Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

20 czerwca 2012

Wojciech Jóźwiak

z cyklu: Twarda Ścieżka i podobne sposoby (odcinków: 66)

Nie guru

Kategoria: Twarda Ścieżka

« Połączyć źródła Co piszą inni o gurach, czyli o rywalizacji i odkochaniu »

Podczas którychś warsztatów Piotr Adrian Donder powiedział o mnie: „nieguru”. Bardzo spodobał mi się ten tytuł! Bo co mi się marzy, na Twardej Ścieżce i gdzie indziej, to właśnie spotkania takich niegurów. Guru to – niby – nauczyciel, czyli ktoś kto więcej od ciebie wie, potrafi, i ty się od niego uczysz, ale w tym indyjski słówku, którego znaczenie twardogłowi Europejczycy niemiłosiernie pokręcili, mieści się jeszcze coś: że guru, to taki nauczyciel, który wymaga od ciebie bezwzględnego zaufania, ponieważ jego wiedza nieskończenie... - a może nie „nieskończenie” a tylko „jakościowo”, przewyższa twoją. Guru ma szczególną wiedzę i dlatego póki tobie jej nie przekaże i ty nie wejdziesz na jego poziom, to ty nie masz nic do gadania, swój (skażony, ułomny, nierozwinięty itd.) rozsądek odkładasz na bok i ufnie podążasz za guru przyswajając jego pouczenia. Instytucja guru w Indiach przez tysiąclecia jakoś funkcjonowała i była wtopiona w ich kulturę, pojęcia itd. Ale kiedy u nas usłyszano o guru, to niektórzy (tu u nas) wyczuli w tym dobry interes: „jak ogłoszę się guru, to będzie super, bo wszyscy, którzy do mnie przyjdą, będą mnie słuchać, będą mi ślepo wierzyć i będą mi posłuszni”. Różnica jest taka, że guru na gruncie indyjskim reprezentuje tysiącletnią tradycję i wielowątkowy strumień duchowego przekazu, a na gruncie naszym – tylko siebie. Bycie guru jest idealnym zajęciem dla narcyzów i ludzi z rozdętym ego.

Skąd nasi gurowie biorą swoją rangę, swoje „wyznaczenie”, skąd czerpią swój autorytet?

Mają na to wiele sposobów.

Niektórzy podpinają się pod popularne u nas wierzenia i ogłaszają, że mieli i mają widzenia, spotykają się z Jezusami i innymi bogami i dostają od nich specjalna misję. Czyli dość tradycyjnie, zakładają chrześcijańską lub para-chrześcijańską sektę, czasem z domieszką gnostycką, okultystyczną i tp. W tym wyborze jest pewien minus: mianowicie głoszenie, że się spotykało z Jezusem i dostawało do boga misję, jest typowym (w naszym regionie) objawem paranoi, manii czy innej odmiany schizofrenii, więc guru z tej odmiany ryzykuje, że zostanie wzięty za poczciwego wariata.

Niektórzy podpinają się pod „wschód” i powołują się na przekazy od mistrzów z Indii, Japonii, Tybetu, Chin, Filipin itp. W wariancie, podpinają się pod indiańskich szamanów i że przekazy mają od Majów lub Lakotów. Niektórzy mają te przekazy naprawdę i od wiarygodnych mistrzów! (Nie chce wymieniać po nazwiskach, bo nie jestem skarżypyta.) A jednak nie działają jak guru szacowni tylko jak guru narcyzy z ego nadętym.

Trzecia odmiana gurów to ci od blefu założycielskiego (genialny termin, który wynalazł Dariusz Misiuna!) - ci swoje „powołanie” i „przekaz mocy nauczania” zmyślili, czyli po prostu łżą. Tu po nazwisku: najsławniejszym był Gurdżijew.

Czwarta odmiana: gurowie, którzy pochodzą z mistrzorodnych regionów, czyli są rasowymi Hindusami, Majami, Lakotami, z Filipin, z Japonii itd., ale u siebie im nie szło – bo tam nie znaleźli popytu na narcyzm-egotyzm, więc przenieśli się do nas (tzn. zwykle do USA) i... ach, co za rozkosz... zostali takimi pozłacanymi gurami, jak nikt w ich kraju. I jeszcze te gruppies, same dające... Ach. (Nazwisk kilka znam.)

Piąta odmiana: guru samorodny. Nie reprezentuje żadnej linii przekazu. Nie terminował w nieistniejących klasztorach. Nie jest z egzotycznego kraju. Wszystko zawdzięcza sobie i własnemu spontanicznemu procesowi oświecenia i samo-wtajemniczenia.

Zapyta ktoś, co nas oni wszyscy obchodzą? Przecież łatwo jest ich omijać i nie przejmować się. Po co ja w ogóle o nich piszę? - Bo w mówieniu, w komunikacji i w myśleniu jest coś takiego jak w kwantach. Czegoś realnie może nie być (w pobliżu, „tu”) - ale jego wirtualny wpływ się odczuwa. Jak w mechanice kwantowej: jakaś cząsteczka jest „nie tutaj”, oddzielona „od nas” barierą potencjału, ale jednak jej obecność (mierzona funkcją falową) daje znać o sobie także po „naszej” stronie bariery potencjału i zmienia nasze wyniki pomiarów.

Istnienie gurów ma ten zły wpływ, że jak ktoś robi coś osobliwego i ciekawego, z „naszej” czyli rozwojowej dziedziny, to „się” go podejrzewa, że jest guru. I wiele osób nie przyjeżdża na czyjeś warsztaty, bo się obawiają, że będą musieli czcić kolejnego guru, a nie mają ochoty. Ja sam na parę imprez pewnych osób się nie wybrałem właśnie dlatego.

Po drugie, ma ten zły wpływ, że nie sami „performerzy” (aż dziwne, że na tę rolę-zajęcie, nazywane zwykle „prowadzącymi”, dotąd nie ma dobrego słowa – po angielsku chyba też nie ma!) robią z siebie guru, tylko są gurami robieni przez swoich followers. (Tym razem tylko po polsku nie mamy na to słowa.)

Po trzecie, jest taki zły wpływ, że... Tu potrzebuję więcej opowiadania. Guru musi być jeden. Nie można mieć dwóch gurów, bo nie można iść naraz za dwoma przewodnikami dwiema drogami. (Chyba tylko kwanty to potrafią.) Może ich być paru, tych guru, ale tylko wtedy, kiedy sami w swoim gronie tworzą hierarchię, tzn. są poumawiani, kto z nich główny, kto przyboczny. Ale to przypadek szczególny, który istoty sprawy nie narusza. Istota jest taka: skoro guru jest jedyny i wyłączny, to jest dobrem rzadkim. Takim jak zwycięzca na podium. Nie można w dwóch stać na podium. (O ile nie biegnie się w sztafecie.) Wniosek: guru z konieczności muszą rywalizować między sobą. I to ostro.

Nie każdy kto pokazuje innym jakieś ciekawe zabawy jest guru ani chce nim być. Ale w którymś punkcie wyżej napisałem, że kiedy pokazujesz ciekawe zabawy, to rzucany jest na ciebie cień, takie subtelne podejrzenie, że jednak w jakimś stopniu tym guru jesteś. Wniosek kolejny: wraz tym cieniem przychodzi drugi cień, drugie subtelne podejrzenie, że w takim razie jesteś rywalizacyjny. Podejrzenie o rywalizacyjność ma tę paskudną naturę, że samo wzbudza i zasila tę rywalizacyjność. (Podobnie jak to samo tylko bardziej robi agresja: wzbudza agresję u innych.)

Sumując: istnienie instytucji guru wzbudza podejrzenia o rywalizację i rywalizacyjność - co staje się przyczyna rywalizacji. (Podobnie jak w kwantach samo istnienie higgsjonu powoduje ciężkość (masywność) u innych cząstek.)


Na razie wystarczy; piszę to tuż przed letnim przesileniem 2012 i najwidoczniej natura sama postanowiła uczcić to święto jak Bogowie przykazali połączeniem przeciwnych żywiołów Ognia i Wody, bo do zachodu nadciąga burza.

Twarda Ścieżka i podobne sposoby: wstęp na końcu

O tej ścieżce rozwoju, którą sam praktykuję, blog trochę autopromocyjny. ( -- Wojciech Jóźwiak)

Uwaga: Ten blog jest multi-blogiem, czyli każdy praktyk Twardej Ścieżce może tu pisać, jeśli chce.


« Połączyć źródła Co piszą inni o gurach, czyli o rywalizacji i odkochaniu »

komentarze

[foto]

1. Autorytarność • autor: Piotr Jaczewski2012-06-21 10:16:59

Dodajmy, że tu jest podatny grunt na guruizm, jesteśmy przyzwyczajeni do autorytarnego nauczania, autorytarnych postaci, a nawet grupowo akceptujemy zwiększoną dawkę kontroli.
Mamy społecznie tą mieszankę pragnienia wyrazistego nieskazitelnego autorytetu i mieszane uczucia do ujawniających ów rys. I rezultat jest jeden:
Idee rozwojowe pełne są jawnej, "półjawnej" i całkiem subtelnej przemocy pomagającej głoszącym je "rozprawiać się" z ową mieszanką uczuć, resztkami indywidualnego myślenia, a pompować owe wyidealizowane pragnienia followers. Najagresywniejszy mem wygrywa.

Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)