Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

08 czerwca 2007

Wojciech Jóźwiak

z cyklu: Czy Nietzsche może być praktykowany?

Czy Nietzsche może być praktykowany? (Cz. III)
Filozofia Nietzschego a rozwoj duchowy

Kategoria: Techniki rozwoju
Tematy/tagi: buddyzmJungNietzsche

  < poprzedni    1    2    (3)    4    dalszy >  

odcinki:  I   II   III   IV 

(8) Dlaczego fikcja? Dlaczego Nietzsche swoich głównych idei nie wyłożył wprost, od siebie, w formie traktatu lub wykładów, dlaczego za formę literacką wybrał fikcję: opowieść o wymyślonej postaci, Zaratustrze, przebywającym w świecie mitu, a właściwie baśni? Scenerię Zaratustry dziś określilibyśmy jako fantasy, jako "świat" bliski baśni historyczno-bohaterskiej, gdzie wprawdzie nie ma rycerzy ani smoków (choć o smokach się mówi), ale przecież pustelnik mieszkający w górskiej jaskini, gdzie gawędzi z wężem i aprowizowany jest przez orła, należy do tej samej konwencji. Dlaczego Nietzsche, pisząc baśń, odbierał wiarygodność własnym słowom?

Czytelnik "Zaratustry" wciąż wystawiany jest na próby. Z jednej strony czyta pełne pasji zapewnienia w rodzaju: "Kto pisze krwią i przypowieści pisze, ten nie chce, aby go czytano, lecz aby uczono się go na pamięć." - A więc zapewnienia, że oto przekazywana jest prawda, wręcz jakaś prawda nad prawdami. Z drugiej strony wie, że oto czyta baśń, w której licentia poetica szaleje... Ale znowu jak na zajmującą baśń za wiele w Zaratustrze miejsc trudnych w czytaniu i niejasnych, gdzie nie całkiem wiadomo, co autor chciał powiedzieć. Są miejsca w "Tak rzekł Zaratustra" nadzwyczaj jasne, jak choćby cytowany przed chwilą rozdział "O czytaniu i pisaniu" z księgi pierwszej - ale są też, i jest ich chyba więcej, ustępy, które czytając, ma się wrażenie, że autor nie mówi ani do nas ani swoim pełnym głosem, lecz ledwie podsłuchujemy go jak mamroce do siebie pod nosem. Duża część "Zaratustry" jest zwyczajnie nudna: dla baśni duży błąd. Zapewne właśnie tę fikcyjność a i nudnawość "Zaratustry" miał na myśli Witkacy, kiedy nazwał Nietzschego "potwornym impotentem", bo i tak można odczytać jego książki: dużo hałasu i co z tego? Dużo krzyku, mało wełny.

Powyższe łączy się z następnym zarzutem, który obniża wiarygodność Nietzschego jako nauczyciela (jako kogoś, od kogo mamy dostać naukę): on przecież nikogo na żywo nie nauczał, (niemal) z nikim o swoich ideach nie rozmawiał. Nie miał uczniów, wokół niego nie powstała żadna społeczność, żadna grupa ani sangha, pisał: pisał teksty, dla których nie znajdował wydawców, które wydawał za własne pieniądze w kilkudziesięciu egzemplarzach. Nie miał słuchaczy, nie mówił, pisał - i pisał w próżnię. Dlaczego właściwie to robił? Nasuwa się porównanie z Buddą. Odkrywając nadczłowieka, wieczny powrót i śmierć Boga, był jak Budda, który odkrył Przebudzenie i pozostawał z nim, wahając się wiele dni, czy mówić o tym ludziom, czy ich zlekceważyć. Tradycja buddyjska głosi, że było wielu, którzy jak Śakjamuni znaleźli Przebudzenie, ale którzy swoich nauk nie ogłosili; zwykle dodaje się: bo nie mieli komu, bo nie było nikogo, kto by ich w ich czasie i miejscu zrozumiał, więc pozostali ze swoim odkryciem sami; takich samotnych buddów nazywa się pratjekabuddami.

Nietzsche był takim pratjekabuddą (oczywiście, nie buddyjskim tylko nietzscheańskim), który postanowił jednak, w braku aktualnych chętnych słuchaczy, swoje nauki spisać i wrzucić w przyszłość. Postawa, którą można zrozumieć i zaakceptować w trybie "gdybym był na jego miejscu...", ale i która może dziwić: "ja bym nie mógł..."

Czy literackość-fikcyjność jego przekazu, jego przemawianie w trybie literacko-baśniowej fikcji, obniża wartość jego przekazu? Sam Nietzsche z tym się męczył, mówiąc-śpiewając słowami nie Zaratustry wprawdzie, ale innej postaci z tej książki, "starego czarownika": "ja, ledwie błazen, ledwie poeta" - "Nur Narr! Nur Dichter!" - Co po niemiecku lepiej brzmi z powodu aliteracji w powyższej frazie i rodzimości (inaczej niż w chyba wszystkich pozostałych językach Europy) słowa "poeta", które przy tym wlewa się w ciąg ze słowami o znaczeniu 'gęsty, szczelny' - oraz: 'myśl, myśleć': denken - gedacht - Gedicht - dicht - Dichter. Lecz dichten to nie tylko 'tworzyć, pisać wiersze', ale i 'blagować, zmyślać'. Ledwie błazen, ledwie blagier.

Ale nasz język-umysł dziwnie łatwo daje sobie radę z fikcją i baśnią, także w przypadku Zaratustry, jakby dając świadectwo, że właśnie fikcja, baśń, mit - nie zaś prawda i zdawanie sprawy z tego, jak się rzeczy mają, jest jego naturalnym środowiskiem. Z pewnością też Nietzsche pisząc swoją nową baśń o Zaratustrze był już jedną nogą w przyszłości, tej przyszłości, która poprzez Junga, Eliadego, Dumézila, Campbella czy Gravesa, by wyliczyć bardziej znanych, będzie umiała aż nadto docenić stare mity - po części właśnie dzięki niemu.


(9) W przypadku autorów przekazujących nauki duchowe, cokolwiek przez nie rozumiemy, sytuacja fikcjopisarza jest niedogodna: bo nieprzyjemnie jest przyjętym trybem przekazu podawać w wątpliwość jego treść. Samokrytyka Nietzschego "nur Narr, nur Dichter" jest wtedy na miejscu. Jeśli jednak autor - ktokolwiek - chce głosić duchowe nauki i treści, ma do wyboru nie dwa, ale cztery tryby przekazu. Te dwa pierwsze, już wspomniane, to:

#1 - Przemawiać od siebie, we własnym imieniu, czyli wejść w rolę duchowego nauczyciela. Jeśli naucza się rzeczy znanych i okopanych w pewnej tradycji, to nic osobliwego, ale jeśli zachęca się adresatów do własnych odkryć, to może być trudne; kreując się na proroka łatwo się ośmieszyć; zresztą niełatwo tego dokonać, nie schodząc z rozumu.

#2 - Umieszczać swój przekaz wewnątrz fikcji: właśnie wtedy jest się "nur Narr, nur Dichter".

Dwa kolejne tryby:

#3 - Upozować swoje nauki na dyskurs naukowy - i tak czyniło wielu, choćby psychoanalitycy: Freud i Jung, ogłaszający swój przekaz jako odkrycia nauki nieledwie ścisłej. Albo ci autorzy, którzy projektowali własne wyobrażenia, w istocie duchowe lub mitologiczne, w historię lub prahistorię, jak Marija Gimbutas, autorka koncepcji heroicznie męskich Indoeuropejczyków podbijających łagodnie żeńską neolityczną Starą Europę. Ten pospolity grzech należy do szerszego nurtu przedstawiania pouczeń i mitów jako faktów, w tym także jako dziejących się wydarzeń. Przecież mit jako taki to ma do siebie, że przez wyznawców uważany jest za prawdę, a nawet za prawdę prawd. Mitografowie typowo podawali się za historyków lub świadków autentycznych wydarzeń. Wydaje się, że ostatecznie tak rzecz miała się z Ewangeliami: całkiem przekonujące wydają się ustalenia Earla Doherty'ego (także: tu, i tu), iż opowieści o życiu Jezusa są mitograficzną kreacją podaną jako historia, a On sam postacią literacką. Do tej grupy należą wreszcie ci, którzy wmawiają, iż ich fikcja jest prawdą: tu są Castaneda czy parędziesiąt lat wcześniej Spalding. (Oczywiście Nietzsche nie wmawiał nikomu, iż gdzieś w górach Azji pobierał nauki od Zaratustry...)

#4 - Uznać głoszony przekaz za nie-własny, a więc być nie autorem, lecz ledwie skromnym edytorem nie-własnego głosu. Ten rodzaj ucieczki od autorskiego trudu i wstydu ("nur Narr"!) doczekał się swojej technicznej nazwy: nazywa się channelingiem (także w angielskiej Wikipedii). Najgłośniejszym chyba dziełem, które powstało w ten sposób, jest "Kurs Cudów" (A Course in Miracles) spisany przez Helen Schucman.

Ciekawe jest tamto groteskowe tchórzliwe wyjaśnienie w polskiej Wikipedii, iż channelingi są wyklęte przez Kościół Katolicki: gdyż jasno tam widać, że potępione są tylko channelingi dla Kościoła nielegalne, zaś te, które mają jego placet, stanowią przecież - jako "dzieła natchnione przez Ducha św." - jego, Kościoła, fundament. Channeling to przecież nic innego niż dzieło natchnione, podyktowane przez "ducha" - problem, nie najważniejszy z poznawczego punktu widzenia, jak ów duch zostanie rozpoznany. Inna sprawa, czy faktycznie Ewangelie, Apokalipsa i Listy Apostolskie spisane zostały jako channelingi, czy tylko kościelne autorytety uznały, że tak będzie ładniej.

Ale kto jest autorem? Jak często autor nie do końca "kontrolował" swoje dzieło? Przecież nawet arcy-racjonalista Lem przyznawał się, że wielokrotnie zaczynał pisać swoje powieści, nie wiedząc, dokąd go ten proces zaprowadzi, a czytelnicy znajdują w jego tekstach rzeczy, do których autor się nie poczuwał, jak choćby iście jungowska metafora Wszechumysłu chytrze przez autorską nadświadomość przemycona pod obrazem rozumnego oceanu do powieści "Solaris".

Nietzsche w pewnym momencie przestaje pisać jako filozof, a więc dyskursodawca własnoimienny, i podejmuje rolę poety-opowiadacza, czyli autora fikcji, choć cierpiąc przy tym, że stoczył się do pozycji "nur Narr nur Dichter". Czy rola poety-artysty jest faktycznie jakoś gorsza i upośledzająca? Gorsza w porównaniu z kim? Tu cos więcej należy powiedzieć.


(10) Praktyka, o jaką tutaj chodzi, praktyka, o którą chciałoby się uzupełnić przekaz Nietzschego, dotyczy zbawienia. Przekaz Nietzschego także dotyczy zbawienia i stąd się bierze tamten zawarty w jego tekstach podwójny komunikat co do religii: religia jest jedną ręką odrzucana, drugą przywoływana.

(W części I wspomniałem o praktyce w obrębie marksizmu: choć politycznie-spiskowa, ich praktyka też była ściśle zbawicielska, soteryczna, bo przecież rewolucyjnie zaprowadzony komunizm, czyli zniesienie prywatnej własności, czyli powszechne okradzenie wszystkich, marksiści uważali za zbawienie. Dziwne, że do takiej potęgi mogło urosnąć coś tak głupiego.)

Czy jest sens zestawiać i porównywać Nietzscheańską soteri(ologi)ę z chrześcijańską? Może lepiej od razu z buddyjską, z którą jednak lepiej się komponuje? Soteriologie dzielą się na dwoje: cudzo-zbawienie i samo-zbawienie. W pierwszych człowieka zbawia bóg, w drugich człowiek sam siebie. Typową pierwszą jest chrześcijaństwo, typową drugą buddyzm. Ale w obu coś trzeba robić, istnieje jakaś praktyka. Choć w końcu to Bóg zbawi tego oto człowieka, to ów człowiek coś ma robić. W katolicyzmie ma nadawać sygnały, że tego - zbawienia - chce, bo naucza się przecież, że Bóg nikogo nie zbawi wbrew jego woli, choć oczywiście sama człowiecza wola nie wystarczy. Istnieje też "skrzydło" w katolicyzmie, może ludowe, ale realne i wpływowe, w myśl którego człowiek w dużym stopniu może zbawienie wymodlić (wypraktykować!), dla siebie lub dla kogoś innego, a więc nakłonić swoimi wysiłkami, nadawanymi przez się komunikatami, Boga, aby ten powziął zbawcze decyzje dla pewnej osoby korzystne. Tym komunikatem bywały pieniądze wydatkowane na "odpusty", czyli kasowanie przez Boga czasowych kar pośmiertnych. Handel zamysłami Boga: przeciw temu zaprotestował Marcin Luter i od czego zaczęła się historia Reformowanego skrzydła chrześcijaństwa. Jednak i Reformowani, choć nie wierzą, by ludzkie działania mogły w jakimkolwiek stopniu zmienić wolę Boga, nie zostają przez to zwolnieni od praktyki. Nie mają jednak ani nakłaniać Boga do korzystnej dla siebie lub kogoś decyzji, bo to nic nie da, ani nie mają mu komunikować, że chcą być zbawieni, bo Bóg i tak to postanowił, tak lub inaczej, nie pytając zainteresowanych, co o tym sądzą. Praktykują z innym zamysłem: ufając Bogu, choć nie znając jego wyroku, potwierdzają jego domniemany wybór, tak jakby był dla nich korzystny. Wyrafinowanie, którego katolik nie pojmie, a i ja to pisząc, nie wiem, czy dobrze trafiłem... Nietzsche był z domu protestantem i jego zamysł był dalszym ciągiem protestanckiego: skreśliwszy Boga jako niestniejącego, jako "umarłego", żyć tak, by nieustannie potwierdzać, że jest się... zbawionym? przewidzianym do zbawienia? Potencjalnie zbawionym?

Kiedy to się dzieje, kiedy ma miejsce ta praktyka? Zapewne kluczem do tego jest rozdział z części czwartej "Zaratustry" pod tytułem "W południe", gdzie czytamy, jak Zaratustra w południe zapada w drzemkę-nie-drzemkę, w medytację pod drzewem, kiedy w jednej chwili ("szelest jaszczurki, tchnienie, mig, mgnienie oka...") znajdującej się właściwe poza czasem ("Czy czas uleciał?") staje się świadom jedności życia i śmierci ("Coś kłuje mnie - biada - w serce?"), czasu i wieczności ("Czy nie wpadam, słuchaj! w studnię wieczności?"), a chwila ta jawi mu się jako pełna, jedyna, wiecznie wracająca ("Czy świat nie stał się /.../ kulisty i dojrzały?"). Być może to jest miejsce, od którego należy czytać Nietzschego.


(11) Nietzsche a buddyzm. Wyobraźmy sobie, że jakiś kon-geniusz przepisał Nietzschego na nowo, każąc mu jednak wypowiadać się w konfrontacji nie z chrześcijaństwem, lecz z buddyzmem. Zapewne buddyzm wywoływałby u Nietzschego podobny opór i podobną furię, jak chrześcijaństwo. Można się domyślać, że protestowałby przeciw temu, co w buddyzmie (chyba) najważniejsze, to znaczy przeciwko stanowi docelowemu, stanowi wyzwolenia od stawania się - więc i cierpienia. Przeciwko byciu poza światem stawania się, przeciwko nirwanie. Protestowałby dlatego, że nie wierzyłby w to podobnie, jak nie wierzył we wszechmogące bóstwa. "Tathagata, o mnisi, dokładnie poznał, czym jest świat [czyli cierpienie, bolesność] /.../ uwolnił się do niego /.../ porzucił źródło świata /.../ doświadczył zniesienia świata /.../ urzeczywistnił ścieżkę wiodącą do zniesienia świata." Dla Nietzschego to było nie do przyjęcia.

Z drugiej strony, są między nauką buddyjską a Nietzschego uderzające podobieństwa. Budda jest przecież tym, kto przezwyciężył człowieka, tym, kto urzeczywistnił to, do czego nawołuje Zaratustra w swej "przedmowie", kiedy przemawia do gapiów czekających na występy linoskoczka. Budda w wyniku swego przebudzenia stał się nie-człowiekiem, a więc trans-człowiekiem, jak wierniej można przełożyć na polski nietzscheańskiego "nadczłowieka". Stał się istotą gatunkowo różną i nieporównanie wyższą od człowieka, zresztą czymś/kimś najwyższym, czym jakakolwiek istota może się stać. Wyższym także od bogów. (Oczywiście, można w to wierzyć lub nie...) Po drugie, Budda uczynił to bez pomocy żadnego boga, mocą wyłącznie ludzką. (Choć niepokoi i chyba jednak przeczy sensowi jego działa to, iż jego dokonanie jest przedstawiane jako finał procesu, którzy szedł wcześniej przez miliony inkarnacji wypełnionych mrówczym gromadzeniem zasług - karmy... Jakaś kompletnie odwrotna - niska? - idea tu się miesza...) A ponieważ Budda w bogów, inaczej niż Nietzsche, wierzył, a nawet ich widział i mawiał z nimi, to dosłownie widział ich pod sobą - podczas gdy Nietzsche w przebraniu Zaratustry tylko metaforycznie...


(12) Chrześcijaństwo we wszystkich swoich odmianach jest cudzo-zbawcze, ponieważ człowieka zbawić może tylko Bóg. Katolicyzm podkreśla konieczną w tym dziele rolę Kościoła i sakramentów, które w wyznaniach Reformowanych są tylko czymś towarzyszącym. Buddyzm jest samo-zbawczy, gdyż człowiek zbawia się tu sam, własnym wysiłkiem. Ale naprawdę samodzielnie dokonał tego (jak się powiada, oczywiście) tylko ów wyjątkowy bohater, jakim był Budda Śakjamuni, choć też była pewna liczba podobnych jemu, którzy różnili się odeń tylko tym, że nie nauczali; nazywa się ich pratjekabuddami. Budda głosząc i powierzając pamięci uczniów swoje nauki i tworząc swój kościół-sanghę (ekklêsia po grecku i samgha w sanskrycie znaczą to samo: zgromadzenie) ustanowił dwa dodatkowe środki do zbawienia; dlatego zaczynający buddyści "chronią się" w Buddzie, dharmie i sandze. W wadżrajanie dodaje się dalsze schronienia, którymi są osobisty uprawniony (oświecony?) nauczyciel, czyli lama (guru) - oraz idam, czyli bóstwo medytacyjne, szczególna "energia", z którą praktykujący utożsamia się w swoich duchowych praktykach. Jak widać, im dalej, tym mniej sam jest idący tą drogą, jakby buddyzm w miarę rozwoju z wariantu samo-zbawczego przechodził na cudzo-zbawczy. (Gdyby obu stronom zależało na tym - a nie zależy przecież wcale - to być może wadżrajana i katolicyzm spotkałyby się w pewnym miejscu?)

Soteriologia Nietzschego jest ściśle samo-zbawcza; nie może być inna, skoro "Bóg umarły jest".

Ciekawe, ale została wypowiedziana soteriologia będąca dokładnie wpół drogi miedzy "cudzo" a "samo". Jeszcze ciekawsze że została wypowiedziana jako channeling, mianowicie jako zapis snu. To sen, który jest w Tarace pod tytułem "Szamańska Częstochowa". Autorki nie znam - kartka z jej snem doszła do mnie przez redakcyjny łańcuszek. Istota tej wizji polega na tym, że ludzie, w tym śniąca, wspinają się w górę ku wyższemu światu, ale kiedy kończy się droga dostępna ludzkimi siłami, z góry spuszczona zostaje drabina - choć też niełatwa do przejścia. Prócz wariantów "samo" i "cudzo" jest więc jeszcze trzeci wariant, z drabiną. Co w soteriologii Nietzschego jest tym "samo", co "drabiną", co "cudzo"? Czy tego "cudzo" naprawdę wcale nie ma? Czy jeśli nie ma "cudzo" (bóstwa-zbawiciela), ma sens drabina? Warto by Nietzschego poczytać pod tym kątem, z nadzieją, że coś o tym napisał.

C.d.n.


Wojciech Jóźwiak
adres
8 czerwca 2007


odcinki:  I   II   III   IV 


Książki wymienione lub cytowane, doszły:
Ireneusz Kania. Muttâvali. Księga wypisów starobuddyjskich. Kraków 1999





  < poprzedni    1    2    (3)    4    dalszy >  

Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)