Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

13 lipca 2016

Tomasz Kwieciński

Czy oddychanie holotropowe to coś więcej niż zwykła hiperwentylacja?

Oryginalnie w witrynie Autora: Czy oddychanie holotropowe to coś więcej niż zwykła hiperwentylacja?. W Tarace za uprzejmą zgodą.


Z uwagi na dość małą popularność oddychania holotropowego w Polsce – w przeciwieństwie do wielu innych krajów – ogromna większość ludzi nie ma pojęcia, na czym ta metoda tak naprawdę polega. Pojawiający się czasem zarzut, sprowadzający ją do zwykłej hiperwentylacji, został stworzony przez osoby, które najczęściej nie miały autentycznego doświadczenia z tą pracą, czytając o niej w internecie bądź oglądając amatorskie filmy na youtubie (wśród których rekordzista nauczał oddychania holotropowego, sprowadzając je do dwuminutowego dyszenia na fotelu!). Niektórzy z kolei mogli być na warsztatach reklamowanych jako ta metoda, prowadzonych jednak przez facylitatorów, którzy albo nigdy nie byli nawet na żadnym zjeździe Grof Transpersonal Training, albo poszli własną drogą, dodając do pracy Grofa własne pomysły lub redukując oryginalne.

Stanislav Grof in Cracow 2014
Stanislav Grof w Krakowie, wrzesień 2014.

Po pierwsze, prawdziwa hiperwentylacja (czyli intensywny oddech w tempie około 3 razy na sekundę) nie tylko nie jest koniecznym elementem holotropowej pracy, ale jest nawet generalnie odradzana w oficjalnym nauczaniu GTT. Przy tak szybkim oddechu bowiem ludzie zbyt często wkładają nadludzki wysiłek w skupienie na utrzymaniu tempa, zapominając o podążaniu za procesem i skupianiu się na wewnętrznym doświadczeniu. Zamiast większej świadomości może pojawić się więc jeszcze większy automatyzm. Tak szybkie oddychanie charakterystyczne jest raczej dla pierwszych eksperymentów Grofa i tych, którzy zatrzymali się na tym etapie (choć gwoli ścisłości, warto dodać, że podczas totalnego podążania za sygnałami z ciała, niejeden uczestnik na jakiś czas przyspiesza w ten sposób oddech).

W prawdziwym oddychaniu holotropowym zachęca się do oddechu, który jest trochę szybszy i trochę głębszy niż normalnie. Taki oddech bardzo rzadko wywołuje mocne objawy hiperwentylacji, lecz raczej pogłębiony kontakt z emocjami, również tymi tłumionymi. W przypadku tłumienia i powstrzymywania emocji, następuje najczęściej również wstrzymanie oddechu, natomiast jego pogłębienie wywołuje efekt odwrotny. Dodatkowo, zwiększony nieco dopływ tlenu w połączeniu z zawiązanymi oczami powoduje lekko zmieniony stan świadomości, podobny do hipnotycznego transu. W żadnym wypadku nie można wyjaśnić tym jednak ogromu różnorodnych doświadczeń, jakie są udziałem uczestników procesów holotropowych na całym świecie. W żadnym wypadku nie można też wyjaśnić, czemu uczestnicy wchodzą w głębokie procesy, nie zwiększając wcale tempa oddechu, podczas gdy są w roli sittera (a więc siedzą z otwartymi oczami i opiekują się osobami w parze), kilka godzin lub dni po zaprzestaniu szybkiego oddychania, a niektórzy nawet zanim sesja się zacznie.

Sekret oddychania holotropowego nie polega bowiem na tajemnym sposobie oddychania, lecz na specyficznym połączeniu wielu różnych elementów, które tworzą zgrabną, postmodernistyczną całość. Warto pamiętać, że cała ta praktyka tworzona była metodą prób i błędów przez klasycznie wykształconych psychiatrów i terapeutów, którzy dodatkowo byli dość mocno zainteresowani i zaangażowani w tradycyjne, szamańskie metody pracy. Praktyka ta więc, jakkolwiek dość specyficzna i oryginalna, składa się ze sprawdzonych elementów znanych już od dawna, czasem nieco pogłębionych i wzmocnionych. Rozpatrywać to połączenie można na dwóch płaszczyznach: terapeutycznej i duchowej. Zajmę się na początku pierwszą z nich.

Na poziomie terapeutycznym praca holotropowa przypomina nieco terapię schematów w wersji doświadczeniowej, z elementami gestaltowsko-psychodramatycznymi. Teoretyczne przygotowanie, czyli informacje o systemach COEX i zachęta do obserwacji wszystkich elementów procesu – relacji z sitterem, projekcji na facylitatorów, reakcji na procesy innych uczestników oraz na wszelkie sytuacje nieprzewidziane – i patrzenia na nie pod kątem własnych, powtarzających się w życiu wzorców, bardzo przypominają podejście z terapii schematów (choć rzadko kiedy wszystkie COEXy są aż tak szczegółowo omówione jak tam).

Innym aspektem jest zupełna niedyrektywność prowadzenia procesu przez facylitatorów i zachęta, by podążać za każdym impulsem bez logicznych rozważań czy rad innych ludzi. Dodając do tego stworzenie warunków do amplifikacji wszystkich odczuć (pogłębiony oddech, głośna i specjalnie dobrana muzyka, zawiązane oczy), wielokrotnego zachęcania do absolutnie nieskrępowanej ekspresji każdego impulsu (od wzdychania, delikatnych ruchów, przez płacz i różne specyficzne ruchy czy pozycje ciała aż po bardzo intensywne sceny krzyków czy miotania się po materacu) i interwencje facylitatorów mające na celu pogłębienie pewnych aspektów procesu (tzw. bodywork – czyli zwiększenie nacisku na część ciała, w której uczestnik coś czuje, oraz trzymanie za rękę lub przytulanie, jeśli uczestnik sobie tego życzy) – otrzymujemy podobny jak w gestalcie proces ekspresji wszystkiego, co pojawia się w psychice, lecz w znacznie intensywniejszej wersji. Oprócz samej pracy na schematach mamy tu więc element ekspresji uczuć i doznań normalnie niewyrażanych, nieraz od lat, co ma silny walor terapeutyczny, szczególnie, gdy jest to powtórzone kilkukrotnie na różnych warsztatach.

Jednocześnie do natężenia tych wszystkich elementów należy dodać sprzężenie zwrotne związane z salą pełną takich procesów, które wzajemnie się wzmacniają. Słysząc kogoś błagającego o pomoc, wyrażającego wściekłość na rodziców, mówiącego słowa miłości i czułości lub przejmująco płaczącego, niejeden uczestnik wchodzi we własny proces na ten temat, który staje się wtedy jego głównym tematem. A w sytuacji, gdy wszyscy są zachęcani do akceptacji każdego uczucia, jakie się pojawia, obserwacji schematów i ekspresji, wiele osób czuje się zupełnie bezpiecznie z tym, żeby wyzwolić z siebie absolutnie wszystko, co może się tam kryć, nawet procesy tłumione od dziesiątek lat. Samo takie przyzwolenie, wraz ze wszystkimi opisanymi powyżej rzeczami, wydaje się być kluczowe w wywoływaniu specyficznej zmiany stanu świadomości (która nie pojawiłaby się najczęściej w sytuacji samego oddechu).

Przypomina to nieco zmianę, jaka powstaje w wyniku zażycia substancji psychodelicznych jak LSD, psylocybina czy meskalina (o różnicach napiszę niebawem kolejny tekst) – notabene również używanych w terapii. Jest też bliska innym używanym od wieków metodom wywoływania odmiennych stanów świadomości – takich jak post, odosobnienie czy deprywacja sensoryczna. W tym stanie pewne treści psychiki są znacznie bardziej widoczne niż zwykle (np. pewne ukryte zazwyczaj emocje czy schematy), a sieci skojarzeń wywołują nieraz doświadczenia transpersonalne (więcej o specyfice odmiennych stanów i ich zastosowaniu pisałem TU ), w których uczestnik może postrzegać siebie jako rodzące się dziecko, innego członka własnej rodziny, swojego rodaka biorącego udział w ważnych wydarzeniach historycznych, jakiś gatunek zwierzęcia lub archetypową postać. Interpretacje takich procesów są opisywane w pracach Junga, Ranka czy terapii transgeneracyjnej. W kontekście terapeutycznym istotne jest to, że u osoby doświadczającej takiego intensywnego zalewu treści z nieświadomości w bezpiecznych warunkach, najczęściej dochodzi do ciekawego zjawiska.

Porównać je można do procesów grupowych czy do zmian zachodzących w długim związku – po początkowej, spokojnej fazie, najpierw następuje storming – czyli rozbicie pozornego porządku, ujawnienie się różnic między osobami, wyjście na jaw różnych konfliktów, chaos i wiele nieprzyjemnych rzeczy. Później, przy pozytywnym przepracowaniu stormingu, dochodzi do reformingu, a więc połączenia grupy lub pary na o wiele głębszym i prawdziwszym poziomie, bez ukrywania problemów. Identyczny proces zachodzi przy typowej podroży przez odmienny stan świadomości – najpierw różne niewidoczne elementy wyłaniają się z nieświadomości osoby, nierzadko powodując konflikty wewnętrzne, niepewność, chaos, a po pozytywnym przejściu przez ten proces (które najczęściej sprowadza się do podążania za procesem i akceptacji pojawiających się przeżyć), osoba zostaje z nowymi perspektywami, wzmocniona i zintegrowana, a chaotycznie pojawiające się na początku wnioski i doznania zyskują nowy sens. Biorąc pod uwagę te nurty w psychologii, które traktują osobowość jako zbiór różnych części będących ze sobą w relacji, ma to głęboki sens.

Na marginesie – warto zwrócić uwagę, że tak jak podczas intensywnego stormingu, szczególnie w niekontrolowanych warunkach, grupa lub związek może zupełnie się rozpaść, podobny proces grozi pojedynczej osobie – w skrajnych, rzadkich wypadkach będzie to kompletny rozpad osobowości nazywany potocznie szaleństwem, w nieco częstszych mogą to być problemy z ponowną integracją – dlatego tak ważne jest, by zajmowała się tym wykwalifikowana osoba.

Oprócz procesów indywidualnych i tworzenia warunków koniecznych, by przebiegały bez przeszkód, bardzo duży nacisk kładziony jest na relację terapeutyczną jako czynnik uzdrawiający, podobnie jak w terapii rogeriańskiej i humanistycznej czy w terapii schematów, która ten pomysł dokumentuje licznymi badaniami. W silnym procesie terapeutycznym uczestnicy maja tendencję do odtwarzania w relacjach z innymi (zarówno uczestnikami, jak i facylitatorami) swoich standardowych wzorców relacyjnych i pogłębiania w ten sposób swoich problemów. Dlatego bardzo dużą wagę w treningu prowadzenia oddychania poświęca się pracy na relacji terapeutycznej i temu, w jaki sposób można przerywać odtwarzane przez lata schematy klientów, takie jak odrzucenie, skrzywdzenie, deprywacja emocjonalna, izolacja społeczna, poczucie wadliwości czy nadmierne wymagania wobec samego siebie. Proces tworzenia dla uczestników przyjaznego miejsca, w którym mogą oni reprogramować rodzinne schematy, jest bez cienia wątpliwości uważany za najważniejszą z umiejętności facylitatora, znacznie istotniejszą niż techniczne aspekty „bodywork” czy cokolwiek innego.

Najpierw będąc wielokrotnie uczestnikami oddychania w ten sposób traktowanymi, później stopniowo asystując pod okiem bardziej doświadczonych, facylitatorzy uczą się powoli, krok po kroku, specyficznego budowania przyjaznej, bliskiej i budującej relacji terapeutycznej, która ma za zadanie stworzyć korektywne środowisko, jakiego większości nam zabrakło w domu rodzinnym.

Stąd bardzo duży nacisk na każdy aspekt bezwarunkowej akceptacji procesów uczestników (ze stanowczym, lecz pełnym szacunku postawieniem granic, gdy jest to konieczne) i niedyrektywność połączoną z inicjatywą. Tabu dotyku jest tu niemal całkowicie zniesione (bez seksualnych relacji oczywiście), wielogodzinne przytulanie, gdy uczestnik tego potrzebuje jest zjawiskiem bardzo częstym. Oczywiście z umiarem i w odpowiednim dla danego człowieka tempie, bo dla straumatyzowanej osoby terapeuta przekraczający zbyt szybko barierę intymną mógłby być źródłem retraumatyzacji. Każdy element warsztatu, od witania się z uczestnikami, poprzez żegnanie się z nimi przed sesją oddechową oraz przyjście w odpowiednim momencie po niej i przywitanie kogoś z powrotem, aż po milczącą obecność i słuchanie, podczas gdy uczestnicy dzielą się wrażeniami, jest tak dopracowany, by dać jak największą autonomię i jednocześnie wsparcie uczestnikom. Biorąc pod uwagę to, w jak głębokie stany uczestnicy wchodzą podczas oddychania, niejeden z nich doświadczył dzięki temu symbiozy z matką po urodzeniu czy scen z wczesnego dzieciństwa, gdy jest przytulany przez oboje rodziców. Z kolei doświadczenia podczas warsztatu, gdy z każdym problemem można do facylitatora przyjść i porozmawiać, przytulić się w odpowiednim momencie i mieć pewność, że nie będzie się w żaden sposób ocenianym czy osądzanym, potrafi pomóc w traumach rodzinnych, ale również we wspomnieniach relacji z nauczycielami w szkole, a nawet przy traumach nabytych podczas warsztatów rozwoju osobistego, gdy ta przestrzeń nie była szanowana.

Wielokrotnie ofiary silnie traumatycznych doświadczeń właśnie relację terapeutyczną, szczególnie przy kilkukrotnym doświadczeniu, uznały za najbardziej pomocny aspekt tej pracy – pojawienie się w miejscu, gdzie mogły liczyć na wsparcie i bliskość innej osoby przez wiele godzin, jednocześnie wiedząc, że w każdej chwili mogą zatrzymać to doświadczenie i zostać same, było nieocenione. Jednocześnie, jako że niemal zawsze skład facylitatorów jest mieszany, uczestnik może wybrać, czy woli wsparcie kobiety czy mężczyzny – co jest szczególnie istotne zwłaszcza przy nadużyciach seksualnych. Niejedna osoba zaczynała pracę z tą płcią, której bardziej ufała, a wraz z kolejnymi etapami pracy nad sobą, przechodziła płynnie do pracy z drugą płcią, naprawiając w ten sposób relację z nią.

Kolejnym elementem jest korektywne doświadczenie grupowe – z uwagi na intensywność procesów i otwarcie emocjonalne, duże skupienie na relacji terapeutycznej i komforcie uczestników, specyfikę relacji z sitterami (czyli wzajemną na zmianę opiekę nad sobą dwóch uczestników) oraz wytyczne, które utrudniają przeszkadzające komentarze, podczas warsztatów panuje pełna zrozumienia i akceptacji atmosfera. Oczywiście nadal występują pewne preferencje i ludzie łącza się w grupki osób, z którymi łączy ich najwięcej wspólnych rzeczy. Jednocześnie w całej grupie daje się wyczuć atmosferę wsparcia i połączenia, którą niektórzy porównują do wspólnego przeżywania niespodziewanego, lecz ważnego wydarzenia, gdzie obcy ludzie jednoczą się momentalnie i wspierają. Regularne doświadczenia grupowe tego rodzaju pomagają zmienić wzorce funkcjonowania w grupach i łatwiej rozpoznawać te dysfunkcyjne, w których nie dba się o ich potrzeby – chociażby pojawienie się później na szkoleniu prowadzonym przez kontrolującego guru tak kłuje w oczy, że nie można się nadziwić, jak tylu ludzi jest w stanie to znosić.

Ostatnim elementem, który integruje wszystkie poprzednie, są części arteterapeutyczne, które pozwalają uczestnikom wyrazić to, czego jeszcze potrzebują i bardziej zrozumieć zachodzący na warsztacie proces. To opisuje w pełni terapeutyczny aspekt oddychania holotropowego.

Jeśli chodzi o poziom duchowo-szamański, to znajdziemy tu również połączenie znanych elementów. Struktura warsztatu holotropowego stworzona jest bowiem na podobieństwo tradycyjnych ceremonii i rytuałów, jakie od tysięcy lat odbywały się w różnych kulturach. Ceremonie uzdrawiające, ryty przejścia, ale również chrzty, śluby czy pogrzeby mają za zadanie zrealizować pewną intencję, którą oprócz uzdrowienia może być połączenie obojga partnerów lub pożegnanie bliskiej osoby.

Mamy więc rytuał otwierający i zamykający w kręgu, mamy drobiazgowe przygotowanie każdego elementu wydarzenia (żegnanie się przed podróżą, relaksacja, rysowanie) czy rekwizytu (są one uzasadnione logicznie – np. chusteczki, opaski na oczy), mamy specyficzną intencję, mamy specjalną muzykę, mamy nawet poddanie się wyższej sile, którą jest tutaj wewnętrzna, procesowa mądrość klienta, co pozostawia odpowiedzialność w rękach uczestnika, a jednocześnie jest elementem duchowych tradycji.

Tak jak w tradycyjnych, szamańskich czy tantrycznych ceremoniach, mamy wyraźny podział na trzy etapy – odpowiednie przygotowanie (które w idealnych warunkach trwa cały dzień), podróż w odmiennym stanie świadomości i odpowiednią integrację (również trwającą najlepiej cały dzień), której głównym elementem jest dzielenie się własnymi przeżyciami we wspólnym kręgu, niczym w prawdziwym plemieniu.

Wraz z intencją przyjmowania wszystkiego, co się podczas wydarzenia pojawi, stanowi to nowoczesną wersję duchowego rytuału, jednocześnie na tyle nie narzucającego konkretnych poglądów czy tradycji i pozostawiającego tak dużą dowolność, że jego uczestnikami byli nawet katoliccy księża, jak również przedstawiciele innych religii, oraz zdeklarowani ateiści.

Podwójna struktura sprawia, że holotropowy sposób pracy może być interesujący zarówno dla osób, które potrzebują twardych elementów terapeutycznych, nie bardzo ciekawiąc się duchowymi ceremoniami, jak również tych, którzy mają zamiar wziąć udział w duchowej ceremonii, nie emocjonując się za bardzo psychologią i terapią (jednocześnie mogąc skorzystać z ich skuteczności). Oczywiście najbardziej wciąga to ludzi, których pasjonują obie te dziedziny, podobnie jak twórców metody.

Mam nadzieję, że w tym artykule udało mi się przekazać, jak bardzo wiele aspektów składa się na terapeutyczny aspekt holotropowych warsztatów i jak bardzo różni się to od zwyczajnej hiperwentylacji (w której wielką skuteczność leczniczą również niespecjalnie wierzę).

Korekta przez: Radek Ziemic (2016-07-13)


komentarze

1. Ceremonie • autor: Nierozpoznany#87572016-07-17 19:41:41

Bardzo dobre, rzetelne merytorycznie oraz - jak sądzę - oparte na praktyce własnej - ujęcie tematu różnic w prawdziwym oddychaniu holotropowym i metodach "holotropopodobnych". Gratuluję artykułu, Tomku!  
Przy okazji, słusznie dostrzegasz w OH aspekt połączenia wiedzy psychoterapeutycznej z tradycyjnymi rytuałami szamańskimi, co z całą pewnością było (i jest) intencją Stana Grofa, a o czym niewiele się mówi i pisze.
My w Nelumbo Institute (mając zaszczyt uzyskania pełnego wsparcia od samego autora OH) także pracujemy poprzez łączenie tych podejść i śmiem twierdzić, że efekty są radykalne i prawie zawsze pozytywne. Mam za sobą ponad 5000 przypadków osób poddanych terapiom transpersonalnym w poszerzonych stanach świadomości połączonych z zastosowaniem narzędzi klinicznych, poznawczych, gestaltowskich, psychologii procesu i innych.
Zwykle są to terapie grupowe. Jednak wciąż zaskakuje mnie jak wiele nieodwracalnych zmian może być udziałem ludzi, którzy choć raz spojrzeli na dotychczasowe "tło" jako na "figurę" i odwrotnie.Znam także ludzi, którzy proponują swoje metody szybkiego oddychania (płytką hiperwentylację) jako "holotropowe" (bo modna nazwa) ale boją się przykurczów, które - jak wiadomo - same "puszczają" kiedy tylko wzmocni się procesy. W tej sytuacji ludzie niekompetentni podają ufającym im pacjentom worki na twarz i , kierowani własnym lękiem, rozrywają proces w samym środku. Potem, nie mając wystarczającej wiedzy terapeutycznej, zostawiają takich "rozwalonych" klientów samym sobie....
[foto]

2. Bardzo cenię OH • autor: Wojciech Jóźwiak2016-07-18 08:10:53

...a pierwsza sesja, którą brałem jeszcze w ub. wieku, dostarczyła mi najsilniejszych wizji -- wizji w sensie dających się opisać obrazów; o tym pisałem tu: "Otwieranie trzeciego oka tlenem".

3. OH • autor: Nierozpoznany#95442016-07-18 23:23:42

...moja pierwsza sesja przyniosła mi pierwszą wizję pre-kognicyjną i pokazała fraktalną rzeczywistość.. Co ciekawe,część moich pacjentów z diagnozą schizofrenii miała podobne doświadczenia w trakcie tzw. pierwszego epizodu... W innej kulturze byliby zapewne szamanami. Taki mały dowód na to,że większość  tych rzekomych pierwszych epizodów była wyłonieniem duchowym. Taki potencjał zmarnowany...
Mira.
[foto]

4. Może się na... • autor: Jarosław Bzoma2016-08-20 15:37:25

Może się na tym nie znam ale nie wiem skąd przypuszczenie, że wydobycie z głębi nieświadomości pewnych jej elementów na jawę i  ich zaobserwowanie jest równoznaczne z usunięciem  problemu ? Zapewne z apriorycznego przypuszczenia, że nieświadomość jest nasza(!) i możemy sobie dowolnie z niej wyjmować to co nam jest akurat przydatne , bez jeszcze głebszych konsekwenci wynikających z naruszenia jej subtelnej struktury. Oddychanie holotropowe podobnie jak dysocjacja wywołana innymi metodami np.podczas medytacji czy eksterioryzacji jest spowodowana autogennie sprowokowaną padaczką skroniową o słabej ekspresji .
[foto]

5. Moje opinie o OH • autor: Wojciech Jóźwiak2016-08-20 16:40:15

Po tym jak brałem OH (Oddychanie Holotropowe) mój stosunek do niego był i pozostał jeśli nie entuzjastyczny, to bardzo pozytywny.
Ale...
Mnie też -- jak Jarosława Bzomę powyżej -- nie przekonuje, że to ma związek z jakąś terapią. OH co robi głównego, to podnosi energię. Energetyzuje! Wręcz daje dostęp do wewnętrznych zasobów energii. Co przenosi się na ogólną sprawność, "zrywność", "ochoczość", wiarę w siebie i w swoje możliwości. Typowy stan ducha po OH jest: "dla mnie wszystko jest możliwe!".
Więc może być tak, że to jest dobry wstęp, "podgotowka" pacjenta do pracy z terapeutą. Ale samo OH wg mnie jeszcze terapią nie jest. Terapie nie mogą być automatyczne, że coś weźmiesz i zadziała. Nawet ayahuaska tak nie działa.
Pod OH doświadczyłem też mentalnego połączenia z "wysokimi poziomami". Co to jest, jeśli nie wiesz, musiałbym wyjaśniać osobno.
Pod OH miałem też największe wizje w życiu.
Pytanie, dlaczego nie włączyłem OH do sposobów Twardej Ścieżki? -- Bo wymaga muzyki czyli aparatury nagłaśniającej i znajomości utworów muzycznych, który na którą fazę OH jest właściwy. Znajomość muzyki przekraczała to, na czym się znam. Głośniki i sprzęt grający wykluczają OH z metod Twardej Ścieżki, ponieważ jest to technika, instalacje elektryczne, prąd w gniazdku, dach nad głową, ochrona przez wilgocią -- czyli razem to jest technika miejska, a to już nie jest TŚ.

6. OH a energetyzowanie • autor: Nierozpoznany#98182016-12-23 18:18:54

Nie wiem Wojtku ile sesji OH robiłeś i z kim - i czy ta osoba była certyfikowana przez Grofa i czy robiła wszystko zgodnie z jego wytycznymi. Mam co do tego pewne wątpliwości.

Ponieważ po kilkudziesięciu sesjach jako uczestnik i prowadzący (sesji w oryginalnym stylu Grofa) nie powiedziałbym, że głównym efektem OH jest energetyzacja i wiara w swoje możliwości. Owszem, część osób konczących sesję w czwartej matrycy porodowej tak się czuje, szczególnie jeśli proces się nie domknie do konca. 
Na koncowych sharingach, gdzie ludzie dzielą się procesami, nigdy nie mialem wrażenia że to grupa ludzi dla ktorych wszystko jest możliwe. Raczej dominowała tam życzliwość, prawda, głębia, miłość, intymność, otwarcie świadomości. 
Także zupełnie serio - dziwi mnie to co piszesz :)

czy jest to terapią? na pewno zależy od definicji terapii - terapiami bywają zarówno malowanie, behawiorystyczne porady, psychoanalityczne rozmowy czy mówienie do krzesła :) Jedna rzecz to intencja - i dla wielu uczestników OH jest ona terapeutyczna. 
Druga rzecz to efekty - i są badania na temat efektów terapeutycznych OH. 
Oczywiście nie ma to przełożenia "coś weźmiesz i zadziała", podobnie jak na klasycznej terapii - nie chodzi o zapisanie się na terapię tylko o przejście pewnych procesów pod opieką terapeuty, niemniej za pomoca własnej pracy. 
podobnie z OH - samo położenie sie na materacu i dyszenie niewiele zapewne zmieni, ale wykonanie głębokiej pracy nad własnymi emocjami, skonfrontowanie się z różnymi aspektami siebie potrafi dać efekty, które na "mówionej" terapii osiąga się miesiącami.

Stąd też ja uważam dużo bardziej, że to tradycyjna terapia może być dobrym wstępem (ale rownież i integracją, co powtarzamy na warsztatach) do pracy OH :)

7. o nieświadomości i padaczce • autor: Nierozpoznany#98182016-12-23 18:23:22

Jeśli chodzi o to, czy wyłonienie treści z nieświadomości rozwiązuje problem - to jest dość ciekawa kwestia. 
Apriorycznie samo z siebie niekoniecznie, aczkolwiek jest to element ogromnej ilości terapii - szczególnie jeśli tym procesem się odpowiednio pokieruje.

Jeśli chodzi o wątek padaczki to uważam za zupełnie chybiony, OH wywołuje wiele różnych od siebie stanów - niektórzy np przez 3 godziny przytulają się z facylitatorami normalnie oddychając - i ta hipoteza jest zupełnie w ich przypadku nietrafiona. 
[foto]

8. Moje doświadczenia z OH • autor: Wojciech Jóźwiak2016-12-24 11:45:31

OH "brałem" dwa razy: raz w 1999 r. u Nico Vissela, Holendra, lekarza i przyjaciela St. Grofa, który -- jak mówił -- eksperymentował z Grofem zanim jeszcze Grof uruchomił formalne przekazywanie uprawnień do prowadzenia OH. Vissel być może już nie żyje, bo wtedy 18 lat temu był niemłody, a od lat nie znajduję jego śladów w Internecie. Tamtą sesję opisałem tu: "Otwieranie trzeciego oka tlenem". Brałem w niej udział nie z intencją poddania się terapii, tylko doświadczenia i przygody, co dostałem w dawce wielokrotnie przekraczającej moje oczekiwania. Drugą sesję robiłem u Milana Hrabanka i nie opisałem.
Co do "energetyzowania" lub "podnoszenia energii" to być może trochę co innego przez to rozumiemy. (Ta uwaga do Autora, Tomasza Kwiecińskiego.)
Co do czterech matryc okołoporodowych Grofa, to uważam tę koncepcję za wielką, a gdyby ludzi podzielić na typy zależnie w której matrycy czują się najbardziej zakorzenieni, to ja byłbym stanowczo Czwarto-Matrycowcem. :)

9. Jeśli Vissel robił... • autor: Nierozpoznany#98182016-12-28 14:19:02

Jeśli Vissel robił to wcześniej to wiele wyjaśnia :) Milan również robi swoją wersję OH, nieakceptowaną w GTT. 
Jesli chodzi o energetyzowanie, to faktycznie może źle zrozumiałem (choć staralem się mocno wczytać w to co autor mogł miec na myśli :) Chciałem po prostu zaznaczyć, że reakcja na pojedyncza sesje OH jest indywidualna.

Jeśli chodzi o intencję - to jest bardzo ciekawy wątek. Być może to intencja tworzy terapię, niezależnie czy chodzi o rozmowę, OH, zażycie substancji czy rysowanie

Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)