Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

10 maja 2004

Wojciech Jóźwiak

z cyklu: Opowieści fukujamiczne

Opowieści fukujamiczne (6)
O historii i cywilizacjach

Kategoria: Enneagram

  < poprzedni    1    2    3    4    5    (6)  

O cywilizacyjnych wilkołakach, o samobójczej gospodarce wojennej starożytnych Germanów, o nieustannym szoku z powodu upadku Rzymu, a także o tym, że nie można zbyt wielkich gmachów wznosić na rozszerzającym się gruncie.

część 1 | część 2 | część 3 | część 4 | część 5 | część 6

*W "Pieśni o Nibelungach" Hagen von Tronje ginie w samobójczej bitwie, którą sprowokował, sam przeciw wielu. Godzamba, bohater herbowej legendy, utraciwszy miecz, gromi wroga wyrwaną sosną. To metafora przeciwnych stylów przyjęcia kryzysu przez Germanów i Słowian.

33. (wilkołaków znaki szczególne)

Cywilizacyjne wilkołaki warto wyróżnić według ich charakterystycznych cech; nie tylko według tego, że budzą moralny niepokój. Nasuwają się takie ich wspólne właściwości:

Negatywny stosunek do przeszłości. W używanej ideologii i frazeologii odrzucanie przeszłości, zrywanie ciągłości i walka z tradycją, w tym z tradycją religijną - "prze-eszłości ślad dłoń nasza zmiata". Ten negatywny stosunek do przeszłości był właściwy całemu modernizmowi, ale u wilkołaków szczególnie natrętny.

Mobilizacja. Polegała ona na podgrzewaniu społecznej atmosfery, podtrzymywaniu "rewolucyjnych" nastrojów, kreowaniu entuzjazmu wokół wyznaczonych celów. Mobilizacja była z założenia powszechna - żadnym grupom ani kategoriom ludności nie pozwalano pozostać w stanie niezaangażowanym.

Utopia. Celem miało być zbudowanie idealnego, ale i zaplanowanego z góry porządku: idealnego społeczeństwa lub państwa. "Komunizm", "społeczeństwo bezklasowe", "Tysiącletnia Rzesza", "świetlana przyszłość".

Centralizm. Decyzje i zarządzanie skupiano w jednym ośrodku, w końcu zwykle w osobie absolutnego jedynowładcy.

Stan wojny. Mogła to być faktyczna wojna z zewnętrznym przeciwnikiem, wojna domowa, wojna wewnętrzna czyli rozlegle represje wobec grup ludności, również groźba więzienia, zsyłki lub śmierci jako normalny środek regulujący stosunki między władzą i wykonawcami a także w obrębie grupy rządzącej; dalej: przygotowania do wojny i towarzyszące wszystkim odmianom wojny nadzwyczajne środki pogotowia w stosunkach wewnętrznych.

Negatywny stosunek do praw jednostki - za czym szła korupcja prawa i jego fikcyjność.

Fundamentalistyczna ideologia. Fundamentalizm rozumiem tu w sensie Gellnera: że istnieją twierdzenia i teksty, które są wyróżnione, mają nadzwyczajny status, czyli nie podlegają dyskusji, zmianom ani ocenom. Fundamentalistyczne (mniej lub bardziej) bywają religie; jednak doktryny wilkołaków to miały szczególnego, że do rangi "prawd wiary" podnosiły twierdzenia wzięte - dość przypadkowo - z nauki, filozofii lub pseudonauki.

34. (zbiorowe samobójstwo starożytnych Germanów)

Przytaczam tu tekst napisany ponad dwa lata temu, w marcu 2002, ale dobrze pasujący do naszego tematu i ilustrujący jeden z możliwych i wyliczonych wcześniej wariantów tego, co dziać się może przy psuciu się klimatu i spadku dostępnych zasobów środowiska (carrying capacity) - mianowicie ogólną wojnę o kurczące się zasoby.

Początki osadnictwa Słowian na ziemiach przyszłej Polski, czyli w dorzeczu Wisły i Odry, mają swoją odwrotną stronę, mianowicie pociągają pytanie, co się stało z dotychczasową ludnością tego obszaru, germańską, albo przynajmniej w swojej większości germańską? Archeologia stwierdza zanik obu głównych kultur dorzecza Odry i Wisły: wielbarskiej, czyli Gotów, i przeworskiej, utożsamianej z Wandalami. W znaleziskach datowanych na IV wiek i początek V ubywa osad, na cmentarzach nie chowa się nowych nieboszczyków, przestają działać pola pieców hutniczych w Górach Świętokrzyskich i na Mazowszu nad Utratą. Jak się wydaje, oprócz Pomorza, zwłaszcza ujścia Wisły, Słowianie osiedlając się tu w latach 500-nych zastają niemal bezludzie. "Niemal" - bo jednak spotkali tu kogoś, od kogo przejęli nazwy rzek, jako że nazwy naszych rzek w większości nie są słowiańskie. Gwoli ścisłości, nie są też (przeważnie) germańskie i należą do jeszcze starszej warstwy językowej. Co do niektórych nazw - w tym Wisły - były wyrażane poglądy, że zostały nadane wręcz przez pierwszych myśliwych, którzy tu przyszli w ślad za topniejącym lodowcem.

Co się stało z dawniej mieszkającymi tu Germanami, a także potomkami Celtów, Wenedów i innych Staroeuropejczyków? Ciekawe, że właściwie w znanych mi książkach nie znajdowałem odpowiedzi. Czytając między wierszami dawało się wywnioskować, że, po pierwsze, zawinił najazd Hunów, więc Hunowie tubylczą ludność wymordowali, a po drugie, tubylcy wywędrowali znad Odry i Wisły przesiedliwszy się gdzieś dalej na południe. Rzeczywiście, już w latach 300-nych Goci zamieszkują raczej Ukrainę (tworząc tam kulturę czerniachowską) niż nasze Pomorze, Mazowsze i Lubelszczyznę, a potomkowie "naszej" kultury przeworskiej mieszkają w dużej liczbie po drugiej stronie Karpat nad Cisą.

Co w istocie mogło wypędzić liczną w tzw. okresie rzymskim ludność dorzecza Odry i Wisły? Wydaje mi się (i to jest właśnie moja hipoteza) że zawiniła nadmierna militaryzacja tej ludności. Konieczne tu będzie małe wprowadzenie. W średniowiecznej Europie liczba szlachty wynosiła około 1 do 2 procent całej ludności. (W późniejszej Polsce i na Węgrzech udział szlachty był większy, ale dlatego, że wielu z nich samemu utrzymywało się z pracy na roli.) Trzymajmy się tej przybliżonej liczby: 1 procent. Liczba ta wydaje się dodatkowo wiarygodna przez to, że podobną część ludzi utrzymywało pod bronią Państwo Rzymskie w okresach swego dobrobytu. Oznacza to, że 100 chłopów-rolników było w stanie (na stałe, nie tylko podczas krótkotrwałej mobilizacji) utrzymać jednego pełnozbrojnego wojownika - z jego koniem, żelazem, pucybutem i (zapewne) jakimiś służbami pomocniczymi. A co się działo, jeśli tych wojowników było więcej? - To, co wielokrotnie, w różnych okresach historii z nudną regularnością działo się podczas przedłużania się wojen i koncentracji uzbrojonych mężczyzn: wojownicy żywili się na koszt rolników, zarazem pozbawiając tychże rolników zdolności reprodukcji - w sensie zarówno gospodarczym jak i biologicznym. To znaczy: wojownicy chłopom przejadali ich zapasy. Konsumowali zarodowe bydło i świnie, i ziarno odłożone na siew. Samo pozyskiwanie tych dóbr odbywało się w dużo kosztowniejszy sposób, niż to czyniła w zwykłym czasie władza książęca lub inna zwierzchnia, przy okazji przecież palono domy i spichlerze, a samych rolników zabijano i gwałcono ich kobiety. Wojownicy także sięgali po wartość, jaką stanowili sami rolnicy, uprowadzając ich i sprzedając ich jako niewolników. Tak wyglądała gospodarka wojenna. W jej warunkach jeden wojownik potrzebował, aby się wyżywić, już nie 100 rolników, ale, powiedzmy, 10. Przy tym często pozbawiał ich możliwości dalszego istnienia, przynajmniej w dotychczasowej formie.

Jak w tej sytuacji mogli sobie poradzić rolnicy? Mieli cztery wyjścia: wymrzeć. I to im się zdarzało. Albo kontynuować dotychczasowy tryb życia: to znaczy pozbierać się po szoku, wyciągnąć siekiery ze zgliszcz, połapać krowy, które uciekły do lasu, skądś zdobyć (kupić od sąsiadów? ukraść?) ziarno na siew. W końcu, często po upływie pokolenia lub dwóch, wracali do właściwego sobie sposobu gospodarowania, który jednak przez tysiąclecia (aż do 19/20 wieku) okazywał się najbardziej efektywnym. Zdarzało się jednak, że nie było możliwości powrotu do dawnego, sielskiego bytowania, a największą przeszkodą był zapewne brak ziarna na siew. Trzecią możliwością było więc pójście krok wstecz gdy chodzi o sposób zdobywania pożywienia, to znaczy powrót do gospodarki mezolitycznej, a więc takiej, jaka była prowadzona zanim w neolicie wynaleziono rolnictwo. Oznaczało to w praktyce ucieczkę do lasu lub na bagna, stawianie pułapek na dziką zwierzynę, łowienie ryb, wykorzystanie jako pożywienia łyka drzew i kłączy pałki wodnej. Z pewnością niejeden etnos przetrwał w ten sposób złe czasy. Naturalna gospodarka mezolityczna ma jednak poważną wadę: zapewnia utrzymanie, z tego samego terenu, 50 razy mniejszej liczbie ludzi niż rolnictwo. A więc, mówiąc literacko, mogła wystarczyć tylko "niedobitkom, kryjącym się po lasach". Czwartym rozwiązaniem było włączenie się w gospodarkę wojenną. Polegało to na tym, że chłopi się uzbrajali i dołączali do przechodzących wojsk, albo sami tworzyli zbrojne bandy, które rabowały sąsiadów. Mogło dojść do hazardowej gry: kto pierwszy postawi kosy na sztorc i zabierze sąsiadom zboże, ten wygrywa, bo w przeciwnym razie sam zostanie obrabowany i będzie musiał iść do lasu żywić się myszami i korą. Jeśli postawisz się w położeniu człowieka z tamtych czasów, zapewne uznasz to czwarte wyjście - włączenie się w gospodarkę wojenną - za najbardziej atrakcyjne.

Gospodarka wojenna, czyli utrzymywanie się z rabunku popartego przemocą, ma jednak wyraźną wadę: niszczy własne środowisko. Wymaga przecież istnienia dostatecznej liczby jeszcze nie obrabowanych chłopów i ich pełnych spichlerzy. Kiedy się ich wyczyściło, trzeba iść dalej i szukać następnych.

Przypuszczam, że właśnie coś podobnego wydarzyło się na północnym pograniczu Państwa Rzymskiego na ziemiach między Renem i Dunajem a Bałtykiem. Barbaricum upadło skutkiem nadmiernej własnej militaryzacji. Plemiona pograniczne, naciskane przez Rzymian, utrzymywały zbyt wielką (jak na swoje możliwości gospodarcze) liczbę wojowników. Zwykle zresztą walczyły na dwa fronty: nie tylko z Rzymianami, ale też ze swoimi pobratymcami, którzy nadciągali na nich z północy, z głębi kraju. Ludy pograniczne żyły krótko, jedno-dwa pokolenia, zużywały się w wojnie i ustępowały następnym. Należałoby od nowa pod tym kątem przestudiować historię wojen rzymsko-germańskich. Mówię dla uproszczenia o Germanach, ale brały w tym procesie udział i inne etnosy, np. Sarmaci z równin nad Dunajem. Z drugiej strony plemiona wewnętrzne, mieszkające dalej od limesu, były trzymane w stanie militarnej gotowości przez samych Rzymian, którzy płacili im za dywersję na tyłach przeciwnika z pierwszej linii.

Przypuszczam, że dałoby się udowodnić, że ludy Barbaricum - północnego pogranicza Państwa Rzymskiego - w pewnym momencie przekroczyły bezpieczną proporcję pomiędzy wojownikami i rolnikami, i wyniosła ona raczej nie jak 1:100 lecz może np. 1:10 lub więcej. Tym samym został przekroczony próg, w którym poszczególne plemiona nie były już zdolne do samodzielnego bytu! Aby przeżyć, musiały czym prędzej przestawiać się na gospodarkę wojenną. Można to było zrealizować na dwa sposoby: primo, wdawać się w łupieskie wojny z sąsiadami, secundo: wstąpić na służbę Rzymu, pójść na rzymski żołd. Można też było wstąpić na służbę któregoś z potężnych wodzów germańskich, jacy się w tamtej epoce zaczęli pojawiać, ale to był wariant drogi nr jeden. Właśnie dzięki temu mechanizmowi wybijający się wodzowie zaczęli rosnąć w siłę.

Mechanizm przechodzenia na gospodarkę wojenną tłumaczy maniakalny wręcz napór Germanów na granice Rzymu, po to, aby się osiedlić na terytorium rzymskim, dostać się na rzymską służbę, zaciągnąć do legionów. To było stanowczo najbardziej atrakcyjne rozwiązanie, wobec głodu na "wolnym" zapleczu i toczącej się tam wojnie wszystkich ze wszystkimi. (Zapewne ten sam mechanizm wyjaśnia zagadkową karierę Hunów: ci nowi przybysze ze wschodu, nie będąc Germanami, mogli przyciągać i skupiać pod swoim dowództwem wszystkich Germanów, niezależnie od dzielących poszczególne plemiona animozji - skoro tacy np. Goci i Wandalowie byli odwiecznymi, śmiertelnymi wrogami.)

I w końcu przychodzi moment, kiedy w głowach kilku germańskich wodzów świta podobne rozwiązanie: przenieść się z gospodarką wojenną na ziemie Rzymu! Tam są nieobrabowani chłopi i zasobne miasta - świeże, nie tknięte żerowisko. I kolejno, w pierwszych latach V wieku, Alaryk, Radagais, Gunteryk - idą za tym pomysłem. Zaczyna się wielka Wędrówka Ludów, czyli podbój zachodniej części Państwa Rzymskiego przez barbarzyńców. Wkrótce następuje podniesienie gospodarki wojennej na wyższy poziom: germańscy wodzowie przechodzą od roli doraźnych rabusiów do pozycji elity zakładanych państw, przestają być (wobec chłopów) "myśliwymi", stają się "hodowcami". Jednocześnie zaś, wobec przeważającej masy ludności romańskiej, przywrócona zostaje zdrowa proporcja 1 wojownik na 100 chłopów (lub podobna). Tyle że aparat rzymskiego państwa musi odejść, gdyż w tym układzie nie jest już potrzebny.

Co się stało z ojczyzną Germanów, z ziemiami między Dunajem, Renem a Bałtykiem? Zostały puste - a raczej ludność spadła do może 1/100 stanu sprzed zainstalowania się Rzymian na skraju Europy Środkowej; nastąpił powrót do stosunków mezolitycznych. Co było przyczyną? Gospodarka wojenna. Z pewnością cały ten proces dziejowy miał także swój wymiar "literacki". Młodzieńców, którzy rzucali ojcowskie role i krowy, by iść na wojenną przygodę, kusiły pieśni, przedstawiające im ich los jako czyn godny herosów. Rzym jawił się upragnionym celem. Z tamtej epoki wywodzą się eposy o Nibelungach, Złoto Renu, krwawe "potrzeby" Zygfryda i Hagena. Druga, nieliteracka strona medalu była jednak taka, że lud germański, plus jego pobratymcy, popełnił rozłożone na dwa stulecia zbiorowe samobójstwo.

Kiedy się czyta dzieje następnego wieku, lat pięćsetnych, widać ruch germańskich władców i wodzów, którzy usiłują ściągnąć i skupić wokół siebie niedobitki tak licznej kiedyś ludności. Rzymu już nie ma, ci zaś, którym się udało - Goci, Frankowie i Burgundowie - budują swoje państwa na dawnych rzymskich ziemiach; o Wandalach w Afryce już się zapomina, są za daleko, zresztą już oto Bizantyjczycy pędzą ich do niewoli. Następuje ostatni desant na ziemi rzymskie: Longobardowie jako zorganizowany wędrowny lud przenoszą się z Czech przez Panonię do Italii. Gdzieś na północy, nad Menem i Dunajem, organizują swoje państewka Turyngowie i Bojuwarowie (Bawarzy). Ginie - idzie do awarskiej niewoli - ostatnie stepowe plemię germańskie, Gepidzi. Jeśli popatrzeć na mapę, pozostaje tylko mały skrawek ziemi, na którym Germanowie próbują zacząć w miarę normalne życie, z jednym wojownikiem na stu chłopów: dzisiejsza Bawaria, Hesja, Nadrenia. Dużo mniejszy obszar niż RFN po II wojnie! Dalej na wschód już zdążyli osiedlić się ci, którzy okazali się najlepiej przystosowani do życia w warunkach po załamaniu się zachodu: Słowianie.

Jaką rolę w tym procesie odegrał najazd Hunów? Wydaje się, że niewielką. Właściwie Hunów mogłoby nie być i stałoby się tak samo. Być może sam najazd Hunów jest w dużym stopniu mitem: było to drugorzędne zjawisko, któremu nadano iście mitologiczny rozgłos. Gdyby Hunów nie było, należałoby ich wymyślić, tłumaczyli bowiem wszystko: dlaczego upadł Rzym Zachodni (bo najechali go Hunowie...), dlaczego pogrom spotkał ludy germańskie (bo najechali ich Hunowie...), dlaczego wyludnione zostały ziemie Barbaricum (bo Hunowie...). Tymczasem przyczyny były prozaiczne, gospodarcze i statystyczne, ale... skoro najechali Hunowie, to zarówno Rzymianie, jak i Germanie mogli już mieć czyste ręce. Hunowie wraz ze swym mitycznym najazdem byli więc potrzebni historykom, zarówno tym, którzy utożsamiali się z Rzymianami, jak i tym, którzy uważali się za potomków Gotów, Burgundów lub Franków. My, Słowianie, możemy poczuć komfort stania z boku - nas to nie dotyczy, my nie upadliśmy, przeciwnie...

35. (czy już po przemianie?)

Koniec cywilizacji Klasycznej na zachodzie był dramatyczny: upadł Rzym, Odoeker odesłał insygnia cesarskie do Konstantynopola, wyludniły się miasta, rzymskich urzędników zastąpili kłótliwi germańscy wielmoże, zapominano czytania, pisania i literackiej łaciny. Życie stawało się niepewne, akwedukty popadły w ruinę, pola porosły lasem. Na wschodzie basenu śródziemnomorskiego było jednak inaczej: zamiast upadku cywilizacji miała miejsce stopniowa jej przemiana pełzająca w ciągu kilku wieków. Składa się na nią kilka procesów: zastąpienie tradycyjnych, "naturalnych" religii religiami nowymi: założonymi, prorockimi i skryptualistycznymi; za tym idzie sakralizacja władzy, przykrywająca jej centralizację i totalizację, odrzucenie przeszłości (zamknięcie Akademii Platońskiej i olimpiad jest tu wykładnikiem), zmienia się wizja własnych początków ludzkiej społeczności i wizja historii; inne niż przedtem wydarzenia wyznaczają "naszą erę"; zmieniają się też takie szczegóły, jak stosunek do ciała i płci, także sposób ubierania się i styl w sztuce. Zmiana taka nie jest jednorazowa; na dużym obszarze są to dwie kolejne rewolucje: najpierw chrześcijańska, potem islamska; także pomniejsze ruchy (gnostyckie, manichejskie i sekciarskie) przeorują dawną świadomość i stosunki społeczne.

To nie jest wstęp do historii po-starożytnej, lecz wprowadzenie do tego, co mamy dzisiaj wokół siebie. Jesteśmy przywiązani do poglądu o ciągłości naszej (czyli Zachodniej) cywilizacji. Tak również sprawę tę traktuje Philip Bagby: widzi nieciągłość między Klasyczną starożytnością a średniowiecznymi początkami cywilizacji Zachodu, nieciągłość wystarczającą, aby mówić o dwóch odrębnych formacjach, później jednak podobnej cezury nie dostrzega. Być może jednak zewnętrzny lub przyszły obserwator doszedłby do wniosku, że zmiany, jakie nastąpiły w wyniku modernizacji, będącej wynikiem rewolucji przemysłowej, są równie wyraźne i głębokie jak te, które 1500 lat wcześniej oddzieliły cywilizację Bliskowschodnią od Klasycznej.

Tak więc nasze fukujamiczne troski o to, "jak jeszcze długo to pociągnie" lub "czy to się nie posypie" (Janusz Korwin-Mikke, wprawdzie wypowiadając się o ubezpieczeniach emerytalnych w Niemczech, użył słowa "pierdyknie") - mają naprawdę za przedmiot cywilizację nowoczesną, tę, która zaczęła się od Newtona, Watta i angielskiej rewolucji przemysłowej. Nowa jakość tej cywilizacji sprawia, że analogie z dawniejszym rytmem rozwojowym mogą być mylące. Albo że należy ich szukać bardziej starannie i przy pomocy ogólniejszych pojęć.

36. (my i oni)

Kiedy dowiaduję się, że ktoś się boi upadku cywilizacji, albo w razie kryzysu porządku widzi (jak ostatnio Schwartz i Randall) tylko albo rozwiązanie w postaci zwiększenia dyscypliny i opresywności systemu, albo - jako nieuchronną alternatywę - "wojnę wszystkich ze wszystkimi", to wydaje mi się, że przemawia przez niego pewien "stary mem", czyli zastarzała kulturowa pamięć najgłębszego urazu, jak przeżył Zachód, mianowicie upadku Cesarstwa. Z szoku po tym wydarzeniu Zachód nie może się otrząsnąć, zaiste podobnie jak chrześcijanie nie mogą się pozbierać po grzechu pierworodnym. Na tym tle wydaje mi się, że my, to znaczy ludzie europejskiego Wschodu, mamy coś do dania, pamięć innych doświadczeń. My pamiętamy, że kiedy źle się dzieje, można również - niby Godzamba w utarczce z Morawianinem - uciec do lasu, to znaczy zastąpić społeczny centralizm siecią, pozbyć się zwierzchności, uprościć życie wcale go nie zubażając, zaufać ziemi i jej lokalnym zasobom, skrócić łańcuchy wymiany. Czy ta nauka jest nadal aktualna? Oto jest pytanie.

37. (czy Fukuyama miał rację?)

Czy Fukuyama mówiąc o "końcu historii" miał rację? Koniec historii to przecież ani upadek cywilizacji, ani - przeciwnie - osiągnięcie jakiegoś raju na ziemi, w rodzaju tego, który obiecywali komuniści, którzy także trąbili o tym, że historię doprowadzą do końca. Chodzi o coś dużo skromniejszego: że w dziedzinie ustroju społeczno-politycznego podstawowe wynalazki już zostały dokonane i raczej dalszego rozwoju nie należy się spodziewać. Przykładem - na mniejszą skalę - malutkiego końca historii jest alfabet. Wydaje się głęboko nieprawdopodobne, aby kraje Zachodu miały zmieniać litery z łacińskich na inne, albo dorabiać nowe (choć na przykład litera na "dż" bardzo by się wszędzie przydała...). Podobnie raczej nie zostaną wynalezione - wg. Fukuyamy - lepsze rozwiązania, niż demokracja przedstawicielska, partie polityczne, wolne wybory, prawna ochrona podstawowych praw jednostki. Ustrój parlamentarnej demokracji wspartej wolnym (w jakimś stopniu...) rynkiem sprawdził się przynajmniej o tyle, że doświadczenie wielokrotnie wykazywało, że inne rozwiązania, np. jednopartyjne rządy przy gospodarce planowej albo oswiecony autorytaryzm, było gorsze - przegrywały i w gospodarczej konkurencji, i w przez to, że wbijały mieszkańców w poczucie mniejszej wartości.

Wydaje mi się, że Fukuyama ma rację o tyle, że jego "koniec historii" postępuje, kiedy dzieje się dobrze. Kiedy dzieje się źle, pojawiają się wszelkiego rodzaju stany nadzwyczajne, ograniczanie swobód, wystawianie identyfikatorów, zaostrza się inwigilacja, trzeba nosić paszporty i przynosić stosy załączników, kiedy chce się zacząć działać w gospodarce; dobra są administracyjnie rozdzielane, a władze dostają nadzwyczajne uprawnienia i wymykają się spod kontroli wyborców. Nie potrzeba do tego nawet wojny: reformy New Deal za Rosevelta, przesuwające niebezpiecznie USA w stronę biurokratycznego socjalizmu, były reakcją na Wielki Kryzys roku 1929.

Podłożem, na którym rozwija się fukuyamowski koniec historii jest nieustający wzrost carrying capacity. Postęp techniczny, a jego skutkiem przybywanie energii, żywności i - przede wszystkim - przestrzeni do działania jest tą siłą, dzięki której zbyt restrykcyjne urządzenia społeczne są rozrywane, rozpadają się - czego system sowiecki był przykładem. To tak, jakby się budowało sztywne gmachy na rozszerzającej się skorupie ziemi: nie da się postawić czegoś zbyt wielkiego i ciężkiego, bo się rozpadnie; natomiast małe i luźno stojące domki wytrzymają. Centralizm się nie sprawdza, sprawdza się sieć. Być może jakaś przyszła matematyczna socjologia ujmie to w odpowiednie wzory.

Natomiast niebezpieczne byłoby zmniejszanie się carrying capacity czyli dostępnych zasobów. Wtedy mogłoby stać się tak, że zaczęłoby przybywać wyjątków od demokracji i wolności, aż w końcu ustrój ów stałby się pustą formą, jak republikański senat Rzymu za cesarstwa. Wyjątki te są i powstają wciąż nowe, i warto by przyjrzeć się tej grze: wolności i wyjątków od wolności z jednej strony, a wzrostu i kurczenia się dostępnych zasobów z drugiej strony.

(7 - 10 maja 2004)




"Opowieści fukuyamiczne" po prawie roku
"Opowieści" pisałem wiosną 2004 po to, aby jakoś rozeznać się w świecie, a przy okazji, kto wie, może zrobić następną książkę. Właśnie wtedy wydano na papierze moją książkę "Wiedza nie całkiem tajemna", która powstała wcześniej w podobny sposób jak "Opowieści", przez składanie małych odcinków. Jednak zamiaru nie doprowadziłem do końca i teraz, po prawie roku, widzę, że "Opowieści fukuyamicznych" nie będę kończył. Zapraszam do następnego cyklu rozważań, tym razem pod tytułem: "Sprawy na których się znam i na których się nie znam", który zacząłem pisać w lutym 2005.




  < poprzedni    1    2    3    4    5    (6)  

Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)