Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

10 marca 2010

Wojciech Jóźwiak

Neoszamanizm, czyli szamanizm miejskich ludzi współczesnej cywilizacji

Kategoria: Nowy szamanizm
Tematy/tagi: ayahuascaCastanedaHarnerSun Bearszamanizm

Neoszamanizm, jak sama nazwa wskazuje, to szamanizm przejęty, odnowiony i praktykowany przez „nas” – czyli miejskich ludzi współczesnej cywilizacji. Ta gładka definicja nasuwa parę wątpliwości, o których wspomnę w miarę potrzeby.[1] Kiedy się „to” zaczęło? Pięćdziesiąt lat temu, w latach 1960-61, młody (wówczas) amerykański antropolog Michael Harner badał ekwadorsko-amazońskich Indian z ludów Jivaro i Conibo. Wtedy „wziął” ich rytualny halucynogenny napój zwany yagé lub ayahuasca. Wizje których doświadczył wstrząsnęły nim. Opowiada o nich w wydanej 20 lat później książce „The Way of the Shaman”[2] – książce, która przyniosła mu sławę założyciela lub wręcz „papieża” całego neoszamańskiego ruchu. Oczywiście praktyki szamanów, lub, jak ich nazywa się w krajach Ameryki Łacińskiej, curanderos, czyli tubylczych uzdrowicieli, były znane przed Harnerem, on jednak pierwszy wpadł na pomysł, żeby działania te przenieść do cywilizacji „białego człowieka” i uczyć ich w ramach warsztatów. W 1979 roku założył własny instytut-fundację, The Foundation for Shamanic Studies, działający do dziś.

Niewątpliwym drugim „ojcem” neoszamanizmu był Carlos Castaneda, imigrant z Peru, który w tym samym 1960 roku miał – rzekomo – spotkać na przystanku autobusowym pod meksykańską granicą swojego przyszłego szamańskiego nauczyciela, Don Juana Matusa. Książka „The Teachings of Don Juan: A Yaqui Way of Knowledge”[3], wydana w 1968 roku, stała się natychmiast bestsellerem. Pominę dalszą historię autora, w którym jedni widzieli mistrza, drudzy ledwie oszusta. Gdyby Castaneda wydał był swoją książkę jako powieść (którą w istocie była), nie byłoby problemu, ale też pewnie jako belle lettre zaginęłaby w masie podobnych „romansów”. Jednak wykreował swoje przygody u boku indiańskiego Starego Mędrca na relację z faktów, a książkę na naukową rozprawę, dzięki czemu wdrukował się w umysły milionów zafascynowanych czytelników, choć zapłacił za to kasacją doktoratu i banicją ze świata nauki. Dodać warto, że Castaneda miał i ma naśladowców: uformował się nawet szczególny gatunek literacki, mianowicie relacje z fikcyjnych podróży z szamańskimi mistrzami lub mistrzyniami, przedstawiane jako literatura faktu; najbardziej znaną autorką w tym stylu jest Lynn Andrews, pisząca od 1981 r.

Jak widać już z tych założycielskich anegdot, w neoszamanizmie jest kilka motywów, po których można rozpoznać ten ruch. Pierwszy motyw, to fascynacja obyczajami, obrzędami i „wiedzą tajemną” Indian obu Ameryk, szerzej zaś, wszelkimi ludami pierwotnymi, które jako żyjące w intymnym związku z ziemią i naturą, bliższe są Prawdy niż my, wygnani z raju cywilizowani. Drugi motyw, to kult natury, przez wielu personifikowanej jako Matka Ziemia, do której dostęp mają „dzicy”, zaś my musimy dopiero mozolnie się tego uczyć lub przypominać. Trzeci, to rewerencja dla odmiennych stanów świadomości – dla transu, w który wchodzą dzicy z ich szamanami na czele, a który to stan umysłu u cywilizowanych długo był wyklęty, jako „delirium”[4] lub szaleństwo. Ten sam trans jest jednak przez neoszamanów rozumiany jako komunia ze światem natury, jako droga do odzyskania utraconej duszy.

Trans, nazywany różnie: odmiennymi stanami świadomości, ekstazą, wizjami, przez Harnera „szamańskimi stanami świadomości”, przez Castanedę: „widzeniem”, jest stanem umysłu, który można uzyskać, stosując pewne „techniki”. Właśnie skupienie na technikach jest kolejnym czwartym motywem wyróżniającym neoszamanizm wśród innych nurtów New Age, do której bywa zaliczany. Na szamanizm jako zbiór „technik” pierwszy nauczył patrzeć Mircea Eliade: mam wrażenie, że wielu wyznawców neoszamanizmu dosłownie wzięło tytuł słynnej książki Eliadego, „Szamanizm i archaiczne techniki ekstazy”[5] – sądząc, że kto nauczy się odpowiedniej „techniki”, ten automatycznie stanie się szamanem. W każdym razie to skupienie na technikach jest charakterystyczne dla neoszamanizmu, podobnie jak tybetański buddyzm wadżrajany skupia się na reinkarnowanych lamach (tulku), a tradycyjny okultyzm (weźmy go za następny przykład) podobnie ceni sobie i poszukuje „stopni wtajemniczenia”. Tak jak wyznawcy wadżrajany chodzą zakochani w swoich lamach, tak neoszamani fascynują się szamańskimi technikami, które poznali. Niektórych nazwałbym kolekcjonerami technik. Jakie to techniki, o tym dalej.

Piąty motyw przewijający się w neoszamanizmie, to enteogeny zwane też halucynogenami, które dają szybki i pewny (choć niekoniecznie właściwy!) dostęp do odmiennych stanów świadomości. Jednak koniecznie należy odróżniać neoszamanów czy szamanistów od reszty miłośników odlotów, nawet tak słynnych jak zmarły w 2000 roku Terrence McKenna, który głosił, że kto nie brał halucynogenów jest podobnym nieszczęśnikiem jak ten, kto nie miał seksu. W neoszamanizmie przeważnie żadnych halucynogenów się nie bierze, gdyż nie są one konieczne, ponieważ inne niechemiczne środki transowe – bęben, taniec lub zakopywanie w ziemi – wydają się całkowicie wystarczające. Klasyk chemicznie indukowanych odmiennych stanów świadomości, Timothy Leary, wyróżnił w pracy z halucynogenami dwa aspekty: set i setting. Set, czyli psychiczne nastawienie, z którym przystępujesz do eksperymentu; setting, czyli sprzyjające doświadczeniu otoczenie, prowadzenie przez przewodnika, bądź ceremonia. Otóż neoszamanizm tak rozbudowuje set, a zwłaszcza setting, że jakakolwiek psychoaktywna substancja nie jest już potrzebna: trans „idzie” bez niej! – korzystając z naturalnych potencji umysłu. Niemniej doświadczenia uzyskiwane za sprawą świętych roślin lub grzybów są w neoszamanizmie cenione.

Motyw szósty, to warsztaty. Od początku (czyli od Harnera) neoszamanizm praktykowany jest na warsztatach; wydaje mi się nawet, że samo to słowo, warsztaty, zrobiło furorę w naszym języku wraz z wizytami neoszamańskich mistrzów w Polsce. Warsztaty neoszamańskie to szczególna impreza, dziejąca się w terenie – szamańskie praktyki wymagają, by czynić je na dworze, pod niebem, inaczej niż to jest u magów, którzy lubują się w piwnicach, lub u joginów, którzy muszą mieć gładką podłogę i nie cierpią przeciągów. Dla neoszamanów w ich ceremoniach przyroda, niebo i przestrzeń są naturalnymi i cennymi sprzymierzeńcami. Gdyby było nas więcej, neoszamani byliby potężnym lobby na rzecz uchronienia dzikiej przyrody, która jest im bardziej niezbędna nawet niż wędkarzom i alpinistom. Uczestnicy warsztatów tworzą chwilową społeczność, w której jednak szybko nawiązują się silne i trwałe więzi między ludźmi. Społeczność ta chętnie zasiada w kręgu, który symbolizuje równość wszystkich wobec Ziemi i Nieba, i zespolenie z kolistym otaczającym światem. Każde warsztaty są szczególną całością: mają wyraźnie określony w czasie początek i koniec, mają też wyraźne granice „personalne”: kto bierze udział i należy go kręgu, a kto jako obcy i przypadkowy pozostaje „poza”. Warsztaty są tak samo charakterystyczne dla neoszamanizmu jak msze dla katolików, spektakle dla teatru i wykłady dla uniwersytetów.

Siódmym motywem jest nawiązanie do autentycznych szamańskich tradycji ludów pierwotnych i wyprowadzanie z nich swych korzeni. Skoro zaś neoszamanizm powstał w Stanach Zjednoczonych i dotąd istnieje głównie w USA, to tymi wzorcowymi, modelowymi dlań ludami pierwotnymi są tubylcy tamtejsi, czyli Indianie Ameryki Północnej. Gdy chodzi o korzystanie z enteogenów, niedościgłymi mistrzami są zaś curanderos z Amazonii lub ich koledzy z Meksyku, używający kaktusów peyote i San Pedro lub grzybów teonanácatl. Amerykański neoszamanizm faktycznie trudno odróżnić od indianizmu, czyli naśladowania „indiańskiej ścieżki”. W działaniach jednego i drugiego nurtu biorą udział ci sami ludzie i trwa stały przepływ między nimi. Również czy polskich naśladowców Sun Bear’a[6] uważać za neoszamanów czy za indianistów, rozstrzygnąć trudno. Oba skrzydła różni głównie zamiłowanie do „czystości”: kto naśladuje „czysty” obyczaj Lakotów czy Cherokee, jest indianistą, kto miesza praktyki brane z różnych źródeł, będzie neoszamanem. Oczywiście stopień obserwowania tej czystości bywa różny i wielu, sławnych nawet, neoszamanów i indianistów naraziło się na epitet plastic shamans – tak ze strony etnografów-purystów, jak i strażników lakockiej czy innej „rasowej” czystości; bo są i tacy.[7] Neoszamanizm nie ogranicza się do Indian: wchłania też inspiracje idące od Aborygenów Australii, od Afrykanów, otwarty jest na praktyki joginów indyjskich i tybetańskich, wreszcie nieustannie jest w nim obecny motyw poszukiwania własnych, „białych” korzeni.

Zatem ósmy motyw obejmuje szukanie własnych rodowych korzeni i własnego, choćby zapomnianego szamanizmu Europy. Szczególnie aktywni są Celtowie i ich amerykańscy potomkowie, jako że właśnie u Celtów – Szkotów, Irlandczyków i Walijczyków, w ich folklorze, w zabytkach literackich, w mitologii i archeologii przetrwało najwięcej śladów dziś rozpoznawanych jako szamańskie. Tu wymienię szczególnie mi bliskiego, choć nieznanego osobiście poszukiwacza, którym jest Frank Henderson McEowen. Charakterystyczna jest jego droga[8]: zaczynał jako indianista, dopuszczony do świętych obrzędów Lakotów (także innych narodów), gdzie podczas ceremonii Tańca Słońca (okrutnej praktyki w której trans osiąga się poprzez post i rany) uzyskał objawienie, by szukać szamańskich inspiracji w tradycjach własnej „krwi i kości” – czyli w tradycji swoich celtyckich przodków. „Program” McEowena zainspirował także mnie do poszukiwań, tym razem słowiańskich.

Ciekawe, że tak mało obecny w neoszamańskich inspiracjach jest szamanizm w ścisłym znaczeniu tego słowa, czyli tradycja ludów Syberii i Środkowej Azji. Tu przecież działali i działają wciąż „prawdziwi” szamani, czyli mężczyźni i kobiety obdarzeni darem obcowania z duchami i widzenia subtelnych przyczyn ziemskiego losu – chorób, klęsk i przeciwnie, sukcesów – w „tamtym świecie”, w duchowym uniwersum, które przedziwnie przeplata się z rzeczywistością widzianą zwykłymi oczami. To, że są tak mało dostępni, wynika z podwójnej bariery, która oddziela ich od ich ewentualnych uczniów z Zachodu: pierwszą jest język – gdyż rosyjski, który znają, jest wielką rzadkością na zachód od Polski; drugą barierą jest ich własna obcość w miejskich kręgach własnego kraju. Sam na Syberii usłyszałem, że „szaman jest w tundrze” – i przeniesiony do miasta, bez tła i pomocy potężnej przyrody, swych mocy mieć nie będzie. Nie mam powodu, by o tym wątpić.

Jak się wydaje, rosyjski neo-, a może raczej pseudo-szamanizm, bierze z tamtejszego okultyzmu, z tradycji Rericha i Bławatskiej, z importów jogi lub pseudo-jogi, wzoruje się na Gurdżijewie, ale na nauki narodów tundry i tajgi pozostaje impregnowany. Może jednak krzywdzę kogoś swoją opinią, wszystkich przecież nie znam; Rosja jest wielka i niepoznawalna.

Jakie są te techniki, stosowane przez neoszamanów do wejścia w trans? Sztandarowym pomysłem Harnera było transowe bębnienie. Monotonny dźwięk bębna, w tempie 216 uderzeń na minutę (w rytmie mózgowych fal teta), rzeczywiście skutecznie wywołuje stany snów bez zaśnięcia. Uczestnicy leżą w relaksie, oczy mają zasłonięte; gdy tak słucha się bębna, przychodzą wizje, jakby „karmiły się” dźwiękiem; często rytm bębna pociąga za sobą obrazy grających ludzi-szamanów, tętniących w galopie koni, szumiących skrzydłami orłów lub łabędzi. Ważne jest poczucie, że wraz z tymi spontanicznymi obrazami przybywa Moc, która regeneruje twój umysł i ciało. Wizje łatwo mogą być kierowane przez przewodnika, który wypowiadanymi słowami sugeruje treść wizji. Słowa stają się wizją, jak w hipnozie. Sam unikam jednak nadużywania tej efektownej metody czarowania słuchaczy.

Bębnienie jest odmianą szerszej grupy praktyk, opartych na monotonizacji. Termin ten wprowadził niemiecki etnolog Holger Kalweit[9] – monotonizacja polega na zajęciu kanału zmysłowego monotonną treścią, na której umysł nie jest w stanie się skupić. Wtedy mózg odwraca się od „obsługi” wrażeń zewnętrznych i przestawia się na odbiór treści idących z wnętrza. Świat zewnętrzny zastępują wizje.

Skuteczną i naturalną praktyką opartą na monotonizacji jest marsz transowy. Podczas niego idziesz, normalnie – ale skupiasz się na dźwięku stawianych kroków, na oddechu i na czuciu ciała. Wzrok kierujesz na wprost, nie patrząc pod nogi – ufasz wrodzonej inteligencji stóp; nie skanujesz wzrokiem konturów przedmiotów. Działanie jest równie silne jak przy bębnie!

Marsz transowy poznałem od Victora Sancheza – Meksykanina, który przeczytawszy w wieku 14 lat pierwszą książkę Castanedy postanowił odnaleźć, poznać u źródła i odtworzyć praktyki indiańskich mędrców tam opisywane – i swój cel osiągnął. Wychodząc od Castanedy dotarł do rzadkich i popadających w zapomnienie praktyk, obrzędów i obyczajów Indian swojego kraju, do ich kosmologii i ich zaprzyjaźnienia się z żywiołami. Od Sancheza przejąłem tytułowanie ognia Praojcem Ogniem, a ziemi Pramatką Ziemią; od niego też rozmawianie z żywiołami. Od Sancheza wziąłem jedno z głównych działań, które sam prowadzę na warsztatach – zakopywanie się w ziemi, a raczej nocne medytacyjne czuwanie w zakrytej jamie własnoręcznie wykopanej w ziemi. Sanchez nazywał to „pogrzebem wojownika”.[10]

Inna „technika”, chyba najbardziej z neoszamańskich znana, to szałas potu. Przez część Indian preriowych uważana za wyłączną własność i świętość tych, którzy są faktycznymi Indianami z krwi; jednak inni Rdzenni Amerykanie, przeciwnie, uważają szałas potu – sweat logde – za indiański dar dla wszystkich ludzi świata, mający ich pojednać niezależnie kto ich zrodził. Ja sam staram się prowadzić szałasy potu tak, żeby jak najmniej „małpować” Indian. Praktyka ta także wykorzystuje monotonizację – ciemność wewnątrz szałasu, nieruchomość, a także wystawienie na niezwykle wrażenia zmysłowe: skrajne gorąco, pot i nagość. Jest też w tym sięgnięcie do genetycznego dziedzictwa Homo sapiens, który przecież wyewoluował w skrajnym upale afrykańskiego środka dnia, kiedy silniejsze drapieżniki drzemały powalone upałem. Szałasu potu nauczyłem się od Davida Thomsona, amerykańskiego indianisty, który wraz z żoną, Mattie Davis-Wolffe, w latach 90-tych przyjeżdżał do Polski prowadzić warsztaty. Od nich znam też chodzenie po ogniu, praktykę również uważana za „klasyczną” w neoszamanizmie, choć skompilowaną w latach 70-tych przez Tolly Burkan’a z różnych etnicznych źródeł. Na warsztatach Thomsonów poznałem też tańce transowe, które później wraz Marią „Kojottą” i innymi przyjaciółmi „wkleiliśmy” w rodzimy słowiański kontekst ekstatycznego świętowania Nocy Kupalnej.

Pewna praktyka neoszamańska jest dziełem „naukowym” – takie pochodzenie ma oddychanie holotropowe, wynalazek Stanisława Grofa, działającego w USA czeskiego psychiatry, który tę technikę opracował, szukając legalnego zastępnika zakazanego w Stanach LSD. Wizje powstają tu za sprawą czegoś tak zwykłego jak oddychanie – tyle że oddech jest intensywny i głęboki, a kanał słuchowy poddany deprywacji przez głośną muzykę. W terenie można ją zastąpić bębnem lub gongiem.

Warsztaty są miejscem i czasem, gdzie poszczególne „techniki” zostają połączone w jedną kompozycję, która przemienia i otwiera umysły uczestników. Oczywiście, od prowadzącego wymaga to zręczności. Nieodłącznym składnikiem tej kompozycji, jej basso continuo, jest tło w postaci przyrody, możliwie mało zepsutej cywilizacją, przyrody niepodległej człowiekowi – anekumeny. I chociaż o miejsca wolne od banalnego ludzkiego natręctwa coraz jest trudniej, to jednak kto ich szuka, wciąż znajduje te skrawki anekumeny.

Na koniec odpowiem na pytanie: gdzie związki neoszamanizmu z pogaństwem? Dla mnie są one nieodparte. My szukamy i znajdujemy świętość i moc w przyrodzie-anekumenie, a zarazem w naszych ciałach i genach-”kościach”[11] naszych przodków, nie dbając o to, że pewien obcy nam mit kazał zerwać tę nić mocy, bajając o jakimś grzechu i wygnaniu.

Wojciech Jóźwiak



[1] Termin „neoszamanizm” jest techniczny, tu używam go z braku lepszego słowa. Chyba nikt z praktyków nie powie, że jego zajęciem jest „neoszamanizm” – bo to „neo” trąci brakiem autentyczności.

[2] Polski tytuł „Droga szamana”, Wrocław 2007.

[3] Polski tytuł „Nauki Don Juana”, Kraków 1991

[4] Po łacinie dosłownie: wypadnięcie z bruzdy, czyli wypadnięcie pojazdu z koleiny, wykolejenie się.

[5] Le chamanisme et les techniques archaiques de l’extase, Paris 1950, polskie wydanie Warszawa 1994

[6] Zob. Alina Michalik, „Niedźwiedź – przewodnik do następnego świata. Nauki i wizje Sun Bear'a”, 2009, w Internecie www.taraka.pl/sunbear]

[7] Patrz w Internecie, „Taraka”: W. Jóźwiak, „Śladem plastikowych szamanów po Internecie]”, 2008; „Wypowiedzenie wojny eksploatatorom duchowości Lakotów, dokument z 1993 r.]”, 2008; i przeciwne, ugodowe stanowisko: Stephen Buhner, „Czy ceremonie zwracające się ku ziemi są wyłączną własnością Indian?]”, 1999.

[8] Patrz w Internecie, „Taraka”: Frank Henderson MacEowen, „Wskrzeszenie gaelickiej tradycji Oran Mor. Droga od naśladowania Indian do odrodzenia celtyckiego szamanizmu]”. Oryginał w: Shaman's Drum, nr. 49/1998.

[9] Holger Kalweit, „Die Welt der Schamanen. Traumzeit und innerer Raum”, Bern 1984

[10] Patrz: Victor Sanchez, „Nauki Don Carlosa”, Bydgoszcz 1997; oryg. 1995.

[11] Porównaj tytuł manifestu Franka H. McEowena: „Reclaiming Our Ancestral Bones...” (w: „Shaman’s Drum” 58/2001) – czyli: „Przywrócenie naszych przodczych kości]” (przekład w „Tarace”).



komentarze

[foto]

1. Koń, galop, monotonizacja • autor: Michał Mazur2018-09-02 15:28:11

"obrazy grających ludzi-szamanów, tętniących w galopie koni" 
Tak mi przyszło na zasadzie skojarzeń - jeden z moich ulubionych utworów. Archaiczne sacrum (bosonóg!) i nie tylko. 
https://www.youtube.com/watch?v=5N4KWzi4tSE
Kto wie, może warto byłoby pokonać na końskim grzbiecie wielką, płaską przestrzeń z monotonnym krajobrazem. Pewnego dnia...

Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)