zdjęcie Autora

19 czerwca 2014

Jarosław Bzoma

z cyklu: Badanie snów (odcinków: 37)

O czym myślał Jezus wisząc na krzyżu?

Kategoria: Sny i wizje

« Co nam się objawiło w Medziugorie, Lourdes, Fatimie - cud słońca Czerwcowe noce (1) »

                                       Czytane 482 razy 


„Zachód podbił świat nie dzięki wyższości swoich idei, wartości czy religii, lecz dzięki lepiej rozwiniętemu aparatowi zorganizowanej przemocy. Ludzie Zachodu często o tym zapominają, ludzie spoza Zachodu – nigdy.”

Samuel Huntington


 

       O czym myślał Jezus wisząc na krzyżu ?


                                


Z pewnym zaskoczeniem stwierdziłem, obserwując liczbę odwiedzin mojego bloga, że bardziej interesują Państwa tematy związane z religią niż z UFO czy podróżami na Marsa. Dlatego postanowiłem, dla Państwa przyjemności, odbyć cykl podróży sennych pod zamieszczonym na początku artykułu tytułem.

Obmyśliłem pytanie i zanim jeszcze położyłem się do łóżka, zdrzemnąłem się na chwilkę przed telewizorem.

Patrzę z dziwnej perspektywy, jakbym patrzył z góry, stojąc na lodówce. Spod dwóch dolnych półek pozbawionej drzwiczek zamrażarki ktoś, kogo nie ma(!) a czyja obecność wydaje się być realna choćby z powodu tego, co się dzieje przed moimi oczami, wysuwa i wsuwa trzecią, najniższą płytką półeczkę, jakby chciał zwrócić moją uwagę właśnie na nią. Najdziwniejsze jest to, że moja realna, domowa lodówko-zamrażarka nie ma tej trzeciej dolnej półeczki!

Ot, taka senna dziwność. Widać chcą podkreślić istnienie trzeciego elementu na dole. Kładę się do łóżka.

Ulica Trzeciego(!) maja. Kierunek w dół(!). Stoimy we trzech(!) na środku ulicy. Przed nami, tyłem do nas stoi świeżo sformowany oddział. Jest już skompletowany, zatem jeżeli chcemy podążyć na dół za nimi, musielibyśmy sformować coś sami. Nie mamy po co wracać do domu, bo pewnie i tak nas niedługo zawezwą, zatem sensowniej będzie stać się zalążkiem nowej grupy.

Tak też i uczyniliśmy. Stoimy. Czekamy. Nic się nie dzieje.

Wpadłem na pomysł, aby wyskoczyć, tu niedaleko, tylko na chwilę. Do pracy, w której chodzę ubrany na biało (c.buddyczne).

Przyniosę stamtąd laptopa (Obraz Boga z moich snów albo raczej jego aktywnej w przejawieniu formy, to takie Coś, co chrześcijanie nazywają Duchem Świętym. Wiele razy wzywałem D.Ś. i wtedy właśnie na ekranie śnionego komputera pojawiało się odbicie mojej własnej twarzy, z którą mogłem wchodzić w odpowiednią relację). Laptop i skarpety. Przyniosę dużo skarpet, bo stoję na bosaka i jest mi w nogi jakoś tak . . . . . dziwnie. Myśl o moich bosych stopach pojawia się we śnie w sposób wręcz obsesyjny.

Dwaj koledzy z naszego, na razie trzyosobowego, nowego oddziału poczekają na mnie. Nie musimy się śpieszyć, jesteśmy ochotnikami. Niech oddział młodych żołnierzy już sobie idzie, na dół i na prawo w stronę podzamcza i biegnącej tam tranzytowej drogi. (Widzę tę trasę we śnie jako suplement do właśnie prowadzonej refleksji. Ta droga w moich snach symbolizuje granicę. Dwukierunkowo płynący  czas odgraniczający część Świadomości pomiędzy ciałem kauzalnym a buddycznym, ale tej Świadomości zbiorowej, społecznej, a nie tylko mojej, indywidualnej.)

- No dobra, mówią moi dwaj towarzysze. My będziemy iść za nimi powoli, a ty nas dogonisz za jakiś czas.

Naprawdę mam zamiar wrócić do nich. Przynajmniej w tej chwili mam taki zamiar.

Wygląda na to, że Jezus, oprócz obsesyjnej świadomości bycia pozbawionym obuwia, związanej ze stresem i cierpieniem, miał wyraźne pragnienie ujrzenia oblicza Boga. Zaskakujące, że nie ma we śnie wyraźnego śladu cierpienia fizycznego.

 

Wojtek

Nie pamiętam teraz dokładnie treści snu, ale sen miałem mniej więcej o tym, że kradłem, a później się topiłem/utopiłem i coś o cmentarzu.
Trochę piszę to z przymrużeniem oka: oryginalny Jezus człowiek był złodziejem - hieną cmentarną i za to zginął, ale nie na krzyżu, tylko go utopili albo sam się utopił -  wcale bym się nie zdziwił.
Szkoda, bo sen był nawet całkiem do rzeczy.

 

Ja do Wojtka

Złodziejaszkiem w młodości  był na pewno. Przyjął chrzest z wody od Jana, zanurzył się wtedy w Świadomości, czyli jungowskiej nieświadomości. Potem stał się nieudolnym rewolucjonistą. W czasie „zmartwychwstawania” dokonał tego  zanurzenia jeszcze głębiej. Jego ciało nie umarło na krzyżu tylko w Owernii.

Kiedy umarło ego Jezusa - człowieka? Na ten temat zdania są podzielone. Wielu twierdzi, że w momencie chrztu w Jordanie, ja sadzę, że dopiero na krzyżu. Nie jest wykluczone, że fizycznie po latach naprawdę się utopił, bo do wody coś go ciągnęło, ale ja się chcę dowiedzieć, o czym myślał, kiedy wisiał na tym krzyżu, być może  wisiał w stanie odurzenia i ciało miał odrętwiałe, to, że podano mu narkotyk, który wywołał pozorną śmierć, już sprawdziłem. To wszystko opisałem w trzeciej i czwartej księdze Krajobrazów.


Znowu pytamy o to samo.

 

Coś się dzieje. Choć sny są bardzo ulotne po obudzeniu staram się wszystkie senne  odczucia sprowadzić do jednego sensu, ale moje (patrzę oczami Jezusa?) indywidualne doświadczenie nie pasuje do konwencjonalnych kul (rot?), które zawierają standardowe doświadczenia. Moja kula leci do większego zbiorowiska, a potem powraca. Przez chwile odnoszę wrażenie, obawiam się, że moja kula nie została przyjęta (!!!)

 

Bardzo ciekawe, ponieważ to coś kulistego można byłoby sprowadzić do znanego zdania. Boże, mój boże, czemuś mnie opuścił! Rotami w podróży poza ciałem   nazywamy skompresowane kuliste pakiety informacji. We śnie bywają rozmiarów piłki.

 

Wojtek

Pamiętam niewiele i raczej nie widzę związku z pytaniem.

 

Byłem na wakacjach  w rodzinnym domu. Spotykałem się ze znajomymi. Jeden ze znajomych zainicjował grę  w piłkę(!), ale szło mi opornie, byłem strasznie ociężały i odzwyczajony od ruchu. Kolega naśmiewał(!) się z mojego stanu fizycznego, że jestem taki gruby i zaniedbany ruchowo. On był w świetnej formie.

Potem byłem w domu i miałem iść na  oficjalne spotkanie z moją narzeczoną(!).

Moja  matka(!) powiedziała mi, abym się poszedł przygotować do pójścia na górę. (Chyba górę domu?). Powiedziała mi, abym poszedł, przejrzał szafę i zastanowił się, w co się ubiorę. Odpowiedziałem jej, że nie muszę przeglądać szafy, bo mam jej obraz(!!!) w głowie i wiem, co w niej jest i już dawno wybrałem ubranie, a na górę pójdę do swoich zajęć, bo jeszcze mam czas do wyjścia. I tyle tylko.

 

(W relacji Wojtka wykrzykniki dodałem ja sam.)

Gdyby Wojtek czytał swoje sny po raz drugi, po ich zapisaniu, zapewne by się zdziwił.

 

Pytam Szirin dlaczego ta podróż to taka męka (!) i trudno dopytać się o cokolwiek ? Jakie jest jej zdanie na temat o którym śnię ? Może  ona ma jakiś  pełniejszy wgląd w świadomość ówczesnego  Jezusa człowieka? Niech mi coś o tym opowie.

 

Jestem na wsi. Na Ziemi. Stoję przed dwuskrzydłowymi drzwiami, ale po obudzeniu zdaję sobie sprawę, że one nie prowadzą do mojego domu po prawej stronie posesji. Te drzwi są po lewej stronie, naprzeciw domu. We śnie nie widzę dokąd prowadzą(!). Stoję przed tymi drzwiami i je zamykam. Zamykanie nie polega na obracaniu klucza w zamku, ale na równym zetknięciu obydwu krawędzi drzwi.

Po mojej prawej stronie zatrzymała się dwójka małych dzieci. Chłopiec i dziewczynka. Najchętniej udałbym, że ich nie widzę. Zaraz będą z nimi jakieś kłopoty, trzeba będzie je odprowadzać(!) do rodziców(!), albo się nimi zająć. Tymczasem ja właśnie mam zamiar wrócić do miasta, do domu, czyli do ciała mentalnego.

Dociera do mnie jednak informacja w formie przekazu świadomości, że ta dwójka dzieci wyglądających mało konkretnie(!) jest pod opieką mojego szefa z czwartego piętra. Boga solarnego. Nie to, żeby były jego dziećmi, ale wiem, że on jest ich protektorem. Będę musiał w związku z tym jednak się nimi zająć. Przez szacunek dla swojego szefa. Mogę ostatecznie przenocować je tu na ziemi. Warunki są trochę spartańskie. Powiedziałbym nawet prymitywne, no ale cóż, tak tu jest.

Tak wypada zrobić. Zanim nie wrócę z domu w mieście, niech sobie tu mieszkają. A potem zaopiekuję się nimi w pełniejszy sposób.

 

Wygląda na to że Jezus „dziecko boże” wraz ze swoją przewodniczką wymaga zajęcia się nim, wpuszczenia przez dwudzielne wrota, które są na mojej ziemi i prowadzą w stronę duchową. Może nawet otworzyć je dla Jezusa. Pewnie wtedy będzie można dopiero dowiedzieć się od niego szczegółów. Właściwym adresatem mojego pytania zdaje się być zatem bóg solarny, a nie Szirin. Przyczyną trudności w kontakcie z tematem jest moja ukryta niechęć do mieszania się w nie moje sprawy.

W związku z tym, że Wojtka te tematy nie bardzo interesują, pozostało mi dokończyć rozgrzebaną podróż samodzielnie.


Przed zaśnięciem zwracam się za pośrednictwem Szirin do boga solarnego z prośbą o przekazanie informacji, jakich jest dysponentem, na temat myśli Jezusa wiszącego na krzyżu.

 

Jadę autobusem w stronę stolicy. Właśnie zatrzymaliśmy się na szczycie wzgórza. Przed chwilą minęliśmy dawny, nieużywany już kościółek Wieczerzy Pańskiej(!).

Wysiadam z zatłoczonego autobusu (symbolizuje zbiorowe przemieszczanie indywidualnych świadomości, również świadomości osób zmarłych, powiązanych jednym egregorialnym wyobrażeniem na temat zaświatów, najczęściej religijnym) ponieważ czuję nadmierny ścisk. Tłok w pojeździe jest taki, że muszę wyszarpywać swoje ciało spomiędzy współpasażerów. Tłum w autobusie jest dość ciemny, prawie czarny. Dopiero kiedy wydostałem się na zewnątrz, zorientowałem się, że w środku pozostała moja torba, z którą praktycznie nigdy się nie rozstawałem. Na szczęście portfel z dokumentami tożsamości mam w lewej kieszeni spodni. Więc jej nie utraciłem mimo utraty torby. Torba jak i portfel są czarne.

Autobus ruszył w dół, w głąb ekranu śnienia razem z moją torbą. Jechał w kierunku skrzyżowania z tranzytową drogą przecinającą miasto na dwie części. Droga autobusu za skrzyżowaniem znowu będzie prowadziła w górę. (Jednym słowem autobus udał się w kierunku granicy, za którą jest ciało buddyczne. To skrzyżowanie jest bardziej na lewo od tego z początku snu). Trochę się martwię, że chyba już  swojej torby nie odzyskam.

Przeszedłem na drugą stronę ulicy i wkrótce udało mi się wsiąść w inny autobus tej samej linii jadący z powrotem do miasta, z którego tu przybyłem.

Siedzę tuż za kabiną kierowcy. W tym autobusie panuje podobny ścisk jak w poprzednim. Obok mnie, po prawej, usiadła kobieta. Jestem dość spostrzegawczy, więc w pewnym momencie orientuje się, że grzebie w mojej prawej kieszeni. (Prawa strona to strona naszych duchowych przewodników/partnerów życiowych/„Aniołów stróżów”.) Chwytam ją delikatnie za dłoń i bez agresji mówię, żeby przestała to robić. Ja do niej nie mam pretensji i nie będę robił afery. Mam tylko jedną prośbę. Niech wyjdzie z autobusu.

Nie widzę po niej specjalnej konfuzji, nie protestuje. Na najbliższym przystanku wysiadamy razem(!). Postanowiłem ją stąd wyprowadzić dla jej dobra i dobra podróżujących autobusem.

Kiedy jesteśmy na zewnątrz, orientuję się, że to kobieta będąca bliską znajomą mojego  dobrego znajomego. Zachowałem się więc prawidłowo, nie robiąc afery w autobusie.

Kobieta prowadzi mnie do miejsca, w którym mieszka wraz ze sporą liczbą innych osób. To właściwie jest długi ciąg pomieszczeń z sobą połączonych, w amfiladzie.

Siadam mniej więcej pośrodku, na kanapie. Wciąż martwię się utratą torby, z którą nigdy w życiu(!) nie rozstawałem się.

Jest jeszcze gorzej niż się obawiałem, bo podczas wydostawania się z drugiego autobusu straciłem swój portfel. Swoje dokumenty tożsamości. Nie podejrzewam o to dziewczyny, ponieważ ona miała dostęp jedynie do mojej prawej strony, prawej kieszeni.

Martwiąc się utratą swoich materialnych atrybutów, zasypiam we śnie!!! Zasypiam bardzo głęboko.

(Niczego nie  pamiętam z tego snu we śnie, ale ja już mam doświadczenie z takimi dubeltowymi zaśnięciami. Wspomina o nich również Castaneda. Z mojego doświadczenia wynika, że to jeszcze jedna forma przekroczenia granicy pomiędzy ciałem kauzalnym i buddycznym, rodzaj wycieczki do Domu Dusz, do swojej Grupy dusz, zbiorowości wszystkich aspektów indywidualnego Atmana.)

Kiedy obudziłem się na kanapie, na której we śnie zasnąłem, okazało się, że mieszkańcy loftu w tym czasie odzyskali wszystkie moje utracone dane osobowe -portfel oraz torbę. Ku mojemu zaskoczeniu oprócz odzyskania jej wyreperowali całą torbę którą nosiłem z sobą już ponad trzydzieści lat(!!!).Torba miała wewnątrz starą wytartą czarną podszewkę. Teraz ma nową złocisto-kremową w drobniutki wzorek utworzony z napisów, pewnie nazwy jakiejś firmy. Niestety, napisiki są bardzo małe i we śnie nawet nie próbuję ich odczytać.

Swoją drogą, poza zauważeniem zmiany podszewki nie przyglądałem się napisom zbyt dokładnie. Gdybym to we śnie zrobił, na pewno obraz by się powiększył. Następuje wtedy ogniskowanie na szczegół, taki zoom, a sen przenosi się na głębszą płaszczyznę.

Oprócz wymiany podszewki wykonano dodatkowe zamknięcie torby, ponieważ stare  często się otwierało samoistnie(!). Nowe zamknięcie jest nieco dziwaczne, ale trwałe. Składa się z krótkiego paska zakończonego na obydwu końcach okrągłymi uszami. Trochę to nie pasuje do charakteru dawnej torby, wygląda jak dwie pieczęcie połączone rzemieniem, ale doceniam ich staranie o trwałe poprawienie zamknięcia.

Na szczęścia nie całą moją uwagę udało się im skupić na odnowionej torbie. Zauważyłem również, że naprzeciw, pod stolikiem, leży mój portfel. Wygląda na to, że zrobiono to celowo, aby oddać mi go formalnie, ale gdybym go nie zauważył, byliby w porządku wobec mnie, nie oddając mi mojej tożsamości. Udałem zaskoczonego i ucieszyłem się również z jego odzyskania. Oni udali zaskoczonych moim zaskoczeniem i ucieszyli się z mojej radości.

Wstałem z kanapy i z odzyskanymi rzeczami zacząłem się kierować w prawą stronę, w kierunku wyjścia. Ktoś jeszcze, jakaś kobieta stojąca we wnęce pośrodku ciągu pomieszczeń, zapytała mnie, czy nie chcę poznać tarota albo jeszcze chyba . . .  tryktraka. Nie zapamiętałem dokładnie tego drugiego określenia. Początkowo zrozumiałem tę propozycję jako chęć wręczenia mi talii kart, taki souvenir, ale po chwili dotarło do mnie, że ona chce mi przepowiedzieć los.

Podziękowałem i dodałem jeszcze, że używam czegoś skuteczniejszego.

Mówię, że ten tryktrak i tarot to jak toffi i kokaina, w odniesieniu do śnienia.

Wróżąca uśmiecha się do mnie chyba nie bardzo rozumiejąc, o czym mówię. Kieruję się jeszcze bardziej na prawo, ku mojemu zaskoczeniu kończy się przestrzeń prywatna loftu, od wyjścia oddziela mnie jeszcze oszklone biuro, przez które muszę przejść zanim wrócę na Ziemię.

Obudziłem się. Zapisałem ten długi i jak mi się po obudzeniu zdawało mętny sen i zaraz zasnąłem, prosząc powtórnie o wypowiedź na śniony temat samego boga solarnego.

Po przebudzeniu rano, wszystkie elementy snu zbieram z trudem, jakby informacje były rozproszone w chmurze. Jako kanwa do utkania ogólnego sensu ma mi posłużyć zapamiętany obraz.

Obraz snu to prostokątna jasna pokrywa z wytłoczeniami przypominającymi  tekturową formę na jajka. Pokryto nią głowy ludzi ustawionych w regularny prostokąt (Oddział z pierwszego snu?).

Jakieś dziesięć, piętnaście procent głów, przeważnie bliżej krawędzi, jest ciemne, reszta biała. Pokrywa obejmuje cały ten prostokąt jako jedną całość.

Przekaz jaki płynie do mnie jest w pierwszej osobie, ale wiem, że to nie moje myśli, to włączył się obserwator mojego snu. Znaczenie jest zaskakujące.

- Działam na wielkich liczbach. Wiem że spowodowałem śmierć wielu niewinnych. Mogłem ich ocalić, ale proces jest tak masowy, że dla mnie te ofiary były bez znaczenia. Wiem, że można mi uczynić z tego zarzut. Ale przy mojej perspektywie ….. (Jakby nie rozumiał o co chodzi. Miał świadomość, że mógł takim zdarzeniom zapobiec, ale nikt nie starał się zwrócić na te szczegóły jego uwagi.)

No nieźle, pomyślałem, stawiając kropkę na końcu zdania.

Dla osób, które jeszcze nie zorientowały się, o czym był ten sen, kilka słów komentarza.

Dla Jezusa sennym symbolem ciał subtelnych była torba, a nie, jak dla mnie, samochód osobowy. To oczywiste. Jezus zawrócił z procesu umierania. Ja już wielokrotnie badałem tę sprawę, również z innymi śniącymi. Jezus nie umarł na krzyżu. Wrócił do swojego ciała. Nie kwestionuję, że odbył podróż na granicy śmierci na wysokie poziomy swojej Świadomości, ale ze snów wynika, że śmierć była upozorowana przy pomocy żywicznego koloru substancji rozpuszczonej w płynie. W dawnych snach pokazano mi kobietę i mężczyznę, którzy wynieśli jego osłabione ciało. Kiedy odzyskał siły, dalsza ucieczka zaprowadziła ich aż do Owernii. Jak sprawdziłem na mapie, Owernia to górzysta kraina w dzisiejszej Francji, która w czasach rzymskich była częścią imperium. Nie mogli się zatem nasi uciekinierzy ujawnić, ponieważ wyrok zostałby wykonany powtórnie. Nie było tak, jak w filmie Scorsese. Jezus się nie ożenił. Ze sobą żyli kobieta i mężczyzna, którzy pomogli Jezusowi w uciecze. Maria z Magdali i brat Jezusa, który od dawna ostrzegał go przed wiązaniem się z grupą nieudolnych buntowników. Nie jest to mentalny wpływ książek Browna, a informacja uzyskana i potwierdzona we śnie.

Dość zaskakujące jest natomiast tłumaczenie solarnego boga, jego niewrażliwość.

Z moich dawnych snów wynika jeszcze coś bardziej zaskakującego. Świadomość duszy Jezusa to świadomość z dość odległego poziomu. W ciele Jezusa inkarnował osobliwy byt, nie mówię tu o Czerwonym Chrystusie z dziesiątego poziomu. Ten byt  nie inkarnuje w osamotnieniu. Apostołowie to w większości towarzyszące mu byty, które podobne „akcje” powtarzają w różnych rejonach nieświadomości zbiorowej! Nazwałem ich Legionem Jezusa, nie przez przypadek nawiązując do pewnego biblijnego określenia.

Pozostaje jeszcze jeden ciekawy aspekt dotyczący postaci Jezusa człowieka. Jego osoba naprawdę musiała fizycznie istnieć, jednak wiele cech, jakie składają się na nowotestamentową postać, jest zapożyczonych od innych działających na tamtych terenach osób. Pomijam w tej chwili egregora Jezusa, który powstał w astralu z wyobrażeń chrześcijan, jak talmudyczny golem.

 

Aby zaprezentować Państwu, jak możemy posługiwać się snami, zapytam kolejnej nocy, jakie słowo czy może słowa tworzyły wzór na jasnej podszewce wyściełającej torbę, którą odzyskano dla „mnie” i odnowiono we śnie.

 

Zadaję pytanie i zasypiam.

(Oczywiście nie odbyło się bez całego wykładu o tym, czym jest ten napis, na jakim poziomie można go zobaczyć i w jakich okolicznościach!)

Jestem w samej stolicy. Jadę pod górę pilotowany przez miejscowy pojazd. Chyba się na moment zagapiłem czy też pilot zniknął, bo zdezorientowany utknąłem na osiedlowym skrzyżowaniu. Na wprost prowadzi jedna droga, a wprawo, niewielkim łukiem druga. Pomyślałem, że w prawo to zjazd do szerszej, więc wjechałem. Okazało się że jest ślepa. Próbuję się wycofać i pojechać w lewo czy raczej na wprost, ale na środku skrzyżowania zatrzymało się czerwone BMW, dwudrzwiowe     (czerwień to kolor c.kauzalnego) i nie ma zamiaru ułatwić mi mojego manewru. Niewiele brakowało, a otarłbym się o nie.

Ostatecznie jakoś udało się wymanewrować tyłem(!). Wjechałem w drugą odnogę. Znalazłem się na placu. We śnie nastąpiło odwrócenie(!!!) obrazu. Teraz przeszkodę mam nie po lewej z tyłu, jak przed chwilą, a po prawej z przodu. Przeszkodą tym razem jest nisko rozciągnięty łańcuch. Strasznie długi, ale wisi naprężony na całej swojej długości, na wysokości maski mojego auta, więc nie mogę go pokonać. Zatrzymałem się i kombinuję co teraz zrobić. Rozwiązanie przyszło samo. Z przeciwnej, lewej strony, zza łańcucha, jedzie duży pojazd. Łańcuch podniesiono na taką wysokość, aby mógł przejechać. Nie czekałem na lepszą okazję i wepchałem się swoim samochodem na drugą(!) stronę.

Tymczasem po drugiej stronie łańcucha uliczki tworzą wewnętrzną osiedlową sieć. Wkrótce znowu utknąłem. Zatrzymałem auto obok faceta siedzącego po prawej stronie, pod blokiem na krześle. Jak się okazało po chwili, był strażnikiem. Ubranym jakoś tak . . . . zupełnie po domowemu.

Opuściłem szybę w prawych drzwiach. Pytanie, jakie zadałem strażnikowi, było właściwie retoryczne:

- Dalej nie ma jazdy?

Facet potwierdził :

- Potem miałby pan pretensję, że się samochód zawiesił.

Nie ma rady, wycofuję się i wracam na dół. Tym razem jadę na deskorolce! Wykorzystując naturalny spadek terenu. Kiedy przejeżdżałem obok skrzyżowania, gdzie utknąłem po raz pierwszy, czerwonego samochodu już nie było widać. Spojrzałem jedynie w lewo, w głąb osiedla, czy może nie ma czegoś ciekawego do obejrzenia, ale stały tam zwykłe bloki jak wszędzie, więc nawet nie hamowałem.

Kiedy spojrzałem w dół, przed siebie, moją uwagę zwrócił wiszący w oddali napis złożony z czterech słów. Trochę wyglądał jak ten w Hollywood, ale był niżej i nie wiem, czy nie wisiał w powietrzu.

Napis był zupełnie czytelny. Problem stwarzał jedynie trzeci wyraz, bo był jakiś taki, niestabilny. Jakby wieloznaczny:


                               ACT AGAIN BORNING/BURNING FACT

 

Obudziłem się, zapisałem i sądziłem że zakończyłem pracę nad artykułem. Tymczasem kolejnego wieczoru przypomniałem sobie o tych dziwnych uszach, jakimi spięto torbę. Ich dziwaczność musi w sobie coś kryć. Zapytam jeszcze o nie.

Zasnąłem.

Moja rodzina zamieszkała w wynajętym od pewnego mężczyzny(!) domu.

Rodzina wprowadziła się na pierwsze piętro z całym swoim bogatym dobytkiem. Ja mam zamieszkać wyżej, na czwartym (c.mentalne) piętrze. Kiedy idę na samą górę, mijam drugie piętro bez jakiegoś specjalnego zwracania na nie uwagi, ale na  trzecim (c.astralne) uważnie przyglądam się dziwnie opatulonym drzwiom. Wygłuszone? Od strony klatki schodowej? Aby nie było słychać na klatce hałasów z wnętrza??? Po lewej stronie dość nisko, obok drzwi wystaje jakaś dziwna wypustka. Oczywiście wystarczyłoby teraz albo kolejnej nocy zapytać o tę wypustkę, ale darujmy sobie takie szczegóły. Moja ciekawość i tak zmusza mnie do sięgnięcia po klamkę. W tym samym momencie drzwi się uchylają i staje w nich kobieta. Ma do nas pretensje, że tak hałasujemy. Nie żeby była zła, ona się dąsa tak jakoś, ambiwalentnie.

Przepraszam tłumacząc, że to nie potrwa zbyt długo, bo właśnie się wprowadzamy.

Dotarłem do czwartego(!) piętra. Mieszkanie jest bardzo skromne, to przeciwieństwo pierwszego piętra. Na podłodze leżą porozrzucane niedbale tektury zamiast wykładziny. Teraz okazuje się również, że nie przyszedłem tutaj sam, mimo że sam mam tu mieszkać. Są ze mną wyraźny ojciec (obraz ojca z dziesiątego poziomu, czyli maska, jaką nałożył jakiś byt) i kobieta, ktoś jak siostra.

Rozmawiam z „siostrą”, wyglądając przez okno po prawej stronie ekranu śnienia. Mówię, że właściciel to szczęściarz. Wybudował, a jeszcze pewniej odziedziczył dom po swoich rodzicach, a teraz wynajmuje po tysiąc złoty za piętro i ma cztery tysiące na życie, nic nie robiąc. Siostra dodaje: ma siedem tysięcy, kiedy doliczy się podatek (!?). Przyznaję jej we śnie rację. (Oczywiście według sennej arytmetyki siódemka to poziom atmaniczny, grupa zer to podkreślenie, że za pierwszą granicą).

Tymczasem „ojciec” położył się na kanapie stojącej w głębi pod ścianą. Nie poleżał jednak długo, bo zaczęły go gryźć insekty. Odrzucił przykrycie, a ja pomogłem mu wyłapać te pasożyty. Jednego zatłukłem, ale na ścianie za kanapą obserwuję dziwne zjawisko. Robale polują na siebie nawzajem, wkłuwając swoje kłujki w inne napotkane insekty. Zrobiło się zatem z tego polowanie wszystkich na wszystkich, a to wszystko na czwartym (mentalnym) solarnym piętrze!

Po obudzeniu analiza nie jest trudna.

Uszy to pierwsze-fizyczne i czwarte-mentalne piętro świadomości Jezusa, który po powrocie do siebie był już jedynie dzierżawcą własnego odnowionego ciała, wyciszonych, a może raczej stłumionych w sposób chyba już doskonały emocji i umysłu, który opanowały zwalczające się myśli szarpiące nawet świadomość maniczną najemcy – obraz ojca, który zstąpił i owładną jego umysłem.

Jego, człowieka o imieniu Jezus, Świadomość otworzyła się do poziomu siódmego –atmanicznego. Można się z tego domyślić, że jego zachowanie po „zmartwychwstaniu” musiało nieodparcie przypominać oświeconego w swoisty sposób, podobnego opętanemu bogiem. Zaczął chyba nawet rewidować swoje wyobrażenia na temat JHWH, który przecież był jedynie bogiem plemiennym  zapożyczonym od mieszkańców JHW, regionu leżącego na obrzeżach Samarii.

 

Warto zwrócić uwagę na przeszkody, które pojawiły się przy zmianie kierunku  mojego podróżowania samochodem. Trzy przeszkody stanowiące tak naprawdę opis jednej i tej samej granicy; czerwony samochód, łańcuch i stróż to troistość typowa dla wycinka Świadomości obszaru ponadbuddycznego. Oczywiście strażnika  chrześcijanie nazwaliby św. Piotrem, ale to osobowy aspekt Chrystusa. (Oczywiście nie tego Jezusa Chrystusa chrześcijańskiego, tylko czerwonego Chrystusa w moim rozumieniu, czyli bytu stojącego na poziomie prawie dziesiątym u zbiegu dróg wznoszącej do Źródła i sprowadzającej Świadomość „na dół”.

Teraz już chyba mogę zakończyć temat ostatecznie, chyba że Wojtek będzie miał coś do dodania. Wpadłem na pewien pomysł. Zagadnę Wojtka o wzór na podszewce mojej torby ze snu, nie mówiąc, o czym śnię.

Napisałem do niego w tej sprawie.

Udało się go wprowadzić w błąd. Minęło przecież kilka nocy, pomyślał zatem, że już dawno zmieniłem cel swoich podróży. Jednym słowem, nie wie, o czym będzie śnił, co doda waloru bezstronności informacjom, jakie uzyskamy z jego snów. Ma sprawdzić napis na podszewce .

 

Relacja Wojtka

Źle zapisałem :/ cholierka. Zapytałem jaki był napis na poduszce w Twoim śnie, a teraz widzę, że na podszewce  :(
Wiele też nie pamiętam, ale jechaliśmy z kumplem (domyślam się, że to Ty) pociągiem, bardzo szybko. Po pewnym czasie  zaproponowałem przejście na tył pociągu, ponieważ  bałem się, że pociąg  może się rozbić. Powiedziałem jednak kumplowi, aby zmienić nasze miejsca na te z tyłu, bo tak lubię. Poszliśmy na tył, a tam był bardzo fajny salonik z wygodnymi fotelami i wyglądało w środy jak nie pociąg. Niestety tylko tyle :/
Spróbuję powtórzyć.

 

Ja do Wojtka

Pociąg to ciąg struktur Świadomości z jej kolejnymi poziomami. Zmieniliśmy niebezpieczny przód na komfortowy tył, czyli na najniższy poziom fizyczny tego kogoś, kogo badasz, ale co dalej, gdzie te napisiki? Staraj się jeszcze raz i możesz dodać nowe zlecenie - dziwne uszy do tej mojej torby. Ja dzisiaj zapytam o uszy. Gdyby się udało, była by rewelacja :) !

Następnej nocy Wojtek koryguje pytanie.

Wojtek

Pytanie: co jest napisane na podszewce torby z nowymi uszami ze snu Jarka?


Końcówka ostatniego snu mnie rozwaliła, ale najpierw pierwszy sen. Co ciekawe, był to sen długi i ciągły, choć nie da się całego opisać, bo niewiele się działo. Byłem gościem pewnej rodziny w USA. Nie byli moimi bliskimi znajomymi, więc trochę się krępowałem wszystkiego, zwłaszcza tego, że mieliśmy coś zjeść, a wydawało mi się, że skończyło się pieczywo. Były też ich dzieciaczki i kręciły się po domu. Gościł u nich chyba też ich kuzyn oraz mój kolega. W rozmowie z rodzinką dowiedziałem się, że ten kuzyn jest mistrzem wyścigów w driftcie (jazda w kontrolowanym poślizgu). Pokazali mi też filmik jak on jeździ i rzeczywiście robiło to nie małe wrażenie. Tego nie słyszał mój kolega, który rozmawiał z Mistrzem. Gdy do nich podszedłem, usłyszałem, że rozmawiają o kontrolowanych poślizgach w jeździe samochodem. Kolega, nie wiedząc tego, co ja dowiedziałem się o Mistrzu przed chwilą, zaczął omawiać, jak taki poślizg należy robić. Oczywiście mówił, że zna tylko teorię, ale wie, jak to robić, bo się tym interesował, choć nie miał okazji poćwiczyć. Facet go słuchał z miną niedowierzania i pobłażania, ale kolega po prostu nie wiedział, że wykłada to mistrzowi w driftcie, jednak ten z grzeczności nic nie mówił. Postanowiłem powiedzieć koledze trochę później, że się lekko wygłupił, choć jest usprawiedliwiony, bo przecież nie wiedział, kim tamten jest. Mistrz zaczął się bawić z dzieciakami i jeździł na takim małym rowerku, w końcu na nim zaczął efektownie wpadać w poślizgi - kolega był bardzo tym zdziwiony. W międzyczasie zauważyłem, że nasi gospodarze zaczęli wnosić jedzenie. Pobiegłem im pomóc, okazało się, że mieli właśnie dostawę do domu, dokładnie tak jak ja to robię w pracy. Gospodyni wiedziała o tym, że brak im jedzenia, bo zamówiła go sporo. Po przeniesieniu rzeczy do kuchni pobiegłem za kierowcą, aby z nim pogadać. Zacząłem go pytać, ile zarabia, odpowiedział 905 i nie wiem teraz, czy mówił na godzinę, w dolarach czy funtach. Mówił, że pracuje mu się świetnie. Pytałem też o benefity (dodatki do pensji). Okazało się, że wychodzi to bardzo podobnie jak u nas. Powiedziałem mu, że z tego co powiedział, widzę, że różnica jest tylko w ubezpieczeniu. U nas jest leczenie za darmo, a oni muszą płacić sami za swoje ekstra ubezpieczenie, które nie zawsze pokrywa wszystkie potrzeby. Powiedziałem mu, że może Prezydent w końcu im to zmieni i będzie w Stanach darmowa opieka. Powiedziałem mu również, że rozważam wyjechanie do USA do pracy i właśnie dlatego staram się rozeznać  sytuację.

Miałem też inny sen, po tym jak zasnąłem nad ranem jeszcze raz. Z całego snu pamiętam tylko końcówkę, cały musiał być bardzo ciekawy. Końcówka była taka. W końcu zostałem zagoniony w kozi róg przez swoich wrogów, mimo że dotąd łatwo sobie z nimi radziłem, na końcu podszedł do mnie wampir! Ze spokojem zbliżał się do mnie, z wielką pewnością siebie. Mówił mi, że zaraz mnie zabije i wyssie ze mnie całą krew co do ostatniej kropli. Tymczasem ja zza pazuchy wyjąłem złoty pistolet. Wampir się zaśmiał i powiedział, że jego nie da się tym zabić. Ja jednak pokazałem mu, że mam w pistolecie specjalne srebrne naboje i w tym momencie mina mu zrzedła. Kazałem się wampirowi wycofać i nie iść za mną, inaczej go zastrzelę. Zacząłem uciekać wraz z Asią korytarzami. Asia zobaczyła  kotkę, stanęła nam na drodze. Baliśmy się, że ona też już jest wampirem, więc Asia postanowiła ją zabić mimo tego, że znaliśmy tę kotkę. Asia wbiła jej srebrne ostrze w ciało i kiedy ją zabiła, poznaliśmy, że nie była jednak wampirem. Zrobiło nam się jej żal. Jednak postąpiliśmy prawidłowo, gdyż wampiry mogłyby ją zamieniać w kota wampira, więc ulżyliśmy jej ewentualnemu cierpieniu.
I tyle. Niezła końcówka, ale teraz jestem ciekawy, o co chodzi z tą torbą i uszami. Nic z tego nie rozumiem.

 

  

Nietrudno się domyślić, kim był Mistrz, to Czerwony Chrystus. Obraz Ojca w moim śnie przyjął na siebie byt, którego podówczas nie zidentyfikowałem, śniąc z pozycji Jezusa. Kim był kolega Wojtka również nietrudno się domyślić, to ja, a jednocześnie Jezus, przecież „nim” śniłem. Zatem Jezus nie miał pojęcia o istnieniu Czerwonego Chrystusa!!! Obraz Ojca - JHWH, utożsamiał od razu z Bogiem, Ojcem z dziesiątego piętra. O tym opowiadały nasze sny o uszach od  torby, nowym zamknięciu ciała Jezusa po „zmartwychwstaniu”. Ten uchwyt to klamra spinająca ciało fizyczne i mentalne opanowane przez Czerwonego Chrystusa. Obawiam się, że wtedy już zachowanie Jezusa przypominało bożego obłąkańca. Jurodiwego. W moich dawnych snach o „zmartwychwstawaniu” podkreślano już tę amalgamatyczność wszystkich poziomów Świadomości Jezusa, jaka powstała w tym krytycznym momencie jego życia!

Oczywiście, dostawa  brakującego pożywienia(!) była z okolic poziomu 9 poprzez granicę śnienia 0 na poziom 5, czyli kauzalnym dla ludzi. Poziom dziewiąty i jeszcze trochę (dodatek do pensji) to poziom Czerwonego Chrystusa. Ciekawa jest uwaga uczyniona przez posłańca, pozorną autonomiczność archetypu Czerwonego Chrystusa, że o własne zdrowie dba na własny koszt. To prawda, ponieważ wyszedł ze Źródła w wyniku wyodrębnienia się Jego własnej, pozornie autonomicznej woli!!!

Co do poziomu. Jego poziom nie może być dosłownie poziomem dziesiątym brahmaniczym, bo to poziom Ojca i Matki. Czerwony Chrystus jest zatem z poziomu blisko sąsiadującego z poziomem Ojca i Matki. Tak też określają go moje dawne sny na ten temat. Podkreślają, że stoi on na zewnątrz, przed szczeliną brahmaniczą i czuwa nad początkiem i końcem dróg wstępującej i zstępującej. To on wstąpił w Jezusa  człowieka. Wojtka goszczą Ojciec i Matka, których zapewne nie widział bezpośrednio, a jedynie odczuwał ich Obecność, w ich Obecności poznaje krewnego (czerwień). I Rodzice dzieci i Mistrz są z za oceanu. (Proszę porównać moją księgę umarłych dla ateistów) stąd pojedyncze(!) zero pomiędzy 9 a 5. Poziom ponaddziewiąty jest dla Chrystusa poziomem przyczynowym, tak jak dla nas ludzi i Jezusa człowieka poziom piąty. Poziom kauzalny każdego bytu we śnie widziany jest  przez nas jako czerwień, co oczywiście nie oznacza, że jest równy naszemu poziomowi kauzalnemu. Może tak, jak w przypadku Czerwonego Chrystusa, lokować się na poziomie naszego ponaddziewiątego-brahmanicznego, a może być równy z naszym poziomem energetycznym, jak u niższych form świadomości.

Jest jeszcze inny ciekawy aspekt tej sprawy. Na dziesiątym piętrze żyje jeszcze jedna matka i jeszcze jeden ojciec. Dobra Matka i nieco męczący Ojciec! Oboje są dobrze widoczni, ale podobnie jak Ojciec i Matka Niewidoczni praktycznie nie występują jednocześnie w dwóch oddzielnych postaciach. Męczącego Ojca nazwałbym formą Boga, na którą ludzie nakładają swoje wyobrażenia o Bogu. Jung nazwał właśnie to zjawisko pozorną autonomią archetypu. Nie oznacza to jednak, że ten męczący  Ojciec jest naszym tworem, my tworzymy jedynie  egregory / maski, które zlepiają(!) się z nim, on jest słupem ogłoszeniowym, na który naklejamy wszystkie ludzkie egregory opisujące Ojca z dziesiątego piętra. To punkt połączenia, który Michał Anioł przedstawił na sklepieniu Kaplicy Sykstyńskiej w formie mającego za chwilę nastąpić zetknięcia się wyciągniętych dłoni Boga i Adama.

               

                 

    

 

Spójrzcie proszę jeszcze raz na rysunek kabalistycznego Drzewa Życia, złożonego zazwyczaj dziesięciu sefirot (w tym jest jeszcze dodatkowa jedenasta DAATH/poznanie/gnoza, czyli to, czym właśnie się zajmujemy), przyjrzyjcie się jemu dokładnie. Prawie wszystko się zgadza. Nawet to że Syn - TIFARET/piękno, „ciągnie się” od MALKUT niemal do samej KETER. Ojciec, którego kabaliści nazywają miłosierdziem/CHESED, w przypadku Jezusa to JHWH, wydał mi się raczej oderwany od rzeczywistości, proponował mi adorację obrazu, na którym widniał Jezus. Czy jednak JHWH był rzeczywiście miłosierny? Raczej bym tego tak nie określił.

Aby poprowadzić dalszą paralelę pomiędzy Drzewem sefirot a moimi snami, wystarczy przyjrzeć się dokładniej i odnaleźć bez większego trudu dwie granice, o których wspominałem w poprzedniej relacji o objawieniach w Miedziugorie… czy w odcinku bloga pod tytułem Kabalista. Z moich snów wynika, że jest jeszcze jedna granica o której QBL (Kabała dosłownie oznacza „Od ust do ucha”) nie wspomina. To usta Brahmana, nomen omen Brama, w których/której zostajemy przenicowani. Dobra Matka (kabalistyczna GEBURA/srogość, ale ja nie zauważyłem żadnego aspektu srogości, wręcz nazwałbym ją oddaniem się) jest naprawdę troskliwa i mądra, a nie sroga, to Sophia/Duch Święty chrześcijan z naklejoną przez kościoły chrześcijańskie twarzą Marii matki Jezusa.

Zdaje się, że kabaliści coś tu odwrócili albo wszystko wydawało się im przerażająco opaczne, tak jak ich wyobrażenie o Bogu. Dobra Matka nie jest srogością, zdarza się, że „dzwoni” do mnie we śnie i pyta czy jestem szczęśliwy!!! Dobra Matka wchodzi z nami we wstrząsająco bliskie relacje, jest nam oddana w przerażająco dosłowny sposób!!! Swoją unię mistyczną, wejście(!) poprzez Dobrą Matkę (GEBURA) i Matkę (BINA) aż do bezpośredniego kontaktu ze Źródłem (KETER) opisałem w trzeciej księdze Krajobrazów). Jak widać, nie tylko z moich snów, ale i z Drzewa Życia wynika bezpośrednio wiedza o kanale zstępującym i wstępującym. Czarnym i białym! Jednak przy tym porównaniu kabalistyczne Drzewo wydaje się odwrócone sensami, droga czarna zstępująca powinna być kobieca, wynika to z moich snów, kabała nazywa ją Filarem Surowości. Droga biała to droga męska - Ojca, to w Drzewie Filar Dziękczynienia. Na zdrowy rozsądek kolory i kierunki oraz intencje z nimi związane są słuszne, ale moje doświadczenie wskazuje, że intencje poziomów Świadomości, jakie stoją w miejscu ich „umocowania” na dziesiątym poziomie, są odwrotne. Czy kabaliści mylą się? Sądzę, że nie do końca, ich sposób widzenia jest ludzki, czyli z punktu umocowania ludzkiej świadomości, na poziomie mentalnym. Nie zapominajmy również, że właśnie dlatego odeszliśmy od Źródła, „zbuntowaliśmy” się przeciw niemu. Ta „przedkopernikańska” psychologia duchowa jest przyczyną całego odwrócenia interpretacji wizji mistycznych. Ponieważ bunt przeciw Źródłu jest tak naprawdę jego stanem czynnościowym, a nie naszym buntem, i wynika z jego struktury, a nie z intencji „iskier” opuszczających wysoki poziom Świadomości. To my, ludzie, interpretujemy wyruszenie w drogę zstępującą, czarną, jako złą, bo pogrążającą nas w materii, a wstępującą białą drogą, dobrą, wyzwalającą. Sens i ekonomia Źródła zakłada tymczasem utrzymywanie obydwu procesów i nadzorowanie ich proporcjonalności i adekwatności przez byty pośredniczące pomiędzy Bramą do Źródła a najniższą świadomością zakotwiczoną w najniższych wibracjach. Filar środkowy to droga poznania, gnozy, prowadząca do poznania prawdziwej funkcji Czerwonego Chrystusa, bytu stojącego na straży dziesiątego poziomu u zbiegu obydwu dróg. Jego intencje również pojmujemy opacznie, jak to ludzie. Czerwony Chrystus tymczasem nie jest ani dobry, ani zły, nadzoruje wszystkie wysokie świadomości, aby nie wpadały w egotyczne urojenia i nie próbowały same arbitralnie zaburzać (sądzić) przepływu pojedynczych elementów Świadomości w obydwie strony. Warto również zwrócić uwagę na kapitalny fakt: relacja, jaką ludzie nadają tym dwóm bytom (Dobrej Matce i Czerwonemu Chrystusowi) jest rzeczywiście tożsama z relacją matki i syna. Oczywiście chrześcijaństwo jedynie nałożyło na te archetypowe byty swoją kalkę. Zapewne krwawość ofiary na krzyżu świetnie pasowała chrześcijańskim mistykom do czerwieni Czerwonego Chrystusa, z którym można było się spotkać po tamtej stronie.

Postawię tutaj szokującą dla niektórych czytelników hipotezę. Jezus, nie rozumiejąc  znaczenia czerwieni, jaką oglądał w swoich wizjach mistycznych, pod wpływem mesjanistycznych nastrojów i presji tamtych czasów, potraktował ją jako wezwanie do męczeństwa, jej pojawienie się na pewnym etapie wglądu potraktował jako wezwanie do krwawej ofiary. Nieszczęśnik uwierzył, że ktokolwiek po tamtej stronie oczekuje jego męczeństwa. Ponury przykład nieznajomości struktury Świadomości, błędnego rozumienia wleczonego po dziś dzień przez religie apokaliptyczne!!! Pozwolę sobie nawet na generalizację. Podobnym błędem były wszystkie krwawe ofiary, które starano się uzasadnić metafizycznie.

 

Mnie postać Czerwonego Chrystusa kojarzy się z Sziwą, on też stoi na straży koła karmy.  Matkę (BINA) i Ojca (CHOKMA), Ojca i Matkę z dziesiątego piętra, zdarza się nam  odebrać jednocześnie, ale wtedy wyglądają jak jedna osoba z niestabilną twarzą, androgyniczną albo wręcz bezosobowo jako nakładające się warstwy wzruszająco pięknych, docierających do głębi naszej świadomości panoram śnienia. Ten pierwszy jeszcze osobowy wariant budzi we mnie mieszane odczucia. Pewnie dlatego, przynajmniej do niedawna, chciałem być oddzielnym ich aspektem, ateistą. Ten drugi jest naprawdę głębokim doznaniem. Audiencję u upostaciowionej OJCOMATKI nadzoruje zazwyczaj Dobra Matka siedząc po lewej stronie. W przypadku drugim odczucie przypomina stanie tuż przy balustradzie wysokiej wieży albo na dziobie oceanicznego okrętu.

Pozostaje również ujawnić kim jest wampir, pasożyt kąsający „Ojca”, ale i próbujący ukąsić Wojtka. To egregorialny Jezus kościoła katolickiego nieobawiający się złota (z poziomu buddycznego), jego strach wzbudza jedynie srebro, to kolor obrzeża poziomu brahmanicznego. Nie bez powodu dodano we śnie Wojtka potencjalnie wampirycznego kota. Takie wściekłe koty w moich snach obrazowały jezusowego egregora, który wielokroć przyzywany przeze mnie próbował mnie podrapać lub ukąsić! To owoc zamętu, jaki chrześcijaństwo wprowadziło w struktury duchowe swoich wyznawców.

 

Ciekawe zakończenie  ekstremalnej podróży.

 

Zamykając  artykuł  klamrą, otworzoną  cytatem z Huntingtona, dodam jeszcze jedną refleksję.

  

Przed laty Richard Alpert, podówczas profesor Harvardu, udał się do Indii z pokaźnym zapasem LSD. Cel wyprawy był jasny. Alpert pragnął przedstawić ową sakramentalną substancję guru Maharaji, himalajskiemu joginowi. Spodziewał się spektakularnego zwycięstwa najwspanialszego enteogenu Zachodu nad imaginatywnym doświadczeniem Wschodu.

Święty spożył od razu cały zapas (900 mikrogramów), co nie wywołało na nim żadnego wrażenia. Okazało się, że guru na co dzień doświadcza stanów z poziomu sahadż samadhi, który nie jest już zależny od czynników biologicznych.

Alpert zrozumiał że zachód nie jest w stanie wymyślić niczego, co nie zostało już sprawdzone przez duchowych gigantów Wschodu, przyjął zatem nowe imię, Baba Ram Dass, i stał się uczniem Maharaji.

Po latach Dass podzielił się z nami refleksją, iż „jedyną rzeczą, jaką możemy ofiarować innemu człowiekowi, jest nasz własny stan istnienia”.

Co niniejszym czynię.


                             Stworzenie Adama                                                         

Korekta przez: Radek Ziemic (2014-06-22)



« Co nam się objawiło w Medziugorie, Lourdes, Fatimie - cud słońca Czerwcowe noce (1) »

Komentowanie wyłączone wszędzie od 1 sierpnia 2020.

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)