Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

15 listopada 2018

Paweł Droździak

z cyklu: Psychologia i polityka (odcinków: 30)

Winter is coming. Cz. 1: Ostatni będą pierwszymi

Kategoria: Futurologia i współczesność
Tematy/tagi: antropocenapokalipsadepresjaLacanwojna

« Czemu nie podlegają niepodlegli Winter is coming. Cz. 2: Pan raczy żartować, panie Hawking »

Nie kończąc wcale cyklu Pożegnanie jesieni otwieramy cykl kolejny, poświęcony problematyce klimatycznej katastrofy. Tytuł, jak widać wyżej, trochę paradoksalny, wierzę jednak, że czytelnicy docenią zalety tak samo tytułu, jak cyklu.

W znanym filmie Gra o Tron hasło „winter is coming” nadaje sprawom ludzkim wymiar, na jaki zasługują. Wojny, spory, intrygi – wszystko to się kiedyś skończy, a jeśli się nawet nie skończy, to znaczenie tego jest tylko umowne, nadciąga bowiem coś znacznie większego, w obliczu czego nic, prócz rzeczy najprostszych nie będzie miało znaczenia. Bohaterowie filmu powtarzają sobie czasem „winter is coming”, tak jak muzułmanie mawiają inszallah. Bóg tak chciał. Wszystko w Jego ręku. Rozluźnij się, nic nie zależy od ciebie. Zima z Gry o Tron nie jest bowiem zwykłą zimą. To trwający kilkadziesiąt lat przyrodniczy kataklizm, który co kilka wieków ten bajkowy świat nawiedza i tak, jak u nas mówi się, że coś było „przed wojną”, tak tam mówi się tak o tej monstrualnej zimie, bo prawie nikt nie przeżywa i nie ostają się żadne imperia. Cokolwiek cię dziś zajmuje – ona przyjdzie jakby z innego porządku i zmiecie wszystko. Nie martw się więc. To nadaje rzeczom wymiar absolutny. Gdy myślisz „winter is coming” myślisz trochę jak filozof, a przynajmniej tak czynią bohaterowie filmu, nagle perspektywą nadejścia tej zimy cudownie uszlachetnieni.

O tym paradoksalnym pożytku ze śmierci, wojen i kataklizmów, byle wystarczająco były nieuniknione, wspominał też Lacan, gdy mówił, że właśnie w świadomości, że wszystko skończy się śmiercią tkwi prawdziwe źródło ludzkiej nieustraszoności. Dzięki temu, że śmierć bierze okoliczności życia w cudzysłów, możemy ważyć się na szaleństwo, na które zdobywamy się każdego dnia. Myśl wydaje się dziwna, gdy nie przychodziła nam wcześniej do głowy, a czytamy ją tylko tu w słowach, dużo przystępniej pokazał to jednak Von Trier w Melancholii i kto nie ma cierpliwości na labirynt elokwencji Lacana, ten u Triera od razu wyczuje w czym rzecz. Bohaterka jego filmu cierpi na depresję. Nie jest to depresja, na którą pomoże aerobic i przypomnienie sobie wieczorem trzech rzeczy, które nam tego dnia wyszły. To depresja – hekatomba. Depresja masakra. Nemezis. Czarny Anioł. Nie pomagają leki, nie pomagają terapie, nie pomagają przyjaciele, miłość, ślub, książka „nadaj sobie indiańskie imię” Pawlikowskiej nie pomaga.. Nic nie pomaga. Gdy ta depresja do bohaterki przyjdzie, bierze wszystko. I to starczyłoby za cały film, wiadomo bowiem, jak to wtedy wygląda, tu jednak jest inaczej.

Bo w świecie z tego filmu do naszej poczciwej Ziemi zbliża się planetoida, która, jak się okazuje, w końcu ma z Ziemią się zderzyć. Planetoida jest olbrzymia, prawie wielkości planety, grzmotnąć ma z siłą potworną i nie ma mowy, żeby ktokolwiek to przeżył. Nie jest to współczesny film amerykański, więc żadna międzynarodowa ekspedycja złożona z przedstawicieli każdej płci, orientacji i rasy nie poleci na tę planetoidę i nie rozwali jej bombą, oglądając w przerwach zdjęcia swych ukochanych dzieci, psów, czy kto tam akurat ich kocha. Nie. Może innym razem, ale nie dziś. Nie jest to też amerykański film z lat siedemdziesiątych, więc żaden ukryty na prywatnej wyspie milioner nie wyciągnie asa z rękawa w postaci wielkiej rakiety, którą szykował na ludzkość, ale w tych okolicznościach się czemuś rozmyślił, albo może w innej wersji, kiedy to przejmie tę rakietę tajny agent, za którym wszystkie szaleją. Nie. Nie ma wyspy, nie ma rakiety, nie ma agenta, żadnych diabolicznych kobiet – szpiegów do uwiedzenia, żadnych genialnych pań inżynierek kosmicznych, żadnej podziemnej bazy, gdzie wszyscy mają stroje obcisłe, a drzwi otwierają się na boki i w głównej sali miga światełkami Największy Komputer.. Nic. Czyste Realne jak to w depresji, gdy nie ma się złudzeń. Jest jak jest. Czyli planetoida w filmie Melancholia walnie i koniec i nie ocalą nas przed nią żadne fantazmaty. W trakcie filmu stopniowo okazuje się to pewne. Początkowo naukowcy jeszcze się spierają. Trafi, nie trafi..? W końcu jednak jest jasne i wszyscy już wiedzą. Trafi. Data i godzina, a nawet minuta jest znana i wiadomo, że będzie to koniec. Jako, że film nie jest amerykański i współczesny, ludzie nie dowiadują się tego w knajpie podczas wspólnego oglądania meczu, kiedy to nagle wchodzi prezydent – Murzyn i mówi przejęty, że zrobili wszystko, a teraz niech was Bóg ma w opiece, a ja z wami zostanę do końca.. Nie. Tu jest jak w prawdziwym życiu. Prezydentów żadnych nie ma, nikt nie wie dokąd poszli, a prawdy dowiadujesz się samotnie z internetu i nie ma z tym nawet do kogo zadzwonić.

I cóż dzieje się z bohaterką? Odżywa. Nagle wstaje na nogi. Gdy wszyscy wokół są porażeni informacją o nieuchronnym i nie wiedzą co robić, ona radzi sobie świetnie. Jest racjonalna, zdrowa, chodzi i mówi normalnie, uśmiecha się i żartuje, dba o drobnostki.. Ludzie wokół niej zawsze osiągali cele dzięki racjonalnemu działaniu i planom. Ona tego nie umiała. Teraz okazuje się, że działanie, starania i plany nie mają sensu, ponieważ cokolwiek zrobisz, rozpadnie się tak samo jak reszta. Nawet zorganizowanie ostatecznej pożegnalnej uczty nie ma sensu. Nic go nie ma. Oni wszyscy, przyzwyczajeni do działania i starań zupełnie sobie z czymś takim nie mogą poradzić, lecz dla niej, która całe życie tylko dryfowała, ten stan okazuje się naturalnym środowiskiem. To co dotąd było jej największą udręką okazuje się najbardziej pożyteczną kompetencją. Jest nagle jak ślepiec, który prowadzi widzących uwięzionych w zawalonej kopalni bez latarń.

Oto i prawdziwa funkcja wszystkich mitów o końcu świata. Funkcja uzdrawiająca. Jeśli ten świat jest nic nie wart, jeśli za chwilę się cały rozpadnie, wszelkie moje niemożności i niezdolności, jakie tu miałem nie są w istocie wadami, a przejawem mądrości głębszej i prawdziwszej. Kiedy świat ma się skończyć, każdy sukces w tym świecie jest tym większą porażką, a każda porażka tym mniej się wydaje istotna. Nie tylko w mitach o końcu świata widzimy zresztą tę siłę. Siedzi ona także we wszelkich mitach o tym, że świat ma w sobie wielką jakąś mistyfikację. Przekręt stulecia. Na przykład szczepionki – że nie pomagają tak naprawdę a szkodzą. Albo, że Amerykanie wcale na Księżycu nie byli. Że rozpylają nad nami szkodliwe substancje, że UFO było w Roswell, że rząd wie o wszystkim.. Każda tego rodzaju obłędna teza ma tę samą istotną funkcję, a funkcją tą jest podważenie samej istoty świata. Podważenie jego bezalternatywności, ponieważ w świecie pozbawionym alternatyw przegrana jest tylko przegraną. Ale w świecie oszukanym, zmistyfikowanym, mającym skończyć się zaraz już nie. W takim świecie niemożność działania jest najlepszą cechą, jaką mieć można. Jak to kilka lat temu głosiła pewna skrajnie humanitarna grupa – inny świat jest możliwy. Mieszkanie prawem, nie towarem. A producenci GMO nas trują dla zysku.

Philipp K. Dick, guru studentów psychologii, artystycznie niespełnionych buddystów i dobrze funkcjonujących społecznie narkomanów, stworzył cały szereg postaci, które w kolejnych jego wspaniałych książkach opisywały to samo podskórne doświadczenie. Że świat nie jest do końca prawdziwy. Że jest jakby podparty deską, którą ktoś może wyjąć i wszystko się może przewrócić. Że chodzi w nim o coś innego, niż to na pierwszy rzut oka wygląda. Jego bohaterowie próbują zajrzeć za zasłonę, zobaczyć kto naprawdę uwięził ich w tym teatrze i czego chciał, ale prawdziwy sekret popularności tej opowieści jest właśnie taki, że ona może nas uwolnić od poczucia porażki. To współczesna, doskonalsza wersja zapowiedzi, że ostatni będą pierwszymi. Bo tak się dzieje choćby w Naszych przyjaciołach z Frolixa – ci którzy są najmądrzejsi, okazują się w końcu najgłupsi, a demiurgiem zostaje ten, kto był najmocniej wyklęty. I zawsze u Dicka tak jest. To jest prawdziwe, co było najbardziej nieprawdopodobne i w co tylko wariat by umiał uwierzyć. Tak oto wariat okazuje się mędrcem.

Ten motyw przywodzi na myśl jedną jeszcze filmową postać. To Sarah Connor z filmu Terminator. Scenariusz dla młodszych czytelników krótko zreferuję. Ludzie tworzą system sztucznej inteligencji, system myśli, analizuje i wreszcie dochodzi do wniosku, że problemem dla świata są sami ludzie. Postanawia ich wykończyć. Wojna ludzi z robotami zmierza do nieuchronnego, tragicznego dla ludzi finału, ale ci, przyparci już całkiem do ściany, wymyślają nową wunderwaffe. Podróż w czasie. Trzeba cofnąć się w czasie do momentu, kiedy wymyślano ten komputerowy system i załatwić jego twórców jeszcze w kołyskach. System nigdy nie powstanie i tak oto wojna zostanie wygrana. Oszuka się przeznaczenie. Pewnego dnia bohaterkę, Sarę Connor właśnie, odwiedza zabójca, wysłany przez zdesperowanych ludzi z przyszłości. Odwiedza ją w jej czasach, mniej więcej w latach osiemdziesiątych dwudziestego wieku, kiedy o żadnym komputerowym systemie nikomu jeszcze się nie śni. Ona ucieka, ratuje dziecko, stopniowo jednak dowiaduje się prawdy. Rozumie, skąd przybył tajemniczy agent i żyje między ludźmi w osiemdziesiątych latach wiedząc, że już niedługo nadejdzie najgorsza z wojen. Komputerowy system o pięknej nazwie Skynet wykończy wszystkich. Sarah patrzy na bawiące się dzieci i widzi to, czego nikt nie widzi. Widzi ich śmierć. I oczywiście ląduje w szpitalu psychiatrycznym. Nikt jej nie wierzy, bo w coś takiego nie można uwierzyć. Także jej syn, ocalony cudem, uważa ją za szaloną i bardzo cierpi z tego powodu. Można ten film odczytać dosłownie, właśnie tak jak go teraz tutaj opowiadam, ale można też odczytać go całkiem przeciwnie. Bo może ona właśnie jest szalona i cała historia o systemie Skynet, podróży w czasie i agentach – zabójcach z przyszłości to jej marzenie? Marzenie, by w oczach ludzi przestać być kimś, kto zgubił się w urojeniach i stać się Kasandrą – wyśmiewaną przez wszystkich prorokinią, której proroctwo nagle za jej życia się spełnia. I wszyscy nagle wpatrują się w nią szeroko otwartymi oczami. A więc to tak? A więc to ona miała rację? Wiedziała? Taka scena zresztą też jest w filmie. Syn Sary dowiaduje się wreszcie, że matka nie kłamała. To dla niego przełomowy moment. Żył w przekonaniu, że jego matka jest szalona, a dowiedział się nagle, że była męczennicą i wszystko, co myślał, odwraca się o sto osiemdziesiąt stopni. I nagle przestaje być ważne, że stado wściekłych maszyn wytłucze zaraz pół ludzkości. Ważne jest, że to szaleństwo, które miało się w głowie, okazuje się wcale nie żadnym szaleństwem. To bardzo wyzwalające i wobec tego doznania trudna rzeczywistość nie ma wielkiego znaczenia.

Banałem jest, że wojna jest zła. Nikt jej nie chce i wszyscy świętują, gdy wreszcie się kończy. Jednak w opowieściach o wojnie, na przykład o tej w byłej Jugosławii, szaleniec Żiżek doszukał się przemilczanego dotychczas wątku. Dla części ludzi, lub może, co szczególnie przerażające, w pewnych momentach dla każdego z uczestników, wojna była także rodzajem wakacji. Wakacji od normalności i braku alternatyw dla niej. Jest czysta realność zagrożeń, braku jedzenia, braku wody, lekarstw, ogrzewania, ale nie ma konieczności udawania. Nie ma konieczności budowania symbolicznej nadbudowy, bez której w dzisiejszych czasach nie sposób niczego już sprzedać. Jest tylko to, co naprawdę istnieje i w jakiś sposób jest to wyzwalające dla tych wszystkich, którzy borykają się dziś z niejasnym poczuciem bycia oszustem w swojej pracy. Za co właściwie biorę pieniądze? – pytają ci ludzie pani magister Jadzi, która czym prędzej rzuca się podwyższyć im samoocenę. Czym ostatecznie zabija im duszę, bo przecież także i tym razem nie w samoocenie tu problem. Problem w tym, że ci ludzie mają w pewnym sensie rację. Współczesny świat, jego rynkowa warstwa, funkcjonuje dzięki symbolicznej otoczce. Nie sprzedajemy ludziom spodni, butów i kurtek, tylko to, co określone typy spodni, butów i kurtek znaczą. Sprzedajemy znaczenia, a wcześniej, nim się je sprzeda, trzeba je misternie wykreować. Wpleść w kulturę. I proces ten jest oczywiście rodzajem oszustwa. Żeby klient wiedział, że ktoś kto nosi spodnie jeansowe jest bardziej otwarty na doświadczenia niż ktoś, kto nosi spodnie sztuczkowe w prążek, trzeba mu skojarzenia tego rodzaju sączyć latami do głowy. Każdy uczestniczy po trochu w czymś takim i świadomość tego może męczyć. W czasie wojny to znika. Spodnie są tylko spodniami, sól tylko solą i nie ma znaczenia, czy się ją sypie ze słoika z dziurkami wybitymi nożem w nakrętce, czy z solniczki z kosmicznych tworzyw z najnowszej kolekcji ekskluzywnego kuchennego sprzętu. W środku po prostu jest sól. Służy do zupy. Wojna jest rodzajem wakacji od symbolicznego oszustwa skomplikowanej współczesności i podobną funkcję ma też mit o końcu. Wszystko się zawali. Wreszcie pod tym blichtrem pokaże się jakaś prawda. Opadną powłoki. Wiele osób może być zafascynowanych tego rodzaju wizją.

Raport IPCC, który niedawno opublikowano, nie pozostawia zbyt wielu złudzeń. Ale tam, gdzie realność jest jaka jest, pozostaje miejsce na całą resztę. I o tej reszcie będzie cykl Winter is coming. Następne odcinki niebawem.


Oryginalnie w blogu Autora z tym samym tytułem i datą. W Tarace za uprzejmą zgodą.

Psychologia i polityka: wstęp na końcu

Re-publikowane z bloga Autora pod tym samym tytułem.


« Czemu nie podlegają niepodlegli Winter is coming. Cz. 2: Pan raczy żartować, panie Hawking »

komentarze

[foto]

1. Pawle, czuję się Twoim uczniem • autor: Wojciech Jóźwiak2018-11-15 18:07:24

Sam przymierzałem się do tematu "dlaczego tęsknimy do wojen i katastrof", ale zabrakło mi fantazji, a i tak nie napisałbym o tym tak dobrze, jak Ty.

2. zrozumiały brak doświadczeń pełnej zagłady ludzkości • autor: Jerzy Pomianowski2018-11-15 21:44:25

Świetny tekst, ale moim zdaniem nie można zrównywać społecznych  efektów takiego zdarzenia jak wojna z czymś co jeszcze nigdy nie wystąpiło, czyli ze stuprocentowo pewną i rychłą zagładą wszystkich. Z akcentem na "rychłą" i "wszystkich". Wszystkie dotychczasowe katastrofy dziejowe rodziły nowe hierarchie, nowe gangi, podział na frajerów, i tych co jakoś się urządzili.
[foto]

3. Ciekawe, że postacie,... • autor: Piotr Tiszczenko2018-11-16 09:29:22

Ciekawe, że postacie, które w zbliżających się apokalipsach upatrują nowego rozdania kart, są tak naprawdę czynnikiem odnawiającym dawny ład, który nie może już zostać przywrócony bez ognia i zniszczeń. Np. Loki w mitologii skandynawskiej, dla którego działanie na rzecz nadejścia Ragnaroku jest sensem istnienia, od początku obserwuje osuwanie się świata Asów w entropię i jako olbrzym z urodzenia czuje się zainteresowany tego świata "zmianą", ku czemuś co pierwotniejsze i świeższe...
[foto]

4. Mity apokaliptyczne... • autor: Wojciech Jóźwiak2018-11-16 10:52:07

Piotr Tiszczenko: Zgadzam się: mity apokaliptyczne, zarówno ten Janowy jak i Ragnaröku, owszem mówią o zagładzie "tego" świata, ale także o powstaniu na jego miejsce świata nowego i (jakby) lepszego. Czyli jest tak, że kiedy nadciąga katastrofa, to informowani mitami czekamy za ścianą ognia, wojny lub potopu -- odrodzenia i odnowy. Do zwykłego końca i zaniku mity nas nie przygotowują.
[foto]

5. Nie przygotowują, ale obrazują mechanizm • autor: Piotr Tiszczenko2018-11-16 11:21:27

Wojciech Jóźwiak: Może nie przygotowują, ale obrazują mechanizm przemiany i przyczyny, dla których jest konieczna. Mogą też tłumaczyć nam funkcję różnych naszych postaw wobec tego ostatniego kataklizmu. Loki jest zły na stary obmierzły mu świat, za to że nie jest w nim tak naprawdę Asem, więc zawsze będzie trochę "poza rodziną". Dąży do Ragnaroku, mimo że ten dzień będzie jego ostatnim. Mit pokazuje odnawiającą "globalnie" funkcję jego "resentymentu", bo chociaż Lokiemu chodzi tylko o siebie samego, to świat się dzięki tym nadchodzącym ścianom ognia odrodzi.

Podobnie nasza zbliżająca się katastrofa klimatyczna wraz z likwidacją wszystkich podstaw starego porządku, wraz ze śmiercią miliardów ludzi, może paradoksalnie uratować gatunek, który będzie musiał zacząć wszystko od nowa, choć wcale nie w lepszym i bardziej świetlistym świecie. Tutaj rodzi się pytanie: Ze względu na co warto w ogóle zachować gatunek, a jeśli już, to jakim kosztem?

6. Prawdziwy artykuł ! • autor: And21022018-11-16 16:24:29

Dodam tylko parę słów co do "Terminatora". Bohaterowie filmu wierzą - różnie w różnych częściach, iż uda im się powstrzymać SKYNET, unicestwiając tytułowego robota lub twórców Skyneta.  W filmie są jednak zawarte niejako  dwie "podpuchy" jakich nie widać od razu.  Otóż, gdyby nie powstanie sztucznej inteligencji Skynet nie było by możliwości podróży w czasie (to Skynet wysyła terminatora) więc tak naprawdę plan ludzi by to powstrzymać jest od początku bezsensowny.  To się musiało stać ! i niejako już się stało, bo bohater pierwszej części pojawia się obok terminatora w latach 80 - tych. Tylko pozornie "rozumowanie" Skynetu  jest lepsze, gdy wysyła Terminatora by uniemożliwić przeciwdziałanie ludzi - przecież skoro już Skynet istnieje to plan ludzi się nie powiódł - to oczywiste. Mamy tu wiec dwa zaplecione "paradoksy dziadka".  Częściowo wyjaśnia to postawa ojca bohaterki części trzeciej (chyba trzeciej)- umierającego wojskowego, który kieruje bohaterów do nieużywanego bunkra by ich ocalić - nie by udaremnić działanie Skynet. Nie wierzy ,że to jest możliwe. I choć bohaterka Sara Oconor po  swojej wizji twierdzi "no future" ,przyszłość nie jest określona, to jednak wszystko zmierza do określonego scenariusza. Tak naprawdę  film niesie przesłanie o "drugim planie" - nieuchronnej kolejności zdarzeń. Rolą bohaterów w filmie i w życiu jest "odegranie bohaterskiej roli" ,a nie zmienianie scenariusza. To powinno  zdjąć  z nich cześć odpowiedzialności ,choć raczej nie są tego świadomi.
[foto]

7. Inszallah • autor: Artur Olczykowski2018-11-19 16:40:02

Inszallah znaczy „jesli Bog (Allah)  zechce”. Bog tak chcial to „maszallah” :-)

8. Wojna w Jugosławii nie była urlopem od nadbudowy... • autor: JSC2018-11-19 16:40:39

gdyż kluczowym czynnikiem zwiększającym szansę na przeżycie była przynależność do większości wyznaniowo etnicznej... Serbowie na obszarze Kosowa nie mieli życia tak jak muzułmanie tam gdzie dominowali wyznawcy Milosevica.

Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)