Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

22 marca 2013

Ewa Korczak-Bobula

Natura jest szczodra
Wędrówki z Doñą Marią Apaza Machaca

Kategoria: Szamanizm
Tematy/tagi: Indianie Ameryki Łacińskiejpodróże

Prawie rok temu, 85-letnia Doña Maria Apaza Machaca przebyła szmat drogi z kamiennego domu w peruwiańskiej osadzie Quico (wys. 4400 m npm.), zamieszkałej przez społeczność Qero. Przyjechała do Polski z konkretnym i prostym planem, wskazania nam drogi do domu, w którym czeka Matka Natura. Przez trzy tygodnie od świtu do nocy realizowała ten plan z niewiarygodną, jak na swój wiek siłą. Żyłam z Nią na co dzień. Zawsze była prawdziwa, świadoma, naturalna. W takim samym radosnym skupieniu uzdrawiała ludzi, prowadziła ceremonie Despacho (ofiarowania dla Pacha Mamy - Matki Ziemi), uczyła prostych technik pracy z energią i każdego ranka o świcie, pojawiała się w kuchni, uśmiechnięta od ucha do ucha, przytulała mnie i szeptała: Sonqoymanta Munakuiki – (kocham cię czystym sercem), a potem szukała reszty domowników z pięcioma psami i kotem włącznie. Zwierzęta witała z dystansem, ponieważ nie nawykła do zwierzaków w domu.

dona_maria_01.jpg

Pamiętam, jak któregoś dnia pojechałyśmy oglądać spektakl fontann na podzamczu. Trudno było zaparkować, więc poprosiłam policjantkę o pozwolenie zostawienia samochodu na kwadrans, w dowolnym miejscu. Tłumaczyłam, że przywiozłam wyjątkową kobietę. Policjantka kręciła nosem i nie chciała się zgodzić. W międzyczasie, znudzona czekaniem Doña Maria wysiadła z samochodu. Widziałam bezbrzeżne zdziwienie na twarzy „pani władzy”. Patrzyła, szeroko otwartymi oczami, na malutką Doñę Marię, w bursztynowym meloniku przepasanym wzorzystą kolorową krajką zwieńczoną białym i czarnym pomponem, w sześciu jaskrawych spódnicach i na pewno ostatnia myśl, która przyszła jej do głowy, to że stoi przed najwyższą kapłanką Altomesayok. Wreszcie wykrztusiła: ja nigdy nie widziałam takiego człowieka. Po czym przedstawiła się nieśmiało: jestem Beata. Doña Maria przytuliła policjantkę Beatę, wołając „Maryszka” (nazwałam Ją Maryśka i pokochała swoje polskie imię, wymawiając je po swojemu), no i oczywiście nie obeszło się bez „Sonqoymanta”... Na koniec tej niezwykłej sceny, usłyszałam głos policjantki: „Zostawcie samochód na ile chcecie i gdzie chcecie, a ja popilnuję, żeby żaden z kolegów nie wlepił wam mandatu”.

Niejedną podobną lekcję otrzymałam od niej.

Któregoś wieczoru siedzimy w dużym gronie przy stole, nagle mój mąż Sławek zdenerwowany jakąś (dziś już nawet nie pamiętam) sytuacją stracił panowanie nad sobą i wybuchł. Skurczyłam się do wielkości wysuszonej śliwki i rzuciłam się go uspakajać, a Doña Maria bez słowa wstała i wyszła. Następnego dnia rano zapytała mnie, jak się czuję. Odpowiedziałam, zgodnie z prawdą, że teraz już dobrze, ale ostatniego wieczoru było mi trudno. Natychmiast zobaczyłam w jej oczach, dobrze mi znany surowy błysk. „Dlaczego wchodzisz w nie swój wiatr?”, syknęła. „Próbując uspokoić Sławka, upokorzyłaś go”. „Jak to?” - byłam oburzona. „Tak to! Pokazałaś mu publicznie, że sam nie potrafi zapanować nad emocjami. Gdybyś dała mu spokój i zaufała, że tyleż on, co cała reszta biesiadników sobie poradzi, wszystko by się rozeszło po kościach. Jak tylko poczułam, że wchodzisz w cudzy wiatr, to natychmiast wyszłam, bo uznałam, że to wszystko mnie nie dotyczy”. „Pamiętaj” - dodała, „że kiedy ludzie się złoszczą i eksplodują energią, to potrzebują czasu i ciszy na złapanie równowagi. Jeśli czyjś wybuch cię dotyka i czujesz się odpowiedzialna, to tak naprawdę ty masz problem i na dodatek bez sensu wsadzasz nos w nie swoje sprawy”. Niespodziewanie poczułam ulgę. Wiedziałam, że ma rację.

Wielu z tych, którzy poznali Doñę Marię zwyczajnie ją pokochało, choć byli też tacy, których rozczarowała. Marek, który zapałał do niej szczerą miłością, zapragnął ją zabrać na nocną wycieczkę po Warszawie. Ucieszyła się, pomimo zmęczenia bardzo długim dniem pracy. Marek przyjechał po nią wieczorem, była gotowa na nocną eskapadę, ale najpierw podeszła do mnie i zapytała; „Mamitka, zgadzasz się, żebym pojechała?”- początkowo nie zrozumiałam o co jej chodzi, przecież to ona o sobie decyduje, pomyślałam, a ja za nią podążam. Natychmiast mi wyjaśniła: „ Na czas, kiedy mieszkam w twoim domu jestem twoim i Sławka dzieckiem i nie wyjdę bez waszego pozwolenia, żebyście się nie czuli źle”. Oczywiście poprosiła też papitkę-Sławka o zgodę. Poczułam, że to piękny obyczaj, który utrzymuje prostą równowagę między gośćmi a gospodarzami.

Doña Maria widzi świat energii, a wizje tworzą jej rzeczywistość.

Wiedząc, że kocha zupy, ugotowałam barszcz ukraiński. Najpierw wgapiała się w czerwoną ciecz z niepokojem, w końcu odsunęła talerz. Zapytałam o co chodzi. Ta zupa kojarzy mi się z krwią, powiedziała szczerze. Tłumaczyłam, że to buraki, jednak nie dała się przekonać.

W Szwecji zorganizowano jej przyjęcie urodzinowe w restauracji z owocami morza. Po kilku godzinach wyszła z przyjęcia o suchym pysku, bo krewetki jawiły się jej jako żywe.

dona_maria_02.jpg

W naszym domu jest pełno kamieni, które zwozimy zewsząd. Wielokrotnie oglądała te same kamienie i za każdym razem miała inne skojarzenia, snuła piękne bajkowe opowieści na ich temat.

Kocha dzieci z absolutną wzajemnością, sama ma 14 wnucząt, którym poświęca niepodzielnie swój czas i uwagę. Nie mogłam się napatrzeć z jaką miłością podchodziła do wszystkich dzieci w Polsce. Podczas uzdrawiania Joasi, mamy Hubcia i Antka, uznała, że chłopcy potrzebują ceremonii połączenia z mamą i zażądała, żeby przyszli wszyscy troje. Na początku chłopcy byli onieśmieleni, ale dosłownie po chwili zjednała ich sobie, bez słów, tak, że tulili się do niej jak do własnej mamy.

Jak trzeba, to jest twarda jak skała. Przed drugim warsztatem wezwała mnie do siebie i powiedziała: „Wiem, że przedstawiłaś ludziom plan warsztatu, ale ja czuję, że ta energia, która JEST, nijak się ma do planu, który ustaliłyśmy pół roku temu”. Zdrętwiałam, bo wiedziałam, że ludzie zapisali się na konkretną pracę i będą się burzyć. Z drugiej strony miałam do niej zaufanie, że wie co robi.

„ Ja nie pracuję według żadnych planów, bo planowanie z góry jest zaprzeczeniem pracy z dynamicznie zmieniającą się energią. Jeśli ktoś mi ufa i się otworzy, to przepracuje wszystkie swoje plany”. Oczywiście, pracowała tak jak czuła i część z nas była rozczarowana. Ja zaś odbyłam kolejną ważną lekcję. NIE WCHODZENIA W CUDZY WIATR.


Któregoś dnia zażądała, żebym ją zawiozła na cmentarz, na grób mojej córeczki Nosi. Byłam zdumiona, bo wiem, że stroni od miejsc pochówku. Idziemy przez cmentarz na Żytniej, ona trzyma na piersiach swoją mesę (zawiniątko mocy z kamieniami kujas) i cały czas mamrocze, słyszę kunanka, kunanka lyochsimi (teraz odejdźcie). Postała nad grobem krótką chwilę, na koniec burknęła tonem nie znoszącym sprzeciwu; hakuy (ruszamy), odwróciła się na pięcie, po czym zamaszystym, szybkim krokiem ruszyła do bramy. Po wyjściu z cmentarza uderzała mesą w bramę, żeby zaznaczyć granicę między światem żywych i zmarłych.

Po wyjściu z cmentarza chciała objechać Warszawę za dnia. Jak tylko przekroczyłyśmy granicę getta, natychmiast kazała zatrzymać samochód, po czym wysiadła i po sekundzie wróciła do samochodu. Miała łzy w oczach. Bardzo ciężka energia, wyszeptała. Wracamy do domu!

W nocy wychodziła do ogrodu ceremonialnie dziękować Pacha Mamie (Matce Ziemi), za łaskawość i moc, którymi ją obdarowuje podczas pracy.

„Pamiętaj! Natura jest szczodra i da ci wszystko, o co ją poprosisz. Dziękuj więc nieustannie!”

W tym roku w maju Doña Maria przyjeżdża do Polski na cały miesiąc! Czekam na nią, szczęśliwa.

Ewa Korczak-Bobula

dona_maria_03.jpg




Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)