Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

04 lipca 2005

Michał (de) Molka

Nauki Don Molquitosa
...czyli: Podróż poza granice stanów (nie)świadomości

Kategoria: Podróże i regiony
You (white) people have watches
But we have time...


Randolph Thompson Junior
Navajo Medicine Man

Dawno, dawno temu, gdy Słońce było w Bliźniętach a Luna dostojnym krokiem przechadzała się po znaku Wagi, Don Molquitos wraz z Doñą Kasią, towarzyszką jego życia, wyruszył w podróż w odmienne stany. Celem podróży było dotarcie do Żółtego Kamienia i poznanie nowych zwierząt (nie)mocy. Śmiałkowie mieli na to dużo czasu...

I.

Fundusze Don Molquitosa zmusiły go do odżywiania się światłem podczas podróży oraz do częstego rozbijania namiotu w lasach narodowych. Na szczęście Słońce świeciło nad dzielnym podróżnikiem i dzięki temu głód rzadko mu doskwierał. Na początek Don Molquitos odwiedził siedzibę brzydkiego Mikołaja (Santa Fe) i skierował swe kroki do drugiego lepszego muzeum. Andy Warhol zadziwił prostotą i beznadzieją, za to można było zachwycić się obrazami pani O'Keeffee...
Wieczorem Don Molquitos dotarł do słynnego Instytutu Cuyamungue. Spotkanie z Belindą Gore, spadkobierczynią wiedzy Felicitas Goodman, zaowocowało kolacją i pozwoleniem na rozbicie namiotu na terenie instytutu. Namiot został rozbity tuż obok szkieletu "sweatu" czyli szałasu pary. Na dobranoc Belinda zaprosiła do udziału w warsztacie prowadzonym przez nią...

II.

Udział w warsztacie czy podróż do Los Alamos - to pytanie kołatało się od rana po głowach podróżników... W końcu Doña Kasia podjęła żeńską decyzję i pojechaliśmy do Santa Fe, poznać ekscytująco-ekstatyczne pozycje transowe. Dla Don Molquitosa pierwsza pozycja nie była nowością. Swego czasu dostał na nią przekaz od Don Robertosa, który nazywał ją "uzdrawiającą pozycją dziadka niedźwiedzia". Podczas praktykowania kolejnej pozycji, zwanej "Wyrocznią Majów", Don Molquitos bardzo szybko osiągnął odmienny stan. Już po kilkudziesięciu sekundach ze stanu rozluźnienia przeszedł do stanu ręki odrętwienia a następnie do delikatnego podkurwienia. Gdy po kilkunastu minutach grzechotka ucichła, praktykanci odetchnęli z ulgą. Niełatwo było wysiedzieć w tej pozycji, no ale warsztaty to ciężka praca. Po całym dniu wchodzenia w trans i wychodzenia z niego, Don Molquitos udał się na zasłużony spoczynek do namiotu, dzielnie stojącego na terenie instytutu.

III.

Po śniadaniu i pożegnaniu z Belindą oraz uczestnikami warsztatu, Don Molquitos wyruszył jednakowoż do Los Alamos. Odwiedził czarną dziurę (black hole) czyli sklep-warsztat szalonego artysty, byłego pracownika tajnego laboratorium. Poczuł plutoniczną energię tego niegdyś świętego miejsca Indian i wyruszył w dalszą podróż. Zatrzymał się na chwilę w Bandelier aby poznać miejsce, w którym mieszkali Indianie Pueblo. Stamtąd przez Rio Grande dotarł do Taos. Tamże Doña Kasia zakupiła ceremonialny bęben w Taos Drums. Wieczorem podróżnicy dotarli do nowego stanu, zwanego Colorado. Rozbili namiot w parku narodowym Great Sand Dunes i szybko znaleźli się w objęciach Morfeusza.

IV.

Drugie promienie Słońca obudziły obieżystanów. Ich oczom ukazało się stado saren, spokojnie przemieszczające się wzdłuż potoku Medano. Po śniadaniu i złożeniu namiotu nadszedł czas na spacer w góry piasku. Apacze Jicarilla do dziś biorą stąd piasek do swoich ceremonii. Chyba robią to rano lub wieczorem - po południu piasek rozgrzewa się do 140 stopni Fahrenheita. Po długim spacerze dalsza jazda na północ. Podróżnicy wjechali w Góry Skaliste i zobaczyli śnieg, którego raczej nie ma o tej porze roku w Nowym Meksyku... Przed nimi pojawił się park narodowy, założony 90 lat temu. Wiele roślin tutejszej tundry może rosnąć nawet w arktycznym regionie. Doña Kasia wypatrzyła dostojnego jelenia. W czasie gdy Doña robiła mu zdjęcie, Don Molquitos podziwiał dostojne poroże, jednakże nie chciał nawiązać bliższego kontaktu ze zwierzęciem. Widok rogów nie najlepiej mu się kojarzył... Klika minut później zza skały wyjrzał markotny marmot czyli coś w stylu zawijającego w sreberka świstaka. Niestety Słońce chyliło się ku zachodowi i trzeba było jechać dalej...


Jeleń rogaty - zdjęcie Doña Kasia

V.

Kolejny dzień drogi to głównie jazda samochodem. Globtroterzy zatrzymali się na chwilę w mieście gorących źródeł - Thermopolis, a już dwie godziny później rozbili namiot blisko Żółtego Kamienia. Don Molquitos zainteresował się dużymi, metalowymi skrzyniami stojącymi wokoło. Okazało się, że były to misio-ochronne pojemniki na śmieci. Nadciągnęła burza i antropolodzy szybko schowali się w namiocie, żeby nie odleciał. Przed snem słychać było kroki jakiegoś zwierzęcia wokół namiotu jednakowoż delikatne zmęczenie oraz brak noża w namiocie zmusiły Don Molquitosa do zastosowania neoszamańskiej techniki "nie-działania".

VI.

Żółty Kamień... Jedno z najniebezpieczniejszych miejsc na ziemi. Miejsce (nie)mocy... Kolorowe, bulgoczące gejzery a wokół nich zwierzęta: sarny, jelenie, bizony... Zwłaszcza te ostatnie imponowały wielkością i uduchowieniem. Wiele z nich medytowało w Słońcu...


Medytujący bizon - zdjęcie Doña Kasia

Wieczorem znowu deszcz. A kempingi wypełnione po brzegi. Ostatnia szansa w północnej części parku... Kemping o magicznej nazwie Indian Creek udostępnił podróżnikom swoje ostatnie wolne miejsce... Ciemne chmury, deszcz i chłód namawiały do pozostania w namiocie ale Don Molquitos poczuł zew natury i po rozbiciu namiotu zabrał Doñę Kasię w północno-zachodnią część parku. Stado saren przechadzało się przy drodze a po chwili zza zakrętu wyłonił się długi rząd samochodów zaparkowanych na poboczu. Doña Kasia wysiadła i dołączyła do grupki gapiów. W dole, jakieś 30-40 metrów od pobocza, miś grizzly spożywał kolację w blasku fleszy aparatów. Ludzie dostali amoku - przepychali się, żeby zrobić jak najlepsze zdjęcie. Przez brudny umysł Don Molquitosa przeszła uraniczna myśl coby delikatnie popchnąć któregoś z zagorzałych amatorów fotografii w celu lepszego zbliżenia. Na szczęście myśl nie stała się ciałem i tym razem obyło się bez sensacji. Spotkanie misia w Żółtym Kamieniu było dość mocnym przeżyciem. Był tak blisko...
Po powrocie na kemping podróżnicy długo nie mogli zasnąć. Zapewne miał na to wpływ przeciągły ryk który usłyszeli przed północą. To nie była mysz, która ryknęła. Don Molquitos starał się być prawdziwym mężczyzną ale zamiast pozytywnego, amerykańskiego myślenia przyszła do niego wizja. Była to scena z węgierskiego filmu Kontrolerzy: mężczyzna sikający ze strachu w spodnie...

VII.

Po wysuszeniu namiotu podróżnicy odwiedzili Mamuci Gejzer i skierowali koła samochodu na południe. Kolejny park narodowy, Wielki Teton, niczym nie zachwycił. Po drodze na południe Don Molquitos zobaczył orła cień a Doña Kasia zrobiła mu zdjęcie przez otwarty dach samochodu.


Bald Eagle - zdjęcie Doña Kasia

Wieczorem wędrowcy na kółkach znaleźli się w odmiennym stanie, tym razem Utah.

VIII.

Arches - kraina ponad 2000 łuków powstałych w ciągu 100 milionów lat erozji. Dobre miejsce na medytację okularowo-okultystyczną...


Don Molquitos podczas medytacji okularowo-okultystycznej - zdjęcie Doña Kasia

Po medytacji długi spacer do Delikatnego Łuku (1474 m npm). Tym razem nocleg na kempingu "Leniwa Jaszczurka", prowadzonym przez Czecha, na dodatek Michała. Dzięki bratnim więzom krwi podróżnicy otrzymali zniżkę wraz z możliwością umycia się pod prysznicem.

IX.

Przed południem podróżnicy dotarli do krainy kanionów. To naprawdę dzika Ameryka - te tereny znali tylko Indianie, kowboje i poszukiwacze uranu. Don Molquitos przez chwilę też był poszukiwaczem. Podstępni Iluminaci wrzucili kluczyki do samochodu na dno kanionu; na szczęście widać je było w blasku Słońca i Don Molquitos łatwo je odnalazł. Tyle, że droga na dół i w górę trochę zmęczyła dzielnego alpinistę-kanionistę...


Władca klucza - zdjęcie Doña Kasia

Wieczorem krótki pobyt w kolejnym parku narodowym - Capitol Reef. Indianie Navajo nazwali to miejsce "ziemią śpiącej tęczy". Don Molquitos poczuł (nie)moc tej sennej krainy i zdecydował kontynuować jazdę na zachód - w poszukiwaniu noclegu...

X.

Kanion Ebenezera Bryce'a zadziwił Don Molquitosa kolumnami skał, zwanymi "hoodoo" (rzucać urok). Nazwa hoodoo podobno wzięła się od voodoo a kolumny to dawni ludzie, zamienieni przez kojota-trickstera w skały...
Kilkugodzinny spacer "opłacił się" - po drodze nie było ludzi, poza tym piechurzy dogłębnie poznali dużą część kanionu. Zachód Słońca wyglądał jak kisiel owocowy rozlany po sękaczu...

XI.

Zion (schronienie) kojarzył się Don Molquitosowi z trylogią braci Wachowskich. Dostojna nazwa zachęcała do odwiedzin. Do wnętrza Zion'u można było dojechać tylko specjalnym autobusem. Spacer wokół wodospadów należał do przyjemnych ale Don Molquitos czuł niedosyt. To miejsce nie zasługiwało na taką nazwę...
Po południu nadszedł czas na podróż w kierunku wielkiej dziury w ziemi. Podczas krótkiego postoju Don Molquitos wypatrzył liska chytruska. Po prawie 30 minutach wyczekiwania tuż nad jego norostwem udało się "uwiecznić" szczwanego lisa.


Lisek chytrusek - zdjęcie Don Molquitos

Przekaz, który Don Molquitos otrzymał od zwierzęcia (nie)mocy, zaowocował w rozbiciu namiotu bardzo blisko wielkiej dziury - na brzegu lasu aczkolwiek w miejscu niewidocznym dla turystów, policji i innych nieproszonych gości.

XII.

Wczesnym porankiem Doña Kasia wraz z Don Molquitosem stali przed północną krawędzią wielkiej dziury w ziemi. To miejsce było mniej oblegane przez turystów niż południowy brzeg. Szczyty wielkiej dziury otrzymały ładne nazwy: Wieża Seta, Świątynia Shivy, Piramida Hejhopsa, Smocza Głowa, Hinduski Amfiteatr. A w dole pokrętna rzeka Kolorado trochę wyżłobiła ten teren. Było magicznie, zresztą od początku podróży. Zwłaszcza, że "podróż to stan umysłu"...



Michał de Molka

Silver City, NM
Dzień Niepodległości, przed Nowiem w Raku





Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)