Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

04 października 2013

Wojciech Jóźwiak

z cyklu: Czytanie... (odcinków: 182)

Pascala Boyera: Nie ma czegoś takiego jak „religia”

Kategoria: Religie

« Webstera: Poganie na dżihad! z pewnym niedowierzaniem – Sama Webstera o tym, jak poganie zbawią świat »

Pascal Boyer (link prowadzi do Wikipedii) jest francuskim antropologiem i kognitywistą, ale chyba też można nazwać go bardziej tradycyjnie religioznawcą. Jego jedną książkę, I człowiek stworzył bogów... Jak powstała religia?, wydano po polsku. Na jego artykuł w www.cognitionandculture.net naprowadził mnie Paweł Chyc, za co jestem mu wdzięczny. Artykuł ma figlarny tytuł: „Dlaczego skądinąd inteligentni uczeni wierzą w „religię”?” – oryg. Why would (otherwise intelligent) scholars believe in "Religion"?

Dobrze się ten tekst zaczyna – przytaczam obszerne fragmenty – wygrubienia moje.

Nie wiem, czy wielu naukowców od religii wierzy nadal w bogów lub duchy, ale wiem, że bardzo wielu z nich wciąż wierzy w istnienie religii jako takiej. Czyli wierzy, że pojęcie „religii” jest użyteczną kategorią, że coś takiego jak religia istnieje w otaczającym świecie i że projekt „wyjaśnienia religii” ma wartość jako naukowy program. Oczywiście, wielu z naukowców-religioznawców powie też, że religia jest zachwycającą rzeczą, i że jest wielka rozmaitość religijnych wierzeń i zachowań. Niemniej przyjmują oni, że pod ową rozmaitością kryje się wystarczająco wyraźny wspólny zestaw zjawisk, z powodu którego „teoria religii” jest faktycznie potrzebna, nawet jeśli dotąd nie jest gotowa.

Ktoś mógłby sądzić, że ta niefortunna i uporczywa skłonność do wierzenia w coś, co w nauce jest odpowiednikiem jednorożców, dotyka jedynie teologów lub inny margines humanistyki. Ale tak nie jest. W rzeczywistości, całkiem wielu ludzi obecnie domaga się „naukowego wyjaśnienia religii”. Z takim zamiarem gromadzą oni najlepsze i najnowsze narzędzia nauki, od genetyki i biologii ewolucyjnej, aż po – w końcu – neuroobrazowanie. Cieszę się na użycie takich narzędzi w ogólności, ale tym bardziej ubolewam nad ich marnowaniem w tym jawnie jałowym przedsięwzięciu.

Realnie nie ma takiej rzeczy jak „religia”. Większość ludzi żyjących w nowoczesnych społeczeństwach faktycznie myśli, że jest w świecie taka rzecz jak „religia”, co oznacza pewien rodzaj społecznego i poznawczego pakietu, który zawiera poglądy na temat nadprzyrodzonego czynnika (bogów i im podobnych), pojęcia moralności, szczególne rytuały i czasem szczególne doświadczenia [experiences], a także członkostwo w szczególnej społeczności wyznawców i stanowienie specyficznych organizacji (kasty kapłanów, kościoły, itd.). O tym wszystkim, jak powiedziałem, myśli się jako o „pakiecie”, w ramach którego każdy element ma sens w relacji do innych, dając w wyniku spójną i wyraźną doktrynę. Faktycznie, większość głównych „religii” - na przykład islam lub hinduizm – jest przedstawiania w ten sposób, jak również tak je pojmuje ich instytucjonalny personel, wielu uczonych i większość wyznawców.

Następnie autor dochodzi do sedna: religia jest niedawnym historycznie wynalazkiem i jej trwałość i istnienie ma wartość też tylko historyczną. Relatywną względem rozwoju społecznej świadomości i organizacji. Czegoś, czego nie było kiedyś, może nie być w przyszłości, albo już nie ma i „niebo nie zawala się” od tego. Czytamy dalej:

Ale to wszystko jest [historycznie] niedawnym wynalazkiem. Większość ludzkiej ewolucji miała miejsce w małych społecznościach, które nie miały żadnych religijnych instytucji. Tak było również z większością grup ludzkich żyjących poza nowoczesnym rozwojem ekonomicznym aż do niedawna, i tak jest nadal w odległych miejscach znajdujących się poza bezpośrednim wpływem nowoczesnych państw.

Tu przerwę Autorowi w środku akapitu. Jest bardzo prawdopodobne, że tak było ze Słowianami i z ich uporczywie nieznajdowaną religią – i mitologią. Po prostu oni – zanim weszli w obręb europejskiej miejsko-państwowej cywilizacji – byli właśnie takim przypadkiem, ludu niemającego (specjalnych) religijnych instytucji.

We wszystkich tych miejscach nie istnieje jednolita dziedzina „religii”. Wprawdzie mogą tam istnieć rozmaite wyobrażenia o nadludzkich istotach, mogą istnieć idee co do moralności (często nie mające związku z owymi istotami), mogą istnieć pojęcia o zrytualizowanych czynnościach, które muszą być wykonywane (niektóre w związku, ale wiele bez związku z duchami itp.), może istnieć przynależność do społeczności (w ogólności bez związku ani z moralnością ani z istotami nadprzyrodzonymi) – ale nie ma niczego, co by uzasadniało zbieranie wszystkich tych rzeczy w jedną całość.

„Religia” jest świeżym wynalazkiem specjalnych organizacji, które rozwinęły się we wczesnych państwach, typowo w społeczeństwach znających pismo. Te instytucje zgrupowały specjalistów od rytuałów, którzy kolektywnie usiłowali nałożyć korporacyjny monopol na zaopatrywanie w szczególne usługi – i [w tym celu] stopniowo ustanowili trwałą doktrynę, standaryzację rytuałów, wyłączność usług i inne aspekty firmowej marki.

W tym momencie jasne się staje, dlaczego szamani działali (i gdzieniegdzie nadal działają) w społecznościach „pierwotnych”, natomiast ich „fach” zanikł w społeczeństwach rozwiniętych, sci. mających kapłanów i ich religie.

Dlatego naukowe wyjaśnienie tego, co dzieje się w religiach i tego, co jest zwykle określane jako „religijne” kończy się zanikiem samego pojęcia [deflating the term] i pokazaniem, że nie ma czegoś specyficznego dla owych myśli, norm i praktyk. Na przykład, wielu ludzi kierowanych dobrymi intencjami twierdziło, że „religia” kreuje kosztowną sygnalizację, ale przecież ta jest oczywiście obecna w wielu innych kontekstach ludzkiej komunikacji, a często właśnie nie znajdujemy jej w „religii”. Podobnie jest z innymi argumentami, np. że „religia” wymaga zawieszenia niewiary, przez co wytwarza społeczną spójność (albo społeczne rozłamy), ze wytwarza unikalne pokrewieństwo doświadczeń, itd. Wszystkie te właściwości znajduje się skojarzone z wierzeniami w nadludzkie istoty, a często bez takich wierzeń, tak iż kategoria „religijny” wyjaśnia niewiele lub nic.

Podkreślam z naciskiem, że to nie jest sprawa „definicji”. Wielu ludzi zajmujących się [naukowym] wyjaśnianiem religii zapewne powie, że potrzebujemy lepszej, szerszej, bardziej empirycznej – itd. – definicji religii. Ale to sprowadza na manowce. Problem jest w ontologii, nie w terminologii. Kwadratowe trójkąty i jednorożce mogą być bardzo jasno zdefiniowane, ale po prostu nie istnieją.

W wielu ludzkich językach i kulturach nie ma lokalnego terminu na „religię”, a tam, gdzie on istnieje, z reguły jest utworzony lub zapożyczony [oryg. hijacked – porwany] przez szczególną posługującą się pismem organizację, której służy za etykietkę jej specjalności. Co to znaczy, gdy pewien język nie posiada odpowiednika czegoś, co dla innych ludów jest oczywiste?

Może to wskazywać na jedną z dwóch przeciwstawnych sytuacji. Rozważmy kontrast pomiędzy terminami „syntaksa” (składnia) lub „ekonomia” z jednej strony, i „sport” lub „rozwód” z drugiej strony. Chociaż większość ludzkich języków aż do dziś nie ma terminu na „syntaksę”, to wszystkie one posiadają syntaksę (składnię). Chociaż pojęcie ekonomii jest kategorią naukową [i niekoniecznie są na nią słowa w wielu językach], to wszystkie ludzkie społeczeństwa mają ekonomiczne procesy. Ale, z drugiej strony, w miejscach, gdzie nieznane są terminy, które można by przetłumaczyć jako „futbol” lub „rozwód”, jest niemal pewne, że nikt tam nie uprawia sportu ani się nie rozwodzi.

Studiowanie „religii” w materiale [stuff] związanym z duchami, bogami lub przodkami, pochodzącym sprzed lub spoza religijnych instytucji jest jak studiowanie „sportu” w miejscu, gdzie nie istnieje takie pojęcie. Ktoś mógłby zapewne stwierdzić, że ludzie w takim miejscu niekiedy wykonują jakieś forsowne fizycznie czynności, że w innych razach rywalizują o osiągnięcie trudnych zadań, że ze śmiechem rzucają jeden w drugiego jakimiś przedmiotami, ze często wspierają swoich przeciw obcym... Ale nie ma jakieś pojedynczego miejsca i czasu gdzie ludzie współzawodniczą w forsownych i trudnych fizycznych zadaniach mających postać gry, podczas gdy inni przyglądają się temu i wspierają jedną z konkurujących stron. „Sport” jest jedną z tych instytucji, które niektóre ludzkie grupy praktykują, a inne obywają się bez nich.

Oczywiście to samo jest z „religiami”. Ale jeśli nie ma czegoś takiego, dlaczego w ogóle wchodzić w ten temat? Dlaczego (skądinąd inteligentni...) naukowcy chcą jednak używać tego terminu?

Widzę tylko trzy możliwe powody.

(1) Dość złowieszczym, z naukowego punktu widzenia, jest motywacja ideologiczna. Głoszenie, że „religia” nie jest ledwie pewną szczególną instytucją właściwą niektórym miejscom i epokom, ale trwałą cechą ludzkości, może być orzeczeniem normatywnym, z którego wynika, że wszystkie (lub wszystkie w pełni rozwinięte) ludzkie społeczności [polities] powinny mieć religijne instytucje, a zatem stan większości społeczeństw plemiennych jest w tym świetle czymś nienormalnym lub prymitywnym. To nie jest tylko moja własna fantazja. Dla instytucji religijnych jest rzeczą najoczywiściej ważną głosić, iż jest taka rzecz jak „religia” - jako że owe instytucje prowadzą biznes nauczania, organizowania itd. jakiejś „religii”. Jeśli tego nie akceptujesz, to instytucje te tracą rację dla swojej społecznej roli, a w istocie sens swojego istnienia. To może tłumaczyć, dlaczego przedmiot „religioznawstwo” [religious studies], tam, gdzie istnieje, jest nieodmiennie penetrowany przez religijna apologetykę, mimo heroicznych wysiłków poważnych naukowców broniących prawdziwej nauki przeciw tej podstępnej inwazji.

Na bieżąco wtrącę (ja, WJ), że gdy przyjmie się pogląd, że religia jest stałą częścią natury ludzkiej, czymś nienormalnym zaczynają się wydawać też ateiści czy agnostycy, ludzie religijnie obojętni, „wyznawcy” prywatnych religii, albo duchowi poszukiwacze, którzy do żadnej religii nie należą i taka nie jest im potrzebna

[2] Bardziej przygnębiające wyjaśnienie jest takie, że ludzie, którzy mówią o „religii” po prostu nie odrobili swojej pracy domowej i nie zaliczyli antropologii . Tak jest w przypadku stosowania tego słowa przez większość dziennikarzy. Mam wiele przykrych wspomnień, gdy usiłowałem wyjaśnić dziennikarzom, że nie mają sensu pytania np. o to, czy neandertalczycy mieli „religię”, lub że „animiści” liczeni w światowych statystykach NIE są członkami żadnej „religii” – wszystko to na próżno.

[3] Lub może to być wygodny sposób wskazywania na coś, co jest przedmiotem badań, bez posiadania realnego przekonania co do istnienia tego właśnie jednorożca. /.../

A więc, czto diełat'? [oryg.: Well, then, shto delat'?] Co jest do zrobienia? /.../

Nasza sytuacja jest trudna przez to, że istnieje wielka masa społecznego popytu na naturalistyczne wyjaśnienie „religii”, tym większe im bardziej świat staje się niebezpieczny za sprawą religijnych fanatyków. /.../ Ludzie, których martwi niebezpieczeństwo nowoczesnego fanatyzmu mogą uznać stwierdzenie, że „nie ma takiej rzeczy jak religia”, za akademicką grę słów. Zatem musimy zaangażować się w szczególnie delikatne ćwiczenie retoryczne: pokazanie, że kognitywistyka i nauka o ewolucji mają mnóstwo do powiedzenia o tym, co ludzie zwykle nazywają „religią”, i łagodne poprowadzenie ludzi ku temu, by uświadomili sobie, iż pojęcie „religia”, jak eter i flogiston, należy do kupy popiołu historii nauki.

Ten skromny tekst, wyglądający jak wypowiedź na dyskusyjnym forum (faktycznie zajmuje on mniejszą część swojej strony, a dyskusja pod nim jest na oko cztery razy dłuższa) – odebrałem jako jeden z tych ważnych „wyzwalających” tekstów, które stawiają wyobrażenia o świecie z głowy na nogi. (Chyba Marks tak o czymś pisał? Nieważne.) Religie nie SĄ – one zaledwie BYWAJĄ. W niektórych czasach i niektórych miejscach. Analogia ze sportem i rozwodami jest trafiona w dziesiątkę. Są społeczności niemające zawodów sportowych i są takie, gdzie nie rozwiązuje się małżeństw. Są takie, gdzie nie ma rzeczy, które dałoby się dopasować do kategorii „religia” – tej samej, do której zalicza się instytucje chrześcijańskie, żydowskie, islamskie, hinduistyczne i buddyjskie. Zadźwięczały mi przy tym słowa Black Elka, ze „ptaki wiją okrągłe gniazda, ponieważ są tej samej religii co my” (Lakotowie). Co oznacza, że można nie rozumieć terminu „religia” i być wybitnie uduchowionym człowiekiem, ba – prorokiem.

Od bardzo dawna, być może od kiedy byłem w liceum, mam poczucie, że religia jest czymś, co przeminęło. Czego opoka zwietrzała. Czymś, co utraciło swoją realność, albo nawet tej realności nigdy nie miało.

Ciekawe, że w odstępie paru dni dotarły do mnie dwa teksty, które rewolucjonizują to, co „człowiekowi chodzi po głowie”. Ten – i poprzednio tu zreferowany, manifest Sama Webstera wzywający pogan do zbawienia świata. A to za sprawą tego, że poganie zdolni się (władni?) uczynić Człowieka – dojrzałym, wyprowadzić go ze stanu dziecięctwa, lub raczej infantylnego bachorstwa, do dorosłości za pomocą inicjacyjnych rytuałów.

Ciekaw jestem, jak się to rozwinie. W każdym razie, jest nadzieja, że o pewnych ważnych sprawach będzie można znów mówić POWAŻNIE, a nie w tonacji postmodernistyczno-new'age'owego relatywizmu i paplania, tiu-tiu, cacy, cyca, anioły, karma, rok 2012, kin galaktycznego węża, tantra, aya i wielka przemiaya.

Czytanie...: wstęp na końcu

Czytanie różnych książek i internetów, i uwagi o nich.


« Webstera: Poganie na dżihad! z pewnym niedowierzaniem – Sama Webstera o tym, jak poganie zbawią świat »

komentarze

1. Podziękowania • autor: Nierozpoznany#25622013-10-05 19:45:24

Wojtku, dziękuje za Twój czas włożony w przetłumaczenie tekstu Boyera i opatrzenie go, tak potrzebnym komentarzem. Postać Boyera jest stosunkowo słabo znana w Polsce. Biorąc jednak pod uwagę niszowość nurtu (antropologii kognitywnej), który Boyer reprezentuje, to dobrze, że w ogóle jest znana w jakimś stopniu polskiemu czytelnikowi. Głownie dzięki przetłumaczonej na j. polski (jedynej niestety) jego książce "I człowiek stworzył Bogów..."(polecam!).

Bardzo dobrze, że argumenty które podaje Boyer padają z ust badacza uznawanego już coraz bardziej za kognitywistę niż antropologa. Dlaczego? Ponieważ to właśnie ze strony kognitywnych nurtów badań nad religią przyszła spopularyzowana idea "naturalności religii". Diagnoza Boyera jest bardzo celna, to nie religia jest naturalna, tylko mechanizmy poznawcze, które leżą u podłoża zjawisk (społecznych), które zaliczamy do "pakietu". "Pakiet" ten przyzwyczailiśmy się nazywać religią...ale religia taka jak ją rozumiemy jest stosunkowo niedawnym wynalazkiem. Brzmi, jak zapowiedź rewolucji...

Jeszcze raz wielkie dzięki i pozdrowienia!





[foto]

2. Jak zapowiedź rewolucji? • autor: Wojciech Jóźwiak2013-10-05 20:37:20

--- Raczej jak zapowiedź powrotu do normalności! Choćby w skali historycznej. Nasi słowiańscy przodkowie nie mieli żadnej "religii"; 1000 lat minęło i wystarczy. Zresztą nikt poważny nie bierze religii na serio, co najwyżej jest traktowana jako garść metafor. Cesarz jest nagi od dawna.
Dzięki, Paweł - jeszcze raz - za odkrycie bardzo inspirującego Boyera.

Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)