światłości - czyli Jednym z Bogiem - myślenia już nie ma - bo w tym stanie istnieje coś w rodzaju Pełnej Wiedzy - wtedy Dusza już nie myśli bo już wie wszystko. Jest to zadziwiający, nieprawdopodobny i trudny do opisania stan nazwany słusznie przez Świętego Pawła Pełnią, z której wszyscy otrzymują. Słusznie Pan zauważa, że Marcin niesprawiedliwie i niesłusznie utożsamia Podmiot z Duszą wykluczając Ciało. Bazując na natchnieniach Proroków oraz zdrowym rozsądku tych, którzy kochają Życie w Ciele należy uznać i Ciało za Podmiot nie umniejszając temu Ciału nic w stosunku do Duszy, a nawet w stosunku do Boga - czyli do Pełni. Wszak Chrześcijaństwo słusznie wierzy w to, że ostatecznym Celem jest nie tylko Nieśmiertelność Duszy ale tym Celem jest również Nieśmiertelność CIAŁA !!! - dlatego to Ciało należy bronić i chronić i domagać się praw do jego zdrowego i bezbolesnego życia !!! Trochę o tym napomykam również w natchnieniach jakie mnie czasami dopadają.

re-komentarz Autora:

Panie Jacku, zgadzam się: cialo trzeba cenić (w obszarze Doświadczeń Nadzwyczajnych również) - bo jak byśmy wyglądali bez niego? Pozdrowienia...

   Wojciech Jóźwiak --- autor
[foto]

2. Pytanie do Jacka. • autor: Krzysiek Joczyn2010-09-04 17:22:10

Ze swego doświadczenia mistycznego mogę powiedzieć, że gdy dociera się do Pełni czyli do stanu gdy Dusza jest Jednym i nierozdzielnym i niedualnym Bytem z Pełnią Miłości i Światłości - czyli Jednym z Bogiem - myślenia już nie ma - bo w tym stanie istnieje coś w rodzaju Pełnej Wiedzy - wtedy Dusza już nie myśli bo już wie wszystko.
Interesuje mnie bardzo skąd można wiedzieć (skąd dusza wie?), że się wie wszystko?
[foto]

3. Skąd dusza wie, że wie wszystko • autor: Wojciech Jóźwiak2010-09-05 23:19:52

Krzysztof, w stanie mistycznego uniesienia to się wie. Takie doświadczenie wtedy jest dane, podobnie jak kiedy wyjdziesz w słoneczny dzień na dwór, to masz dane, że z góry, z błękitnego nieba świeci słońce.

Też jest ciekawe, że człowiek w takim stanie chętnie przypisuje dziejące się wtedy odczucia, przeżycia itd. nie sobie, ale pewnej swojej wyższej części, którą nazywa "duszą". Nie mówi "ja", tylko "(moja) dusza". (Też mnie zaintrygował uporczywie żeński rodzaj tej części "ja": dusza, die Seele, anima... ale to już osobna historia.)
[foto]

4. Czy doświadcznie iluminacji jest wystarczającą przesłanką ku temu by twierdzić, że doświadczyło się iluminacji? • autor: Krzysiek Joczyn2010-09-06 10:01:25

Doświadczenie mogę mieć "dane", to jasne. Wiedza nie jest jednak doświadczeniem. Stąd się wzięło filozoficzne pytanie.
Gdy wyjdę w słoneczny dzień z domu to wystawiam się na działanie Słońca. O tym że jest to Słońce wiem jednak nie dlatego, że wyszedłem, ale dlatego że (w uproszczeniu) ktoś mi powiedział o tym, że jest to Słońce. Tak się składa, że to promieniste ciało niebieskie w górze nosi właśnie takie miano. A skąd mam wiedzieć, że osiągnąłem stan pełni wiedzy? Ktoś mi o tym powiedział? A skąd on to wie?
To że czuję, że wiem wszystko, jest oczywiście możliwe, podobnie jak mogę czuć, że kogoś rozumiem, w ogóle go nie rozumiejąc. Nie mam jednak podstaw by twierdzić, że faktycznie osiągnąłem taki stan. Jeżeli nawet bowiem czuję, że cały świat stanął przede mną otworem i stał się dla mnie oczywistością, to skąd mam wiedzieć, że poza granicami tego co stało się dla mnie takie proste nie znajduje się coś, co jest dla mnie ukryte, a czego istnienie zmienia praktycznie wszystko?

re-komentarz Autora:

Zapewne podczas iluminacji inne niż normalnie są prądy czynnościowe mózgu, inna i szczególna aktywność kory mózgowej. Myślę, że zbadanie/zmierzenie takiej "iluminacyjnej" (właściwej dla stanu iluminacji) aktywnosci kory mózgowej byłoby dostatecznym potwierdzeniem, że to była iluminacja. :)

Ale czy musisz mierzyć sobie korę mózgową, żeby być przekonany - wiedzieć - że miałeś orgazm? (Albo że śniłeś?)

   Wojciech Jóźwiak --- autor
[foto]

5. * * * • autor: Krzysiek Joczyn2010-09-06 10:45:16

W zasadzie nie miałem na myśli "stanu iluminacji", a raczej iluminację jako "trzecią drogę" zdobycia wiedzy tj nieempiryczną i nieracjonalistyczną. Jeżeliby jednak potraktować iluminację na wzór gangejski to badanie kory mózgowej nie jest najlepszym pomysłem. Wszak rzeczywistość fizyczna to maja, czyż nie? Poza tym, możemy potwierdzić w ten sposób iluminacje, jeżeli mamy taki wzór aktywności kory. A mamy? Nie mamy. To, że coś pracuje inaczej niż zwykle jest tylko dowodem na to, że doświadczamy odmiennego stanu świadomości. Pytanie brzmi: czym jest w swej istocie ten stan?
Orgazm to kolejny przykład poczucia jakie się doznaje. Jest łatwy do rozpoznania gdyż wiemy kiedy występuje. Tak się składa, że stan seksualnego uniesienia nosi właśnie miano orgazmu. Jeżeli dołączymy do tego jakąś teorie, np że w ten sposób spływa na nas łaska boża, to samo doświadczenie nie jest wystarczające aby to potwierdzić.

6. Subiektywne vs obiektywne • autor: Nierozpoznany#10542010-09-06 15:27:09

Zapewne podczas iluminacji inne niż normalnie są prądy czynnościowe mózgu, inna i szczególna aktywność kory mózgowej. Myślę, że zbadanie/zmierzenie takiej "iluminacyjnej" (właściwej dla stanu iluminacji) aktywnosci kory mózgowej byłoby dostatecznym potwierdzeniem, że to była iluminacja. :)
Neurologiczną stronę doświadczeń mistycznych bada się już od ładnych paru lat. Tak więc od strony biologicznej doświadczenia duchowe są już rozebrane na czynniki pierwsze. Ale co to tak naprawdę znaczy?
Czy to, że X doznał niezwykłego doświadczenia i fMRI potwierdził, że aż mózg mu się zagotował naprawdę znaczy, że obiektywnie dotknął Nieznanego? Czy po prostu było to tylko subiektywne odczucie?
Na tej samej zasadzie można pobudzić komuś elektrodami szarą substancję i sprawić, że usłyszy on jak sąsiadka drze się z okna na dzieci. Ale to nie znaczy, że ona naprawdę się drze.

Komentowanie wyłączone wszędzie od 1 sierpnia 2020.

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)