zdjęcie Autora

16 lutego 2013

Katarzyna Urbanowicz

z cyklu: Babcia ezoteryczna (odcinków: 128)

Nagle

Kategoria: Twórczość

« Ekwiwalentność Powidoki czyli babcia w Karpaczu »

Nagle wszystko się zmieniło. W perspektywie miałam bolesne zabiegi, dwie serie po 14 dni wypełniające czas do początku wiosny, kiedy: „Jeśli starzec przeżył marzec  to mu już wypada żyć do listopada”, potem żałosną pewność, że niewiele może mi pomóc, skoro komputer przypisał mnie do segmentu rynku: biorących a niczego nie dających, nie perspektywicznych,  a więc nie zasługujących na nic innego (oprócz ciasteczek z marihuaną, podobno, bo nie próbowałam, ale mówi się że dla pensjonariuszy polskich domów starców to jedyne wyjście, kompleksowe zresztą) i wreszcie, gdy już byłam mocno zdołowana, przyszło zaproszenie od mojej zagranicznej koleżanki, która ma spędzić tydzień w Polsce, w pensjonacie w Karpaczu i miałaby ochotę ze mną tam się zobaczyć.

         Tu muszę podziękować Marcusowiuranicusowi istotnie czasami denerwującemu dyskutantowi, który skarcony przez Wojtka nie poddał się i odkrył prawo, o którym nie śmiałam głośno mówić, choć lękliwie napomykałam o tym niekiedy — że starsze osoby mają też swoją Twardą Ścieżkę i wyliczanie przeszkód na ich drodze do szamańskiej świadomości niewiele różni się od opisów Szałasu Potu, Szamańskich Wizji i innych przeszkód z którymi adepci muszą się zmierzyć, żeby dotrzeć do wnętrza siebie. Dziękuję Ci Marcusie i nisko się kłaniam za Twoją intuicję i mentalne wsparcie.

Również szybko znalazły się osoby z rodziny obiecujące mnie tam zawieźć i przywieźć, nikt już nie domagał się ode mnie, żebym wsiadała do pociągu i gramoliła się aż trzy okropne stopnie w górę – przeszkody łatwe do przebycia miłośnikom wycieczek po górach, ale nie do przebycia (możliwe, że mentalnie) dla ezoterycznych babć, których wyobraźnia zmaga się zawsze z hipotetycznymi przeszkodami, a nie pnie się do przodu z optymistycznymi wizjami swoich pragnień (pod okiem Przewodnika).

         Czy to zadziałały sigile? Nie, nikt nie dał mi pieniędzy do portmonetki, nie wygrałam w lotto, chociaż próbowałam dwa razy (mimo, że Ela Bazgier nie wróżyła mi sukcesu z powodu mojego podejścia do finansów), ale dostałam coś o wiele bardziej miłego – ludzką życzliwość. I to nie dlatego, że jestem biedną staruszką zasługującą na litość, ale – mam nadzieję – dlatego, że rozumiem się z wieloma ludźmi, lubię ich słuchać i wierzę, że od każdego można się czegoś nauczyć i dowiedzieć.

         Zaczęłam więc przygotowania do jutrzejszego dnia. Najważniejsza rzecz – aparat fotograficzny. Mam zresztą marny, taki którego nie chciał już mój dwunastoletni wnuk, który zdążył już zmienić ze dwa. Nie pretenduję do pięknych zdjęć, jaki robi mój kolega, o którym wspomniałam na blogu, nie mam nigdy czasu na ustawienie się, przemyślenie kadru i decyzję dotyczącą ekspozycji tego, o co mi chodzi.

         Zdjęcia robię z okien samochodu. Trzaskam jedno za drugim aż do wyczerpania baterii ( a to starocie pożera 2 sztuki na mniej niż 100 zdjęć). Potem powoli je oglądam, smakuję, wspominam, rozważam, wypatruję szczegóły, których nie sposób było w czasie jazdy dostrzec.

         Tak robiłam ostatniej zimy poprzedzającej śmierć mojego męża, kosztem dwóch opakowań baterii po 4 sztuki opstrykałam całą drogę z działki do domu i teraz, gdy zbiera mi się na wspomnienia, uruchamiam pokaz slajdów i czuję się jakbym znowu jechała do mojego wspaniałego miejsca, sterówki z oknami na trzy strony świata, księżycem wędrującym przez trzy okna i ptakami budzącymi się przed świtem i jakbym za chwilę mogła tam się znaleźć — trzęsąca się z zimna, ale szczęśliwa, że jestem u siebie.

         Czasami tylko przypomina mi się moja mama, zmarła w 1991 roku. Ostatnie dwa lata życia nie wstawała z łóżka, ale zanim całkowicie w nim ugrzęzła, nie wychodziła z mieszkania, ponieważ przeszkodą nie do pokonania były schody między fundamentem bloku, a windami. Opowiadała mi, że bardzo chciałaby zobaczyć las, rośliny, może kwiaty, drzewa i usłyszeć ptaki. Kiedy więc kupiliśmy z mężem samochód, postanowiliśmy pierwszą wycieczkę zrobić mamie. Nie dysponowaliśmy wózkiem inwalidzkim (już na kule trzeba było mieć zlecenie od lekarza i kilkanaście pieczątek rozmaitych urzędników) ale zorganizowaliśmy zniesienie i wniesienie mamy do samochodu. Wycieczka trwała niedługo – parę kilometrów od blokowiska były lasy, niezbyt może duże, ale zielone, pełne śpiewu ptaków i szumu liści.

         Oczekiwaliśmy, że mama się ucieszy, okaże swą radość, wszak tak marzyła o świeżym powietrzu i przyrodzie, a my gotowi byliśmy cieszyć się z nią. Wyciągnęliśmy mamę z samochodu, podaliśmy jej kule, ale ona nie chciała postąpić dalej ani kroku.

         Wiesz Kasiu – powiedziała mi – tak jestem zmęczona, że nie mam nawet siły cieszyć się lasem. Odwieźcie mnie jak najprędzej do domu, muszę pójść spać i zapomnieć ten las.

         Zaczynam ją rozumieć, choć oczywiście mnie coś takiego nie grozi. Tak czy siak mogę kupić sobie wózek inwalidzki nie oglądając się na pieczątki i podpisy, i mam synów, którzy zawiozą mnie do lasu, jeśli znajdą na to czas.

         Jednak zafiksowałam w sobie pewne pragnienie. Chciałabym zobaczyć Galerię Drezdeńską, której nie skończyłam zwiedzać pięćdziesiąt lat temu z tego powodu, że uczestnicy wycieczki chcieli zdążyć do sklepów i kupić miksery oraz młynki do kawy. Po dobrach tych dawno nie pozostał żaden ślad (kto dziś mieli kawę w młynku innym niż sprzężonym z ekspresem!), ale przerwane w połowie oglądanie obrazów Hieronima Boscha (choć nie tu jest ich najwięcej), Durera, i Lucasa Cranacha (którym zachwycałam się potem w Weimarze). Podniecają mnie też malarze holenderscy z ich miłością do szczegółów i martwych natur, których ja osobiście nie znosiłam, gdy żądano ich ode mnie, a które są zupełnie inne na obrazach mistrzów.

         Boję się tylko, że znalazłszy się tam odkryję, iż jest już na to za późno i będę miała ochotę wrócić jak najprędzej i położyć się spać.

Babcia ezoteryczna: wstęp na końcu

Ten blog ma opisywać zwyczajne doświadczenia w zwyczajnym życiu. Świadomie sterując swoimi zachowaniami (np. tzw. świadome śnienie) czy narzucając sobie pewne praktyki, zazwyczaj ma się na oku jakiś cel, w ostateczności zmierzenie się z nowymi doświadczeniami. W naszym wysterowanym do przesady życiu, możliwość naturalnych, nowych i silnych doznań jest ograniczona, poszukuje się ich wszakże dla lepszego zrozumienia siebie. W moim życiu przeszłam wiele krańcowych doświadczeń i dlatego, być może już ich nie poszukuję. Prosto mówiąc: boję się ich gorzej, niż diabeł święconej wody. Życie nauczyło mnie, że żadnym procesem nie można bezkarnie sterować. Niewinne wysłuchanie „kasety odchudzającej” zaproponowanej przez psychologa czy udział w tzw. „muzykoterapii” może pociągnąć za sobą nieoczekiwane skutki, z których niepożądanymi wpływami walczyć trzeba nawet kilka miesięcy. Jednak zarówno mnie, jak i innym ludziom doświadczenia takie przytrafiają się niosąc ze sobą NIEZROZUMIANE I NIEOCZEKIWANE, co próbujemy zrozumieć i ocenić już po fakcie. Często jednak ocena ta jest nieudolna z braku wiedzy. W tym blogu zajmuję się tylko opisem, niech ocenia ktoś inny. Dlaczego więc ezoteryczna babcia? W tym roku kończę 70 lat, jestem Słonecznym Strzelcem i Księżycowym Rakiem. Neptun, który właśnie wszedł do znaku Ryb niedługo będzie tranzytował mój ascendent i od jakiegoś czasu odczuwam potrzebę porządkowania pewnych zjawisk w moim życiu. Kilka lat studiuję astrologię ale ona nie wystarcza mi do interpretacji niektórych zjawisk czy wydarzeń w moim życiu. Każde z nich osobno daje się zazwyczaj wytłumaczyć, ale razem, jako całość... Z podsumowaniem ich już znacznie gorzej. Pozostaje więc na razie tylko opis.


« Ekwiwalentność Powidoki czyli babcia w Karpaczu »

komentarze

1. wszystko w swoim czasie • autor: Jerzy Pomianowski2013-02-21 20:50:55

Miałem podobne odczucia gdy zbyt późno (po pięćdziesiątce) zobaczyłem w Brukseli słynny na cały świat sikający pomnik. Takie byle co, maciupkie, w kącie rynku. O co tyle szumu?
A wieża Eifla jest po prostu mała.
Za późno.

[foto]

2. Czasem jest za wcześnie • autor: Wojciech Jóźwiak2013-02-22 09:31:08

Jak moja córka, kiedy miała 3 lata, pierwszy raz pojechała z nami do Zakopanego i na widok Giewontu i wystającej zzań Kopy Kondrackiej zawołała głosem (jak to Strzelec) wielkim: Bulkany! Bulkany!

3. Życzę ponownego odwiedzenia... • autor: Nierozpoznany#32012013-02-23 09:45:44

Życzę ponownego odwiedzenia Drezna i obejrzenia obrazów. Miałem okazję widzieć trochę zdjęć z tego urokliwego miasta, które z mozołem i pieczołowitością było odbudowywane po wojnie tak by zachowało swój dawny klimat.

W każdym z nas jest choć trochę księżycowego sentymentalizmu, bez względu na wiek jaki osiągnęliśmy i wspominamy z tęsknotą ciekawe obrazy, interesujące miejsca, osoby, miło spędzone chwile i czasami chcemy do nich powrócić choćby w wyobraźni,albo za pomocą zdjęć, poprawiając sobie humor, czyniąc się szczęśliwszymi. Ja np. lubię powracać do niektórych filmów, albo zachowuję w pamięci twarze niektórych kobiet:)

Komentowanie wyłączone wszędzie od 1 sierpnia 2020.

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)