Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

07 czerwca 2006

Aleksandra Nimue Kosakowska

Niepojęte... Wspomnienie o Danusi Pawłowskiej
O Danusi Pawłowskiej, 1955-2006

Kategoria: Wspomnienia

... wydawało mi się, że w życiu Danusi rozpoczął się dopiero niedawno nowy rozdział, że ta historia dopiero nabiera rozpędu, dojrzewa do pełnej manifestacji. Wiem, że zaledwie kilka lat temu zdecydowała się zostawić pracę w biurze i zacząć nowe życie - poszła do szkoły medycyny naturalnej, nauczyła się masażu, zaczęła brać udział w sesjach rebirthingu. Poprzednie lata upłynęły jej jakby na spełnianiu wymagań społeczeństwa: wychowywanie synów, praca, dom. Trzeba było dużej odwagi, by zrezygnować ze stałej pracy i zacząć działać na własna rękę - nie zawsze legalnie, najczęściej u kogoś na zapleczu, bez rejestrowania działalności, oficjalnie dorabiając jako sprzątaczka. Ostatecznym momentem zerwania ze starym życiem był dla niej chyba rozwód z mężem i przeprowadzka do ojca. Decyzja niełatwa, bo kontakt z nim wymagał wiele cierpliwości. Mówiła mi jednak, że jest ostatnio tak bardzo pogodzona z życiem, że ta sytuacja nie frustruje jej w żaden sposób, że skupia się na rozumieniu znaczeń swojej relacji z ojcem i akceptuje brak możliwości porozumienia z nim. Czy na pewno? Nie wiem - nie wiem, co tak naprawdę popchnęło ją do podjęcia decyzji o wyjeździe na Zachód do pracy. Może jednak chciała uciec? Może planowała jakąś inwestycję, na którą potrzebne jej były pieniądze, może chciała się sprawdzić? Wiem, że gdy pisała do mnie w połowie kwietnia, była już raczej zmęczona - jak zawsze dzielna, ale zmęczona, pisała, że chce jechać na jakieś warsztaty pracy z głosem, bo coś utkwiło jej w gardle i ma jakieś uczulenie, problemy z oddychaniem, zastanawiała się nad warsztatami Witka Kozłowskiego, albo nad przyjazdem tu do mnie - do Węgajt. Ostatecznie pojechała na szałas potu do Marcina. Pamiętam jej e-mail relacjonujący to spotkanie: tak wiele energii, poczucie odlotu i ulga, bo okazało się, że jej uczulenie ma podłoże stresowe, a nie alergiczne - była przekonana, że wszystko będzie dobrze.

Trudno to przyjąć, bo wydaje się, jakby spełnieniem jej życia miało być samo tylko odważenie się, by wyruszyć, jakby dotarcie było nieistotne. Pragnęłabym, by odwaga wyruszenia owocowała spełnieniem w dotarciu, odkryciem skarbu, wejściem na szczyt, manifestacją pełni. Tymczasem Danusia dopiero jakby wypróbowywała swoją nową drogę, powoli zaczęła sama prowadzić własne warsztaty z rebirthingu, pisać artykuły, szukać pełnego usamodzielnienia. Byłam pewna, że dojrzewa do roli nauczyciela-przewodnika, że jeszcze parę lat i będzie z dużym rozeznaniem prowadzić innych na ich ścieżkach, bo na razie potrzebuje jeszcze czasu na poukładanie swoich spraw. To tak, jakby spełnienie przyszło przed dojrzałością, niezauważalnie, jakby spełnieniem było zamknięcie starych spraw i wyruszenie w kierunku nowych, bez potrzeby zwieńczenia rozpoczętego.

Danusia była pierwszą osobą, którą poznałam na warsztatach dwa lata temu. Gdy przyjechałam, Małgosia powiedziała mi, że jest już jakaś kobieta, ale poszła na spacer, rozstawiłam wiec namiot i planowałam położyć się spać. Po chwili Danusia zjawiła się przy moim namiocie. Byłam zmęczona i w sumie jeszcze niegotowa na kontakt z innymi, ale jej otwartość wybiła mnie z senności i poszłyśmy razem do lasu. Miałam już wtedy kilku przyjaciół starszych ode mnie o wiele lat, ale po raz kolejny zaskoczyło mnie, jak łatwo i głęboko wchodzę w kontakt z osobą, która ma dzieci w moim wieku. Wiem, że dla niej ta różnica także nie miała znaczenia - od razu poczułyśmy w sobie pokrewne dusze i ze względu na wspólne zainteresowania (masaże) i na pewną wspólnotę charakterów: dzielne dziewczynki, które zawsze umiały zacisnąć zęby i pokazać, że mogą jeszcze więcej. Obie byłyśmy na etapie uwalniania się od tego cholernego udowadniania, szukałyśmy miękkości, poddania się, zaufania. Nie wiem komu było trudniej - wiem, że Danusia miała większy z pewnością dystans do życia, ale za to wiele dziesięcioleci tego wyniszczającego treningu za sobą. Patrzyłam na jej brzuch i widziałam jak bardzo jest napięty, płaski jak u nastolatki, ale twardy jak pancerz wojownika. Mówiła, że czuje tam dziurę energetyczna, dużą blokadę, nagromadzenie zestarzałych emocji. Pamiętam jak tej nocy, gdy po raz pierwszy przechodziliśmy po ogniu, wyła i charczała próbując wyrzucić to z siebie, znaleźć rozluźnienie. To spięcie miało z pewnością swój związek z mężczyznami. Obie byłyśmy kobietami, które chciały być silniejsze niż mężczyźni. Mówiła, że w jej rodzinie to normalne: kobiety zawsze nosiły wszystko na swoich barkach, a jednocześnie pogardzały słabością swoich partnerów, ona była kolejna twarda. Szukała od tego uwolnienia. Na ostatnich warsztatach w sierpniu przywiozła ze sobą zdjęcia: byli tam synowie, jeden podczas przysięgi wojskowej - ona przy nim taka mała, a taka mocna. Ale były też dwa zdjęcia w jej pokoju robione w odstępie około pół roku - przywiozła je specjalnie dla porównania. Na pierwszym stoi oparta pięściami o stół, z sylwetką pełną napięcia, na drugim siedzi, niemal spływając z fotela: pełne rozluźnienie. Pokazała mi je, by zobrazować zmianę - to, że udało jej się puścić, wyluzować. Nie wiem czemu w tej sytuacji wyjechała jednak do tej pracy - kolejny skok, naprężenie, konieczność ponownego zaciśnięcia zębów, podczas gdy jej dusza szukała już spokoju i miękkości....

I znalazła...

Aleksandra Kosakowska
kassandra.k@neostrada.pl

Danusia Pawłowska zmarła 3 czerwca 2006. Zobacz o Niej też TU.





Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)