Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

05 listopada 2019

Mirosław Czylek

z cyklu: Uran w Byku i wojna o Ziemię (odcinków: 8)

O egocentrycznych wampirach neoliberalizmu i niedobrych korporacjach


« Dziadki neoliberalizmu i rusałki ekologiczne

Poprzedni tekst kończyłem bon-motem doradcy ekonomicznego Ronalda Reagana, który wychodził z parareligijnego imperatywu zwiększania sprzedaży („dość manipulowania przy popycie. Czas zająć się zwiększaniem podaży”). W wywiadzie z Rafałem Wosiem Craig Roberts, jeden z piewców neoliberalizmu czasów Reagana przyznaje, że wygrana ze "złym systemem", jakim był ZSRR i komunizm, była tak naprawdę... początkiem powolnej degeneracji starego dobrego kapitalizmu.

Kontynuuję czytanie dialogu i przecieram oczy ze zdumienia widząc takie słowa: "Chcąc nie chcąc, reszta świata musiała bowiem ugiąć kark przed zwycięzcą. I otworzyć się na zachodni kapitał, udostępniając mu ogromne zasoby swojej niesamowicie taniej siły roboczej. Choćby w komunistycznych Chinach czy socjalistycznych Indiach. Towarzyszyło temu powtarzane jak mantra przekonanie, że nie ma alternatywy dla zachodniego kapitalizmu. Amerykańskie korporacje musiały z tej okazji skorzystać. Szybko zauważyły, że neoliberalizm daje im niesamowite możliwości maksymalizacji zysków. Czyli również maksymalizacji premii dla najwyższej kadry menedżerskiej".

Z tytułu dokonywanych podbojów pojawiają się gorzkie słowa (cytowane dalej w tym wywiadzie): "Pamiętam, że przyglądałem się wtedy regularnie miesięcznym statystykom dotyczącym amerykańskiego rynku pracy. I patrzyłem ze zgrozą, jak na moich oczach znikają solidne miejsca pracy w sektorze produkcji, potem w usługach biznesowych, projektowaniu, logistyce, badaniach. Czyli wszystkich tych dziedzinach, w których pracę znajdowali kiedyś absolwenci amerykańskiego systemu edukacyjnego. To przecież były dokładnie te miejsca pracy, o których stworzenie walczyła reaganomika! I to przez nie wiodły tradycyjne ścieżki awansu społecznego w amerykańskim społeczeństwie. A więc to, z czego Ameryka była przez dziesiątki lat taka dumna i na czym opierał się ten słynny „amerykański sen”.

*

W ramach dygresji - degeneracja współczesnego świata w oczach „młodych” i apokaliptyczne teksty w stylu „180 milionów dzieci w 37 krajach świata jest bardziej narażonych na ubóstwo, brak dostępu do edukacji czy śmierć z powodu przemocy, niż dzieci żyjące w tych samych krajach 20 lat temu” to fatalistyczna opowieść o tym, co czeka przyszłe pokolenie. Przesadzam? Kasandryzuję? Niekoniecznie. Nawet z perspektywy oceniającego, który miewa tendencje do towarzyskiego zgnuśnienia w wygodnej, wielkomiejskiej, europejskiej bańce, w samej Polsce też różowo nie jest. „46 proc. osób w wieku od 25 do 34 lat nadal mieszka z rodzicami”. Zagadka – ile procent ludzi z pokolenia baby boomers (ur. pomiędzy 1946-1964) mieszkało w tym samym wieku ze swoimi rodzicami? Koniec dygresji. Kiedyś to były czasy, teraz nie ma czasów.

*

Do pogodzenia się z końcem mitu o amerykańskim śnie i do końca pieśni pochwalnych o kapitalistycznym sukcesie nie mogą niestety dojść współcześni polscy komentatorzy polityczni. Zajęci są ustawianiem bastionów obronnych złożonych z pomników politycznych o twarzach Thatcher, Reagana czy Balcerowicza. Sądzą, że w ten sposób obronią się przed obecną falą „populizmu ekonomicznego” (typu „500+” w warunkach lokalnych, czy „bezwarunkowy dochód podstawowy” w ramach eksperymentów światowych). Niestety, nie dostrzegają, że ów „populizm” jest po prostu nową falą uprawiania polityki, wdzierającą się do starego i coraz gorzej funkcjonującego już świata, który i bez „populizmów” ugiął by się w końcu pod własnym ciężarem. W jednym z tekstów pisałem o tym, że polska klasa polityczna skutecznie nauczała społeczeństwo egoistycznego American Dream. W ramach „edukacyjnych owoców” otrzymaliśmy to, czego neoliberałowie chcieli: zatomizowane społeczeństwo egoistów, których współczynnik poparcia dla bajki American Dream jest znacznie wyższy niż w innych, lepiej rozwiniętych krajach.

Było to już przeze mnie poruszane, ale warto to przypominać, przypominać i jeszcze raz przypominać. Zanim część ludzi zacznie płakać, dlaczego tkwimy w społeczeństwie hejterów, zazdrośników, a Bismarck się kiedyś z nas śmiał (o ile twierdzenie: „Dajcie Polakom rządzić, a sami się wykończą” należy do niego). Źródło: Onet. Uwaga – poniższe zestawienia zostały opracowane jeszcze „przed Kaczyńskim”!

W rankingu zaufania między ludźmi wyprzedzamy tylko Bułgarię, Cypr i Słowację. Przegoniła nas Portugalia, która jeszcze niedawno plasowała się niżej niż Polska.

Pięć pierwszych miejsc w rankingu też nie powinno być zaskakujących. Monopol na zaufanie w Europie ma Skandynawia. Liderem jest Dania. Obywatele tego kraju, odpowiadając na trzy pytania, ocenili ogólnie poziom zaufania na 20,5 punktów. Maksymalna ilość punktów do zdobycia wynosiła 30. Tuż za Danią uplasowała się Norwegia (19,7 pkt.), Finlandia (19,3), Szwecja (19,1) i Islandia (19). W Polsce ten wskaźnik wynosi 12,8. Różnica rzuca się w oczy.

Tam, gdzie kultura indywidualizmu jest niższa odwrotnie proporcjonalnie wyższy staje się potencjał do współpracy. Społeczeństwo polskich egoistów oprócz Mitycznego Snu dysponuje również swoimi świętymi patronami. W kulturze pop masowej wyróżniają się przywołani już Margaret Thatcher (jej słynne przykazanie: „rząd nie ma własnych pieniędzy...” robi furorę na miarę dekalogu) i Ronald Reagan („rząd nie jest rozwiązaniem problemu, tylko problemem”). Grube szyderstwo i złośliwość z mojej strony? Skądże znowu – wielu poważnych polityków (nie tylko Korwin – Mikke) często udostępnia te obrazki ze „świętymi” w ramach poważnego politycznego dyskursu, uruchamiając stare dobre sentymenty antykomunistycznych kombatantów. Wyznawcy starych dobrych modeli gospodarczo – ekonomicznych sprzed czterdziestu lat, jak tylko się da, żeby nie usłyszeć smutnej prawdy, mało optymistycznej w swojej wymowie diagnozy stosunków społecznych. A brzmi ona tak (ponownie cytat z Craiga Robertsa): "Globalizacja i niczym nieograniczona swoboda kapitału prowadzą więc w prostej konsekwencji do skostnienia relacji społecznych. W praktyce dobrą pracę mogą więc dostać tylko ci, którzy wywodzą się z dobrych rodzin. Natomiast ci na dole z coraz większym prawdopodobieństwem na tym dole pozostaną. Podobnie jak ich potomkowie. Smutne, ale prawdziwe".

Niech nie dziwi więc nas wyrzucenie do lamusa takiego pojęcia jak "solidarność". Większość płaczących nad kondycją współczesnych społeczeństw komentatorów politycznych nie chce widzieć realnej genezy wrzucenia tego pojęcia na śmietnik historii. Podczas gdy progresywny świat dyskutuje o problemie nierówności i nadmiernej eksploatacji planety, polscy komentatorzy polityczni bawią się w drobiazgowe rozróżnianie odcieni populizmu, płacząc, że obywatele dali się kupić za pięćset złotych. Ale nic to. Przed przejściem do następnego akapitu proponuję jeszcze cytat z Zygmunta Baumanna. Gwóźdź do trumny dla tych, którzy majaczyli coś o „Solidarności”:

Solidarność” była zjawiskiem charakterystycznym dla minionego już społeczeństwa producentów, gdy w społeczeństwie konsumentów jest już tylko z nostalgii poczętą fanaberią, choćby nawet członkowie nowego wspaniałego świata konsumentów roili się w tych samych sklepach i w tych samych dniach i godzinach, wiedzeni przez „niewidzialną rękę rynku” z tym samym powodzeniem, z jakim zaganiani byli do taśm montażowych przez szefów i wynajętych przez nich nadzorców.

*

Przy okazji rozliczeń ze społeczeństwem rozkapryszonych indywidualistów warto dorzucić jeszcze diagnozę Janusza Czapińskiego, która pojawiła się m.in. w wywiadzie, w październiku 2014 r. Wiem, że ociera to o perwersję, ale potwórzę ponownie – tego typu opowieści istniały jeszcze przed tym, jak niektórzy polityczni turyści i celebryci odkryli nagle na swoje oczy od wyborów w 2015 roku prawdę objawioną, „jak niedobrym i niewdzięcznym jest polskie społeczeństwo”. Szkoda, że nie poświęcili chociaż trochę uwagi takim sygnałom alarmowym. O fatalnym stanie tzw. pracy zespołowej można było pięć lat temu przeczytać takie wypowiedzi:

Nie ma u nas kultury pracy zespołowej. To nie czasy Edisona, żaden projekt nie powstaje przez zaangażowanie jednej osoby – tłumaczy prof. Janusz Czapiński. (...) Przed staniem się narodem innowatorów powstrzymuje nas co innego. – Nie potrafimy się dogadać – mówił Czapiński. – W łańcuszku od pomysłu do przemysłu jest szereg brakujących ogniw – dodawał. W opinii naukowca niepokojące jest, że Polacy tak dużą nadzieję w rozwoju innowacyjności pokładają w instytucjach państwa. (...) Polska cierpi na chorobliwy indywidualizm – alarmował psycholog społeczny. I wymieniał cechy, które powstrzymują nas przed staniem się innowatorami na skalę co najmniej europejską: niski poziom zaufania, awersja do współpracy, mały kapitał społeczny, nieumiejętność współpracy, granie na dobro własne, nawet kosztem dobra wspólnego. (...) Dlatego już od małego trzeba uczyć dzieci, że współpraca jest lepsza niż indywidualizm, a w zespole da się zrobić więcej, niż w pojedynkę.

*

Prowokacyjnego wypunktowania neoliberalnej, niczym nieograniczonej ekspansji dokonuje w efektowny sposób dr Tomasz Markiewka. Tytuł może się niektórym nie spodobać, lecz cóż - bycie purystą językowo - publicystycznym przy jednoczesnym denializmie klimatycznym jest jak ten rąbek od spódnicy u baletnicy. Brzmi on raczej tabloidalnie: "Kto odpowiada za kryzys klimatyczny? Konkretne korporacje i ich chciwość".

„Głupi” i "naiwny" tytuł, taki dla nastolatków raczej (równolatków Grety Thunberg), a nie dla poważnych i zgrabnie wystylizowanych żonglerów myśli ludzkiej? Cóż, jednak treść jest jak najbardziej adekwatna do jaskrawych sformułowań. Czytam smutne proroctwa: Wielką tragedią kryzysu klimatycznego jest to, że siedem i pół miliarda ludzi musi płacic cenę – w formie zniszczonej planety – żeby garść firm mogła dalej osiągać rekordowe zyski. To ogromna porażka naszego systemu politycznego, że godzimy się na ten stan rzeczy” – komentował dla brytyjskiego dziennika Michael Mann, amerykański klimatolog".

Doktor Markiewka w poszukiwaniu osikowego kołka, by zabić Wampira Neoliberalizmu pisze dalej: "Korporacje paliwowe nie tylko przyczyniają się do pogłębiania kryzysu klimatycznego, ale dodatkowo wydają ogromne pieniądze, aby zablokować potrzebne zmiany. Pięć firm notowanych najwyżej na giełdzie (Exxon, Shell, Chevron, Total S.A., BP) przeznacza w sumie 200 milionów dolarów rocznie na ten cel, sponsorując organizacje specjalizujące się w negowaniu zagrożenia klimatycznego". Nawet nie daje szansy odetchnąć, pokazując jeszcze tą informację: "Jest jeszcze gorzej, ponieważ przynajmniej dwie z tych firm – Exxon i Shell – wiedziały już dawno o zgubnym wpływie spalania paliw kopalnych na klimat. Raport, który otrzymali szefowie Exxon w 1982 roku, przewidywał wzrost temperatury o dwa stopnie Celsjusza w wyniku emisji gazów cieplarnianych. Podobne wnioski płynęły z wyników badań przeprowadzonych dla Shella w 1988 roku".

Bajeczki dla nawiedzonych dzieci? Bynajmniej. W wielu miejscach tajna prognoza dla paliwowych koncernów znajduje swoje potwierdzenia. W samych Niemczech temperatura była wyższa o 2,2 stopnia niż dla wieloletniej średniej z lat 1961 - 1990 [źródło: https://businessinsider.com.pl/wiadomosci/globalne-ocieplenie-zmiana-temperatury-w-niemczech-w-2018/6qgqdct]. Na wykresach Stefana Rahmstorfa zauważalne jest nagłe przyspieszenie temperatur i drastyczne zmniejszanie się lądolodów arktycznych [źródło: https://naukaoklimacie.pl/aktualnosci/piec-najwazniejszych-wykresow-klimatologii-339].

Pretendująca bardziej do spiskowych teorii dziejów lub religijnych mechanizmów narracja ma swoje realne konwekwencje w świecie polityki. "Okazuje się więc, że najwięksi gracze na rynku paliwowym od dawna wiedzieli o zagrożeniu, ukrywali tę wiedzę przed społeczeństwem, a dziś odpowiadają za znaczącą część emisji gazów cieplarnianych, i wydają niemałe pieniądze, aby opóźnić konieczne zmiany" [Markiewka dalej w uprzednio wspomnianym tekście]. Finał wydaje się być przewidywalny i brzmi on: "Kiedy w drugiej połowie XX wieku rodziła się koncepcja „społecznej odpowiedzialności biznesu”, została ostro skrytykowana przez Miltona Friedmana, słynnego guru radykalnych zwolenników wolnego rynku. Na łamach „New York Timesa” pisał on, że jedyną społeczną odpowiedzialnością biznesu jest przynoszenie zysków. Wszystko inne jest nieistotne. Współczesne korporacje paliwowe zdają się robić wszystko, aby potwierdzić tę tezę".

Wszystko to idealnie pasuje do opinii czy wypowiedzi ekspertów FOR, Witolda Gadomskiego, Andrzeja Dudy, Romana Giertycha, Łukasza Warzechy, Ryszarda Petru i całej wesołej armii denialistów klimatycznych. Jak pisałem wcześniej, polska racja stanu jest wciąż na etapie szkodzenia klimatowi i udawania, że problemu nie ma. Cieszmy się, będą rosły banany w Polsce!

*

Wydaje się, że neoliberalne przyśnięcie ekologiczne będziemy traktować dokładnie z tej samej perspektywy co "refleks szachisty" polskich elit intelektualnych, jeśli chodzi o zauważenie szkodliwej ingerencji polskiego kościoła w życie polityczne i publiczne. Do historii przejdzie też anegdota z udziałem jednego ze „świętych patronów”. W marcu 2019 r. polska młodzież wzięła udział w strajku klimatycznym, Leszek Balcerowicz pytał karcąco „gdzie są młodzi w obronie praworządności i demokracji?". Tak, oni jeszcze nie wiedzą. Nie wiedzą, że za ziemski śmietnik odpowiada nieodpowiedzialna i niczym nieskrępowana ręka "wolnego rynku". Śmichy chichy, dobrobyt podbija zanieczyszczenia i niszczy planetę bardziej, niż nam się zdaje. "Nawet w trakcie krótkiego lotu z Londynu do Edynburga jeden pasażer odpowiada za większą część emisji dwutlenku węgla niż typowy mieszkaniec takich krajów, jak Somalia bądź Uganda przez cały rok. Sam marszałek Kuchciński swoimi „rodzinnymi lotami” wyemitował więcej CO2 niż kilka tysięcy mieszkańców Somalii w ciągu roku" – czytam w felietonie Markiewki.

Owszem, pewien happening Grety Thunberg dotyczący nieskoemisyjnego rejsu był niewypałem i stał się okazją do śmiechu dla ... a jakże, prawicowych mediów, tudzież tabloidów [szczegóły np. tutaj]. Wykonanie było złe, chociaż intencje dobre. Jeśli jednak jesteśmy skłonni gloryfikować pojedynczy głos w czasie wyborów politycznych („nie świruj, idź na wybory”), dlaczego mielibyśmy negować głos przyszłości, który wymusi zmianę podejścia do spraw klimatycznych? Zważywszy na to, że większość „dziadków liberalizmu” będzie już po drugiej stronie tęczy.

Uran w Byku i wojna o Ziemię: wstęp na końcu

Tekst ten jest po trosze kontynuacją mojego wpisu „uraniczni socjaliści z konstelacji Byka”. Inspiruje mnie to, co wydarza się z niesamowitą intensywnością, jeśli chodzi o sprawy związane z ekologią, klimatem i całą resztą. Inspirują mnie teksty pisane w „Tarace” przez Andrzeja Gąsiorowskiego czy Wojciecha Jóźwiaka. Zwłaszcza tekst „Temperatura mokrego termometru, czyli od czego wymrze homo sapiens” zrobił na mnie fenomenalne wrażenie.



« Dziadki neoliberalizmu i rusałki ekologiczne

Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)