Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

29 czerwca 2015

Maria Piasecka

Odosobnienie w Kazimierzu

Kategoria: Własne doświadczenia
Tematy/tagi: medytacjaToni Packerzen

Weekend spędziłam na medytacyjnym odosobnieniu, zorganizowanym – jak co roku od lat – przez Jacka Dobrowolskiego w Kazimierzu Dolnym. „Medytacja bez premedytacji”, jak to Jacek określa. Forma, którą wypracowała nieżyjąca już Toni Packer, nazywająca siebie nauczycielem zen – bez zen i bez nauczyciela. Po prostu siedzenie i bycie przytomnym. Ponadto wspólne milczenie.

Przy Pałacu Kultury wsiadłam do halobusu i po prawie trzech godzinach byłam na miejscu. Okazało się, że jechały ze mną trzy dziewczyny w te same strony, w tym samym celu. Pojechałyśmy więc razem taksówką z rynku Kazimierzowskiego 5 kilometrów ulicą Zamkową ostro pod górę do pensjonatu „Winnica” państwa Mroczków.

Dookolne piękno zapierało dech. W popołudniowym słońcu, w zieleni, za bramą i furtką, otoczone gęstym wysokim żywopłotem widniały dwie drewniane, kryte gontem wille, w stylu polskiego dworku. Mniejsza stanowiła domostwo gospodarzy, większa to pensjonat. Rozległy trawnik, lawenda, skalna roślinność, drzewa, podjazd z polnych kamieni. Prostota i smak. Wewnątrz pensjonatu kilka trzyosobowych pokoi z łazienkami, jadalnia i kuchnia. Za jadalnią taras, a dalej spory trawnik, przecięty ścieżką z luźno ułożonego białego piaskowca, prowadzącą do „domu” medytacyjnego, skrytego za żywopłotem.

Ale najpierw były powitania, zawieranie znajomości, zajmowanie pokoi i gwar kilkunastu osób przy kolacji – przed nadchodzącym i obowiązującym potem przez siedem kolejnych dni milczeniem. Pierwszy posiłek kuchni wegetariańskiej składał się z warzywnej zupy, pasztetu z kaszy i soczewicy, pomidorów, chleba i masła.

O 19.30 powędrowaliśmy białą, kamienistą ścieżką na pierwszą medytację do drewnianego „domu” za żywopłotem. Niezwykła sala, w której usiedliśmy na matach, poduszkach lub krzesłach, była ośmiokątna z wysoko sklepionym ostrosłupem dachu. Podziwiać można było odkrytą jego więźbę z jasnego drewna. Okna w trzech z ośmiu ścian budynku wychodziły na gąszcz krzewów i drzew, a słońce wpadające przez szyby tworzyło na brązowych deskach podłogi plamy pełne blasku. W ciszy śpiewały ptaki.

Odbyły się trzy rundy po 25 minut medytacji w siedzeniu, przeplatane 5 minutami medytacji chodzonej. Potem wygłosił powitalną mowę Niemiec Stefan Bielfeld, tradycyjnie od kilku lat prowadzący w Polsce medytacyjne odosobnienia, kontynuujący pracę Toni Packer, która niegdyś przyjeżdżała osobiście do naszego kraju. Mówił o celu odosobnienia, o wspólnym a zarazem osobnym byciu tutaj w milczeniu, w uważnej, medytacyjnej przytomności. Zbędne są więc poranne powitania, wieczorne pożegnania, porozumiewawcze spojrzenia i uśmiechy; wolno się odzywać tylko podczas godzinnej wspólnej pracy. Stefan zachęcił do przychodzenia na grupowe, codzienne, popołudniowe spotkania, do rozważania kwestii pojawiających się tu i teraz, choć oczywiście mogących dotyczyć spraw aktualnych zawsze i wszędzie. Zaprosił do siebie na indywidualne spotkania w cztery oczy (lub sześć, jeśli z tłumaczem), na rozmowy o dowolnych sprawach lub niekoniecznie, gdyż spotkać się można także w milczeniu, poddając się spontanicznie temu, co niesie chwila.

W trakcie wieczornej medytacji przepełniał mnie spokój, poczucie bezpieczeństwa, radość bycia w przecudownym miejscu wśród życzliwych osób. W ciszy starałam się obserwować myśli przepływające ławicami przez moją głowę.

Następnego dnia obudził mnie o 5:00 dzwonek. Jaka ulga i wolność skupienia się na własnym wnętrzu i harmonijnym otoczeniu! Nie muszę nawiązywać werbalnych i wzrokowych kontaktów. Nie muszę być „jakaś”, po prostu jestem, jestem świadoma, że jestem i że wszyscy razem jesteśmy, razem i osobno, w zrozumieniu i życzliwości. Sama obecność jest znakiem akceptacji.

O 5:30 rozpoczyna się poranne siedzenie w „ośmiokącie” drewnianej sali. Sporo we mnie wewnętrznego „rozgadania”. Kiełkuje pytanie: czym jest to, co wyzwala ów potok myśli? A może – kim to jest? Kto mówi we mnie: „stop, wróć do przytomnego bycia”? Co lub kto sprawia, że – nie wiedząc kiedy – jestem (kto jest?) porwana przez strumień myśli, obrazów, skojarzeń, wspomnień, projekcji? Otwieram oczy, tonę w zieleni za oknem. Uszy pełne śpiewających ptaków.

Na śniadanie nakładamy sobie z kotła ciepłą owsiankę z bakaliami, posypujemy malinami, polewamy sosem orzechowym, zagryzamy chlebem z masłem, popijamy pomarańczowym miksem.

Od 7:30 do 8:30 obowiązuje mnie (to jedyny tu obowiązek!) praca, zgłaszam się do kuchni, której szefuje znakomicie gotująca Agnieszka. Przydziela mi prażenie nasion dyni, siemienia lnianego i sezamu na obiadową posypkę. Inni obierają warzywa, wynoszą śmieci, odkurzają. Potem idę na spacer i fotografuję przyrodę oraz rzadkie w okolicy drewniane, stylowe, zabytkowe domy.

Od 9:30 do 12:00 medytacyjnie siedzimy i chodzimy. Można to robić niekoniecznie w sali. W dowolnym miejscu: na ławce, na trawie, w pokoju. Wszyscy jednak wybierają piękny „ośmiokąt”. Po jednej rundzie Stefan wygłasza po angielsku półgodzinną – tłumaczoną przez Jacka – „mowę” na temat przytomności, która stanowi istotę naszej praktyki. Po mowie siedzimy dalej. Pojawiają się refleksje. Czym jest „przytomność”? Tworzę na własny użytek absurdalną etymologię: to bycie przy „mności”, przy mnie, ja sama jestem przy sobie w przytomności, blisko „ja”, choć na dobrą sprawę nie wiadomo, czym jest owo „ja”. Stwierdzam, że łatwiej być blisko siebie, być przytomnym w pięknym, bezpiecznym miejscu niż w poszarpanej codzienności, pełnej niekiedy skrajnych emocji. Tu płynę jakby z prądem samej siebie, a w trudach dnia powszedniego pod prąd i często wbrew. Refleksje rozpuszczają się w samym siedzeniu, w słońcu za oknem, śpiewie ptaków.

O 12:00 obiad. Zupa warzywna, dziki ryż z sosem, surówka z marchwi i jabłka, posypki z dyni, lnu i sezamu. Półtorej godziny wolnego poobiedniego czasu spędzam na spacerze, czytaniu i pisaniu.

15:30-16:30 – wspólne spotkanie ze Stefanem. Większość pytań dotyczy „przytomności” oraz „medytacyjnego zapytywania”. Pytamy w medytacji samych siebie, czym jest to, co się wówczas w nas pojawia... Jaka jest różnica między przytomnością a medytacją? Czym jest przytomność w luksusie medytacyjnego odosobnienia, a czym w codzienności? Po spotkaniu dla chętnych godzina hatha jogi z instruktorką. Ćwiczę z przyjemnością.

Kolacja od 17:00 do 17:45. Potem wolny czas do 19:00 i kolejne, wieczorne rundy medytacji do 21:30. W tym czasie można także indywidualnie spotkać się ze Stefanem. Zapada zmierzch, nie zapalamy w sali światła. Milkną ptaki. Pierwszy dzień lata. Na jasnym jeszcze o 21:00 niebie widać przez okno sierp księżyca. Nieustanne zdumienie: kim/czym jest ktoś/coś niezmordowanie rzucający mnie w chaos myśli? Kim/czym jest coś/ktoś uprzytamniający mi przytomność? Jak to się dzieje, że wybieram bycie nie po stronie myślowego chaosu? Skąd wiem, że chcę być po stronie wewnętrznej ciszy?

Poniedziałek to drugi i mój – niestety! – ostatni dzień siedmiodniowego odosobnienia. Obudziłam się na dzwonek, widząc ostatnie linijki wiersza, który mi się przyśnił: wobec najwyższego/ nasza mowa jest kamienista/ jak strumień szemrzący/ sze sze sze szede sze... Do dziś mi towarzyszy to sze sze sze szede sze i doświadczone we śnie intensywne przekonanie, że istotą porozumienia jest „pozasłowność”, że słowa niosą treść ponadsemantyczną i ona właśnie jest istotą porozumienia, odczucia jedności we wzajemnym zrozumieniu.

Według ustalonego scenariusza siedzimy i chodzimy w cudownej ośmiokątnej sali, ze słońcem na podłodze, zielonością i śpiewem ptaków za oknami. Jemy śniadanie, pracujemy, odpoczywamy, znów medytujemy, niektórzy spotykają się ze Stefanem indywidualnie. Koło 10:00 Stefan wygłasza „mowę” na temat związany z kwestiami, które pojawiły się podczas wspólnego wczorajszego spotkania, a także w trakcie spotkań indywidualnych. Mowa rozpoczyna się pytaniem: jakie są uczucia i emocje, gdy tu siedzimy? Czy możemy na nie patrzeć, przyglądać się im i włączyć w to, co jest obecne teraz? Czy emocje są nie do opanowania? Kto powinien je kontrolować? Nasze myślenie? Czy prawdą jest pogląd, że wszystko wypływa z naszych racjonalnych myśli? Nie ma kontroli nad emocją, choć może byśmy chcieli, aby była. [...] Co podtrzymuje gniew i lęk, gdy pojawią się w trakcie medytacji? Czy można to obserwować? Czy emocje obserwowane uspokajają się? Ciało migdałowate, najstarsza część naszego mózgu, jest odpowiedzialne za emocje, a zarazem otwarte na nowe informacje. Reaguje na myśli i wspomnienia, wtedy gniew i lęk zaczynają falować. Ale można z dystansu spojrzeć na ten scenariusz, nie dać się zwieść i uwikłać, tylko patrzeć, jak to się dzieje. Przytomność oznacza bycie tu i teraz z oddechem i z tymi emocjami i obserwowanie ich. Uspokojone ciało uspokaja umysł, nie pobudza procesów myślowych. By zmienić uczucia wystarczy je widzieć, widzieć z chwili na chwilę. Zmiana jest powolna, ale jest. Widzenie wystarczy. Bycie przytomnym wystarczy.

Mniej więcej o tym była „mowa”. Ściśle związana z czasem i miejscem oraz procesami zachodzącymi w grupie i w każdym z nas. W trakcie kolejnych rund chodzenia i siedzenia lunął deszcz, dudniąc o ostrosłup ośmiokątnego dachu. Trzy okna wypełniły się mokrą zielenią. Jednak szybko przestało padać i po ścieżce z mokrego białego piaskowca, przecinającej zielony trawnik, podreptaliśmy na obiad. Była zupa pieczarkowa, kasza gryczana z prażonymi laskowymi orzechami i listkami świeżej kolendry, surówka kapuściano-marchewkowa i koktajl mleczno-truskawkowy.

Na wspólnym spotkaniu ktoś spytał o ból fizyczny: czy może się on zmniejszyć, gdy ciało obejmiemy uwagą? Ktoś inny pytał o związki medytacji z agresją. Czy może się ona zmniejszyć? Jak medytacyjna „przytomność” może wpłynąć na zachowania automatyczne? Kim/czym jest to/ta, która wybiera przytomność i sama siebie chce wyciągać z chaosu?

A może nie ma nikogo? Tylko zieleń, ptaki, siedzenie, chodzenie, milczenie... przepływają... Z tą refleksją kończę swój krótki pobyt w pensjonacie „Winnica” państwa Mroczków na medytacyjnym odosobnieniu w czerwcu 2015 roku. Ktoś we mnie wie, że trzeba się spakować i udać na przystanek halobusu w Kazimierzu Dolnym.



Korekta przez: Radek Ziemic (2015-07-20)


komentarze

[foto]

1. Przeczytałem szybko i... • autor: Roman Kam2015-06-29 14:26:38

... bez znużenia. Mężczyzna, daję głowę, nie opisałby menu, a opis ten, jak i opisy spędzania czasu wolnego, ładnie gruntuje opowieść. Wybrany język relacji jest prosty i komunikatywny, pozwalając równolegle przeżywać teoretyczną bytność swą na tego typu praktyce. Byłem bardzo ciekawy, co jeszcze może wykombinować umysł w tej nietypowej sytuacji, no i okazało się, że wyjazd :/Żartuję, nie czuję się rozczarowany. Serdecznie dziękuję za Pani chęć i wysiłek podzielania się tą podróżą.       
[foto]

2. jakbym tam była... • autor: Ela Bazgier2015-06-29 21:27:45

Marysiu, dzieki za ten tekst, poczułam się, jak bym tam była. Piękne, niezwykłe miejsce, pełne ciszy i skupienia. stworzone do medytacji. Wciąż brzmią mi w uszach tamtejsze ptaki, te koncerty... może się uda za rok?

3. Dlaczego. • autor: Nierozpoznany#23462015-06-29 22:29:09

Dlaczego pani Elżbieto przestała pani pisać do Taraki swoje psychologiczno-astrologiczne życiowe teksty?Bardzo mi się podobały.
[foto]

4. dziękuję! • autor: Ela Bazgier2015-06-30 14:17:00

Dziękuję za zachętę :) pozdrawiam!

5. Pani Elżbieto,moje koty... • autor: Nierozpoznany#23462015-07-05 07:35:54


Pani Elżbieto,moje koty nie mogą być razem pod jednym dachem,jestem zdruzgotana.

Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)