zdjęcie Autora

18 kwietnia 2004

Wojciech Jóźwiak

z cyklu: Opowieści fukujamiczne

Opowieści fukujamiczne (3)
O historii i cywilizacjach

Kategoria: Enneagram

  < poprzedni    1    2    3    (4)    5    6    dalszy >  

O dzikusie szlachetnym i okrutnym, o sztuce absorbowania zmian, o haitańskim osamotnieniu i jeszcze wnioski z karmienia morskich świnek

część 1 | część 2 | część 3 | część 4 | część 5 | część 6

16. (zjedz albo cię zjedzą)

Szukając materiałów o mającym jakoby rychło nastąpić załamaniu klimatu na Ziemi, a to skutkiem postępującego ocieplenia od emisji gazów cieplarnianych, co wywołać musi reakcję obronną Matki-Gai, która na podgrzewanie przez ludzi odpowie ochłodzeniem... Historia sama w sobie jest ciekawa i leży w głównym nurcie niniejszych "Opowieści", więc jeszcze do niej wrócę. ...Więc szukając materiałów o tym, natknąłem się na wzmianki o amerykańskim archeologu, nazywa się Steven LeBlanc, który wydał książkę, która zdobyła od razu rozgłos w Stanach, pod tytułem "Walka bez końca czyli mit miłującego pokój szlachetnego dzikusa" (Constant Battles. The Myth of the Peaceful, Noble Savage). Mam nadzieję, że książkę tę niezadługo dostanę, lecz na razie muszę poprzestać na jej omówieniach, jakie znalazłem w Sieci. Oto co pisze jeden z recenzentów:

"Amerykańskie Święto Dziękczynienia wywodzi się od prawdziwego wydarzenia, kiedy to Indianie hojnie obdarowali kolonistów ze statku "Pielgrzym". Wkrótce potem siedemnastowieczni teoretycy w Europie zaczęli rozpływać się nad szlachetnymi dzikusami z Północnej Ameryki. Jednakże epizod ten był anomalią. Tym bardziej dramatycznie wygląda odwrotna strona tej historii. W roku 1662 Indianie z ludu Wampanoag mogli wykazać się hojnością w postaci kukurydzy, indyków i dziczyzny tylko dlatego, że pozostało ich tak niewielu po tym, jak zdziesiątkowały ich choroby przywleczone z Europy. Ponieważ chwilowo w tym regionie powstała nadwyżka pojemności środowiska, między ludźmi zapanował pokój. Normą jednak było to, co spotykało wszystkie poprzednie próby kolonizacji, które zostały zmiecione przez zdrowych, wrogo nastawionych Indian, zwalczających Białych równie sprawnie, jak zwykle walczyli pomiędzy sobą, i o tę samą stawkę, co zwykle: doszczętne wyniszczenie. Książka LeBlanc'a pełna jest takich brutalnych rewelacji. Pierwszymi zwierzętami, jakie udomowiono, były psy, właśnie dlatego, że służą jako dobrzy wartownicy, i dlatego wszystkie psy szczekają. Masa "kamieni do gotowania" na wielu stanowiskach archeologicznych okazała się masą pocisków do procy. [Czyli narzędzi do polowania na ludzi. WJ] Dokładne zbadanie pochówków wykazuje, iż pospolite były masowe rzezie, jak również kanibalizm, dla pożywienia, wcale nie tylko ceremonialny. Ludy tubylcze posiadały wyrafinowaną wiedzę, jak znaleźć i przygotować trudno dostępną żywność, ponieważ wcześniej wyeliminowały wszystkie łatwo dostępne źródła pożywienia. I tak dalej, przez tysiąclecia. LeBlanc śledzi, jak wojna ewoluowała od szympansów, przez istoty proto-ludzkie aż do plemiennych rolników, wodzostw i złożonych państw z miastami. (Miasta, przy okazji, są pułapkami populacyjnymi. Nie wiedziałem o tym. [Chodzi o to, że przyrost naturalny w miastach jest ujemny i muszą być zasilane dopływem ludzi z zewnątrz. WJ]) Generalnie jednak nie jest tak, że ludzie chcieli walczyć. Oni walczyć musieli - albo marli z głodu. Od czasu do czasu zdarzało się, że zwiększali dostępną pojemność środowiska [carrying capacity] wokół siebie, wynajdując rolnictwo lub zasiedlając nowy kontynent. Wtedy mógł zapanować pokój, ale wraz z prosperitą rosła ich liczba, która zawsze prowadziła do przeludnienia i wcześniej lub później wracali do głodu i walki. Czy jest coś, co mogłoby odwrócić całą historię i sprawić, by Święto Dziękczynienia stało się normą? Niechęć do wojny okazuje się żadnym rozwiązaniem. Miłośnicy pokoju rychło byli zabijani i zjadani przez miłośników wojny." Napisał Steven Brand, link do strony tu.

W innej notce czytamy: "W tej szczegółowej i pełnej pasji książce LeBlanc, archeolog z Uniwersytetu Harwarda i jego współ-autorka obnażają pojęcie "szlachetnego dzikusa", ów mit, który "każe wierzyć, że jeśli tylko będziemy zdolni przypomnieć sobie nasza prastarą umiejętność bycia jednym z naturalnym środowiskiem, wojny ustaną i będzie można odzyskać ekologiczną równowagę." LeBlanc wychodzi od swoich doświadczeń z badań terenowych, podczas których on i jego koledzy rutynowo ignorowali "oczywiste dowody toczenia wojen"; później jednak, idąc za radą pewnych "fanatycznych socjobiologów" z Uniwersytetu Harwarda, zaczął formułować swoje naukowe stanowisko skupione na tym, co dostrzegł jako ekologicznie niszczącą i wrodzenie agresywną [violent] prawdziwą naturę ludzkości. Jak sam powiada, pełna zmiana poglądów zajęła mu ponad 25 lat i wciąż zbiera dowody dla swej hipotezy. Ale mit, któremu się przeciwstawił, zakorzeniony jest zarówno w popularnej kulturze jak i w nauce. Większość ludzi wyobraża sobie prehistorycznych ludzi jako szukających pokoju miłośników przyrody. LeBlanc podkreśla wciąż, że jest to nie tylko głupie, ale i niebezpieczne, wierzyć w rajską przeszłość, kiedy naga oczywistość pokazuje przeludnienie i przemoc wszędzie, gdzie tylko spojrzeć. Jak wielu ludzi nauki przed nim, LeBlanc patrzy na technikę jako na odpowiedź na odwieczne problemy. "Po raz pierwszy w historii" pisze, "mamy realną możliwość zapewnić wystarczające zasoby każdemu, kto żyje na planecie". Jednakże przez to, iż nie podkreśla faktu, że technika ma wciąż do rozwiązania aż nadto wiele społecznych bolączek, LeBlanc nieomal popada w niewolę drugiego mitu - tego o świetlanej przyszłości, jakby żywcem z science-fiction. (Z "Amazon Books", zobacz.)

I wreszcie wyimki z omawianej książki:

"Morał z tej bajki jest taki, że jeśli jakaś grupa ludzi chciałaby osiągnąć stan ekologicznej równowagi i ustabilizować swoją populację nawet pod groźbą niekorzystnych zmian w środowisku, narazi się na śmiertelne niebezpieczeństwo ze strony społeczeństw, które nie zachowują się w ten sposób. Społeczeństwem osiągającym długofalowy sukces, w świecie wielu społeczności, jest to, które powiększa się liczebnie, kiedy tylko może i wojuje, gdy wyjdzie poza dostępne zasoby. Nie ma sensu próbować wieść ekologicznie zrównoważonej egzystencji w "ogrodzie Edenu", o ile sąsiedzi nie uczynią tego samego.

"Badania wykazują, że mężczyźni z Nowej Gwinei postrzegają swoje przygody wojenne [warfare] jako bardzo niebezpieczne i często męczą ich koszmarne sny, w których są odcięci od swoich towarzyszy i zatłukiwani pałkami na śmierć. Walki są wstrętne. Na przykład strzały smaruje się odchodami w nadziei, że trafienie wywoła infekcję. Są też śmiertelne: 25 procent mężczyzn i około 5 procent kobiet umiera od wojen. Około 30 procent niezależnych grup społecznych w górach [Nowej Gwinei] w każdym stuleciu wymierało po tym, jak ponieśli klęskę w wojnie."

Jeśli to nie jest zbyt pochopne uogólnienie, to mam wrażenie, że odkrycia i poglądy LeBlanca (które dla mnie nie są niczym dziwnym...) są znamienne dla obecnej sytuacji Ameryki, która musi pośpiesznie zmieniać poglądy z romantyczno-idealistycznych na brutalny socjal-darwinizm w nieprzypadkowym momencie: kiedy uświadamia sobie, że kończą się jej zasoby, które wcześniej długo wydawały niezmierzone, i że nie da się już dalej przesunąć granic, że Ziemia do zdobycia jest skończona, a rozwój polegający na stawaniu się coraz bogatszym napotyka na kontrę okrutnej Matki Gai. Uciekli na swoją niezmierzoną wyspę z piekła Starego Świata pełnego wojen, tyranów i zbiorowych szaleństw, i oto tamten świat ich znowu dogania...

Też wydaje mi się znaczące, że to właśnie LeBlanc (którego najwyraźniej trzeba cenić...) został zacytowany w raporcie dla Pentagonu Peter'a Schwartz'a i Doug'a Randall'a w sprawie możliwych gwałtownych zmian klimatu. Wspierając się poglądami LeBlanca o koniecznym związku między szczupłością zasobów i wojną, autorzy raportu oswajają amerykańskich strategów z myślą o wielkich wojnach o kurczące się zasoby Ziemi.

17. (porady praktyczne)

We wspomnianym raporcie Schwartza-Randalla zwraca uwagę zdanie, które jest - bez przesady - centralnym jego punktem. Piszą oni:

"Wstrząsy [spowodowane przez przewidywane gwałtowne zmiany klimatu] są największe w mało elastycznych krajach rozwijających się, które nie mają wbudowanej w swoje systemy społeczne, ekonomiczne i rolnicze zdolności do absorbowania zmian."

(Oczywiście łże-słówko "rozwijające się" znaczy: niedorozwinięte i nie rozwijające się.)

To jest najciekawsze: co mianowicie sprawia, że społeczności, kraje, państwa mają ową "zdolność do absorbowania zmian" albo jej nie mają? Które ze społeczeństw faktycznie mają tę zdolność? Autorzy raportu nie wątpią, że kiedy przyjdzie co do czego i Prąd Zatokowy ogrzewający północną półkulę osłabnie, zatkany niedość słoną wodą z polarnych roztopów i północ świata zacznie się przez to ochładzać, tropiki ogrzewać, a cała Ziemia wysychać, to rozwinięta Zachodnia Europa, Ameryka północna i Australia będą w nieporównanie lepszej sytuacji niż biedniejsze części świata, jako że - jak uważają - technologiczny rozwój i nagromadzone bogactwo zwiększa dostępną elastyczność reagowania i wspomnianą zdolność do absorbowania zmian. Temu przekonaniu warto się przyjrzeć bliżej.

18. (skala Fahrenheita)

Temperatury w skali Fahrenheita wygladają groźniej niż w naszej skali Celsjusza. (Gabriel Fahrenheit, 1686-1725, był gdańskim mieszczaninem, który za młodu wyemigrował do Holandii; jeden z przykładów "pasjonarnego zrywu", jakby powiedział Lew Gumilow, w siedemnastym wieku ogarniającego wybrzeża Bałtyku, Morza Północnego i Wielką Brytanię, zrywu, który wkrótce przelał się na drugą stronę Atlantyku i był prefiguracją amerykańskiej cywilizacji. Znamienne jest, że w mierzeniu temperatury Ameryka pozostała wierna Gdańszczaninowi. Do Gumilowa i jego dziejowych panoram jeszcze wrócę.) W skali Fahrenheita, jak prognozują Schwartz i Randall, temperatura w Europie, kiedy nastąpi załamanie klimatu, spadnie o 6 stopni. Po naszemu to jest 3,3 stopnia Celsjusza. Na oko niewiele, ale kiedy się rozważa średnie wieloletnie, to liczą się już ułamki stopnia. Średnia temperatura roku średnio w Polsce to 7,5 stopnia, +18 latem, -3 zimą. Gdyby równomiernie ochłodziło się w całym roku, mielibyśmy 14..15 stopnia latem, -6 zimą. Wcale jeszcze nie tak strasznie! Takie średnie temperatury ma u nas Podhale, takie są teraz statystyki z Nowego Targu albo Zakopanego. Rolnictwo całkiem nieźle działa w tej strefie i jeszcze przed epoką mechanizacji i sztucznych nawozów żywiło dość gęstą populację. W Europie taki klimat mają doliny na północ od Oslo - też gęsto zaludnione - i jak widać, w takich warunkach może się rozwinąć nader szczęśliwa cywilizacja. Na Islandii mają jeszcze chłodniej. Możliwe jednak, o czym autorzy omawianego raportu nie piszą, że klimat u nas, ochładzając się, zarazem stanie się bardziej kontynentalny. Bezpośrednią przyczyną ochłodzenia będzie przecież mniejsza aktywność wilgotnych niżów znad Atlantyku, napędzanych ciepłym Prądem Zatokowym, który ma - jak czytamy - osłabnąć. Że będzie bardziej kontynentalnie, świadczą geologiczne precedensy. Epoki lodowcowe w Europie były zarazem okresami suszy: na przedpolach lodowca wiatr gnał ruchome wydmy, którymi dziś, i lasami na nich, otoczona jest Warszawa, a dalej na południu odkładał warstwy pyłu-lessu. Wiadomo też, że susza na równinach Europy nastawała jeszcze zanim w Skandynawii wyrósł lodowiec. Jeśli klimat stanie się bardziej kontynentalny, wtedy całe ochłodzenie przypadnie na miesiące zimowe. Można przyjąć, że latem utrzymają się średnie temperatury 18 stopni (czyli 12 w nocy, 24 w dzień), ale ciepły okres latem będzie krótszy, za to zimą zrobi się średnio -11. Dziś tak mają nad środkową Wołgą, w Moskwie, w Kazaniu. Nasza roślinność - i ta uprawiana i ta dzika - bardziej wrażliwa jest na niedobór ciepła i niskie temperatury latem, mróz zimą toleruje w dużo większym zakresie. Temperatury, które wyliczyłem powyżej, mieszczą się w zakresie zmienności pogody z roku na rok; pamiętam z dzieciństwa wyjątkowo paskudne lato, kiedy średnia lipca ledwo wyszła ponad 14 stopni. A minus jedenaście to przecież taka solidna, prawdziwa zima, która wydaje nam się bardziej normalna od dzisiejszych pluch. Zagrożeniem byłyby nie temperatury średnie, lecz skrajne. Mrozy zimą -40 stopni, jakich u nas nie ma, ale w Kazaniu się zdarzają. Przymrozki w lipcu. Takie ekstrema faktycznie naruszyłyby i rolnictwo i lasy. Właśnie te ekstrema, bo wcale nie średnie, odpowiadają za to, że np. w Tampere w środkowej Finlandii (lato +15 , zima -10) nie rosną dęby, a nad Wołgą olsza. Od ochłodzenia gorsza byłaby susza. Przy ostrzejszych mrozach i braku zimą śniegu nie udawałoby się zboże ozime. Jednak zboże i ziemniaki uprawia się w Finlandii, w Kanadzie, Syberii - wszędzie w klimacie chłodniejszym i suchszym od naszego. Dalibyśmy sobie radę.

19. (klimat i wolność)

Ale czemu by nie "olać" rolnictwa i nie przestawić się na żywność z zagranicy? Prognozy i obawy, które powyżej zaprezentowałem, mają jednak coś z ducha socjalizmu i jego gospodarki planowej. Kiedy źle się dzieje, lub tylko źle dziać się może, jacyś Oni mają za mnie decydować, czy dla mnie siać owies na Mazowszu, czy zamiast tego kupić sorgo z Meksyku? Podobno wydajnym źródłem pokarmu w naszym klimacie (i tym chłodniejszym też) są kłącza pałki wodnej; być może możliwa jest masa podobnych wynalazków, pozwalających żywić się czymś, co dziś mijamy nie widząc. Kiedy pogarszają się warunki przyrodnicze, na nowo staje się aktualne stare pytanie: skąd się bierze bogactwo krajów i narodów? Skąd biorą się różnice w tym bogactwie, tak wielkie przecież i frustrujące? Skoro nasz obecny klimat (a także klimat Ohio, Manitoby i Syczuanu) jest tak dobry, że boimy się (ja i doradcy amerykańskiego ministerstwa wojny) jego zmian, to czy faktycznie nasz - w Polsce mniejszy, w Ohio większy - dobrobyt zależy aż tak bardzo od klimatu? Gdyby to ode mnie zależało, być może jako pierwsze remedium na idące ochłodzenie i suszę zaprowadziłbym u nas raj podatkowy, aby ściągnąć pieniądze ze świata i ożywić koniunkturę.

Wolność jako lekarstwo na chłód? Przecież patrząc na drugą stronę medalu, to brak wolności, czyli niewola i ucisk, spowodować może nie tylko niedostatek, ale i masową śmierć także wtedy, kiedy z klimatem wszystko jest w najlepszym porządku. Klęska głodowej śmierci na Ukrainie w latach 30-tych nie była od klimatu. Ludzie umierali w głodowych męczarniach po tym, jak zostali przez komunistów obrabowani z żywności, zabroniono im pracować na swoje utrzymanie i zabroniono, pod grozą śmierci, ucieczki z miejsc, gdzie żyli. Gdzieś czytałem, a może słyszałem, rosyjskie powiedzenie, że "choć taka Rosja wielka, to miejsca dla siebie tak trudno w niej człowiekowi znaleźć". Nie może być inaczej, skoro każda życiowa zmiana i decyzja, w tym praca i zamieszkanie, musi zostać wyproszona u kapryśnych dzierżycieli władzy... Do dziś jakoby 75 procent obywateli Rosji nie ma żadnego majątku, a więc w najprostszych życiowych wyborach - co jeść i gdzie spać - zależni są od jakichś "onych". Jeśli "oni" czują się odpowiedzialni za poddanych, powinni starannie liczyć i zbilansowywać zasoby, którymi rozporządzają. A jednak lepszym remedium, także na zmiany klimatu, wydaje mi się wolność. Tu przypomina się przewrotna opinia Janusza Korwin-Mikkego, że urzędy statystyki w dobrze rządzonym państwie są niepotrzebne, gdyż decyzje władzy powinny przede wszystkim mieć na względzie sprawiedliwość, a to, czy coś jest sprawiedliwe, czy nie, nie zależy od ilości materialnych zasobów. Więc sprawiedliwy rząd statystyki nie potrzebuje.

Źródłem dobrobytu jest wolność i jej siostra sprawiedliwość; nie klimat ani nie surowce. Można się spodziewać, że również mające nadejść załamania klimatu staną się kolejnym dowodem tego twierdzenia.

20. (po Fukuyamie)

Najpierw był na topie Francis Fukuyama, który mówił o dobieganiu historii do końca, bo oto świat nawraca się na liberalną demokrację, która jest najlepszym ustrojem, jaki da się wymyślić. Wobec tego atraktora bledną różnice regionalne i kulturowe; jego atrakcyjność jest powszechna, wynika wprost z natury ludzkiej. (Dopiero w późniejszej książce, "Koniec człowieka" czyli Our Posthuman Future po angielsku, Fukuyama tropi okoliczności, w których wspólność ludzkiej natury zaczyna być zagrożona.) Potem była moda na Huntingtona z jego zderzającymi się cywilizacjami, i tam, gdzie Fukuyama widział jedność ludzkich potrzeb i dążeń, Huntington dzielił świat na źle rozumiejące się cywilizacje, każda rządząca się własnymi prawami i wartościami. Fukuyama swój esej "Koniec historii" opublikował w roku 1989, kiedy właśnie zaczynały się aksamitne rewolucje we wschodniej Europy, sypało się imperium ZSRR i zachodnie demokracje wydawały się wzorem i metą dla całego świata. Główna książka Huntingtona, "Zderzenie cywilizacji", to następna dekada, rok 1994, pisana najwyraźniej pod wpływem narodowo-religijnej wojny na Bałkanach, ale także widać, że autor był pod przesadnym chyba wrażeniem gospodarczego sukcesu azjatyckich Tygrysów i Korea, Tajwan, Chiny i Singapur wydały mu się alternatywą dla Zachodu i regionem, który lada chwila wyjdzie na prowadzenie. (Nastepne lata wykazały, że Daleki Wschód natrafił wkrótce na nieoczekiwane bariery rozwojowe.) Być może to przypadek, ale raport Schwartza i Randalla, wspierających się ludożerczą koncepcją ludzkich dziejów według LeBlanca, wygląda na trzeci etap w amerykańskiej politologii.

Według Fukuyamy: jedność natury ludzkiej, wspólnota wartości jednakowych dla całego gatunku; Ameryka, i ogólniej Zachód, ze swoją demokracją jako najlepszy wyraz tego, do czego zmierza historia.

Według Huntingtona: świat podzielony na dziesiątkę cywilizacji, każda idąca swoją drogą, o odmiennych wartościach i nie rozumiejących się wzajemnie, potencjalnie wrogich sobie z wojną włącznie; Ameryka jako uczestnik cywilizacji wprawdzie silnej, ale słabnącej i zagrożonej konkurencją Azjatów.

Według Schwartza-Randalla-LeBlanca: świat o kurczących się zasobach, o malejącej pojemności środowiska czyli carrying capacity, w którym lada chwila zapanuje zasada "zabij i zjedz pierwszy, bo inaczej ciebie zabiją i zjedzą", gdyż tak nakazuje i tak właśnie postrzegana jest natura ludzka.

Co koreluje się z historycznym kontekstem: Fukuyama pisze w czasach największego politycznego sukcesu Ameryki, kiedy po wygranej Zimnej Wojnie pozostała jedynym zwycięzcą; Huntington w czasach wojen i rywalizacji, wobec których Ameryka była bezradna; Schwartz-Randall-LeBlanc po tym, jak Ameryka została zaatakowana we własnych miastach i zainicjowała wojny, których nie da się wygrać.

21. (kraje osamotnione)

Huntington, po tym jak podzielił świat na cywilizacje, zauważył jednak, że pewne kraje nie mieszczą się w jego podziale. Nazwał je krajami (państwami) osamotnionymi. Wymienia takie trzy: Etiopię, która na tle Afryki wyróżnia się swoją starożytnością i tradycja imperialną, swój "wysoki" język (amharski) ma własny z oryginalnym pismem, inaczej niż inne kraje niemuzułmańskiej Afryki, których państwowe języki są przejęte od dawnych kolonizatorów; jest chrześcijańska, ale jest to znowu chrześcijaństwo własne, nie post-kolonialne; i tworzy prawie wyspę pośród islamskich sąsiadów. Drugim takim osamotnionym krajem jest Haiti, które swoją historią i genezą (bunt niewolników), językiem (dialekt francuskiego), religią wudu i charakterem narodowym nie pasuje do Ameryki Łacińskiej, a Haitańczycy nie są przez Latynosów uznawani za swoich. Trzeci samotny kraj, jaki wylicza Huntington, to Japonia - chociaż Japonia jest dostatecznie duża, aby uznać ją za całą cywilizację.

Takich krajów czy narodów jest na pewno więcej. Choćby Mongolia, którą Huntington na siłę wliczył do nieistniejącego obozu "cywilizacji buddyjskiej". Może też i Bośnia, i zwłaszcza Albania pasowałyby do tego typu. Ale też od razu pomyślałem sobie, czy choćby cień cywilizacyjnego osamotnienia nie wisi również nad nami? - Chociaż nie, tamci osamotnieńcy są jednak zakorzenieni we własnej odrębności, oryginalności, my nie. Polskim problemem jest nasza peryferyjność, nasza marginalność; gdybyśmy byli przynajmniej przejściowi, na rozdrożu, jak Rosja, ale nie - nasza marginalność połączona jest z ostrym niedoborem korzennej oryginalności, daleko przecież mniejszej u nas niż w Rosji.

22. (rozważania przy karmieniu świnek morskich)

Córka wyjechała, na mnie spadło karmienie świnek morskich. (W internecie u Romana Antoszewskiego - tam, gdzie znalazłem cytowaną wcześniej pigułkę wiadomości o Tasmańczykach - znalazłem też przepis, jak przyrządzić morską świnkę; zaczyna się od słów: trzeba podebrać świnkę dziecku lub wnukowi, na pewno ma ich za wiele...) Wziąłem nóż i wyszedłem do ogrodu, aby pozyskać młodą, kwietniową trawę. Nóż okazał się jednak niedość ostry. Zaskoczyło mnie, że młode, delikatne trawki przy próbie przecięcia nożem w poprzek stawiają aż tak znaczny opór. Odruchowo zmieniłem metodę: zamiast przecinać garstkę trawy, zacząłem liście uskubywać, dociskając je tępawym nożem do wolnych palców dłoni. W tym momencie pomyślałem, że chyba już wiem, dlaczego przeżuwacze - czyli krowy, owce, jelenie, antylopy - przeszły na taki pozornie dziwny i nierozsądny sposób żerowania: utraciły górne zęby na przodzie szczęki i zamiast trawę odgryzać parą zębów, górnymi i dolnymi, niby nożycami, zastosowały szczypanie trawy przez dociskanie ich zębami żuchwy do gołej górnej szczęki. Całkiem jak ja uskubywałem trawę dociskając ją nożem do palców lub może odwrotnie. Ten sposób pobierania trawy wśród zwierząt okazał się postępowy. Przeżuwacze, chociaż utraciły połowę zębów, odniosły wielki sukces ewolucyjny, a więc szczypanie trawy sprawdza się i najwyraźniej w porównaniu z gryzieniem oszczędza energię. Kosiarka - myślałem dalej - naśladuje ruch gryzący; jej ostrze podobnie jak koń albo królik zębami, przecina liście trawy w poprzek. Więc może lepszym rozwiązaniem od kosiarki byłaby skubarka? Czyli maszyna, która by trawę wyskubywała zamiast kosić? Myślałem o następnych korzyściach z takiego wynalazku: mniejsze zużycie paliwa, więc i energii. Mniej hałaśliwy silnik. Zapewne skubiące części nie wymagałyby też ostrzenia, co jest słabym punktem kosiarek. Są jeszcze wrażenia estetyczne. Kosiarka, nawet jeszcze bardziej niż stara, ręczna kosa, wprowadza element walki, przemocy, wnosi ze sobą atmosferę zbrojnego ataku na wrogi trawnik. Uruchamiając kosiarkę czujesz się niby bezlitosny czołgista prowadzący swoją maszynę naprzód, aby miażdżyć i tratować. Skubarka zapewne robiłaby to i ciszej, i w większej harmonii z przyrodą - być może człowiek operujący tym przyrządem bardziej utożsamiałby się z łagodną krową lub sarenką na pastwisku. Idea wynalazku była gotowa. Pomyślałem, co powinno się dalej uczynić. Obmyślić jakiś szkic-minimum, który miałby szanse działać. Iść do urzędu patentowego i zastrzec rzecz prawnie. Znaleźć wspólnika z pieniędzmi, aby po serii eksperymentów uruchomić produkcję. Myślałem już o szczegółach akcji reklamowej - zapewne skubarka bardziej trafiałaby do mentalności kobiet, inaczej niż kosiarki: bo nie darmo ich militarne koneksje czynią z nich rzecz dla mężczyzn. Zapewne gdzieś w Ameryce ktoś kto wpada na podobny pomysł, faktycznie to robi - produkcja startuje, nowy towar przebija się na rynku, wynalazca robi kokosy. Przebiegłem w myślach ten wariant działania i postanowiłem jednak zrobić coś innego: sprzedać nie wynalazek, tylko literaturę o nim, czyli to właśnie opowiadanie. Ale zarazem skojarzyło mi się to z raportem Schwartza-Randalla i z wymienioną przez nich zdolnością społeczeństw do absorbowania zmian. Absorbowanie zmian polega przecież na tym, że przy nacisku z zewnątrz - którym może być zmiana klimatu, ale także jakaś zmiana technologiczna (np. niedawno internet), społeczna (np. poszerzenie u nas rynku) lub polityczna (np. wejście do Unii) - układ społeczny odpowiada inteligentnie: innowacjami, które pozwalają mu wynieść korzyść ze zmienionych warunkach i odbudować równowagę na wyższym poziomie. Moja przykładowa skubarka do trawy byłaby jak znalazł, kiedy trzeba by było ostro oszczędzać drożejące paliwo, zwłaszcza gdyby dawała się bez większego trudu obsługiwać siłą mięśni. Jesteśmy jednak - tak mi się przynajmniej wydaje - w położeniu takim, że droga od pomysłu do praktycznego zastosowania jest długa, niepewna i mało kto gotów jest jej się podjąć. Pomysł... Pięćdziesiąt lat temu w modzie były opowieści o tym, że rower (a podobnie miało być z innymi wynalazkami) wynalazł jakichś chłop pańszczyźniany na Uralu. Może i wynalazł... Cóż z tego że wynalazł (być może tak było naprawdę!), kiedy świat podbił rower angielski. Ja, pisząc felietony o skubarkach do trawy, zarobię na tym, powiększając przy okazji polski dochód narodowy, jednak w bilansie energii liczyłaby się skubarka realna, nie zaś wirtualna. Jakąś role w tym, co Schwartz i Randall w swoim raporcie nazywają zdolnością społeczeństw do absorbowania zmian, odgrywa ta strefa społecznego życia, która polega na gadaniu. Piotr Skarga głosił, że Bóg podzielił ludzi na trzy stany: tych, którzy się modlą, bronią i robią. Nie przewidział jednak ów sławny jezuita - ani, w jego wizji, sam Bóg - czwartego stanu, czyli tych, którzy gadają. A jednak wydaje mi się, że to właśnie od tego czwartego stanu i jego gadania zależeć będzie, jak ludzkość i jak mniejsze jej podzespoły rozegrają swoją partię z klimatem i z innymi zmianami, które idą.

23. (antygloba)

W "Przekroju" z 21 marca dziennikarka tego pisma w trakcie wywiadu mówi do ambasadora organizującego szczyt gospodarczy w Warszawie: "Problem jednak w tym, że potęgi gospodarcze ani myślą dzielić się z krajami biednymi i zacofanymi." Wydawałoby się - oczywistość, i to zdanie arcybanalne. Tylko, że tu spotykają się przedstawiciele państw, a państwa niczego przecież nie produkują i niczego nie zarabiają, a cały majątek, który mają, mają podprowadzony w taki lub inny sposób swoim obywatelom. Sens tego "szczytu" sprowadza się do tego, że bogaci kacykowie-kleptokraci - z jakiejś Francji czy Japonii - spotkają się z kacykami biedniejszymi, powiedzmy z Senegalu albo Wenezueli, i ci biedniejsi będą nalegać, aby ci bogatsi im odpalili trochę z tego, co podebrali swoim. To, co tu jest naprawdę interesujące, to ta "wątła nić" przyzwolenia, jakie dają obywatele swoim władzom na podbieranie im ich własności i dysponowanie tą własnością według rządowego uznania, a raczej samowoli.

(16-18 kwietnia 2004)

dalej




  < poprzedni    1    2    3    (4)    5    6    dalszy >  

Komentowanie wyłączone wszędzie od 1 sierpnia 2020.

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)