Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

23 lipca 2013

Katarzyna Urbanowicz

z cyklu: Babcia ezoteryczna Sezon drugi (odcinków: 82)

Nic nie jest takie, jakim się wydaje

Kategoria: Twórczość

« Królik w cylindrze Podłączona do akumulatora i elektrycznego gniazdka. »

          Wczorajszy dzień przybliżył mi nieco szamańskie przeżycia w takt bębnów oraz zakopywania w ziemi. Po czterech latach nieustających bólów wymogłam na NFZ skierowanie na badanie, które ma szansę wykazać, co mi właściwie jest i dlaczego żyję w nieustannym bólu. Przeczytałam zresztą w GW artykuł o kobiecie, która z podobnego powodu (choć natężenie jej bólu było nieporównywalne z moim, o wiele bardziej dokuczliwe) nie mogąc uzyskać recepty na opiaty, traktowana paracetamolem, panadolem i innymi erzacami leków przeciwbólowych skarży Państwo Polskie  do Trybunału Europejskiego o tortury. Pani ta, wykształcona osoba, piastująca odpowiedzialne stanowiska międzynarodowe, dostawszy się w łapy NFZ przeżywa mniej więcej to co ja — choć parę lat jest młodsza. Jej oferowano psychotropy (mnie na szczęście nikt takiego nie proponuje, bowiem mój ból nie jest na tyle silny, żebym wychodziła z siebie i skamlała o pomoc, chociaż miałam już pomysł, żeby szukać pomocy u dostawców nielegalnych narkotyków). Mnie każą się odchudzać, ale jak się odchudzać, kiedy każdy krok, każde poruszenie sprawia ból – to jest spirala wzajemnie się nakręcająca. Nie chodzisz, nie spalasz, tyjesz od herbatki bez cukru i sałatki z pomidorka. Kiedy chodzisz i się poruszasz – czujesz ból, więc wolisz leżeć i czytać. Zastygać w swoim kokonie. Jej – ponieważ bólu nie była w stanie zlokalizować – przypisano niezrównoważenie emocjonalne. I u niej i u mnie występuje ucisk na jakiś nerw. Mam szczęście, że mój nerw jest mniej ważny.

         A więc po blisko czterech latach cierpień, skierowana zostałam z poradni leczenia bólu na owe kosztowne i ekskluzywne, szamańskie badanie. Zrobiono to tylko dlatego, żeby jeden specjalista mógł udowodnić drugiemu specjaliście, że jest kretynem. Inaczej takie babcie po 60-70 - tce nie zasługują na tak drogą diagnostykę.

           Zamknięto mnie w ciasnej tubie na godzinę (na szczęście chłodził moją rozgrzaną głową miły wiaterek), ale uprzedzono o okropnym hałasie i wręczono stopery do uszu i nadmuchiwany balonik napędzający dzwonek. Niestety, stopery wypadły zaraz, bo coś nie pasowały do moich uszu, a ja, odkąd w dwudziestym drugim roku życia odzyskałam słuch po przekłuciu bębenków w dzieciństwie, cierpię na nadwrażliwość w tym zakresie, a więc nie mogę chodzić do kina na nowości i kibicuję wszelkim posunięciom prawnym, mającym na celu ograniczenie agresywności akustycznej reklam w telewizji i gdziekolwiek.

          Tak więc stopery natychmiast mi wypadły z uszu, a przyrząd unieruchamiający moją głowę i moje łokcie oraz nakaz technika i mój entuzjazm z powodu doczekania się wreszcie realizacji poważnej diagnostyki posunęły mnie naprzód w decyzji wytrwania, aż do świadomego wypuszczenia z dłoni dzwonka ratunkowego.

          Dźwięki zaatakowały nie tylko mój nadwrażliwy słuch, ale całą moją jaźń. O ja głupia, bałam się szamańskich bębnów nie wiedząc, że zaserwowana mi dyskoteka jest czymś o wiele okrutniejszym, bo bezosobowym i nieuchronnym. Wiedziałam, że badanie potrwa godzinę i musiałam z tą wiedzą jakoś sobie poradzić. Wytrwać bez względu na wszystko.

          Sekwencja każdego rodzaju dźwięków trwała około pięciu – dziesięciu  minut. Na początku były one odrażająco agresywne, potem, w miarę upływu czasu, poprzez moje próby oswojenia ich, stawały się łatwiejsze do zniesienia, niestety, sekwencja zbyt była krótkotrwała, żeby zagnieździć się w mojej autosugestii nakierowanej na traktowanie ich jako szamańskich. Kiedy byłam już gotowa do pogrążenia się w świecie ułudy i wymuszonego odlotu, dźwięk zmieniał swój rytm i ponownie stawał się agresywnie brutalny i nieprzekonywujący.

          Tak więc, mimo ogromnej chęci nakłonienia dźwięków do wyzwolenia we mnie szamańskości, rezultaty były nikłe. Co prawda, miałam nagrania bębnów szamańskich i rezultaty ich wysłuchiwania były podobne; jednak świadoma, że istnieją melodie wyzwalające we mnie siłę w głębi ukrytą, melodie nagrane, ale nie odtwarzane z racji powodowania zaburzeń rytmu serca (Viens, viens...) próbowałam oddzielić szamańskość od emocji i wykorzystać pojawiającą się niespodziewanie okazję. Niestety, nie dało się. Nawet lęk przed grobową jaskinią w postaci tuby, do której mnie wessano, został zniwelowany licznymi okienkami wpuszczającymi światło i wiatraczkiem tłoczącym powietrze; no i oczywiście ratunkowym balonikiem napędzającym dzwonek. I mogłam zawsze otwierać oczy, kiedy miałam ochotę.

         Nie doznałam żadnych wizji, choć bardzo tego chciałam. Skoro musiałam przeżyć tę najbliższą godzinę, pragnęłam wyciągnąć z niej wszystko, co możliwe, niczym lichwiarz obierający biedaka z ostatnich łachów, bowiem jego brudną koszulę wykończono przypadkowo jakimś haftem. Czy dźwięki były nie takie, czy może przymus zamknięcia w tunelu pseudo – szamańskim przeszkadzał, czy wreszcie drgania ciała, których doznawałam w swoim wnętrzu, choć nie miałam żadnego metalu w sobie, bo wyjęłam nawet kolczyki, blokowały moje możliwości? Zanim zrozumiałam, co spowodowało tę różnicę badanie się skończyło.

         Otumaniona poszłam do recepcji i zauważyłam, że kolejka do zapisów do lekarza liczy kilkaset osób, a niedaleko była tania księgarnia, postanowiłam więc zrobić sobie przyjemność i pojawić się raczej w księgarni niż stać w ogonku jak z czasów PRL za mięsem. Wróciłam do domu, nastawiłam swój telefon na nieustanne wybieranie i po trzech godzinach doczekałam się, że mój telefon odebrano. Z wynikami badania (których jeszcze nie mam) pani z rejestracji zapisała mnie do poradni leczenia bólu na październik (koniec). Próbowałam jej wytłumaczyć, że ból nie może tak długo czekać, że jeśli już będzie wiadomo, co jest jego przyczyną, może pan doktor zapisze mi coś lepszego niż pyralgina, durny paracetamol (który akurat pod żadną postacią na mnie nie działa, podobnie jak inne dziadostwa bez recepty, a zwłaszcza końskie maści i balsamy, olejki pichtowe, żele z diabelskim pazurem, Czarci Pazur (czy to to samo?) nalewki na pokrzywie i Bóg wie na czym jeszcze, łącznie z przeciwbólowymi żelami, voltarenami kolejnych generacji, pastylkami z miodem i cytryną (pisanymi koniecznie z dużej litery), tabletkami: Etopiryna Goździkowej, Alpejskim balsamem z sadła świstaka (biedne te zwierzątka, podobnie jak dawcy rozgrzewającego smalcu z psa albo skórek kocich), Balsamem kręgowym Ojca Grzegorza (kimkolwiek był), cukierkami szałwiowymi, nalewką bursztynową, opaską gorczycową, wyciągiem płynnym z ziela męczennicy (!) cielistej (Passiflor), hakorośli rozesłanej (i niezawodnym amolem, który jako jedyny osładzał życie ojca mojej koleżanki, umierającego na raka w czasach słusznie minionych, gdy jeszcze sprowadzano go zza granicy i reklamowano go szeptami z ucha do ucha).

         O jejku! Poszukuję prawdziwego szamana! Przewodnika po składnikach naturalnych rzeczywistości. Może lepiej wznieść się w nieznane, niż tkwić w ziemistej, błotnej atmosferze junktury Raka, a w pierwszym stopniu Lwa (zastanawiając się kim będzie baby Katy)

          I skąd ten tytuł, nie przystający do powyższej opowieści?

         Na pierwszy rzut oka rezonans magnetyczny, jako badanie, nie jest żadnym lekarstwem. Ale jeżeli ktoś wyczekał się na niego i zdobył dostęp do grona wybranych, bez płacenia tysiąca złotych, powinien ozdrowieć nie znając nawet wyników. I przy okazji przeżył szamańskie uderzenia bębnów bez dodatkowego płacenia za nie (chociaż nie doznał żadnych wizji) — powinien doznać uleczenia od samej świadomości, że załapał się na coś dla staruszków niedostępne.

         Cóż, kiedy oczekiwanie na wizytę u lekarza z poradni leczenia bólu od lipca do października (a przedtem od kwietnia do lipca) czyni to wszystko całkiem zbędnym (jakby co). Rozmawiałam dzisiaj z kuzynką o rodzinnych grobach – pewien młody chłopak w rodzinie, zmarł na raka, a żył między diagnozą a exitum zaledwie 3 miesiące. Nie zdążył się załapać na prawdziwe leki przeciwbólowe. Możliwe, że leczono go wyżej wymienionym balsamami i nalewkami. Sądzę, że lepiej by wyszedł na wypijaniu codziennej ćwiartki — ale na jego nieszczęście nie był alkoholikiem ani narkomanem. Rodzina narzekała, że utylizacja jego fotografii (miał firmę foto) kosztowała krocie, o wiele więcej, niż wywieziono innych rzeczy na wysypisko.

         Zdążył zrobić zdjęcia z pogrzebu mojego męża — odmienne od takich zwykłych zdjęć z ceremonii pogrzebowych, bo podobno specjalizował się w odmienności rozmaitych zgromadzeń z powodu schizofrenii. Zmarł równo w pierwszą rocznicę śmierci męża. Została po nim wizytówka i rachunek za utylizację trudnych śmieci (mimo, że posegregowanych). Nie zasłużył na leki przeciwbólowe z prawdziwego zdarzenia. Chociaż zasłużył na moją pamięć.

Do zobaczenia Olku!

Babcia ezoteryczna Sezon drugi: wstęp na końcu

To jest ciąg dalszy, a wszystkie dalsze ciągi prowadzą nas niekoniecznie tam gdzie byśmy chcieli dojść. Więc wstępne ideolo pominę, możliwe, że zastąpię go posłowiem, o ile tego posłowia nie zapisze za mnie życie


« Królik w cylindrze Podłączona do akumulatora i elektrycznego gniazdka. »

komentarze

1. to na październik? • autor: Nierozpoznany#6812013-07-23 20:40:59

Kasiu, długo trzeba czekać. Tam się musi zwolnić wcześniej termin. I zwolnić nie z powodu odejścia pacjenta.

2. test dla twardzieli • autor: Jerzy Pomianowski2013-07-23 22:33:23

Miałem rezonans magnetyczny prawie rok temu. Potwierdzam że jest to przeżycie szokujące. Odgłosy "nie z tej planety". Straszliwe pole magnetyczne powoduje, że klient przywiązany do noszy jest szarpany i podrzucany.
Duża rzecz.

3. Bliskość doświadczeń ekstremalnych... • autor: Nierozpoznany#61722013-07-24 14:44:09


Kasiu, współczuję. Mi tydzień temu wycięto operacyjnie hemoroidy. Przedtem przetoczono litr krwi, bo hemoglobina spadła mi poniżej 7. Nie ma takich praktyk szamańskich jak upuszczanie krwi przez tyłek i pozabiegowy ogień w d.... ;)) Tak się przechodzi przejście Plutona przez urodzeniowego Marsa i Saturna przez Księżyc. Dużo zdrowia i wytrwałości. I oceanu cierpliwości do służby zdrowia. Na szczęście dla mnie i szlachetnego siedzenia z taką hemoglobiną przyjęto mnie od razu i na najlepszą proktologię w Polsce. Za to dieta już chyba do końca życia. Pozdrawiam :))
[foto]

4. Moje gratulacje • autor: Katarzyna Urbanowicz2013-07-24 15:31:15

Gratuluję, że wytrzymałeś, trzeba rzeczywistej twardości, żeby mierzyć się z taką operacją. I co potem? Jak żyć? Niestety, ja też należę do osób które wiedzą co to za nieprzyjemność te hemoroidy, zwłaszcza na wiosnę i jesieni... Ale na mnie jeszcze nie przyszła taka pora jak na Ciebie.
Co do szamańskości, pokutuje we mnie przekonanie, nabyte być może w czasie lektur książek o Indianach, którymi zaczytywałam się w dzieciństwie, że bohaterstwo męczonych przy palu nieszczęśników brało się z umiejętności odnajdywania w sobie umiejętności odsuwania bólu do innej komory swojego odczuwania, a ponieważ taką umiejętnością musieli też (w moim przekonaniu) dysponować szamani niedaleko już było do prób przeobrażenia swojego bólu lub deprywacji sensorycznej w niektórych okolicznościach na tę właśnie szamańską umiejętność lokowania cierpienia "gdzieś indziej". Oczywiście lokalizacja bólu nie ma tu znaczenia, ząb, tyłek czy noga dla zasady (jeśli by była słuszna) nie ma znaczenia. Jednak nie udało mi się tego osiągnąć.

5. SoftChief • autor: Nierozpoznany#61722013-07-24 16:42:19


Kasiu, właśnie paradoksalnie do tego, żeby dać się "tam" pokroić twardość jest potrzebna ostatnia w kolejce. Mi organizm nie dał szans - powiedział, albo coś  z tym robisz, albo ja się wykrwawię i już kompletnie nic nie zrobisz. Ja przed tym zabiegiem uciekałem ponad dwa lata, próbowałem różnych cudownych diet, maści, specyfików... Na nic. Zadziałała konwencjonalna medycyna i powierzenie się w ręce fachowców, którzy nie jeden tyłek robili. Zabieg bezbolesny z super znieczuleniem. Trochę gorzej potem, ale od tego jest dostawanie przeciwbólowych w żyłę i np. ketonal, przynajmniej przez pierwsze dwie trzy doby. Czyli nie twardość a zaufanie i pokonanie strachu we własnej głowie. Przecież testu Azji Tuhajbejowicza nie przeżyłoby żadne z nas ;))

W czym mi pomogły "nasze" klimaty? Tarakowa wyrocznia na lato przy trzeciej karcie pokazała "Wisielca". I ja przez te dziesięć dni w szpitalu i teraz na zwolnieniu jestem właśnie w takim zawieszeniu. Już bez hemoroidów, ale jeszcze nie po rekonwalescencji. Do "tych" spraw polecam szpital na Solcu. Personel i lekarze naprawdę z najwyższej półki.  Jeszcze raz - Zdrowia :))

6. tortury medyczne, a szamańskie praktyki • autor: Jerzy Pomianowski2013-07-24 20:44:57

Zastanawiam się czy męczarnie szpitalne da się jakoś podciągnąc pod pod podobną kategorię co chodzenie po węglach, siedzenie po ciemku w saunie, czy zakopanie się w piasku.
Kiedyś wyrywali mi na żywca dwa zęby, bo pani w przychodni nie miała odpowiednich zastrzyków.
Faktycznie, potem czułem się przez pół godziny jakoś dziwnie. Nowo narodzony,  i w posiadaniu  tajemnic życia nie dostępnych innym ludziom.
[foto]

7. A może • autor: Katarzyna Urbanowicz2013-07-25 14:33:21


A może warunkiem jest, żeby tortury zadawać sobie samemu, wówczas o wizje jest łatwiej? (Vide średniowieczni Biczownicy).

Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)