Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

30 maja 2009

Mirosław Miniszewski

Nie szukajcie prawdy!!!
Refleksje wokół filmu "Antychryst" Larsa von Triera: "...dzieło na wskroś manichejskie, gnostyckie /.../ cios w przedstawicieli New Age, ekologii głębokiej, duchowości, mistycyzmu, feminizmu i czcicieli Matki Natury..."

Kategoria: Pytania i granice
Zob. też: Mirosław Miniszewski, Nie szukajcie prawdy!!! (2009-05-30)

Najnowszy film Larsa von Triera, Antychryst, został wygwizdany przez publiczność zgromadzoną na tegorocznym festiwalu w Cannes. Ja sam natomiast już dawno nie przeżyłem takiej katharsis i dawno nie doświadczyłem tak głębokiej ulgi, jak podczas projekcji tego filmu. Tym większą satysfakcję odczuwam, że należę do tych nielicznych wybranych manichejskich dysydentów, dla których obrazy takie stanowią potwierdzenie, że nie są jedynymi tak właśnie postrzegającymi świat. Jest to bowiem dzieło na wskroś manichejskie, gnostyckie, który bez zbędnych zapośredniczeń dokonuje wiwisekcji na człowieku i otaczającej go naturze. Jest to także cios siekierą między oczy wymierzony w przedstawicieli New Age, ekologii głębokiej, duchowości, mistycyzmu, feminizmu i czcicieli Matki Natury etc., uniemożliwiających ujrzenie świata takim, jak się jawi bez zapośredniczeń, czyli spowitego w potwornym jęku stworzeń przeznaczonych na śmierć. Żadnej mowy o kojącej harmonii i ładzie, żadnej nadziei wybawienia.

Film nie wciska fotel, raczej wysysa zeń i wyrywa z widza wnętrzności. Głównym bohaterem jest Zło. Jednak sposób przestawienia jego epifanii jest zaskakujący dla człowieka otumanionego współczesnością i tanim efekciarstwem sieczki kultury masowej postchrześcijańskiej epoki. Z każdą sceną staje się wiadomym, że akcja wiedzie ku narodzinom tytułowego Antychrysta. Klasyczna, dramatyczna konstrukcja przygotowuje widza do nieuniknionego, przerażającego finału.

Pierwszy akt spływa melancholijnymi dźwiękami Händlowskiej arii Lascia ch'io pianga z opery Rinaldo. Daj mi się wypłakać nad mym okrutnym losem / I westchnąć nad mą utraconą wolnością... Kopulująca w czarno-białej scenerii para nie zauważa swego małego synka, który nieupilnowany wychodzi na parapet okna i spada na dół ginąc na miejscu. Odwrotnie, niż w Dziecku Rosemary Romana Polańskiego, Szatan nie przyjdzie tu na świat pod postacią dzidziusia - byłoby to zbyt banalne i konwencjonalne. Zło zostanie wyrwane i wywleczone na świat pazurami ojca, który jako światowej sławy psychiatra, łamiąc wszystkie zasady sztuki analizy psychologicznej, podejmuje się terapii swej żony pogrążonej w niewyobrażalnym smutku.

Film jest w zasadzie zreinterpretowaną opowieścią o Adamie i Ewie, a wprost na ten trop nakierowuje widza reżyser, wysyłając pogrążoną w żałobie parę do leśnej posiadłości, której nazwa brzmi Eden. Jadą tam, gdyż kobieta w czasie terapii ujawnia, że to, co budzi w niej największe przerażenie to las, przyroda. W tymże Edenie spędziła też sama ze synkiem ostatnie lato. Pisała wtedy pracę dyplomową o szesnastowiecznym ludobójstwie dokonanym na czarownicach. Ten temat to delikatnie zarysowane tło dalszych wydarzeń. Tam, jak sądzi mąż, znajduje się rozwiązanie jej problemu. Jak na Eden przystało mamy tam Drzewo - suchy kikut starego drzewa - i owoc poznania dobra i zła, pod postacią permanentnie i diabelsko tłukących w dach domostwa spadających żołędzi, które przywołując skojarzenie z żołądzią prącia, przypominają kobiecie, zafiksowanej na penisie swego męża, że już w samym nasieniu tkwi zalążek śmierci i rozkładu.

Kolejne etapy psychoanalizy ujawniają pokłady paraliżującego ją strachu, którego źródłem jest Szatan. Inaczej jednak niż w konwencjonalnej formule, nie ujawnia się on jako prychające siarką monstrum. W tym miejscu następuje kluczowy zwrot i nowatorski rys pomysłu von Triera. Kobieta zdradza bowiem, że kościołem Szatana jest sama Natura. To leśne zwierzątka: jelonek, lisek i kruk, które w klasycznych bajkach są sympatycznymi stworkami, tutaj są wysłannikami samych piekieł i zwiastują nadchodzący horror.

Nie dajmy się zwieść łatwym interpretacjom. Wiadomo, że to chrześcijaństwo narysowało Szatana pod postacią Satyra. To kapłani, bojąc się zła, umieścili je w przyrodzie. Tylko, że dla nich została ona jedynie nim skażona, kiedyś zaś dostąpi przebóstwienia. W chrześcijaństwie jest nadzieja, że kiedyś całe stworzenie wróci do harmonii, a spowijające naturę zło jest stanem tymczasowym. Chrześcijanin zachwyca się przyrodą i ubolewa nad tym, że tymczasowo wziął ją w posiadanie Książę Tego Świata. We Antychryście (podobnie, jak w gnostyckich tradycjach) tego nie ma. Jądro natury jest samym złem w postaci czystej. Człowiek, jego seksualność, biologia, cielesność to także naczynia chaosu. Zaś zło samo przychodzi na świat najpierw pod postacią kobiety, a jego medium jest jej łechtaczka.

Wprost pornograficzne i sadystyczne sceny - uderzanie polanem drewna w sterczący we wzwodzie penis, masturbacja zakończona obfitym wytryskiem krwi, czy też finałowa scena wycięcia sobie łechtaczki za pomocą zardzewiałych nożyczek - nie powinny widza odwodzić od zasadniczego znaczenia tych gestów. Tutaj jest on bowiem narażony na podwójne zapośredniczenie. Zupełnie jak w tym dowcipie o dwóch Żydach: "powiedz mnie Chaim, dlaczego ty mówisz, że jedziesz do Krakowa, tak iżbym myślał, że jedziesz do Lwowa, skoro naprawdę jedziesz do Krakowa?" Niczym manichejscy electi [łac. wybrani] czy gnostyccy pneumatikoi [gr. ludzie ducha], Lars von Trier ujawnia tutaj niezapośredniczoną wizję seksualności i narzędzi prokreacji jako wprost zaprzęgniętych na służbę Zła. Nie mogę znieść tego, że całe stworzenie jęczy na swej drodze ku śmierci - mówi kobieta. Ona widzi, że wszystko umiera, że same narodziny są początkiem śmierci, że nawet w trawie czai się zło, bo jedno stworzenie w niej zamieszkujące pożera inne. Ona samą siebie też postrzega jako siedlisko szatańskich mocy - to jest źródło jej paradoksalnej traumy.

Na innym poziomie jest to też film o szperaczach poszukujących prawdy w bebechach ludzkiej psychiki. O psychologach, terapeutach, miejskich szamanach, doradcach duchowych i wszelkiej maści mistrzach duchowych, którzy w swym zadufaniu i z miną zwycięzców odkrywają przed swymi uczniami i pacjentami prawdę. Bohater filmu, psychoanalityk, właśnie wtedy, kiedy dokopuje się do poszukiwanej prawdy leżącej pod samym źródłem traumy swej żony, już po chwili tego żałuje, a towarzyszy temu wielki świder przebijający jego nogę po to tylko, aby żona przewlec mogła przez ranę oś wielkiego kamienia od ostrzałki. Zanalizowana partnerka nie chce, aby ją teraz zostawił - całkiem nagą w prawdzie o niej samej - wiec unieruchamia go, zadając mu uprzednio wymyślne tortury. Prawda nie nadaje się do ujawniania, jest bowiem czymś przerażającym.

Aniołami Zła są we filmie Trzej Żebracy: Żal, Niepokój i Ból. Manifestują się pod postacią zwierzątek wtedy, gdy człowiek doznaje traumy - rozrywają mu duszę na strzępy. Wówczas ktoś musi umrzeć. Przeto kiedy Lisek, Kruk i Jelonek zbliżają się do filmowych bohaterów, ujawnia się przerażająca prawda: kiedy ich synek wchodził na parapet i spadał w dół, pogrążona w seksualnym uniesieniu ludzka samica patrzyła na to zdarzenie z pełnym obojętności wzrokiem. Wyparta pamięć o tym była częścią jej traumy.

Daj mi się wypłakać nad mym okrutnym losem / I westchnąć nad mą utraconą wolnością... Nie warto analizować bebechów ludzkiej psychiki. Nie wolno zalewać egzystencjalnego cierpienia domestosem psychoterapii. To depresja jest naturalnym stanem pogrążonego w świecie człowieka. Szczęścia doświadczają tylko idioci. Z traumy leczą się (a raczej znieczulają się) tylko mięczaki. Psychologowie to zwykłe gnidy usypiające czujność wobec zła, z którym z poziomu tego świata nie wygramy, ale przed którym nie wolno uciekać. Psychologia to kłamstwo wymyślone przez Archontów. Pozwólcie nam ryczeć w bólu i wić się w spazmach naszej bezsensownej egzystencji, wy, kapłani nowoczesnej religii. Nie macie pojęcia, co kryje się w człowieku... Nie ma w nas żadnego piękna, harmonii i sensu. Żadnego potencjału i dobra. Jesteśmy w swej cielesności utkani z materii zła.

Jakiekolwiek wyjście poza nią nie jest jednak obecne w opowiadanej przez duńskiego reżysera historii. I to najbardziej mnie ukoiło. Dlatego właśnie tak ten film mnie oczyścił, bo coś we mnie zawyło i przeszył mnie straszliwy ból. Zwolnił mnie on na chwilę z konieczności traktowania rzeczywistości poważnie - martwienia się śmiercią i przemijaniem. Tak, jak pożerające się nawzajem zwierzęta nic nie znaczą - ich śmierć nie ma ani celu, ani sensu, ani znaczenia, tak samo jest z nami. To, że żyjemy i umrzemy, to NIC. Nie muszę nic z tym NICZYM robić.

Mylić się będzie jednak ten, co uzna taką postawę za nihilizm. Tutaj przybliża się ona raczej do buddyzmu, jednak podobieństwo doń jest płytkie i zewnętrzne. Trzej Żebracy mają być także - według zamysłu reżysera - trzema gwiazdozbiorami. Żal, Niepokój i Ból, zarysowane są konturami Jelonka, Kruka i Liska. Mężczyzna znajduje jedną z książek kobiety, w której są one ujęte na astrologicznej mapie nieba. We finałowej scenie, kiedy zło wypełza z kobiety w strugach krwi i przy wtórze jej diabelskiego wycia, krzyczy on, niczym półoświecony adept zen: Przecież nie ma takich konstelacji! Na to kobieta odpowiada mu z diabelskim uśmiechem: Tak, to prawda, ale nie ma to żadnego znaczenia. Żal, Niepokój i Ból, aniołowie Trierowskiej apokalipsy są zaiste ułudą. Rodzą się w obłąkanym umyśle kobiety. Ale właśnie, nie ma to żadnego znaczenia! Rozrywająca wnętrzności rozpacz i cierpienie ją powodujące oraz niepokój o fragmentowane boleścią i świadomością śmierci JA, jest tyleż prawdziwe, co złudne. Niemniej jest to całkowicie realne doświadczane. Groza prawdy polega na tym, że naprawdę cierpimy i nie ma przed tym ucieczki! I ten rys nie pozwala nam nader łatwo i po buddyjsku strząsnąć z siebie własnego losu, który trzeba przejść do samego końca, bez perspektywy poczucia sensu swego cierpienia. W tym ujęciu mogę mieć w dupie etykę, ekologię, wegetarianizm i rozwój duchowy. Mogę w tym stanie świadomości uchwycić najgłębszy rdzeń ludzkiej wolności z perspektywy czysto manichejskiej - jestem absolutnie wolny, bo nic nie znaczę ani ja, ani moje czyny. I właśnie dlatego, że jestem tak wolny, mogę myśleć i postępować według prawideł etyki, mieć ekologiczne podejście i być wegetarianinem oraz szukać wyjścia poza obłęd tego świata. Tak samo, jak gnostycy byli wegetarianami, myśleli i działali ekologicznie, a ich czyny poprzedzał głęboki, etyczny namysł. Nie ze względu na wartość tego świata, ale wyłącznie ze względu na wolność, która pozwala na nieprzykładanie ręki do łańcucha cierpień żyjących istot. To nie jest buddyjska ahinsa - tutaj znowu łatwo o pomyłkę w interpretacji podobieństw - to raczej dojmujące obrzydzenie do natury i jęku śmierci z niej się wydobywającego.

Aby jednak właściwie zrozumieć znaczenie tej ścieżki trzeba koniecznie uniknąć pułapki podwójnego zapośredniczenia i patrząc na zło nie udawać, że postrzega się dobro, bo widać właśnie zło i tylko zło. Prawdę o świecie można znieść tylko w kontekście jego horyzontów. W innym wypadku, pod żadnym pozorem nie wolno jej szukać i ujawniać. Prawda nie pozostawia już nic więcej poza sobą samą. Jej poznanie jest jednoznaczne ze śmiercią.

To jest owa odwieczna wojna toczona między Dobrem a Złem. Tylko, pneumatikoi i electi są w stanie pojąć wagę nie-działania w świecie i zastosować perwersyjną metodę osiągania wolności. Nie da się bowiem przejść piekieł tego świata pomijając je drogą na skróty. Aby ujrzeć świt nadziei poza horyzontem światów, trzeba wejść w czystą negatywność i dać się jej zniszczyć, począwszy od własnoręcznego wycięcia sobie łechtaczki.


Mirosław Miniszewski

miniszewski@onet.eu



Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)