Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

18 maja 2015

Katarzyna Urbanowicz

z cyklu: Prababcia ezoteryczna (odcinków: 94)

Niestosowne narzucanie się

Kategoria: Własne doświadczenia
Tematy/tagi: obyczaje

« Jak wychwalać kandydata na prezydenta Tragedia w klimacie zdumiewającej beztroski »

         Ostatnio znalazłam się w towarzystwie moich rówieśników, uczniów zupełnie innej niż moja szkoły, dawnych harcerzy — niejako przypadkowo, reprezentując na ich spotkaniu klasowym kogoś, kogo już nie ma na tym świecie, ale widnieje na wielu, z pietyzmem gromadzonych fotografiach z tamtych czasów. Spotkanie odbyło się w pięknym i zadbanym ogrodzie, wśród licznych kwitnących krzewów. Wielu uczestników miało za sobą ciężkie choroby i życiowe przeciwieństwa, ale to wszystko przestało być ważne, gdy na spotkaniu pojawiła się współczesna harcerka, wnuczka jednej z uczestniczek, nagrywająca harcerskie i szkolne wspomnienia siedemdziesięciolatków. Zdobywała w ten sposób jakąś sprawność.

         Zazdrościłam im tej żywości wspomnień i tego, że spotykają się co kilka lat, utrzymują ze sobą kontakt, wspominają szkolne i harcerskie anegdoty i że potrafią na te wspomnienia spojrzeć z szerszej perspektywy, powiązać je z ówczesną sytuację polityczną, którą przecież wówczas każdy odbierał jako tło, nie do ruszenia; coś w rodzaju pór roku czy koryta rzeki — nie ma sensu się nad nią zastanawiać, bo i tak nie możemy nic zmienić. Młodzieńcze wybryki w rodzaju okrzyków na pochodzie pierwszomajowym, stanowiących odpowiedź na wołanie ówczesnego zapiewajły: „Niech żyją studenci polscy” — „niech żyją, ale za co?!” niewiele różnią się z pozoru od obecnych okrzyków w trakcie przejazdu bronkobusów — „Raz sierpem raz młotem czerwoną hołotę” — poza tym oczywiście, iż obecnym wrzaskunom nic nie grozi, dopóki ograniczają się do wrzasków.

         Jako ilustrację moich szkolnych lat załączam pocztówkę, jaką otrzymałam od mojej koleżanki z harcerstwa. Moja przygoda z harcerstwem była krótka i zupełnie nie przypominała przygód osób z omawianego spotkania. W mojej szkole bowiem było całkiem inne harcerstwo i zaraz zrozumiecie dlaczego. Litościwie przycięłam skan ukrywając podpis koleżanki, która do niedawna przynajmniej, pełniła ważną polityczną funkcję.

Najciekawsze, że ani ona, ani ja, nie należałyśmy do partii!

         Ale wracam do spotkania i innych z niego refleksji. Zazdrościłam im tych wspomnień. Moja szkoła, położona na ówczesnych peryferiach Warszawy, nie odznaczała się taką mocą integracyjną. Prawdę mówiąc, chyba nikt z pedagogów nie widział jakiegokolwiek pożytku z uczniowskich przyjaźni. Nasza szkoła miała u steru dwie kobiety: dyrektorkę i wicedyrektorkę, nauczycielkę łaciny, ongiś wespół trzymające mocną ręką żeńską szkołę; ale w tych latach, kiedy ja się uczyłam, szkoła była już koedukacyjna, choć sterowanie nią wykorzystywało wszelkie atrybuty kobiecego władztwa. Szalały tzw. „klasowe trójki” złożone z rodziców, a właściwie matek, zajmujące się głównie tropieniem i śledzeniem uczennic, pilnowania ich strojów, moralności, włącznie z zaglądaniem przez okna i niespodziewanymi wizytacjami imieninowych prywatek.

         Pamiętam jedne z takich imienin, u mnie w domu, w tzw. holu, którego ukształtowanie pozwoliło na skrycie się w czasie tańca pewnej pary za piecem, a którą to żeńską częścią tej pary była opisywana już wcześniej moja przyjaciółka (obecna pani profesor). Zdemaskowanie nastąpiło poprzez wgląd przez okienko w drzwiach, do którego przedstawicielki „trójki” zapuściły żurawia i zobaczyły skraj czerwonej, taftowej sukienki na złożonej z pienistych koronek śnieżnobiałej halce, po czym rozpoznano delikwentkę, jako że jej ojciec, piastujący ważne stanowiska państwowe, wyjeżdżał za granicę i przywoził córce stamtąd ciuchy niedostępne innym dziewczynom. Organizatorka prywatki (to znaczy ja) i moja przyjaciółka (jej partnera w tańcu i chłopaka nie zaproszono — mężczyzn nie ścigano w sprawach moralności, tylko dziewczyny i ich matki) zostałyśmy wezwane przed oblicze dyrektorki i usłyszałyśmy poważne ostrzeżenia, łącznie z możliwością otrzymania oceny dostatecznej ze „sprawowania” na koniec roku. Nie dlatego, żeby delikwenci robili coś niestosownego (tego nie można było zobaczyć przez żadne okno), ale z tego powodu, że się schowali przed resztą towarzystwa. Nie można zapomnieć, że ocena niedostateczna wówczas w praktyce nie istniała. Przy okazji wyszło na jaw, iż denuncjacji dokonała jedna z zaproszonych naszych koleżanek, której od tamtej pory wszystkie dziewczyny dokuczały, nie bacząc na to, że jej mama jest w „trójce”.

         Innym razem znowu ja podpadłam, ponieważ stałam na klatce schodowej bloku i długo rozmawiałam z chłopakiem i na nic się zdały moje tłumaczenia, że nie był to żaden chłopak, tylko moja przyjaciółka, ponieważ nikt nie uwierzył, że miała na sobie spodnie. Dziewczyny w tamtych czasach i w tamtej dzielnicy nie ośmieliłyby się pokazać w spodniach (chyba że na WF), a ona założyła spodnie od dresu, bo sprzątała mieszkanie i pastowała podłogi, rozmawiała zaś ze mną na klatce schodowej, bo zwyczajnie matka nie pozwoliłaby jej plotkować z koleżanką, tylko zagoniłaby ją z powrotem do pracy.

         Jednym słowem moralne wymagania przeniesione były żywcem z żeńskiej szkoły z epoki przedwojennej albo jeszcze wcześniejszej i wspierano raczej rywalizację między dziewczętami, niż współpracę. W naszej, czterdziestoparoosobowej, łacińskiej klasie było tylko 3 czy 4 chłopców i ich życie towarzyskie odbywało się poza progami szkoły.

         Wspominając moje szkolne lata zrozumiałam, dlaczego odbyło się tylko jedno klasowe spotkanie i więcej się nie powtórzyło, ponieważ atmosfera była niemiła, naładowana wcześniej niewypowiedzianymi żalami sprzed lat i niedługo potem organizatorka, nasza piękna koleżanka, tracąca urodę i powodzenie aktorka, popełniła samobójstwo. Po niej już nikomu na klasowych spotkaniach nie zależało.

         Do mnie jednak, zupełnie nie wiedzieć czemu, w ostatnią sobotę ze szczególną siłą powróciło wspomnienie pewnej lekcji języka rosyjskiego. W podręczniku znajdował się rosyjski wiersz, sławiący młodą kołchoźnicę, która dzięki edukacji przestała być analfabetką i gdy tylko nauczyła się pisać, tak bardzo cieszyła się z tego powodu, iż na jeden list swojego chłopaka odpisała mu aż kilka.

         Wiersza tego miałyśmy nauczyć się na pamięć, ale nasza rusycystka bardzo była niezadowolona z tego, że znalazł się w podręczniku i uznała za konieczne opatrzenie go dodatkowymi komentarzami. Z jej analizy tekstu wynikało, iż bohaterka jest osobą prostoduszną i mało kulturalną i dlatego nie zdawała sobie sprawy, że nie przystoi narzucać się chłopcu ze swoimi uczuciami, a pisząc kilka listów w odpowiedzi na jeden, po prostu właśnie mu się narzucała. W rozumieniu rusycystki narzucanie się mężczyźnie stanowiło najgorszą możliwą wadę dziewczyny, stawiającą pod znakiem zapytania całą jej przyszłość jako szanującej się osoby.

         Ale nie tylko nasza rusycystka podkreślała istotność tego problemu. Także nasza łacinnica przy okazji tłumaczenia wierszy łacińskiego poety, znanego z cytatu „carpe diem” – „korzystaj z dnia”, wmawiała nam, że nie należy rozumieć dosłownie „śmiechu dziewczyny kryjącej się po kątach”, ponieważ śmiech ten jest tylko poetycką przenośnią Horacjusza, wynikającą z konstrukcji łacińskich zdań; podobnie jak nie należy dosłownie rozumieć fragmentu z „Commentarii de bello gallico” Gajusza Juliusza Cezara bodajże, iż rozbitkowie „rozłożyli członki swoje na piasku”, podczas gdy oni po prostu padli na piasek, zmęczeni sztormem.

         Takie komentowanie tekstów literackich, uprawiane też przez naszego polonistę przy omawianiu klasyków naszej literatury (Telimena i mrówki, Zosia wbiegająca do komnaty po desce przystawionej do okna zamiast przez drzwi) utrwaliło w nas, uczennicach, umiejętność odróżniania rzeczy stosownych od niestosownych, ale zabiło chęć poszukiwania w nich intelektualnej przygody.

         W dodatku przeżyłam też osobiste upokorzenie, gdy jako czternastolatka w klasie ósmej (pierwszej licealnej) zakochałam się w chłopcu o migdałowych oczach (niestety, podobne miał młodszy z braci Carnajewów, ostatnio skazany na śmierć za zamach terrorystyczny) i usiłowałam zdobyć jego zdjęcie ze szkoły podstawowej, a koleżanka, która mi to zdjęcie dała, doniosła chłopcu o mojej nieszczęśliwej miłości i chłopiec publicznie mnie wyśmiał. W dodatku pisałam w czasie lekcji pamiętnik, który został zabrany przez łacinnicę i upubliczniony, stał się przedmiotem narady Komitetu Rodzicielskiego z udziałem Trójki Klasowej.

         Wydawało mi się, że to dawno zapomniane historie i nie mają nic wspólnego z poglądami, które wyznaję obecnie i emocjami, które teraz odczuwam w kontaktach społecznych, gdy dwa lata temu doznałam pewnego niemiłego olśnienia. Nastąpiło ono przy okazji spektaklu sztuki Petera Quiltera „Boska!” w Teatrze „Polonia” Krystyny Jandy z nią samą w roli głównej. Sztuka stanowi opowieść o Florence Foster Jenkins — bogatej ekscentryczce, która, nie mając ani słuchu, ani głosu występowała w najsłynniejszych salach koncertowych świata, zapełniając Carnegie Hall do ostatniego miejsca. Radośnie fałszując, wierząc jednocześnie w swój talent i słuch muzyczny, Jenkins mowiła: Ludzie mogą mówić, że nie umiem śpiewać, ale nikt nigdy nie powie, że nie śpiewałam. Zdaniem recenzentów „Ta prawdziwa opowieść o jednej z najdziwniejszych postaci dwudziestowiecznej kultury pokazuje jednocześnie, że warto realizować nawet najbardziej szalone marzenia. Płyty z wykonaniami Jenkins sprzedawane są do dziś na całym świecie.”

         Cóż, ja zupełnie inaczej odebrałam tę sztukę. Byłam na niej z młodszą siostrą, całkowicie charakterem i usposobieniem oraz poglądami odmienną ode mnie, jednak odczucia miałyśmy identyczne. Przede wszystkim we mnie przedstawienie wzbudziło niesłychane emocje, aż do mdłości włącznie. Zasadniczo nigdy nie lubiłam sztuk teatralnych; wydawały mi się za bardzo sztuczne i nieprawdziwe w porównaniu na przykład z filmem; nie chodziłam często do teatru, chyba, że ktoś mnie tam wyciągnął (opery nie zaliczam do teatru — tam emocje wywoływała muzyka, a zadaniem akcji rozgrywającej się na scenie nie było dostarczenie przeżyć, tylko tła dla niej). Tak więc mocne, nieprzyjemne przeżycia, związane z obejrzeniem „Boskiej” były dla mnie całkowitym zaskoczeniem.

         Na czym one polegały? Czułam się całkowicie zażenowana, zniesmaczona i zagrożona — jakby to wszystko dotyczyło mnie osobiście. Przeżywałam męki, wręcz mnie skręcało, gdy Krystyna Janda świetnie fałszowała, gdy grana przez nią bohaterka nie dostrzegała upokorzenia, jakie niosły wszystkie stwarzane przez nią sytuacje. Skóra mi cierpła na myśl, że można czegoś takiego w swoim otoczeniu nie odczuwać (bo już pomysł, że można się tym nie przejmować, wydawał mi się całkiem bluźnierczy). Podobnie zażenowana i zniesmaczona była moja siostra i podobnie silnie to odczuła — zupełnie przecież bez racjonalnego powodu.

         Powód jednak był. W nagłym przebłysku w ostatnią sobotę zrozumiałam, co mi wdrukowano sześćdziesiąt lat wstecz, o czym zupełnie zapomniałam (a prawdopodobnie wyparłam ze swojej świadomości) i co nigdy nie pozwoliło odnieść w moim życiu znaczącego sukcesu. Nie byłam głupsza od innych, nie byłam w życiu pasywna, jednak zawsze zatrzymywałam się na jakimś nieprzekraczalnym progu. Na tym progu moja aktywność wyparowywała ze mnie, pozostawiając strzępki, które jakoś gromadziłam i uzasadniałam, nie specjalnie się starając, aby uzasadnienia te były istotne. Wystarczały preteksty.

         Gdzieś w głębi mnie tkwiło przykazanie numer 1: 

Za wszelką cenę nie narzucaj się nikomu. W przeciwnym bowiem wypadku staniesz się osobą niegodną szacunku.

         Oto jakie płyną pożytki z uczestnictwa w cudzych szkolnych spotkaniach w imieniu duchów nieżyjących osób! Olśnień można doznawać nawet wówczas, gdy do niczego się już nie przydadzą, poza satysfakcją z rozwiązania zagadki.

         

Korekta przez: Radek Ziemic (2015-05-18)



« Jak wychwalać kandydata na prezydenta Tragedia w klimacie zdumiewającej beztroski »

komentarze

[foto]

1. Dawne... • autor: Przemysław Kapałka2015-05-28 19:37:07

Oto są stare, dobre czasy. Warto zachować ich świadectwo.

Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)