Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

03 stycznia 2015

Katarzyna Urbanowicz

z cyklu: Prababcia ezoteryczna (odcinków: 94)

Nad głową, pod nogami i w głąb


« Bez tytułu Starcze uzależnienie »

         Nie po raz pierwszy zastanawiam się, czy moje odcinki bloga „pasują” w ogóle do Taraki. Kiedy czytam głosy w różnych dyskusjach (nie pod moimi tekstami), znajduję czasem takie spostrzeżenia, które przywołują te myśli. Także dyskusje między Doradcami Taraki pokazują różne wizje tego, czym powinna być ich zdaniem ta strona. Bardzo uogólniając, wskazywane drogi rozwoju są dwie: kierunek naukowy (w którym ja, jako programowa dyletantka, nie mam czego szukać) i kierunek rozwoju własnego (który w moim przypadku także jest problematyczny, a to z uwagi na niewielką ilość czasu, jaką dysponuję, i wielość możliwych dróg do wyboru oraz naturalną inercję starych ludzi). Ale moją zmorą życiową zawsze była trudność zaszufladkowania się, o czym informowano mnie od najmłodszych lat. No ale w siedemdziesiątym trzecim roku życia najwyższy czas jakoś siebie określić. A przy okazji zdefiniować swoją rolę w Tarace – przynajmniej tak, jak ja ją widzę.

         Odejdę od podziału na naukowość/doświadczenia własne i zastosuję trochę inny podział — od kierunku spojrzenia.

         Najważniejszy wydaje się, najbardziej poważny i zawsze preferowany, jest kierunek spojrzenia: W GÓRĘ.

(fot. moja, Musee de Cluny, Paryż)

         Niebo, Kosmos, sklepienia świątyń i pałaców, wielkie dzieła, poważne prawdy, uduchowienie i wszelkie tego rodzaju perspektywy kuszą mnie, ale ich moc kusicielska ginie, gdy tylko wzniosę oczy. Mam najlepsze zamiary i słuszne postanowienia, ale tak się jakoś dzieje, że zobaczę na gotyckim sklepieniu pajęczynę, wyschnięte gniazdo jakiegoś robactwa, czy wręcz szkielet nietoperza. I od razu próbuję zrozumieć ten świat z punktu widzenia owego nietoperza, przemienionego w małego kościotrupka tkwiącego w jednym z tych pięknych zwieńczeń, naśladujących relikwiarze. One przetrwały, ale paradoksalnie on jest bardziej żywy, choć nigdy nie był świadomy miejsca, które w świątyni zajmował. Był przypadkiem, niezaplanowanym wtrętem; sprowadzającym całe idealnie zaplanowane dzieło do wytworu natury, niezbyt perfekcyjnego, skoro nie dało się w sposób prosty i tani usunąć szkieleciku z widoku. Kto wie, ile lat czy wieków tam tkwił?

         Dar jasnowidzenia, przepowiadania przyszłości, wróżenia, wydaje się wielkim i potężnym darem, ale gdy zajrzę za kulisy pracy rozmaitych wróżek, jasnowidzów i przepowiadaczy, wyraźnie widzę, jak ich umysły poruszają się w udającej relikwiarz siermiężnej klateczce, czerpiąc garściami z telewizji, prasy i sporów polityków nie najwyższego umysłowego lotu. Nie znaczy to, że ktoś z takim darem ma być wykształconym intelektualistą, ale czerpać wiedzę od głupków? O nie, na to nikt mnie nie nabierze! Choć zawsze tęsknię do poznania takiego kogoś, świadoma, że w innych dziedzinach życia nie musi mi pasować poglądami lub umiejętnością ich wyrażania. Mam kilka kandydatur, ale ciągle nie jestem pewna. Jednak tych ludzi nie widać na zewnątrz, bowiem są skromni i nie zawsze wierzą sami sobie.

         Może więc spojrzenie W DÓŁ będzie mniej zwodnicze, bardziej przyziemne, a tym samym trudniejsze do zafałszowania?

(Fot. moja Musee D`Orsay, Paryż)

         Co utrwaliłam? Na pierwszy rzut oka trochę szczegółów. Męskie sportowe buty zwiedzających, z logo firm, wąskie nogawki spodni wskazujących na ubiór przeciętnego człowieka swoich czasów (do muzeów nie ubiera się galowo, jak np. do opery czy na koncerty). Płyty ze szkła, utrzymującego ciężar chodzących ludzi, zielonkawej barwy, pozwalające spojrzeć w dół, na to, co znajduje się poniżej naszych stóp. Gdyby podłoga nie była szklana, nie zobaczylibyśmy tego, że pod nią ukrywa się makieta zespołu pałaców i zabytkowych budowli centrum Paryża. Na tej fotografii jednak tego nie widać (szklana podłoga obejmowała całą salę), że nie cały pokazany obszar był jednakowo oświetlony i precyzyjnie oddany. Pewne fragmenty preferowano, inne tylko markowano. Kiedy wchodzi się do tej sali, na przeciwległej ścianie widnieje wielki przekrój budowli i wchodzący, wpatrzeni w tę makietę, dopiero po kilku krokach przekonują się, że coś widać poniżej ich stóp. W związku z tym pierwsze części makiety pod ich stopami, pokazujące obszary peryferyjne, nie są zbyt precyzyjnie oddane i podświetlone i nikomu nie chce się specjalnie identyfikować budynków – nie wiadomo więc naprawdę, czy oddano je z pietyzmem, czy tylko zamarkowano, zwłaszcza, że w sali panuje raczej tłok i trudno prześledzić wśród mnóstwa butów szczegóły makiety i porównać je z planem miasta. Spojrzenie W DÓŁ, pod nogi, także czasem zawodzi. Choć można dostrzec interesujące szczegóły, nie zawsze są one do czegokolwiek przydatne (co wyniknie z tego, że odczytam logo na czyichś butach, jeśli moim celem jest zwiedzanie muzeum?), mogą się jednak trafić obserwacje dotyczące prawidłowości większych i ważniejszych (np. strategia budowy makiety) – choć zazwyczaj dzieje się to poprzez obnażenie jakiegoś braku (np. oświetlenia).

         Tu podam jeszcze inny przykład widzenia poprzez obnażanie braków. W czasie mojej wycieczki po Azji Środkowej wiele lat temu, z zachwytem oglądałam piękne stroje kobiet, inkrustowane kolorowymi kamieniami (może szkiełkami?), podziwiałam ich złote łańcuszki, bransolety i wisiorki w ogromnych ilościach i o dużym ciężarze (wynikało to podobno z faktu, że mąż mógł rozwieść się z żoną, wypowiadając trzykrotnie swoje życzenie, i wówczas zostawała ona w tym, co miała na sobie; kobiety nosiły więc zawsze cały swój skarb wiedząc, że nie zawsze ich były pozwoli im wrócić do domu i zabrać rzeczy osobiste). Spoglądając w dół widziało się wystające spod spódniczek, równie jak one, bogato haftowane i ozdabiane nogawki szarawarów. Budziło to we mnie pewne niemiłe refleksje – że niezbyt wygodnie chodzić i siadać w majtkach ozdabianych bryłkami, z czegokolwiek by one były zrobione: kamieni, złota czy szkiełek.

         Okazało się, że bardzo się myliłam. W domu towarowym, zresztą bardzo prymitywnym, w stylu sowieckim, zobaczyłam na ladach stosy owych spodenek. Kolorowe hafty i kamienie pokrywały jedynie może dwudziestocentymetrowy pas na dole, cała reszta spodenek były to obrzydliwe szarobure, flanelowe, dość grube majtadały, prymitywnie skrojone – tył i przód jednakowo, bez zachowania jakichś konkretnych rozmiarów. Musiały bardzo pić w kroku. Niektóre z tych majtek pozszywano z jakichś resztek, kawałków flaneli, od sasa do lasa. Pozwoliło to wyciągnąć wniosek, że tym kobietom nikt pod spódnice nie zaglądał, ani wiatr ich nie podwiewał, i że to, co schowane przed ludzkimi oczami, nikogo nie obchodziło. Widok części stroju tych kobiet pozwolił wyciągnąć wnioski także co do spraw obyczaju, zdrowia, higieny i tak dalej. Ale dla kogoś, kto chciał oglądać folklor, spojrzenie przyziemne oznaczało niemiłe wrażenie, psujące pocztówkową urodę czarnobrewych dziewcząt.

         Jak spostrzegliście zapewne, moje spojrzenia W GÓRĘ i W DÓŁ mocno odbiegały od założeń, które sobie czyniłam. Za każdym razem widziałam nie to, co chciałam. Moja naiwność idealistycznego Strzelca wystawiana była na ciężką próbę. W pewnym więc momencie doznałam olśnienia: muszę spoglądać W GŁĄB rzeczy, a nie na ich powierzchnię. Może wówczas moje dostrzeganie szczegółów przyda się na coś pożytecznego.

(Fotografia Jerzego Płaczka)

         Jestem słonecznym Strzelcem, ale i Księżycowym Rakiem, i gdy jest mi źle, coś mnie boli lub jestem chora, zaszywam się w swojej najgłębszej, ciemnej jaskini, mentalnie zakrywam ciepłą kołdrą i w świecie wilgotnym, zamulonym i nieco smrodliwym szukam ozdrowienia. Aż wreszcie duchota zaczyna mnie męczyć, wystawiam więc głowę na zewnątrz, zaczerpnę oddechu i usiłuję jakoś sobie dać radę z tym, czego doznaję.

         Dlatego na taki czas rozterek, gdy wielka, przeogromna nadzieja walczyła we mnie z niewiarą, nie obraz MOCY był mi podporą, a obraz dziupli, który nadesłał mi mój wieloletni przyjaciel, fotograf amator, Jurek. Nie chciałam myśleć o tym, że będę mogła się wspinać na wzgórze mocy (a nuż nie wypali i moje nadzieje okażą się jak wielokrotnie przedtem złudzeniem), zaś dziupla ciemna i chropawa wydaje się dobrym schronieniem: daje odrobinę światła nadziei, ale zostawia też miejsce na przeżycie goryczy porażki. Nie jest to tak, że wszystkie nasze choroby zawdzięczamy sobie sami i łatwe jest ich uleczanie. Owszem, nasze życie wpływa na nasze zdrowie, ale nie całe nasze życie zawdzięczamy sobie. Nie tu jednak czas i miejsce dla mojej dyskusji z poglądami o samoleczeniu.

         Zmierzam do swojej roli w Tarace. Chcę docierać w głąb rzeczy, ale nie wypierać się szczegółów, które po drodze dostrzegam. Rzeczy nie są idealnie piękne i gładkie i nie tak łatwo wszystko zrozumieć. Nie wszyscy jesteśmy tacy sami i nie każdy powinien wpatrywać się w buty na szklanej tafli muzeum lub w gotyckie sklepienie. Czasami CZAS pokazuje nam zmiany i to, co zależy od nas, zestawiając z tym, na co nie mieliśmy wpływu. Najmniej wpływu na swój los mamy patrząc W GÓRĘ, nieco więcej, ale też niewiele, patrząc W DÓŁ. Zmienić jedynie coś możemy patrząc W GŁĄB, paradoksalnie jednak wówczas sami już nie mamy na to czasu.

         I taką rolę widzę dla siebie na łamach Taraki.

Korekta przez: Radek Ziemic (2015-01-04)



« Bez tytułu Starcze uzależnienie »

Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)