Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

01 maja 2004

Wojciech Jóźwiak

z cyklu: Opowieści fukujamiczne

Opowieści fukujamiczne (5)
O historii i cywilizacjach

Kategoria: Enneagram

  < poprzedni    1    2    3    4    (5)    6    dalszy >  

O wpływie klimatu na historię, o cywilizacjach zwilkołaczonych i zsaturniałych, jeszcze raz o Sarmatach i o dawnych Słowianach na osłodę

część 1 | część 2 | część 3 | część 4 | część 5 | część 6

26. (barbarzyńcy już byli)

Philip Bagby na ostatnich stronach swojej książki "Kultura a historia" wychwytuje i ustala podobieństwa w rozwojowych rytmach różnych cywilizacji. Zauważa ich trójfazowość: najpierw jest epoka wiary, po niej epoka rozumu (racjonalności), a wreszcie przychodzi trzecia epoka standaryzacji kultury, połączona zazwyczaj z objęciem całego obszaru danej cywilizacji przez jedno państwo uniwersalne, a także z odrodzeniem zarówno religii jak i ludowych, prymitywniejszych kultów i zabobonów. Najlepiej widać to w cywilizacji klasycznej, która swoją epokę wiary przeżywała (wg Bagby'ego) w czasach - umownie tak je nazwijmy - presokratejskich, zaś standaryzacją kultury i politycznym uniwersalizmem została objęta za sprawą Rzymian i ich cesarstwa. Bagby, pisząc swoją książkę pięćdziesiąt lat temu, w latach 50-tych ub. wieku, uważał, że jego teraźniejszość ma swój starożytny odpowiednik tuż po momencie przypadającym na około 200 rok pne. Po jednej stronie analogii mamy cywilizację Zachodu, która oto (w 1950 r.) leczy rany po dwóch wojnach światowych; po drugiej stronie okres w dziejach cywilizacji Klasycznej, kiedy trwa wojenna rywalizacja kilku potęg: ścierają się Rzym, Kartagina, Macedonia, Syria pod dynastią Seleukidów. W roku 202 pne Scipio bije Hannibala pod Zamą; w r. 196 zwyciężywszy Macedonię, którą władał Filip V, Rzymianie ogłaszają "wyzwolenie Greków"; wkrótce potem, w r. 189 pokonują pod Magnezją państwo Seleukidów.

Uszczegóławiając tę historyczną analogię Bagby wręcz porównuje Rzym do Stanów Zjednoczonych, Macedonię do Niemiec, Kartaginę do Japonii i Syrię do Rosji. Z tego dalej Bagby wnioskuje, że jeszcze przed nim (i przed nami) jest epoka standaryzacji kultury, zapewne na bazie jej uproszczonej wersji amerykańskiej, a także prawdopodobne jest w nadchodzących czasach polityczne zjednoczenie Zachodu, na wzór Imperium Romanum. Zastanawia się też, czy w Ameryce za jakiś czas będą panować cesarze i czy doświadczymy (my, a raczej nasi potomkowie) odrodzenia religii, wzorem tego, jakie miało miejsce za cesarstwa. Bagby wyciąga także z tej i z innych analogii optymistyczny wniosek, że cywilizacji Zachodu wcale nie grozi rychły upadek, gdyż po wojennych czasach około 200 roku pne. cywilizacja Klasyczna istniała jeszcze prawie siedemset lat! - więc i Zachodniej wróży życie przynajmniej równie długie.

Aby wyznaczyć te (i inne) podobieństwa Bagby przyjmuje, jak mi się wydaje, zbyt wczesny jednak początek cywilizacji Klasycznej i zbyt późny Zachodniej. Klasyczną liczy już od ok. 1100 roku pne, czyli od czasów Myken, Zachodnią dopiero od ok. 1000 roku ne. Całe - tak bogate przecież w wydarzenia i w kulturową twórczość Średniowiecze odpowiada u niego słabo udokumentowanej epoce greckich "ciemnych wieków", które miały miejsce po najeździe Dorów na Mykeny, a skończyły się wyłonieniem znanych od tej pory polis, czyli przed czasami Drakona, Solona i Likurga, gdzieś w okolicach 700 roku pne. Jednak Średniowiecze Zachodu to nie były ciemne wieki! Te miały miejsce przecież wcześniej. Dlatego, żeby porównywać w skali czasu obie te cywilizacje, Klasyczną i Zachodnią, trzeba za początek Zachodu przyjąć przynajmniej Karola Wielkiego, czyli rok 800. Mamy przy tym świadomość, że nie jest to liczenie od jakiegoś absolutnego zera, bo obie cywilizacje miały przecież za sobą długie "okresy przedwstępne". Obie orientacyjne początkowe daty obu cywilizacji dzieli 1500 lat. Zobaczmy, czy nie ma dalszych podobieństw oddzielonych o ów moduł półtora tysiąca lat.

Cywilizacja Klasyczna rodzi się w Grecji, poszerza swój zasięg przez kolonizację na innych pobrzeżach Morza Śródziemnego, odpiera najazd perski i w roku 334 pne. ma miejsce wyprawa na wschód pod wodzą Aleksandra. Dzieje się to trzysta kilkadziesiąt lat po umownym początku. Trzysta lat po umownym początku cywilizacji Zachodu widzimy podobną wyprawę na wschód, miejscami wręcz tą samą drogą - jest to pierwsza wyprawa krzyżowa w 1096 roku. Trzysta i trochę lat później Cezar podbija Galię, a wkrótce jego następca, Oktawian, przyłącza do Rzymu kraj starej cywilizacji, Egipt. Ponad trzysta lat po wyprawach krzyżowych zaczyna się epoka wielkich odkryć zamorskich, a Cortez i Pizzaro podbijają cywilizacje starej Ameryki. W tym samym czasie na Zachodzie dochodzi do rewolucji religijnej - jej sprawcą jest Luter. W cywilizacji Klasycznej wkrótce po podbojach pierwszych cezarów też mamy rewolucję religijną, nawet dużo głębszą niż protestancka - nauczają Jezus i Paweł.

W obu cywilizacjach mamy więc przynajmniej trzy zwrotne momenty, które można dość podobnie określić: po pierwsze, wielką, zbrojną wyprawę na wschód, ku starszym centrom cywilizacji, po drugie moment poszerzenia horyzontu przez odkrycia geograficzne, zbrojne wyprawy na "barbarzyńców" i opanowywanie obszarów obcych kultur. Po trzecie wreszcie, przebudowę świadomości religijnej. Czy ta lista obejmuje najważniejsze wydarzenia obu cywilizacji? Nie, bo w historii Zachodu nie znajdujemy dobrego odpowiednika zmagań z Persami (choć do pewnego stopnia - ale tylko w skali czasu jaką proponuje Bagby - odpowiednikiem najazdów perskich byłyby tureckie); dalej, ani Rzym ani Grecja nie doświadczyły niczego, co przypominałoby zachodnią rewolucję przemysłową. Wątpliwości takich jest więcej; może też być tak, że w obrębie historii jednej cywilizacji występuje kilka różnych rytmów czasowych, przez co dwie cywilizacje można z pewnym powodzeniem porównywać w czasie na kilka sposobów. W szczególności, skala Bagby'ego, czyli zrównanie roku 200 pne z 1950 ne, może być tak samo słuszna, co ta proponowana tutaj przeze mnie.

Zestawmy wspomniane dane w tabelce:

wydarzeniec. Klasycznac. Zachoduróżnica lat
wyprawa na wschódAleksander
-333
I krucjata
1096
1429
poszerzenie horyzontuCezar
-57
Kolumb
1492
1549
rewolucja religijna Jezus
+33
Luter
1517
1484

Lata przed naszą erą wyraziłem w tej samej skali, co lata naszej ery, czyli ta ujemna data równa jest 1-A, gdzie A to rok pne.

Średnia z powyższych trzech różnic to liczba 1487 lat. Aż tak wysoka dokładność pewnie jest przypadkowa i myląca, więc śmiało można ją zaokrąglić do lat 1490 lub - grubiej - do 1500.

Wymieniłem serię trzech przełomowych wydarzeń, jednak w cywilizacji Klasycznej koniecznie trzeba dodać przynajmniej jeszcze jedną datę równie ważną jak tamte - upadek tej cywilizacji, umownie utożsamiany z przymusowa abdykacją ostatniego cesarza zachodnio-rzymskiego, małoletniego Romulusa. Był to rok 476. Dodając nasze magiczne 1487 dostajemy rok 1963.

Barbarzyńcy już byli. Obecny czas naszej cywilizacji nie ma już odpowiednika w Klasycznej, bo tamta odpowiedniego momentu nie dotrwała.

27. (zwilkołaczenie cywilizacji)

Pamiętając o tym, jak grube i niedokładne mogą tylko być te rachunki, możemy spokojnie zrównać wiek XX z okresem wędrówek barbarzyńców - "Wędrówki Ludów" - czyli z epoką która zaczęła się w 375 roku od najazdu Hunów na Ostrogotów, kulminowała w 407 roku, kiedy Wandalowie przekroczyli zimą granicę na Renie i "zaowocowała" wspomnianym rozwiązaniem cesarstwa. Wprawdzie następne pokolenie doświadczyło wysiłków Justyniana, który dość udatnie próbował skleić rozsypane imperium, wygnał Wandalów z Afryki i Gotów z Italii, ale jego następcy skupili się już tylko na ziemiach bliższych Bizancjum.

A więc barbarzyńcy już byli... Odpowiednikiem Germanów, Hunów i Sarmatów najeżdżających cywilizację Klasyczną, byli naziści i bolszewicy, Hitler i Lenin-Stalin. Różnica jest taka, że o ile siły, które zalały i zniszczyły cywilizację Klasyczną, przyszły z zewnątrz, o tyle siły niszczące cywilizację Zachodu wyłoniły się w jej obrębie. Niemcy przecież należały do Zachodu od samego jego początku; Rosja wprawdzie dołączyła później - cywilizacja Rusi ("drugorzędna" wg. systematyki Bagby'ego) rozwija się od około 1000 roku, ale do Europy przyłącza się na dobre za Piotra I, czyli około roku 1700; jednak na pewno na początku XX wieku - jak i teraz - błędem by było nie zaliczyć Rosji do Zachodu, pomimo jej liczne lokalne osobliwości. Ponadto idee bolszewickie, które w Rosji zrealizowano, były importem z Europy starej, z Niemiec przecież.

Wygląda na to, że kiedy nadszedł czas na atak barbarzyńców, siły destrukcji uruchomiły się wprawdzie, ale nie mogły objawić się w postaci barbarzyńców sensu stricte z tego oczywistego powodu, że uprzemysłowione państwa XX wieku miały miażdżącą przewagę nad jakimikolwiek barbarzyńcami w sensie starożytnym, czyli ludami "luźnymi", żyjącymi poza państwem i poza porządkiem cywilizacji. Na klasycznych barbarzyńców przychodzących z zewnątrz nie było miejsca - nigdzie (jak i nie ma teraz). Jednakże neo-barbarzyńcy wyrodzili się wewnątrz cywilizowanych społeczeństw.

Kiedy się patrzy z dalekiej perspektywy i w wielkiej ogólności na procesy społeczne, które doprowadziły do powstania III Rzeszy i ZSRR, imperiów nazistów i bolszewików, Hitlera i Lenina-Stalina, widać coś, co przypomina szerzenie się choroby, rozwój nowotworu, albo - jeszcze lepsza to analogia - formowanie się wewnątrz tego samego mózgu i umysłu nowej, zmienionej osobowości, tak jak w przypadkach opętania i paranoi. To jest tak, jakby w umyśle człowieka formowała się osobowość wilkołaka: twór prymitywny, agresywny, dziki i groźny przez wielkie rezerwy siły, które potrafi uruchomić. A także twór, dla którego nic nie znaczą wyższe wartości. I z którym nie można -przynajmniej w jego aktywnej fazie - rozmawiać, dyskutować ani układać się. To jest coś, co "gra na to", aby zniszczyć albo zostać zniszczone.

Epizod XX wieku jest znaczącym doświadczeniem i poważnym ostrzeżeniem. Dowiadujemy się z niego, jaki może być koniec pewnej cywilizacji: nie jakieś starcze wygaśniecie sił, nie najazd innej cywilizacji (koniec jaki spotkał dawne Peru i Meksyk), nie barbarzyńcy i nie przejęcie wzorców aktualnego dominanta. Tym końcem równie dobrze może być ZWILKOŁACZENIE tej cywilizacji - czyli proces, który oglądaliśmy w XX wieku w Niemczech i Rosji, a jego odpryski i w dalszych stronach świata.

Nie widzę nic, co dawałoby gwarancję, że proces tego typu nie może się powtórzyć i to w samym sercu cywilizacji Zachodu.

28. (cztery gatunki wilkołaków)

Trzy wilkołackie imperia XX wieku pokazują chyba wszystkie możliwe - oprócz jednej - historie takich tworów. Likantropiczne imperium może (a) zawładnąć światem a przynajmniej znaczną jego częścią i stać się imperium światowym, a być może też zapoczątkować nową trwałą cywilizację. Jak dotąd - odpukać - żadnemu taka sztuka się nie udała. Może też (b) zginąć w sprowokowanej przez siebie wojnie, co stało się udziałem Trzeciej Rzeszy; może (c) wyczerpać swój założycielski impuls, zrezygnować ze swego projektu i wreszcie upaść jako osobna formacja - tak skończyło Imperium Sowieckie. Po czwarte (d), może swój likantropiczny entuzjazm przystosować do dominującej reszty świata i zachowując ciągłość swego eksperymentu powtórnie włączyć się w cywilizację, którą na starcie zanegowało. Na tej czwartej drodze widzimy Chiny - komunistyczne, a raczej już postkomunistyczne.

Dobrym ćwiczeniem w tym miejscu byłoby wyobrazić sobie losy nazistowskich Niemiec, sowieckiej Rosji albo Chin Mao Zedonga w każdym z tych scenariuszy, których nie zrealizowały. Najtrudniej jest wyobrazić sobie Związek Sowiecki w roli "tygrysa", przeżywający gospodarczy boom według wytycznych zreformowanej kompartii. Kompletny absurd!

Małe wilkołaczki trwają do dziś: Korea Północna i Kuba. Być może stały się już tym, co Huntington nazwał "samotnikami".

Przed XX wiekiem miała miejsce przynajmniej jedna jeszcze próba zwilkołaczenia - mam na myśli tę, która zaczęła się od Rewolucji Francuskiej. Skończyła się według scenariusza wojennych "dożynek" (b), ale zanim to się stało, przeszła fazę reakcyjnej "reunii" do zrazu odrzuconej cywilizacji macierzystej (d), bo tak można podsumować rządy Napoleona.

Przypadek Chin można też zinterpretować tak, że likantropiczna rewolucja wykluła się tam nie w cywilizacji dominującej (Zachodniej) lecz zdominowanej (Chińskiej) i po okresie wilkołackiego błądzenia weszła na drogę dołączenia do cywilizacji dominującej. Byłby to zatem przeskok Chin od własnej starszej cywilizacji do bardziej przyszłościowej cywilizacji Zachodu (lub raczej do jej egzotycznego wariantu, wzorem tego, jaki od stu pięćdziesięciu lat jest w Japonii) - ale poprzez wilkołacki epizod. Przykład ćwierćwiecza rewolucyjnej Francji i Napoleona pokazuje, że możliwy jest też "powrót do domu" z zaliczeniem wilkołaczenia w międzyczasie. (Napoleońska Francja skapitulowała nie będąc już właściwie wilkołakiem!)

29. (historia klimatyzowana)

Bardzo ciekawy jest wykres temperatur w ciągu minionych kilkunastu tysięcy lat dołączony do raportu Schwartza-Randalla. Przedstawia on temperaturę lodu na Grenlandii w tamtych czasach (wyznacza się ją mierząc stosunek izotopów tlenu), jednak wyniki można odnieść i do Europy.



Po chłodach i skokach temperatur w epoce lodowej temperatura w miarę ustabilizowała się około 10 i pół tysiąca lat temu, przy czym na jej wykresie pojawiają się wahania. Wyraźny spadek temperatur wystąpił 8200 lat temu i ten chłodny epizod autorzy raportu przyjęli za precedens tego, co może wydarzyć się wkrótce. W ostatnim pięcio-tysiącleciu najcieplej było około roku 1200 pne. Następne maksimum to I wiek pne i być może nie jest przypadkiem, że to ocieplenie pomogło Rzymianom poszerzyć swoje władanie do Renu, Dunaju i Brytanii. Potem temperatura spadała, aby zejść najniżej około roku 700 ne, czyli w ciemnych wiekach po upadku Rzymu a przed Średniowieczem. Potem przyszło kolejne ocieplenie z maksimum ok. 1050 roku, czyli w czasach wielkiego przebudzenia cywilizacji na Zachodzie. Ta data jest szczególnie ważna dla nas, bo właśnie podczas tego klimatycznego optimum Polska (i większość Słowian, a także Skandynawia i Węgry) przeszły od "barbarzyństwa" do cywilizacji. Zapewne to, że wówczas tak wielkie obszary Europy w jednym czasie dojrzały do wyższej fazy społecznego zorganizowania, było skutkiem zwiększenia plonów i powstania nadwyżek żywności, czyli wzrostu "carrying capacity" w tym regionie. Zwraca uwagę równoczesność przemian na ogromnym obszarze, przeważnie pokojowy przebieg "nawrócenia" na europejską cywilizację, oraz przeważnie (z wyjątkiem Rusi) tubylcze pochodzenie elit, które wtedy się wyłoniły. W następnych wiekach klimat się ochładza i od 1300 roku trwa "mała epoka lodowa", która najwcześniej i najbrutalniej objawiła się na samej Grenlandii, czyniąc tę wyspę niezdatną dla skandynawskich osadników, którzy zasiedlili ją byli podczas średniowiecznego optimum - a teraz wymarli. Najchłodniejszy był wiek siedemnasty, do którego jeszcze wrócę.

Ciekawe, że okres chłodów około 700 roku ne, który w Europie zbiegł się z jej najgłębszym upadkiem, w pasie wzdłuż równoleżnika 30 stopni związany był z cywilizacyjnym awansem i ekspansją. Chodzi oczywiście o religijną rewolucję Mahometa i błyskawiczną karierę arabsko-islamskiego imperium, tworzącego na dwudziestych i trzydziestych szerokościach, na obrzeżach pustyni, nową jakość cywilizacyjną. Wygląda to tak, jakby strefa najbardziej aktywna kulturowo przesunęła się na południe o jakieś 10 stopni szerokości geograficznej, zarazem z północnych wybrzeży Morza Śródziemnego na południowe. Być może - taka nasuwa się tu hipoteza - chłód w Europie łączył się z przesunięciem dalej na południe typowej trasy atlantyckich niżów, które przyniosły teraz wilgoć obrzeżom Sahary i pustyń arabskich.

30. (susza i chłód, czyli kompleks Saturna)

Co dzieje się w społeczeństwach, kiedy nastaje chłód i susza? Astrologowie za planetę o naturze "chłodnej" i "suchej" uznali Saturna i jest to jakiś ślad, za którym pójść by można, lecz lepiej oprzeć się na empirii. Podczas ostatniej "małej epoki lodowej" najchłodniejszy był wiek XVII, kiedy holenderscy mistrzowie malowali łyżwiarzy na zamarzniętych kanałach Amsterdamu, a Szwedzi utrzymywali komunikację z okupowaną Polską saniami przez zamarzający Bałtyk, gdzie na lodzie budowano etapowe karczmy. Prześledzenie ówczesnych tendencji może dać wskazówki co do tego, w jakim kierunku mogą pójść przemiany, kiedy zacznie się robić chłodniej, suszej i kiedy w ogóle zacznie ubywać dostępnych zasobów środowiska czyli "carrying capacity".

Wiek siedemnasty jest środkiem dłuższej epoki, którą poprzedził zmierzch Renesansu, religijna rewolucja - reformacja (wystąpienie Marcina Lutra w 1517 r.), za nią katolicka kontrreformacja (Sobór Trydencki zakończony 1563) i Noc Św. Bartłomieja (1572). Sam wiek siedemnasty wypełnia Wojna Trzydziestoletnia w Niemczech, seria wojen domowych w Anglii, u nas wojny kozackie, najazd szwedzki i moskiewski, napór Turcji nad Dunajem i Dniestrem, w Rosji "smuta" czyli okres chaosu, podczas którego Rosja nie upadła chyba tylko dlatego, że wcześniej wyeliminowała możliwych konkurentów (Tatarów), a Rzeczpospolita nie miała sił ni ambicji, by trwale sięgnąć tak daleko. Po drugiej stronie euroazjatyckiego kontynentu Mandżurowie najechali Chiny instalując się w Kraju Środka jako nowa kasta rządząca (dynastia Ts'ing). Okres ten jawi się więc jako epoka wojen, i to wojen powszechnych, angażujących wszystkie warstwy ludności, z reguły pozostawiających "spaloną ziemię", skutkujących wyludnieniem, czego doświadczyły i Niemcy w wyniku Wojny trzydziestoletniej, i Ukraina po powstaniu Chmielnickiego, i Polska po potopie szwedzkim. Zapewne właśnie tak wyobrażać sobie można leblankowskie wojny o dostęp do ograniczonych zasobów.

Ciekawsze są zmiany w kulturze. Wizytówką tego okresu jest postępujący demontaż feudalizmu (czyli władzy delegowanej, lokalnej i rozproszonej), centralizacja i koncentracja władzy i "złoty wiek" monarchii absolutnej. (Polska pod tym względem, jak i innymi, obrała odmienną drogę.)

W religii odpowiednim wydarzeniem jest ruch reformacyjny. Reformacja skutkowała internalizacją religii: odrzucała dotychczasowe teatralne formy i przenosiła religię - w dużo większym niż dotąd stopniu - do wnętrza umysłu jednostki. Charakterystyczne jest tu odrzucenie rytuału spowiedzi. Katolik wyspowiada się i zostanie rozgrzeszony, po czym wraca do dawnego wesołego życia. Protestant, który odpowiada bezpośrednio przed Bogiem, nie przed kapłanem, nigdy nie ma pewności (bo i jak mógłby mieć, nawet gdyby był mistykiem?) czy Bóg go wysłuchał i grzech odpuścił, czy też wina wciąż na nim ciąży. Wyostrza jeszcze ten problem doktryna predestynacji, którą głosił Kalwin, według której Bóg jednym przeznaczył zbawienie, a drugich potępienie i nikt nie wie, czy go czeka niebo czy piekło, a także żadne jego własne dobre uczynki boskiego wyroku nie zmienią. Można łatwo sobie wyobrazić ludzi przygiętych do ziemi pod ciężarem tej niepewności. Dramat religii z zewnętrznego "teatru" - uroczystości, procesji, strojnych biskupów i potężnych papieży - przenosi się do wnętrza duszy, do sumienia człowieka; przestaje być rozgrywany na zewnątrz (gwoli tej logiki protestanci rezygnują z obrazów, klasztorów, odpustów i kultu świętych), za to bardziej osobiście dotyka każdego wyznawcę, który odtąd nie może się chować przed Bogiem za papieżami i biskupami. Ta presja miała zrazu depresyjne zabarwienie, poskutkowała jednak osobistą dyscypliną. Ziemską stroną reformacji było odchudzenie kościołów, którym przestawały być potrzebne dotychczasowe majątki, co było zachętą dla władców, aby je - w zamian za poparcie dla reformatorów - przechwycić. Protestantyzm także zacieśniał sojusz kościoła z państwem, przez co połączone struktury religijne i państwowe zbliżały się do jednostki i brały ją w karby, inaczej niż to było w rozproszonych i "dwugłowych" (władcy świeccy kontra papiestwo) strukturach katolickich. Po stronie katolickiej nastąpił wkrótce ruch w tym samym kierunku w postaci kontrreformacji, która centralizowała i standaryzowała kościół i zacieśniała nadzór kleru nad wiernymi.

Odchodził karnawał Renesansu, zaczynał się post reformacji i kontrreformacji. Nawet w modzie to się przejawiło, bo o ile w renesansie ulubionymi kolorami, także w męskich strojach, jest czerwień i złoto, to w czasach reformacyjnego i kontrreformacyjnego ochłodzenia górę bierze czerń.

Zmiany, które wtedy zaszły, można na wzór astrologii nazwać "kompleksem Saturna". W ślad za saturnową szczupłością zasobów przyszła - wiązana także w symboliczną wiązkę znaczeń z tą planetą - oszczędność i skąpstwo form. Również koncentracja władzy łączy się z Saturnem, jak i kolor czarny i niechęć do świętowania i zabaw. To samo zabarwienie ma religia oparta na osobistym poczuciu winy, ale i głęboka penetracja przez religię życia codziennego. We wszystkich tych przypadkach dostrzegamy ruch dośrodkowy, skupienie, internalizację, "zaciskanie pasa" - i to we wszystkich zapewne dziedzinach społecznego życia.

Szerzyło się też poczucie zagrożenia i zarówno protestanci jak i katolicy dopatrywali się wpływów diabła (czyli saturnowego cienia). Jego rzekome służki, czarownice, palono wtedy na stosach i na północy i na południu Europy. (Polskę na szczęście ta paranoja niemal ominęła.) Na polowania na czarownice można patrzeć jako na wyraz przesunięcia w świadomości, w wyniku którego świat dostępny ludziom i w miarę dla nich bezpieczny jął wydawać się ciasną, ograniczoną wyspą, zewsząd naciskaną przez siły zła. Ekumena stawała się wyspą lub oblężoną twierdzą.

W tamtej epoce zaczęła się rozwijać nowoczesna nauka, ta która widzi świat tylko poprzez mechaniczne prawa i matematyczne równania, bez śladu ducha, spontaniczności i życia. Naukowe odczarowanie świata także należy do kompleksu Saturna.

31. (sarmatyzm)

Inny wariant fazy skurczu lub depresji zaszedł wtedy w Polsce. Sarmatyzm polegał na odejściu od takich atrybutów cywilizacji, jak życie miejskie, hierarchiczna struktura władzy i opieranie się na technice. Dominująca warstwa, szlachta, oddała się sielance w wiejskich dworkach, odwracając się zarówno od miasta, jak i życia dworskiego. Ustrój polityczny stał się skrajnie rozproszony, sejmik i samorząd sądowy zastąpiły instytucje centralne, co szczególnie jest widoczne, gdy porównać Rzeczpospolitą z jej absolutystycznymi sąsiadami. Skracano łańcuchy wymiany gospodarczej: szlachta sama handlowała zbożem, omijając mieszczańskich pośredników; budowano z drewna, wykorzystując lokalny tani surowiec i wiejskich majstrów; pisano ręcznie sylwy, zamiast drukować książki u miejskich profesjonalistów. Profesjonalizm zresztą w każdej dziedzinie był w odwrocie. Wspominałem (patrz rozdział 11.), jak to ksiądz Skarga wrócił do praindoeuropejskiego archetypu społeczeństwa trójdzielnego, głosząc, że "rodzaj ludzki na trzy stany podzielony jest: na modlących się, na broniących i robiących." Starożytnego ideału szukano nie w Cesarstwie, jak zazwyczaj w ówczesnej Europie, lecz we wcześniejszej i surowszej Republice, a siebie szlachta utożsamiała nie z Rzymem, lecz z jego przed-cywilizowanymi oponentami Sarmatami.

32. (Słowianie)

Saturnowe czasy chłodu i kurczenia się carrying capacity przyniosły upadek nie tylko Państwu Rzymskiemu, ale i ściskającym je niby obręcz Germanom (ze wsparciem sarmackim i huńskim). Rzym upadł jako państwo i cywilizacja, ale ludność używająca języków romańskich przetrwała, wchłaniając i asymilując najeźdźców. Germanowie byli najeźdźcami i zdobywcami, lecz ich sukces był nader wątpliwy. Wandalów w Afryce i Ostrogotów w Italii zniszczyli Bizantyjczycy (których tak tu nazywam dla krótkości, choć sami nigdy tak siebie nie określali, przez całe następne tysiąclecie uważając się za Rzymian) pod Justynianem i Belizariuszem; Wizygotów z Galii wyparli Frankowie, aż w końcu rozproszył ich najazd muzułmański; Burgundów i Longobardów zdominowali Frankowie, a razem te trzy ludy zatraciły swój język i germańską tożsamość, romanizując się. Z dawnego areału sięgającego od Renu i Dunaju do Bugu i Donu, Germanom pozostał wąski pas przyległy do Alp i Renu. Po jednej stronie zasymilowali ich Romanie, po drugiej ścieśnił ich pochód Słowian. Dopiero w Średniowieczu przesunęli się znowu trochę na wschód.

Patrząc na to z oddali ma się wrażenie kollapsu, zapadnięcia się Rzymskiego Zachodu do środka niby wypróchniałej dyni. Zapadający się obszar cywilizacji pociągnął za sobą również tych, którzy byli - w planie ludzkich działań - sprawcami tego załamania, peryferyjnych "barbarzyńców" germańskich. Miejsca opróżnione przez zarówno Germanów i Rzymian zajął "lud nowy", Słowianie. Pochód Słowian na zachód i południe przypomina rysunki obrazujące oddziaływanie wiatru słonecznego z magnetosferami planet: prąd elektrycznie aktywnych cząstek ze Słońca zdmuchuje z jednej strony planety skupioną wokół niej magnetosferę, a na styku tych dwóch "żywiołów" powstaje granica fali uderzeniowej. Czymś takim byli Słowianie, którzy na zajętym przez siebie obszarze asymilowali wszystkich, nie pozostawiając wysp obcego języka i obyczaju. (Choć w środku ich areału istniał klin stepowy nad Dunajem i Cisą, uporczywie obsadzany przez kolejnych stepowców: Hunów, Awarów i Madziarów, a i później Kumanowie tam weszli, i Mongołowie, choć ci tylko przejazdem.)

Na Słowian można patrzeć - złośliwie - jak na barbarzyńców i prymitywów, stojących dużo niżej od Germanów, których, korzystając z ich głębokiego załamania, wyparli; lud wiejski, żyjący w rozproszeniu, anarchiczny, nie znający władzy prócz doraźnie wybieranych wojewodów, załatwiający spory i podejmujący decyzje na wiecach. Do tego ubóstwo techniczne i jawny regres - w porównaniu z Germanami - w budowie i rozmieszczeniu domów, w kowalstwie, garncarstwie, czy wytapianiu szkła na ozdoby (tego ostatniego Słowianie zwyczajnie nie znali).

O Słowianach z czasu ich ekspansji na zachód i z następnych ciemnych wieków wiemy zawstydzająco mało. Po wzmiankach z początku VI wieku u Prokopa i Jordanesa trwa trzysta lat milczenia aż do niemieckich kronikarzy z lat osiemsetnych i dziewięćsetnych, których przekazy też są wysoce niezadowalające. Więcej niż o Słowianach wiemy o ówczesnych Tybetańczykach! - których odwiedzali chińscy podróżnicy i pozostawili relacje. Nami nie insteresował się nikt postronny, piśmienni obserwatorzy przybyli dopiero, gdy Słowianie swój pionierski okres mieli za sobą i, jak można domniemywać, ich kultura, wraz z organizowaniem się władzy i przechodzeniem na chrześcijaństwo weszła w okres przemian jeśli nie rozpadu. Gdyby ludy i kultury uszeregować według posiadanych o nich informacji, Słowianie byliby na końcu, obok wytępionych Tasmańczyków, w tyle za Scytami, Etruskami lub mieszkańcami Wyspy Wielkanocnej. Bo także archeologia dostarcza mniej materiału niż w przypadku innych zaginionych kultur, a to za sprawą fatalnego obrzędu naszych przodków, którzy zmarłych palili, a prochy rozsypywali.

Pozostaje wnioskowanie pośrednie. Znaczącym faktem - na tle naszych rozważań - jest jednolitość Słowian. Ich języki, a raczej dialekty wspólnego jezyka, były wzajemnie zrozumiałe w czasach misji Cyryla i Metodego - w połowie IX wieku - na wielkiej przestrzeni od obecnej Grecji po Śląsk i Małopolskę, a później Ruś. W średniowieczu i później nigdzie nie ma wzmianek ani po polskiej stronie, ani po ruskiej, aby we wzajemnych kontaktach potrzebni byli tłumacze. Do dziś te podobieństwa języków utrzymały się. Zjawiskiem, które jest drugą stroną językowej jednorodności Słowian, była ich wielka zdolność asymilacyjna. Na obszarach zajętych przez Słowian w zasadzie nie zachowały się relikty starszych grup językowych podobne do Basków, Celtów szkockich czy kilku wysp słowiańskich na obszarach skolonizowanych później przez Niemców: Łużyczan, Drzewian i Słowińców. Wyjątkiem byli Wołosi w górach Bałkańskich i Madziarowie (a wcześniej Awarowie) na Nizinie Pannońskiej, ale właśnie tu chodzi o tereny najwięcej rózniące się od ulubionego leśno-równinnego biotopu Słowian, którzy nie mieli kulturowo-technicznych środków na zasiedlenie tych obszarów. (Innym wyjątkiem są rezidua fińskie i tureckie na obszarze wielkoruskim, ale one powstały już w innym procesie, w innym środowisku, a i Słowianie byli już tam kimś innym.)

Do czego zmierzam? Język zachowuje swoją jednolitość, a mniejszości obcojęzyczne zanikają tam, gdzie panuje komunikacyjna wspólnota. (Komunikacyjna wspólnota wymusza ponadto powstawanie języków wehikularnych, międzynarodowych, i to jest jeszcze jeden wariant tego samego procesu.) Przeciwnie, brak wspólnoty komunikacji współistnieje z tendencją do izolowania się w małych grupach, z ksenofobią i "wojną wszystkich ze wszystkimi". Także z brakiem lub ograniczeniem wymiany handlowej i endogamią. Istnieje pogląd, że właśnie endogamia, czyli zwyczaj zawierania małżeństw tylko wewnątrz ograniczonych klanów, była przyczyną babelicznego (- niby pod Wieżą Babel) rozdrobnienia i zróżnicowania języków na Kaukazie. Podobnie działo się, i to zapewne przez tysiąclecia, na Nowej Gwinei, wyróżniającej się rozdrobnieniem swoich języków, endogamią, wzajemną wrogością i stanem wojny między poszczególnymi plemionami. (Tu zwróćmy uwagę, że LeBlanc swoje poglądy o wrodzonej ludzkiemu gatunkowi odwiecznej wojnie o zasoby ilustruje przykładami właśnie z Nowej Gwinei. Rolnicy Nowej Gwinei nie stworzyli cywilizacji - to inny wątek wart uwagi.) Słowianie prezentują biegun przeciwny, co skłania do wniosku, że rozwinęli jakiś system komunikacyjnej wspólnoty i to rozciągającej się "od morza do morza". Na czym ta wspólnota polegała, możemy tylko fantazjować. Mógł to być zwyczaj brania żon z daleka. Mogły być wędrówki młodzieży, szukającej nowych miejsc do osiedlenia się, wojennego łupu lub po prostu przygody. Być może odwiedzano miejsca kultu lub zbierano się na tradycyjnych wiecach i festynach. Nie wiadomo. W dodatku kłóci to się z rolniczą osiadłością Słowian. Pewnym śladem może być wzmianka u Teofylakta Simokattesa, który opowiada, jak gwardziści cesarza Maurycego (582-602) schwytali dwóch nieuzbrojonych Słowian, mających za to cytry. Ci muzycy mieli - według ich własnych słów - przybyć aż znad Bałtyku ("Oceanu Zachodniego"). Byli zamieszani w jakąś misję zleconą przez chagana Awarów, ale przyjaźnie usposobieni do Rhomajów (Bizantyjczyków). Być może właśnie tacy wędrowni grajkowie-śpiewacy stanowili komunikacyjną wspólnotę Słowian? Jeśli tak, to szkoda, że nie pozostało nic po nich.

Słowianie niech będą tu przykładem, że niekoniecznie chłód, susza i spadek carrying capacity pociągać musi stan endemicznej wrogości między ludźmi, ową wojnę wszystkich ze wszystkimi. Nie twierdzę, że Słowianie nie bili się między sobą, skoro aż nadto dobrze zostało udokumentowane, że bili sąsiadów. Ale zapewne był to stan wojny umiarkowanej, ograniczonej i pełnej wyjątków, może na podobieństwo szlacheckich zajazdów. Możliwe, że daleko posunięte uproszczenie ustroju społecznego, odrzucenie central na rzecz sieci i skrócenie łańcucha dostępu do zasobów poskutkowało takim nadmiarem dostępnych zasobów, że nadało ich kulturze owe jowiszowe, liberalne cechy. Ale jowiszowa faza w historii społeczeństw to osobny temat.

(29 kwietnia - 1 maja 2004)

dalej




  < poprzedni    1    2    3    4    (5)    6    dalszy >  

Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)