W ciekawym tekście Alheana "Pieczęć..." jest kilka momentów, które wydają się słabsze, jak gdyby autor czegoś nie doczytał lub droczył się z czytelnikiem czy ten wyłapie naciągane tezy. Lektura całości natomiast inspiruje do zgoła niereligijnych wniosków i prowadzi do gabinetu w którym kwiat swych myśli spisywał Karol Darwin.
Autor opisując działalność kościoła sam pozostaje w obrębie głoszonego przezeń paradygmatu co nie jest chyba zamierzone. Szatan, do którego według niego odwołuje się KK to przecież jego ulubione dziecko, bez którego straciłby rację bytu. Jest to zresztą lokalny wynalazek bliskowschodni, zdaje się że perski, który potem przejęły okoliczne ludy a ze szczególnym upodobaniem monoteizmy. W ich uproszczonej wizji świata, czarno-białej, dualistycznej, szatan jest po prostu niezbędny. W innych kulturach tak radykalny anty-bóg jest właściwie nieznany, zamiast niego kłębią się gromady demonów które raczej bywają złe, niż są takie na stałe, raczej załatwiają swoje ciemne sprawki niż sprzeciwiają się legalnemu władcy świata. W szamańskich wizjach świata dolnego i górnego występują co prawda przeciwstawni bogowie, ale żaden z nich nie uzurpuje sobie praw do władzy nad królestwem drugiego. W niektórych religiach jest takich bogów więcej niż dwóch. Dlatego imputowanie KK jakoby był organizacją satanistyczną jest pewnym nadużyciem, chyba, że w tym sensie iż hoduje on szatana tak, jak "lecznicze" szampony hodują łupież. Szatan istnieje, ale wewnątrz kościoła. Kościół mu nie podlega - jest na odwrót.
Skąd odwołanie do (a raczej od) szatana np. w czasie chrztu? No cóż, nie uważało się na lekcjach religii. Otóż wg KK cały świat namacalny od czasów Adama i Ewy pogrążony jest w grzechu, tj. pozostaje pod władzą szatana, pana tego świata. Jedynie kościół jest wyspą w tym oceanie nieprawości (i dlatego nie ma zbawienia poza kościołem, co ostatnio się rozmywa ale nadal obowiązuje), a chrzest jest m. in. ceremonią przyjęcia do tej wspólnoty. To z kolei zakłada wyrzeczenie się wspólnoty szatana czyli de facto pozakościelnego świata. Na wszelki wypadek, aby delikwent nie zmienił zdania robią to za niego rodzice chrzestni, gdy ten jest jeszcze nieprzytomny z powodu młodego wieku.
Podobnych momentów jest w tekście Alheana więcej, cały artykuł otwiera jednak oczy na zjawisko które wyprowadza nas niespodziewanie z dusznej nawy utarczek religijnych wprost na otwarte pole zmagań jak najbardziej zgodnych z naturą.
Otóż w KK istnieje cała masa obrzędów które, by tak rzec, wymknęły się spod kontroli i zatraciły swój pierwotny sens (przykładem opisane pieczętowanie czakramów). Powiedziałbym nawet, że nie ma innych.
I tu przydaje się spojrzenie bystrym okiem ewolucjonisty.
W całej przyrodzie, włączając w to twory ludzkiego ducha, pełno jest bytów reliktowych, które od dawna nie pełnią już swoich pierwotnych funkcji i albo przejęły nowe, albo jedyną ich funkcją jest podtrzymywanie własnego istnienia. Jest to jedno z najbardziej charakterystycznych zjawisk dla całego ożywionego świata i być może do bytów reliktowych należy zaliczyć wszystko co żyje, zważywszy, że życie wciąż przybiera nowe formy. O tym, jak funkcjonują takie reliktowe zjawiska w przyrodzie uczyliśmy się na lekcjach biologii. To, co nie przeszkadza - często zostaje w procesie ewolucji zachowane a niekiedy - wykorzystane. Kość ogonowa która służyła kiedyś do machania, obecnie przydaje się do siedzenia. Do czego służą włosy pod pachami wie tylko matka natura, ale zważywszy choćby na wysoką sprzedaż depilatorów - mają się jak najlepiej. Nie inaczej jest w świecie ludzkich wytworów. Wystarczy przyjrzeć się jak ewoluował wygląd strojów, broni, pojazdów, architektury, aby dostrzec to samo zjawisko. Popularna rustyka (zdobienia fasady budynku w kształcie poziomych belek) to nic innego jak zbędne z punktu widzenia funkcji naśladownictwo drewnianych bali z których budowano wcześniej. Takie przykłady spotkać można na każdym kroku. O tym, że podobne zjawiska mają miejsce i w kulturze pisało wielu, choćby Marks. Jego teza o alienacji pewnych zjawisk społecznych opisuje właśnie ten fenomen.
Jak to się ma do tekstu Alheana o KK?
Z jego słów wynika, że kościół to cyniczna organizacja założona w celu energetycznej bandyterki. Jednak moim zdaniem kościół jedynie zachowuje się jak taka organizacja, a to co innego. Zamiast złych intencji KK przypisałbym mu raczej bezwładność z jaką płynie przez fale wieków oraz niesamowitą zdolność przystosowania do zmiennych okoliczności.
Owocuje to zjawiskami, które trafnie opisał Alhean w swoim tekście. "Pieczętowaniem" wiernych, strzyżeniem ich energii (jaką piękną bazylikę zafundowali ubodzy polscy katolicy w Licheniu!), oraz nieustannym programowaniem owieczek do działania zgodnego z interesami kościoła, a niekoniecznie poprawiającymi jakość życia ich samych.
Jeśli komuś wydaje się to oburzające, warto zauważyć, że tego scenariusza nie wymyśliło paru cwanych Żydów dwa tysiące lat temu przy szklaneczce koszernego trunku. Ten scenariusz sam się wymyśla i powtarza od eonów, a może jeszcze dłużej. W ten sposób powstały pierwsze kolonie bakterii, stada wirusów, religie, państwa, a ostatnio wielkie korporacje. Ich wspólną cechą jest to, że nijak nie mają się do swoich pierwotnych celów i niczemu nie służą poza samymi sobie. Wszyscy pamiętamy, jak wyglądała komunistyczna rzeczywistość. Ten system, który miał być jedynym prawdziwym humanizmem, oazą sprawiedliwości społecznej i powszechnego dobrobytu od samego początku zaczął mutować by w rezultacie stać się swym własnym zaprzeczeniem. Potrzeba było na to zaledwie kilkudziesięciu lat. W końcu przybrał formę tak "nieergonomiczną" i perwersyjną, że skonał przy życzliwej pomocy innych, lepiej przystosowanych systemów, w tym kościoła. W wolnym świecie nie jest dużo lepiej. Czytałem ostatnio ciekawy artykuł o amerykańskiej sieci hipermaketów, największej na świecie. Swój sukces zawdzięcza ona bezwzględnemu cięciu kosztów. Zarzyna to zarówno dostawców którzy sprzedają poniżej granicy opłacalności, jak i pracowników, którzy tyrają za grosze. Oszczędności klientów są iluzoryczne, bo okolica wokół hipermarketu biednieje, nie wspominając o niszczeniu relacji międzyludzkich. Właściciele sieci i ich rodziny prawdopodobnie od dawna nie mogą sobie nic kupić, bo wszystko już mają. Na pytanie reportera "po co to wszystko?" przedstawiciel sieci odpowiedział: "Chcemy rosnąć..."
Najwyraźniej istnieje jakaś nisza ekologiczna która przyciąga podobne zjawiska. Nisza na pograniczu materialnego świata i świata ludzkich wytworów, kultury a może nawet ducha. Sfera w której zagnieździć się mogą pasożyty tak wielkie, że na co dzień ich nie widać, co najwyżej czuć kiedy sięgają do naszej kieszeni albo każą umierać za swoje interesy.
Trudno jednak oceniać tego typu zjawiska w kategoriach dobra i zła, ohydy i piękna oraz jakiegokolwiek celu, bo wówczas taka ocena musiałaby dotyczyć również całego życia, które rozwija się według podobnych zasad, po trupach mniejszych i słabszych. I nie po to, aby cokolwiek osiągnąć ale aby zaistnieć, bo po prostu są do tego warunki. Problem zaczyna się wtedy, gdy trupów jest zbyt wiele. Do tego jednak nie dochodzi prawie nigdy. Mechanizmy doboru naturalnego każą drapieżnikom i pasożytom ograniczać żarłoczność, pozostawić pewną ilość owiec do strzyżenia, z czego na dłuższą metę zadowolone są obie strony. Rzeczywistość - choć za wysoką cenę zostaje oswojona, chaos staje się przewidywalny a życie, choćby ciężkie, daje się znieść.
Wydaje się, że tylko jakaś kosmiczna katastrofa może zmienić ustalony porządek. Taka, jak egzekucja dinozaurów miliony lat temu. Zauważmy, że o taką katastrofę modlą się ci, którzy chcieliby zająć miejsce wielkich pasożytów. I zaraz zapominają o niej, gdy już to miejsce zajmą.
Przypadkowy przechodzień, który nie czuje się owcą ale targa nim wstręt wobec żarłoczności tych pasożytów także życzy im jak najgorzej. Rozumiejąc jego odrazę chce się jednak zapytać: Jak przekonać naturę, żeby nagle znosiła próżnię? Co zrobić, żeby ludzie przestali być sobą i zaczęli w wielkich grupach postępować mądrze? Niestety nie ma prostej odpowiedzi na takie pytania. Ani prostych lekarstw. Z tymi ostatnimi w ogóle warto uważać bo przynoszą skutek odwrotny do zamierzonego. Dlatego ci, którzy marzą o czerwonej pastylce, jak z Matriksa, powinni liczyć się z tym, że jeśli wydostaną się spod opiekuńczych skrzydeł czarnego sępa, to pewnie będą musieli defiladowym krokiem maszerować przed lśniącym obliczem jakiegoś przewodniczącego lub modlić się na gwizdek pięć razy dziennie.
Z pozdrowieniami dla wszystkich braci w niewierze
Inqbus
26 czerwca 2004
Autor, jego teksty
Aby pisać komentarze zaloguj się lub zarejestruj.
Drukuj