Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

25 stycznia 2015

Katarzyna Urbanowicz

z cyklu: Prababcia ezoteryczna (odcinków: 94)

Nie suknia zdobi człowieka

Kategoria: Obserwacje obyczajowe
Tematy/tagi: obyczaje

« Kontrowersyjne oświecenie autorstwa Izabeli Kopaniszyn Dzień po »

         Wychowawcze napomknienia dawane dzieciom 60 lat temu i dzisiaj bardzo się różnią. Te starsze miały na celu wyrobienie pewnego zespołu zachowań, który pomagał we współżyciu z innymi z jednej strony, z drugiej zaś uczył dziecko przenikania przez zasłonę pozorów. Dzisiaj uważa się, że przenikanie za taką zasłonę nie jest w ogóle potrzebne, skoro panującym hasłem wychowawczym jest: bądź sobą (czytaj: bądź asertywny); prezentuj się jak najlepiej (czytaj: czaruj innych, jak potrafisz). Ponieważ czarowanie innych powoduje, że szybko wierzymy w swoją maskę, paradoksalnie nie przychodzi nam do głowy, że inni też noszą takie maski i nie uważa się za potrzebne ich obnażanie.

         Napomknieniem rodzicielskim, które najlepiej pamiętam z dzieciństwa, jest to, aby nie oceniać człowieka po wyglądzie. W latach po II wojnie światowej (i po poprzednich też) powszechne było zubożenie osób, nawet z „najlepszych” rodzin, dobrze sytuowanych lub świetnie wykształconych, z dorobkiem naukowym lub artystycznym. Wojna i komunizm przeorały szeregi tych „lepszych” osób, które same, często dla ochronnego kamuflażu przed władzą, ubierały się skromnie; nawet jeśli stać je było na lepsze ubiory i warunki życia. Ale najczęściej w wirze wojny utraciły wszystko. Brak mieszkań, szczególnie doskwierający w zrujnowanej Warszawie powodował, że wielu niegdysiejszych właścicieli kamienic i domów gnieździło się w tzw. „komunałkach” – dużych kilkupokojowych mieszkaniach zasiedlonych rozmaitymi ludźmi, z różnych sfer i o różnym poziomie kulturalnym – każda rodzina w jednym pokoju ze wspólną kuchnią i ubikacją. Jednocześnie nowo budowane mieszkania (np. na MDM) przydzielane „budowniczym socjalizmu” zasiedlali ludzie hodujący na przykład świnie w wannach lub kurczaki na balkonie. Skromne ubranie, nie zawsze czyste (nie było pralek, a do wspólnej łazienki, często tylko z zimną wodą, trudno było się dopchnąć, jeśli nie miało się doświadczeń życia w ciasnocie) nie stanowiło więc synonimu człowieka drugiej lub dalszej kategorii. Tak jak dziś trafiają się bezdomni z wyższym wykształceniem, których na tę drogę zepchnęła nieumiejętność dawania sobie rady z trudnościami, tak i wówczas ludzi takich było wielu. Wydelikaceni, wyrafinowani, budzili pogardę masowo napływających do miast ludzi głodnych życia i sukcesu, nieprzejmujących się własnymi brakami w kulturze i ogładzie. Oni też zresztą mieli prawo na nowo stworzyć sobie własne, lepsze życie. Dlatego więc kładziono do głowy dzieciom z „dobrych rodzin”, że nie ocenia się człowieka po wyglądzie (co zapewne bardzo przydałoby się im i dziś).

         Kolejnym przykładem, wtłaczanym do głowy dzieciom, na potwierdzenie słuszności poglądu, że nie należy ludzi oceniać po wyglądzie, byli ludzie, których kariery wyrastały na symbiozie z nową „nomenklaturą”, rozmaitymi funkcjonariuszami, aferzystami, sprytnymi złodziejami i tymi, którzy obłowili się podczas wojny (najczęściej na handlu żydowskim majątkiem). Ci ludzie obnosili się ze swoim sukcesem; w ubraniu, w dobytku starali się pokazać innym, że są górą. Ten wygląd pomagał im zdobywać nowe dobra, oszukiwać nowych naiwnych lub po prostu ich ograbiać, korzystając ze swojej przewagi i „chodów”.

         Dzieci rosły, nabierały własnych doświadczeń, ale świat się wokół nich zmieniał. Wnuki już doskonale identyfikują swoją pozycję w społeczeństwie, umacniają się w niej dzięki dorobkowi rodziców i nie przyjdzie im do głowy jakiś obowiązek wobec niżej usytuowanych w hierarchii społecznej czy też powstrzymanie się od demonstracji poczucia wyższości.

         Każdy z nas (ja też), mimo że pochodząca ze starszego pokolenia i wychowana w opisany wyżej sposób, jednak wstydliwie, w głębi ducha, oceniam czasem ludzi po wyglądzie. Nie interesuje mnie jednak ich status materialny (który jako córka pokolenia osób trzykrotnie tracących dorobek swojego życia uznaję za rzecz przejściową i niepewną), ale coś, co określam miarą sympatii do kogoś. Im większą liczbę osób spotykamy w swoim życiu (na przykład pracując w dużych zespołach ludzkich), tym częściej polegamy na ocenie „od pierwszego spojrzenia” ułatwiającej rozeznanie wśród osób które niedokładnie znamy. Rzadko zdarza nam się weryfikować swój pogląd, ponieważ osób tych już na ogół bliżej nie poznajemy.

         Oglądając na przykład reklamy, w których biorą udział ludzie nieznani lub odgrywający ich role (spoza np. świata aktorów i znanych celebrytów), część z tych osób oceniam wręcz jako niesympatyczne, ale nigdy nie zdołam się przekonać, czy spotkawszy je, polubiłabym, czy nie. Dziwi mnie tylko czasem, że do reklamy wybrano kogoś tak niemiłego już na pierwszy rzut oka. Nie ma to nic wspólnego z urodą, bo na przykład organicznie nie znoszę pewnej ślicznej dziewczyny z porównywarki cen firm ubezpieczeniowych. Oczywiście, w takim przypadku nie muszę weryfikować swojego uczucia antypatii – po prostu przenosi się ona na całą reklamę, a reszta jest zmartwieniem jej producenta i zleceniodawcy.

         To, co wyżej napisałam, jest właściwie o wiele za długim wstępem do świetnego, niezbyt długiego, filmu dokumentalnego Pawła Łozińskiego „Siostry”. http://ninateka.pl/film/siostry-pawel-lozinski

         Film jest doskonały, warto się przemóc i obejrzeć go do końca, choć początkowo wydaje się nudnawy, ale nie jest moim celem jego recenzja, tylko mój odbiór informacji o nim, z rekomendacją pewnej znajomej na FB, że „świetny”. Mam zaufanie do gustu tej znajomej, niemniej oferty rozmaitych filmów na FB pojawiają się na wallu w takiej masie, że gdy się ma wielu „znajomych”, obejrzenie choć kilku pierwszych minut przekracza możliwości i chęci, zwłaszcza, że większość propozycji to zwykły szajs. Wówczas to przydatna okazuje się ocena „na pierwszy rzut oka” tematyki filmu oraz sympatyczności lub nie, jego bohaterów.

         Fotka ilustrująca dwie starsze panie siedzące na ławce przed blokiem wydaje się zwiastować kwintesencję nudziarstwa. Generalnie nie lubię filmów, których akcja dzieje się wśród starych osób, na ogół mnie drażnią swoją litościwością wobec nich i czymś nieokreślonym w spodziewanym podtekście. Jakąś taką familiarnością, założeniem z góry, iż trzeba tym biednym staruszkom coś zorganizować, wspomóc logistycznie ich szwankującą osobowość, pochylić się nad ciężką dolą. Autobusy pełne są wrednych staruszek, podobnie jak blogi szpitalnych lekarzy : http://ostry-dyzur.pl/powrot-do-przyszlosci-i-inne-lobuzerie/ dziwiących się, jaki nieobliczalny szatan wstępuje w te słodkie babcie stojące nad grobem, i generalnie rzecz biorąc, protekcjonalnych wobec „zwyczajnych inaczej”, którzy powinni doczekać w godności i spokoju końca swoich dni, nie narażając intelektu normalnych ludzi na jakieś wygibasy.

         Jednak ten film jest inny. Na pierwszy rzut oka sympatyczniejsza wydawała mi się starsza z sióstr (po lewej), jednak po kilku minutach sympatia przemieściła się na drugą, młodszą (po prawej). Skąd się to wzięło? To jest właśnie etap uproszczenia - oceniania ludzi po wyglądzie. Ta z lewej wydawała się bardziej miękka, kobieca (zapewne za sprawą fryzury) ta z prawej surowsza - pewnie z powodu ciemnych włosów odgarniętych do tyłu. A przecież to ona jest miększa i łagodniejsza, a ta druga przeciwnie, jest "domową terrorystką" która zawsze wie lepiej i dzierży klucze. Druga siostra musi jej się podporządkować i za każdym okrążeniem podwórka (wymuszonym przez starszą) prosić o klucze do mieszkania.

         Jaki stąd płynie morał? Jeden przyziemny: starsze panie powinny stroszyć włosy, a nie gładko odgarniać je do tyłu i wiązać. Wydadzą się sympatyczniejsze, łatwiejsze do strawienia naszym oczom, przywykłym do trendu aktualnej mody. Drugi, poważniejszy: jeśli nie przełamiemy swojej niechęci do rzeczy i osób, które wyglądają brzydko, głupio, niemile, niemodnie, nieuporządkowanie, kontrowersyjnie lub nudno — nigdy nie dowiemy się niczego innego poza zwykłym banałem. Czasem może on nam wystarczyć, ale wbrew pozorom to wcale nie ułatwia życia. Ono wskutek takiego spojrzenia staje się równie banalne i płaskie, jak wszystko, co powierzchowne.

         Smutne jednakowoż, że osoby zwykłe opierać się na owym pierwszym wrażeniu, zajmują się terapią i pomocą innym. Wszak na bezrybiu i rak ryba, ale akurat, czego jak czego, to terapeutów i naprawiaczy świata nam nie brakuje.

Korekta przez: Radek Ziemic (2015-01-27)



« Kontrowersyjne oświecenie autorstwa Izabeli Kopaniszyn Dzień po »

Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)