zdjęcie Autora

01 października 2013

Katarzyna Urbanowicz

z cyklu: Babcia ezoteryczna Sezon drugi (odcinków: 82)

Na pograniczu: męskości i kobiecości, miłości i nienawiści, życia i śmierci

Kategoria: Twórczość

« Żądza pieniądza i inne żądze Na pograniczu miłości i nienawiści »

Najwięcej dzieje się na pograniczach. Nauki, systemów filozoficznych, państw, historii, kultur, sztuki, wszystkiego. Także życia i śmierci. Pojawiają się tam rzeczy wyrafinowanie piękne, mądre, ważne, choć nie proste.

Piotr Jaczewski napisał o śmierci. To właściwie ja, babcia ezoteryczna, która nie zna dnia ani godziny, powinna o tym pisać, a nie młody, pełny życia, empatii i inteligencją przerastający swoje otoczenie człowiek. Ale ja boję się pisać o śmierci, unikam myślenia o niej, choć czasami się nie daje, gdy spotykam się z kimś i nie wiem czy w ogóle jeszcze zobaczę go drugi raz. Wymieniam z kimś maile, piszemy sobie rozmaite bleble..., ale kiedy przestaje odpowiadać na moje liściki, po miesiącu czy dwóch, zaczynam się martwić. I jeśli w dodatku jego telefon nie odpowiada... Nie każdy wie, że kiedy staruszek (staruszka) umrze, bardzo łatwo zawiadomić o tym wszystkich jego przyjaciół i znajomych. Pojedzie się po liście adresowej (nieważne że są tam urzędniczki skarbowe, namolne za życia kobitki reklamodawców, znajomi znajomych wciskający się na listę kontaktów przypadkiem), w każdym razie ci, którzy są w taki czy inny sposób bliscy (o czym nie zawsze wiedzą dzieci zmarłych) zostaną powiadomieni. Jeśli komuś się zechce.

Swego czasu moja bliska przyjaciółka działkowa, poetka, zadzwoniła w maju i umówiłyśmy się na telefon w lipcu, kiedy wróci ze szpitala (w którym była z nieznanych powodów któryś tam raz – szanowałam jej milczenie w tej sprawie), a ja przyjadę na działkę, i znowu będziemy się spotykać w pół drogi między moją, a jej domkiem, ale kiedy nadszedł wrzesień i nie było od niej żadnego znaku, a jej telefon nie odpowiadał, zadzwoniłam na telefon jej męża. I wówczas okazało się, że moja przyjaciółka zmarła już w czerwcu, ale jej małżonek, choć mnie znał i spotykaliśmy się wcześniej, nie pomyślał, że jej śmierć mogłaby mnie cokolwiek obchodzić...

Czasami wiele znaków przychodzi do nas zewsząd, a my nie zawsze potrafimy je odczytać. Czasami boimy się tych znaków i boimy się konieczności ich sprawdzenia.

Zacznę więc od Piotra Jaczewskiego. Napisałam mu:

„... dałeś głos o jakichś babcinych sprawach - umieraniu i takich tam! To całkiem nie w porządku. Tacy młodzi ludzie jak Ty powinni się cieszyć i ewentualnie pisać na temat żywiołów w odradzaniu (lub rodzeniu się na nowo). W dodatku jakbyśmy chcieli podyskutować o umieraniu (ale w moim wieku na trzeźwo to nie chce się) to powinniśmy rozpatrzyć pominięte przez Ciebie przeradzanie się żywiołu ognia w żywioł wody - co moim zdaniem najlepiej pasuje do śmierci. Wiem, bo raz mi się to przytrafiło, choć nie dotarłam jeszcze do krańca. W każdym razie człowiek się oziębia (zimne poty) choć chwilę przedtem serce wariowało, skakało i migotało rozgrzewając całość delikwenta - aż tu nagle chłód i przed tobą wodna toń. Brrr!

I w nocy, a właściwie nad ranem z piątku na sobotę przyszedł do mnie sen.

Całą noc śniłam mnóstwo różnych perypetii rozgrywających się na placu, który był połączeniem mojego domu na działce (rzekomego), jakiegoś domu wczasowego i ogródka na Lesznowolskiej, gdzie mieszkałam we wczesnym dzieciństwie, tuż po wojnie.

Wszystkie sny związane z Lesznowolską, utraconym domem dzieciństwa są ważne, a większość z nich ma jakieś znamiona prekognicji. Nie śniła mi się moja mama – więc raczej sen nie zwiastuje śmierci. Ale kto to wie?

         We śnie zerwał się gwałtowny wiatr i zobaczyłam, że dom stojący obok mojego domu (na Lesznowolskiej) został pozbawiony dachu, a z wnętrza wydobywała się chmura kurzu czy dymu. Właściwie to nie ja zauważyłam, a ktoś zwrócił mi na to uwagę, ponieważ podmuch wiatru nie był zbyt silny. Byłam przekonana, że dom ten jest własnością rodziny mojego przyjaciela z dawnych lat (co jest sennym wymysłem) i że jego tam nie było, więc powinnam go powiadomić o tym, co się stało. Nie miałam telefonu do jego rodziny, ale miałam do niego w komórce (tu pewna niekonsekwencja senna, bo osobą, która zwróciła mi we śnie uwagę na porwanie dachu był on właśnie). Okazało się jednak, że komórki nie mam przy sobie i że została w moim pokoju w domu wczasowym. Próby dostania się do mojego pokoju – jak zawsze we wszystkich snach – spełzły na niczym, bowiem zapomniałam numeru pokoju i nie miałam od kogo się dowiedzieć. (zazwyczaj, gdy udało mi się pokój odnaleźć, to okazywało się, że nie mam klucza, a gdy go zdobywałam to pokój był pusty, bo moje rzeczy gdzieś przeniesiono, nie wiadomo gdzie, łącznie z komórką. A jeśli odnalazłam komórkę, to albo rozpadała mi się w rękach albo po prostu numer wyparowywał z jej pamięci). Takie już mam koszmary od lat.

         Sprawdziłam tranzyty mojego przyjaciela na sobotę rano i okazało się, że Mars tranzytuje koniunkcją (Mars 19 stopni 38` Lwa) jego urodzeniowego Plutona (22 stopni 37`) przy czym Pluton jest w retrogradacji, a tranzytujący Księżyc w koniunkcji z tranzytującym Jowiszem (18 stopni 49` i  18 stopni 02` Raka) tworzą koniunkcję z urodzeniowym Uranem (20 stopni 18` Raka) i opozycję z urodzeniowym Chironem 16 stopni 40` Koziorożca

Ten Mars tranzytujący Plutona to coś, czego nie da się przegapić. Mój przyjaciel miał niedawno zawał serca, a potem jakieś problemy z płucami. W każdym razie ostatnim rozmowom przez telefon towarzyszył jego ciężki oddech. W połączeniu z tym, że zawsze dużo palił papierosów...

Niechciane napłynęły wspomnienia naszego spotkania sprzed wielu lat. Studiowaliśmy razem – on, młody chłopak i ja kobieta po czterdziestce. Kiedyś, gdy nasz wspólny znajomy, kolejarz, ulokował nas w lokomotywie, uznano, że mój przyjaciel jest trzecim moim synem i tłumaczono mu, jak i moim dzieciom jak prowadzi się pociąg, a ja odgrywałam mamuśkę przestrzegającą mojego przyjaciela, żeby przypadkiem niczego nie dotykał, bo oberwie w ucho, z czego zaśmiewali się razem z moimi synami, bowiem wszyscy dookoła wiedzieli iż jestem głupią kobietą, która nie bija dzieci dla zasady. Był ode mnie o wiele  lat młodszy.

Nie chciałam myśleć o tym, że, być może przyszedł na niego kres. Martwił się, że nie jest w formie (a pracuje fizycznie) i że musi doprowadzić syna do końca studiów i że ma zobowiązania, które nie pozwalają mu odpoczywać i wrócił do pracy po zaledwie miesiącu.

A w moich wspomnieniach nieustannie tego dnia wracał. Kiedyś, na drugim roku studiów czekał nas trudny egzamin. Rano pisaliśmy inny, potem mieliśmy parę godzin przerwy i potem ten, najtrudniejszy. Poszliśmy do jakiejś kawiarni pouczyć się. Były pierwsze dni jesieni. Miałam na sobie wąską brązową spódnicę w jesienne, czarne wzory, własnoręcznie uszytą ze zdobytego przemyślnie sztruksu i równie jesienną smutną czarną bluzkę. W tamtych czasach nie było second handów, jeśli chciało się wyglądać ładnie, trzeba było samemu sobie szyć, a jeśli chciało się być modnym za niewielkie pieniądze, trzeba było wytężyć swoją wyobraźnię, nie mniej niż przygotowując się do egzaminu z ekonomii politycznej.

Wiedziałam, że wyglądam ładnie (byłam szczupła, a komplet naprawdę interesujący, choć nienawidziłam brązów w dodatku z czarnym wzorem i nigdy wcześniej nie zakładałam ubrań tego koloru), wydawałam się w nim wyższa i wielu panów w tej kawiarni zwracało na mnie uwagę. Może dlatego zapamiętałam tak dobrze tę scenę. Kroczyliśmy więc z moim przyjacielem po czerwonym chodniku kawiarni i właśnie wówczas usłyszałam po raz pierwszy melodię, która utkwiła mi już na zawsze w pamięci.

Wydawała mi się piękna i inspirująca, współgrała z moim nastrojem niecierpliwego oczekiwania w poczuciu siły. Brzmiała jak nowoczesny zespół. Mój przyjaciel orzekł: To zły znak, a kiedy zdziwiona spytałam dlaczego, odrzekł: tę piosenkę grają na pogrzebach. I ty ubrałaś się dzisiaj na czarno jak na pogrzeb. Na pewno nie zdamy tego egzaminu! Zdaliśmy.

Mieszkam przy cmentarzu i szybko zrozumiałam, że miał rację. Te skrzypce, rzępolące kilka razy dziennie, to było właśnie Adagio, choć inna aranżacja niż ta z kawiarni. Pozbawiona jazzowej interpretacji była melodią śmierci, a nie melodią nowego otwarcia. Jednak na zawsze stała się „naszą melodią” bowiem byliśmy zawsze dwojgiem ludzi, którzy rozumieli się ponad rzeczywistymi związkami i życiowymi zawirowaniami. Zostaliśmy przyjaciółmi na lata, mimo że tak byliśmy odmienni i nasze życiowe ścieżki rozeszły się bardzo wcześnie. Jeśli przewidywaliśmy w jakiejś sprawie odmienny bieg wydarzeń — to właśnie oznaczało dla nas Adagio.

Kiedy więc śniłam, że mój przyjaciel opuścił nasz ziemski padół (cóż innego może oznaczać zerwany dach!) i kiedy jego telefon nie odpowiadał, moje wspomnienia poszybowały we kierunku melodii; Adagio Albioniego. Co tym razem oznacza jej przypomnienie?

Usiadłam przed komputerem i na You Tubie spróbowałam odnaleźć tę melodię. Oczywiście, nie znalazłam – nosiła inny tytuł. Jaki – nie pamiętałam.

Pierwsze wykonania, których wysłuchałam zdołowały mnie zupełnie. Rzeczywiście to melodia, którą można grać na pogrzebach. Ludzi, złudzeń, planów – wszystkiego, co się grzebie realnie i w myślach. Jedno z najpiękniejszych wykonań, Sarah Brightman, wprost wyciska łzy z oczu:

https://www.youtube.com/watch?v=7VTU8udx98Y&list=RD02WS7wh61tqEI

 I wówczas natrafiłam na coś z pogranicza. Ukraiński piosenkarz, tranwestyta lub na takiego upozowany, o niesamowitej skali głosu, śpiewający głosem zarówno męskim jak i kobiecym, tak jak wykonuje się operowe arie i jak zwykłe piosenki, delikatnie i subtelnie, a za chwilę mocno i po męsku; na  koncertach występujący pod obiema postaciami, naprawdę warty zobaczenia i usłyszenia Artiom Siemienow — tu jako kobieta:

https://www.youtube.com/watch?v=V6ATVx4Eofc

Adagio i wszystkie smutne myśli wyparowały mi z głowy. Szukając innych wykonań tego piosenkarza trafiłam na filmik z konkursu w którym wziął udział – żenujący pokaz stosunku ukraińskich jurorów do odmienności. Jeden z nich nazwał go wręcz zboczeńcem, co jednak nie zmieniło pozytywnej oceny jury – na tyle okazali się kompetentni. Jednak te uwagi, miny, parskanie z niesmakiem — pocieszam się, że w Polsce na forum publicznym na ogół wykazujemy trochę więcej ogłady. Ten filmik:

https://www.youtube.com/watch?v=okSUML5xUj4

Zapowiadany na koncertach jako „zagadka przyrody” Artiom Siemienow poniżej śpiewa wykonując w jednej piosence dwie role:

https://www.youtube.com/watch?v=tNAi4hmD_JA

lub w roli męskiej

https://www.youtube.com/watch?v=YYACuWklZTI

         Co w tej postaci jest dla mnie tak fascynującego? Talent aktorski nie jest jakąś rzadkością, pięknie śpiewających osób też jest na świecie sporo. Zastanowiwszy się nad tym bliżej wiem, że zawsze interesowały mnie pogranicza. Tak już jest, że z wytyczaniem i umacnianiem wielu granic, pojawiają się ruchy przeciwne – zacierające granice. Jakby zwiększanie napięcia owocowało rozpraszaniem go w innych. Fascynacja androginicznością postępuje w miarę rozszerzającego się obyczajowego konserwatyzmu. Poliglotów kasują zwolennicy mruknięć i kilku słów, z których część w piśmie bywa wykropkowana. Patriotyzmowi umundurowanemu i ogolonemu na łyso przeciwstawia się sentymentalna wizja dziejów. Obie nieprawdziwe, obie na wzajem się wykluczające. Tak jakby ludzkie stanowiska musiały ulec oscylacji, w czasie której następuje (czy nastąpić powinno) zbliżenie. Ta maksymalna bliskość, zanim wszystko się znowu rozjedzie, jest właśnie pograniczem. Na przykład kultur.

         Jest też pogranicze życia i śmierci, gdy pytamy: czy to już? Gdy żywioł ognia zmienia się w chłodny żywioł wody, człowieka pokrywa zimny pot i w straszliwym strachu pyta sam siebie: Czy to już?

         Pewna lekarka tłumaczyła mi, że dla oceny tego, co się dzieje z organizmem i sercem kobiety w wieku klimakteryjnym ważne jest, by odpowiedzieć sobie na pytanie: czy zlewne poty są zimne czy gorące. Gorące można zignorować, zimne to już poważniejsza sprawa.

         Z każdej opowieści – jak mnie uczono kiedyś, powinien wynikać morał. Opisana wyżej moja sobota przyniosła wiele niejednoznacznych wrażeń i możliwe, że kilkanaście morałów. Jeden z nich to opowieść o nici, posuwając się wzdłuż której zmierzasz do miejsca odkrycia i która powoduje, że zwyczajny dzień nieoczekiwanie przynosi ważną przygodę.


Babcia ezoteryczna Sezon drugi: wstęp na końcu

To jest ciąg dalszy, a wszystkie dalsze ciągi prowadzą nas niekoniecznie tam gdzie byśmy chcieli dojść. Więc wstępne ideolo pominę, możliwe, że zastąpię go posłowiem, o ile tego posłowia nie zapisze za mnie życie


« Żądza pieniądza i inne żądze Na pograniczu miłości i nienawiści »

komentarze

1. Pięknie spiewa, dzięki Kasiu • autor: Nierozpoznany#33372013-10-02 01:09:57

..nie znałam wcześniej tego nazwiska i nie słyszałam...Artiom Siemienow..bardzo ciekawa postać...i dzięki Tobie mogłam podziwiać jego śpiew. Zdecydowałam się na kilka słów gdyż udzielił mi się po trosze nastrój..i Twojego tekstu i tych melodii....a trochę zaciekawił mnie opis tranzytów...Wszyscy z tego pokolenia mamy tranzyt Marsa do Plutona..chyba..jedni deczko wcześniej inni parę dni później..ale nie wszyscy mają Plutona na MC tak jak ja i w opozycji do Słońca , no ale na dzień dzisiejszy już się rozeszło
deczko i tylko grypa mnie wzięła, ale to już sprawka Księżyca, którego Mars lekko potrącił.  Przecież nie pierwszy raz Mars
Przechodzi po Plutonie...Nie wiem, czy siebie pocieszam , czy Ciebie..Pięknie piszesz i zawsze z przyjemnością czytam Twoje teksty...Ogromną wiedzę posiadasz i stąd zapewne tak ciekawie piszesz...Dzięki Kasiu.  Poza tym podzielam z Tobą fascynacje i poglądy...stad wydajesz mi się bliska. :)

2. Jeśli przed 30-tką... • autor: Nierozpoznany#74802013-10-03 20:48:44

Jeśli przed 30-tką pochowa się większość najbliższej rodziny to siłą rzeczy człowiek zaczyna myśleć o śmierci.

Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)