Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

02 sierpnia 2016

Izabela Kopaniszyn

Patriarchat i matriarchat jako gra umysłu


W czasach studiów doktoranckich przyjaźniłam się z pewną niezwykle bystrą kobietą. Jej niezwykłość polegała nie tylko na posiadaniu naprawdę lotnego i sprawnie działającego „procesora”, ale także na tym, że jej tożsamość genderowa okazywała się raz za razem co najmniej mało oczywista. Mawiała o sobie, iż jest „gejem w kobiecym ciele, więc na szczęście pociągają ją mężczyźni”. Przejawiała tym samym ucieleśnienie dobrze uzasadnionego paradoksu, a jednocześnie osobliwość świadomości w ludzkim ciele. 

Często w trakcie wielogodzinnych wspólnych podróży intelektualnych, pełnych śmiechu i niebanalnych odkryć dotyczących struktury rzeczywistości, stawałyśmy przed lustrem i mówiłyśmy do siebie o sobie mniej więcej tak: „To wszystko, co odkryłyśmy, jest piękne i mądre…, ale spójrz tylko, jak my wyglądamy: dwie drobne, niegroźne kobietki…. a gdzie broda i wąsy, gdzie dominujący niski głos, no dobra – nad głosem można popracować, ale gdzie owłosiona klata, dostojny brzuszek lub choćby łysina? Nie ma opcji… i tak nikt nam nie uwierzy!”. Kiedyś nawet dorysowałyśmy sobie wąsy i brody, a potem wygłaszałyśmy przed sobą nawzajem uroczyste przemówienia.

Tak oto żartowałyśmy z patriarchatu, także patriarchatu, który panował i wciąż panuje na wyższych uczelniach, gdzie wprawdzie dopuszcza się już kobiety do profesury, ale i tak się je na różne sposoby dominuje, na przykład nie dopuszczając ich do płaszcza z gronostajów (swoją drogą, dosyć passe w kontekście współczesnych trendów w modzie) oraz fallicznego berła (wyrażającego dzierżenie stanowisk rektorskich). Całkiem często określa się także pejoratywnie naukowe dokonania kadry płci żeńskiej jako „kobiece” lub – co gorsza – „feministyczne” dyrdymały. Kobieta, która wybiera jako priorytet swój rozwój, badania naukowe albo karierę… wciąż postrzegana jest jak „urodzona” gospodyni domowa, której nieszczęśliwym trafem zdarzyło się w chwili zmęczenia zapatrzyć w kuchenne okno i utknąć w fazie permanentnego napięcia miesiączkowego, które znajduje swój upust w kastrowaniu Bogu ducha winnych mężczyzn na ich własnym polu, równie „naturalnie” im przynależnym.

„Feminizm” jest wciąż wstydliwym tematem, nawet w gronie ludzi wykształconych. W ślad za tym niewątpliwym epitetem, skierowanym niczym ostrze krytyki w konkretną osobę – „feministkę”, idzie domniemanie, że bycie feministką to dowód upośledzenia poznawczego i emocjonalnego. Feministka musi być niedowartościowana i mieć faktycznie ukryte problemy innej natury, niż domaganie się wolności, równości czy opisywanie działania struktur patriarchalnych. Zakłada się, że kobieta, która „zna swoje miejsce w świecie”, nie zajmuje się zmienianiem świata… Domniemanie, że „brakuje jej chłopa”, zwykle wisi w powietrzu jak pierwsze zwiastuny burzy. Ale burza nie nadchodzi. Bo nie warto uchodzić za tego, kto ją wywołał.

Warto natomiast zauważyć, że taktyka ośmieszania argumentów przeciwnika w sytuacji braku własnych, jest techniką tyleż prymitywną, co wciąż szeroko stosowaną od tysiącleci w relacjach mężczyzn z kłopotliwą „drugą płcią”. Przy tym ośmieszanie, wykorzystywanie, poniżanie, a w najlepszym przypadku niedocenianie kobiet, jest powszechne bez względu na to, czy kobieta wybrała wolność w realizowaniu własnych dążeń, czy pozostała zniewolona do roli matki, żony i gospodyni. Pozostaje nam, kobietom, zadać w tym miejscu jedynie pytanie, które może być parafrazą znanego zdania przypisywanego Arystotelesowi: „Czy wolę być szczęśliwym zwierzęciem, czy nieszczęśliwym człowiekiem?”. W kontekście obecności patriarchalnego stanu umysłu pytam tutaj w imieniu każdej kobiety: „Czy wolę być kobietą zniewoloną i ośmieszaną, czy wolę być kobietą wolną i ośmieszaną?”


Na marginesie określania kobiet jako „drugiej płci”, spopularyzowanego dzięki klasyce literatury feministycznej, a wynalezionego przez Simone de Beauvoir, zauważmy, że „drugą płeć” trzeba było w ogóle odkryć. Musiało być komu zauważyć, że istnieją wyraźne nierówności i asymetrie przeprowadzone wokół różnicy płci. Musiał być ktoś, kto zakwestionował taki stan rzeczy. Podobnie trzeba było odkryć, odsłonić a nawet zdemaskować patriarchat jako ustrój władzy. Tym odkryciom dzisiejsze kobiety, z których większość (prawdopodobnie z lęku przed ośmieszeniem) wzbrania się nazywać same siebie „feministkami”, zawdzięczają prawo do studiowania, głosowania, zamieszkiwania z własnymi dziećmi po rozwodzie, niebycia bitymi przez mężów.


Tymczasem często ci sami mężczyźni, którzy ostatecznie i nie bez wahania przyznali kobietom równe prawa, zwykle sami nie znają własnej tożsamości; wewnętrznie skonfliktowani ze swymi ojcami próbują zachować pozory siły i stabilności, w milczącej umowie solidarności przeciw realnemu uznaniu świata - widzianego oczami kobiet - za istotny i wartościowy. Jednocześnie nie radzą sobie z przytłaczającą potrzebą „posiadania” kobiety, z jej atrakcyjnością, a nawet niezbędnością w codziennym życiu. Powszechnie wiadomo, że w każdym z wielkich zdobywców, szefów, generałów, polityków, pisarzy… kryje się mały chłopczyk w marynarskiej bluzeczce, który w krytycznym momencie wzywa… mamę... i który marzy jedynie o tym, aby po skończonym spektaklu wtulić się bezpiecznie w ciepłe, miękkie, wszystko wybaczające ramiona mądrej Bogini. Kiedy opada kurtyna i słychać jeszcze brawa, schowany za brodą, okularami i stu osiemdziesięcioma centymetrami wzrostu, mały chłopiec porzuca swoje naukowe, inżynierskie lub wojenne rekwizyty i biegnie do czekającej cierpliwie za kulisami: matki, żony, kochanki. Kiedy nikt go nie widzi, może wreszcie być sobą: bezradny, niepewny, przerażony, pytający niepewnym wzrokiem, czy się udało.

W praktyce terapeutycznej i coachingowej nie zdarzyło mi się spotkać mężczyzny, któremu obojętne byłoby uznanie kobiety, który nie rozkwitałby, słysząc słowa podziwu z ust swojej wybranki. Widywałam też takich, którzy staczali się w alkoholizm i inne uzależnienia, nie otrzymując dowodów uznania. Kobiety – odwrotnie – dopóki inwestują bez zastrzeżeń energię we wspieranie i wspomaganie oraz podziwianie swoich mężczyzn, przeważnie bywają zmęczone i sfrustrowane. Kiedy zaczynają zajmować się sobą, nie szukając niczyjego uznania, a nawet wybierając samotność – rozkwitają, stają się pełne pasji, niezależne i radosne. Wystarczy poczytać statystyki przeżywalności samotnych kobiet i mężczyzn.


Mimo to do dziś spotkałam tylko jednego mężczyznę, doktora filozofii, który otwarcie przyznaje się do „bycia feministą”. Myślę, że na tę tożsamościową odwagę wpłynęło, w jego przypadku, wieloletnie przebywanie w najbliższej praktycznej realizacji likestylingu (równouprawnienia) Norwegii. Obserwuję wprawdzie w najbliższej okolicy kilku dzielnych mężów, którzy na własny użytek, w ramach praktyki duchowej, wybrali w swojej relacji z rzeczywistością eksperyment radykalnej otwartości, akceptacji i poddania, podążając za naukami swych nauczycieli. W związku z tym przestali oni walczyć z kimkolwiek o cokolwiek, na czym niewątpliwie zyskują ich partnerki. Ci mężczyźni wybrali drogę wolności od wszelkich programów i kodów mentalnych. Prekursorzy niepatriarchalnej świadomości (do których zaliczam w szczególności nauczyciela teraźniejszości i filozofa Eckharta Tolle) uznają za oczywisty fakt historycznego dążenia mężczyzn do dominacji nad kobietami oraz konieczność zmiany tej sytuacji. Mówią oni o konieczności przywrócenia kobiecie należnego jej miejsca, o potrzebie zobaczenia Matki Ziemi jako żyjącej istoty – reprezentantki wyzysku i wyniszczenia, gwałtów dokonywanych w imię patriarchalnych wartości. Ci niezwykli panowie wlewają swą postawą strumienie empatycznej ambrozji w serca kobiet, które wreszcie nie muszą nikomu niczego tłumaczyć. To oczywiste, że tak jak w mikroskali cierpią pojedyncze kobiety – zakwefione, poddawane rytualnemu obrzezaniu, wyzyskiwane…, tak też cierpi okrutnie traktowana Matka Ziemia. Ona nie czeka na „równouprawnienie”. Ona czeka na cześć i szacunek należny tej, która daje życie, kocha i karmi. Nawet jeśli jej dzieci są upośledzone umysłowo.


Tymczasem w codziennej rzeczywistości relacji damsko-męskich widzimy, że większość tak zwanych zwykłych mężczyzn reaguje bardzo przewidywalnie na wszelkie przejawy partnerskich dążeń kobiet : irytacją, oporem i wycofaniem. Reakcje te wynikają z prostych mechanizmów dominacji lewopółkulowego funkcjonowania, które to w połączeniu z testosteronem oraz wdrukami kulturowymi owocuje obsesją na punkcie „niebycia krytykowanym” lub „zmienianym”. Oczywiście zmienianym przez te uparte „baby”. Natomiast w gronie kumpli przy piwie można czuć się bezpiecznie – tu wszelka krytyka jest zakazana. Nawet jeśli nie wszyscy pasjonują się piłką nożną, to i tak dominuje mentalność kibica. Nawet najgłupsze zachowania i niegodne pawianów wybryki uchodzą w ściśle męskim towarzystwie na sucho. Koledzy nie dotykają wzajemnie swoich drażliwych sfer. Nie są przecież gay’ami.

Idąc tym tropem, powiedzmy jasno, że bez kłopotliwej nieco androgynii gay’ów nasz spolaryzowany świat byłby miejscem drastycznie czarno-białym, zaś niezrealizowane w swych związkach z mężczyznami kobiety nie miałyby do kogo wzdychać: „Ach, gdybyż on tylko był heterykiem!”. Podobne bywały i moje odczucia, kiedy czytałam Michela Foucault. Foucault jednak pozostał nieugięty. I może właśnie dzięki temu, że pisał, będąc gay'em, a zatem znajdując się poza patriarchalnym stanem umysłu, wciąż inspiruje wnikliwą analizą systemów władzy i dominacji. Więzienia, szpitale, kościoły jako narzędzia opresji. Błyskotliwa analiza tego myśliciela pozwala obnażyć nie zawsze jawny cel istnienia instytucji, skoncentrowanych na tym, by rządzić i kontrolować. I karać odstępstwa od normy.

Wygląda na to, że gay’e to najwięksi przyjaciele kobiet. Możliwe, że gay’e to ewolucyjny sposób na poradzenie sobie z pozornie nielikwidowalnymi dychotomiami pomiędzy mężczyzną a kobietą, to wyzwanie rzucone w twarz zmaskulinizowanemu światu, w którym „bycie mężczyzną” opiera się na potrójnej negacji: nie jestem gay’em, nie jestem dzieckiem, nie jestem kobietą. Kim w takim razie jest gay? Pozwólcie, że nazwę go mężczyzną, który potrafi empatycznie wczuć się w kobietę, kobiecość i wszystko, co za tym idzie: wrażliwość, zachwyt, łagodność. To jedyny rodzaj mężczyzny, który wręcz wydaje się pretendować do zaszczytu bycia bardziej jak kobieta.


Niedawno wzięłam udział w spontanicznej wymianie zdań na temat dominujących, wrodzonych cech mężczyzn i kobiet oraz istoty patriarchatu i matriarchatu. Byłam w tej dyskusji jedyną kobietą w grupie zaprzyjaźnionych, wyjątkowych zresztą mężczyzn, którzy sami siebie uważają za „niepatriarchalnych”. Każdy z nich wykonał wiele pracy w rozwoju osobowym i teoretycznie był w stanie przekroczyć patriarchalne uwarunkowania swych ojców.

Jakże wielkim zaskoczeniem była jednak dla mnie ta rozmowa! Pozwoliłam sobie wyrazić pogląd, że jednym z najbardziej intensywnych snów współczesnego świata i naszej planety jest patriarchat, rozumiany jako rządy stanu umysłu opartego na władzy, dominacji, kontroli i rywalizacji. Powiedziałam też, że najwyższy czas postawić na współpracę i troskę o dobro wszystkich obecnych na Planecie Ziemia. Odezwały się silne głosy sprzeciwu. Wszyscy czterej obecni w pokoju mężczyźni zaprzeczyli stanowczo potrzebie mówienia o „patriarchacie” (spychanie problemu pod dywan), następnie negowano – wielokrotnie udowodniony – fakt, że kobiety w naturalny sposób częściej dążą do współpracy i komunikacji, zaś mężczyźni do konkurencji i dominacji (zaprzeczenie). Ponadto mężczyźni ci twierdzili, że co z tego, iż cała historia to „his story”, skoro przecież nie jesteśmy w stanie obecnie dojść do tego, jak naprawdę wyglądały poszczególne wydarzenia, zaś plastyczność tak zwanych „faktów” sprawia, iż szkoda sobie zawracać nimi głowę (rozmycie). W ostateczności zwracali się bezpośrednio do mnie, sugerując, iż moja refleksja nad patriarchatem dowodzi, że to ja „zamykam się w ciasnych schematach” oraz „poszukuję winnych” (argumentum ad personam), a kiedy i to nie pomogło - zaczęli stosować taktykę zwracania się z argumentami do siebie nawzajem z pominięciem mojej obecności (argumentum ad auditorem).

Do moich uszu dotarły także argumenty zupełnie niemerytoryczne, zaś silnie emocjonalne typu: „No to już jest przesada!” (reakcja na tezę, że jeśli świadomość ma być wolna, to podstawą tej wolności jest obudzenie się ze snu męskiej dominacji) oraz oparte na myśleniu życzeniowym, pozwalającym uniknąć odpowiedzialności: „Jeśli ty zobaczysz to inaczej, to będzie to inne” (na jeden z przykładów często spotykanego patriarchalnego zachowania). Mówiąc krótko, mogłabym z tej jednej, około godzinnej rozmowy skolekcjonować pełen zestaw środków, których nie należy stosować w uczciwych dyskusjach. Kompendium to przedstawił Arthur Schopenhauer w swojej świetnej rozprawie Erystyka, czyli sztuka prowadzenia sporów.


Robiłam, co w mojej mocy, aby utrzymać dyskusję w karbach logiki i argumentów merytorycznych. Niestety, z każdą chwilą logiczna ciągłość mojego wywodu była zrywana emocjonalną reakcją oponentów, zaś w tak powstałe pęknięcia coraz silniej wlewała się przewrotna dialektyka połączona z zupełnym brakiem zainteresowania meritum sprawy.


Podzieliłam się, mimo to, z moimi rozmówcami kilkoma przykładami, takimi jak historia odkrycia struktury DNA przez kobietę (Rosalind Franklin). Za dokonanie to przyznano nagrodę Nobla dwóm mężczyznom. Sytuacja tego typu stanowi kanon patriarchalnej manipulacji oraz dążenia do przyznania sobie osiągnięć z pominięciem udziału kobiety. „Wisienką na piwie” historii odkrycia jest śmierć Rosalind. Badaczka zmarła bowiem na raka jajnika z powodu promieniowania rentgenowskiego, które było częścią jej niebywałego poświęcenia dla nauki. Dzięki wieloktrotnie powtarzanym naświetlaniom sfotografowała, po raz pierwszy w historii (a zatem de facto odkryła!), strukturę DNA. Franklin zmarła przed przyznaniem słynnej nagrody, którą bez skrupułów przyjęli jej koledzy, nie wspominając o udziale kobiety w jej własnym odkryciu. Rola Rosalind w badaniach była zresztą konsekwentnie ignorowana jeszcze za jej życia. Czy rak jajnika nie był w tym przypadku tylko ekspresją zignorowania jej jako kobiety, czy nie wyraził jej bezsilnej autoagresji?

Najnowsze odkrycia głębokich podświadomych przyczyn chorób, rozwijane między innymi przez dr Gilberta Renault w nurcie Recall Healing, zmierzają właśnie w tym kierunku. Podobnych przykładów zdominowania i wykluczania kobiet jest zbyt wiele, by umieścić je w jednej rozprawie. Jednak potrzebują one, jak mało co, tego wyciągania na światło dzienne, komentowania i refleksji. Ich bohaterki bowiem w pełni zasługują na rehabilitację, przeprosiny i uhonorowanie swych zasług.

Gdyby sądzić po rodzaju i ilości pomników, to na pewno wciąż przeważają w naszym świecie te postawione mężczyznom. Wiele fallicznych postumentów zostało wzniesionych ku czci i chwale bohaterów. Jednak wiele pustych cokołów wciąż czeka na figury kobiet. Rzeźbiarze, do dzieła! Gdyby potrzebna była inspiracja, to godne podziwu, a pominięte w oficjalnej wersji historii kobiety, opisywała Robin Morgan w swoich książkach jako historie typu „her-story” (w odróżnieniu od his-tory).

Powiedzmy wprost: najwyższy czas wstawić już do archiwum dyskusje o tym, czy patriarchat jest „naturalny” i czy matriarchat „w ogóle istniał”. Takie akademickie rozważania prowadzą wprost na manowce istotnych, pragmatycznych dyskursów o kulturze.

Nie ulega wątpliwości, że można wyróżnić dwa całkowicie odmienne stany umysłu, jak umysł matriarchalny i umysł patriarchalny. Ten pierwszy cechują przymioty i funkcje przypisywane waginie: miękkość, obejmowanie, otwartość na formę (fallusa). Ten drugi cechują przymioty przypisywane fallusowi: (dumna) sztywność na przemian ze (wstydliwą) miękkością, skupienie na sobie, aktywne poszukiwanie waginy.

Jeśli pozwolimy sobie przenieść te symbole na poziom jeszcze bardziej esencjonalny, to zauważymy, że ostatecznie to fallus zatraca się w waginie, forma oddaje się w posiadanie pustki, to co męskie ginie w tym co żeńskie. Dlaczego? Ponieważ na początku była przestrzeń, pustka, z płodności, z której powstała forma.

Ponieważ okłamano nas, mówiąc: „Na początku było słowo”. To słowo, ten Logos musiał przecież powstać "w czymś", czyż nie? Takie przeinaczenie początków stworzenia było konieczne, aby mógł powstać dualizm, aby mogło dojść do pewnego eksperymentu. Eksperymentu prowadzącego, między innymi, do panowania mężczyzny nad kobietą. Kod do odwiecznej mądrości pozostał jednak ukryty i nienaruszony w samej Księdze Rodzaju, konkretnie w słowie Elohim

Kto ma oczy, niechaj patrzy... Kto ma uszy, niechaj słucha…

Czasy patriarchatu i umysłu patriarchalnego, jako jedynej obowiązującej tendencji myślenia, odchodzą w niepamięć... a może raczej w kierunku uginającego się pod ciężarem grzechów regału z oznaczeniem: „Wstydliwe karty w dziejach ludzkości”.

Czy zdołamy i zdążymy stworzyć nowy, matriarchalny, a może raczej egalitarny świat, i jak będzie taki świat wyglądał – to dopiero ocenią kolejne pokolenia. Na pewno jednak czas zdjąć kwefy i maski ze zmęczonych całą grą twarzy. Czas przyznać, że w całości, jako ludzkość, zbłądziliśmy, uznając tylko „tło” i pomijając „figurę”. Czas także spojrzeć ze współczuciem na obydwie strony barykady: na znudzonych konformizmem i drżących wewnętrznie z powodu nie rozpoznanej tożsamości mężczyzn oraz na zmęczone samoudręczeniem i nierozpoznaniem własnej mocy oraz zależnością od mężczyzny - kobiety.

Zacznijmy najlepiej zaraz. Zacznijmy od samych siebie. Od uznania mocy i niezależności przez kobiety, od ukłonienia się przed delikatnością i łagodnością przez mężczyzn. Zacznijmy od naszych dzieci. Uczmy je, że w porządku jest być wrażliwym, w porządku jest płakać, w porządku jest mówić "nie" i "tak" zgodnie z szacunkiem do siebie i innych.


Czy żałuję przeprowadzonej dyskusji? Nie. Po pewnym czasie zauważyłam u moich przyjaciół-mężczyzn większą skłonność do nazywania pewnych ludzkich uwarunkowań „patriarchatem”. Widocznie moje argumenty zostały jednak częściowo przełknięte i przetrawione w zaciszu wewnętrznej uczciwości, z dala od zgiełku męskiego stada. Czy uważam, że warto wciąż uświadamiać kobiety, że ich wolność jest zjawiskiem bardzo nowym i że zawdzięczają ją swoim babciom i prababciom feministkom? Na pewno tak. Czy naprawdę uważam stawianie pomników zapomnianym kobietom jako sposób na wyrównanie zasług bohaterek? Niezupełnie. Nie na poważnie. Jeśli już stawiać takie pomniki, to w ramach zabawy z zasadą „umieszczania na piedestale”. Wszak niemal każdy pomnik jest obiektem fallicznym i służy umocowaniu hierarchii oraz chwale dominatorów. Gdyby jednak takie pomniki projektować jako formy matriarchalne, rozmieszczone horyzontalnie albo wręcz wchodzące pod ziemię…, to kto wie? Może jest to inicjatywa warta zaangażowania.


komentarze

[foto]

1. To zadanie dla obu stron, bo do tanga trzeba dwojga • autor: Arkadiusz2016-08-03 11:15:44

Jeśli uznamy, że obecna sytuacja jest patologią, to wina leży po obydwu stronach, i kobiecej i męskiej. Chociaż nie lubię słowa "wina". Taki jest po prostu aktualny stan świadomości. Są przestrzenie, gdzie rządzą kobiety (rodzina, dom, wychowanie, szkoła) i przestrzenie, gdzie mężczyźni uciekają przed mamusiami, by pobawić się w męskie zabawy (polityka, hazard itd.) i pokazać mamusiom, że są już dorosłymi mężczyznami a nie ich uroczymi pieszczoszkami. Stąd pewnie ich zdziwienie, że pojawia się wśród nich kobieta. Co ona robi w naszym męskim świecie, zbudowanym na naszych męskich zasadach?
Ale to się zmienia. Wystarczy, że dzieci będą wychowywane przez oboje rodziców, że ojcowie będą uczestniczyć na równych demokratycznych zasadach w życiu rodziny, potem się to przeniesie w świat zewnętrzny.
[foto]

2. Rozmowa • autor: Alicja Baba2016-08-03 12:30:30

Po sposobie, w jaki człowiek rozmawia, rozpoznamy w "jakim jest miejscu".

Stary, dobry dialog prawdę o człowieku ci powie :)

3. Patriarchalny, Matriarchalny czy Egalitarny? • autor: Nierozpoznany#66612016-08-03 14:34:17

Izabelo, przeczytałam Twój artykuł - jak większość Twoich tekstów - z ogromnym zainteresowaniem. I całkowicie się z nim zgadzam. I całkowicie się z nim nie zgadzam.

Mam oczywiście świadomość, że jest to Twoja narracja o świecie, a - co więcej - ja też piszę ze swojego "tu i teraz", więc może za miesiąc będę patrzyła na to inaczej, bo jakoś tak wyszło, że cały czas się rozwijam a to implikuje zmianę poglądów, ale na ten moment tak mam.

W związku z tym uznaję równorzędność tych narracji i moim celem nie jest zaprzeczenie Twojej (bo się z nią zgadzam), ale pokazanie swojej (bo się z nią nie zgadzam).

 

Twój tekst mocno mnie "zapłodnił" ;) i teraz mam problem z poradzeniem sobie i zwerbalizowaniem swoich przemyśleń, ale spróbuję.

 

 

1. Tak samo przeraża mnie fundamentalny patriarcha, który - jak Korwin Mikke - chce przykuwać kobietę do kaloryfera i uważa, że jej miejsce jest w kuchni, jak fundamentalna feministka, która uważa, że każda kobieta, jaka wybiera rolę "kobiety mężczyzny", czy "kobiety matki" jest kobietą zniewoloną. Znam kobiety, które dokonały świadomie takiego wyboru i są szczęśliwe - także dlatego, że wybrały mężczyznę, któremu mogły zaufać i jest między nimi otwarta komunikacja oraz zbieżność wartości.

2. Zastanawiam się, czy Twój tekst dotyczy dualności matriarchat-patriarchat ze wskazaniem na wyższość tego pierwszego, czy drogi do zbudowania świata, w którym będzie miejsce na różne narracje i różne porządki społeczno-kulturowe. Ja osobiście, tak jak niekomfortowo czuję się w środowiskach SKRAJNIE patriarchalnych, tak źle czuję się w środowiskach SKRAJNIE matriarchalnych. W pierwszym przypadku brakuje mi przestrzeni na moją kobiecą energię, w drugim - na moją męską energię. W pierwszym mam wrażenie "sztywności" i przewagi formy nad treścią, działania nad byciem, itp, itd. W drugim - odwrotnie. W pierwszym kostnieję, sztywnieję i nie mam czym oddychać. W drugim - rozpływam się. Zdecydowanie wolę środowiska umiarkowane i potrzebuję obu energii - kobiecej i męskiej - wewnątrz i na zewnątrz ;) 

4. Patriarchalny, Matriarchalny czy Egalitarny? cd • autor: Nierozpoznany#66612016-08-03 14:34:56

3. Mam doświadczenia bycia w różnych środowiskach, o różnej "orientacji". Najbardziej patriarchalnym była przed laty, w okresie mojego romansu z katolicyzmem, uczelnia jezuicka. I wiesz co, wyszłam z niej z bardzo ambiwalentnymi uczuciami. Okazało się bowiem, że owi patriarchalni jezuici/mężczyźni bardzo wspierali mój intelektualny rozwój, proponując mi nawet karierę naukową, ale zatrudnione na prowadzonej przez nich uczelni kobiety (oczywiście, nie wszystkie, spotkałam tam również cudowne babki, co nie przeszkodziło dwóm z nich wykorzystać moje prace jako swoje w publikacjach naukowych bez wskazania mojego udziału, ale to podobno stała praktyka w środowisku akademickim) ... Cóż, odkryłam tam, że szklany sufit i rzucanie kłód pod nogi w wersji kobieta contra kobieta to bardzo eufemistyczne określenia... Zgadzam się więc z Twoimi kolegami, że niestety  wiele z nas to zawzięte "strażniczki patriarchatu", często znacznie bardziej zawzięte niż mężczyźni :(

 

 

4. Nie wiem, czy pierwsza była energia kobieca czy energia męska, matriarchat czy patriarchat. Przekazy tradycyjne pod tym względem są sprzeczne. Stawiam na to, że pierwsza energia miała oba pierwiastki, czyli była androgyniczna i aseksualna i na pewno nie była starszym panem z brodą, czyli nie męska. Ale mam również wątpliwości co do tego, czy pierwsza była energia kobieca, bo - patrząc animistycznie - Ziemia bez Słońca i Nieba kiepsko by funkcjonowała... Innymi słowy, kluczem do życia rozumianego jako ciągłość gatunku (ale także jako czynnik przyjemności i kreatywności w innym znaczeniu niż biologiczne przetrwanie gatunku) jest płeć i seks, a ten jednak na różnicach się zasadza, a czy to działa na zasadzie przewagi energii kobiecej/męskiej u jednej czy drugiej płci - to już drugorzędne.

 

W tym kontekście zastanawia mnie społeczna cenzura dotycząca książki Susan Hrdy "Kobieta, której nigdy nie było", prymatolożki i antropolożki, która bazując na wieloletnich badaniach wykazała, że te porządki (matriarchat i patriarchat) oraz kilka innych porządków zawsze były równoległe i współistniały wśród naczelnych - z przewagą patriarchatu jednakże :( 

 

Jak również odkrycie, że tak samo jesteśmy genetycznie i ewolucyjnie powiązani z "patriarchalnymi" gorylami, jak i "matriarchalnymi" bonobo.

 

No masz, skończyło mi się prawo do wklejania dalszego ciągu, więc muszę poczekać aż ktoś napisze komentarz :)

[foto]

5. prosimy o cd. Pani Aneto • autor: Arkadiusz2016-08-03 14:42:07

;-)

6. Arkadiuszu i Aneto! • autor: Nierozpoznany#87572016-08-03 15:37:04

Bardzo dziękuję za Wasze głosy w tej ważnej dyskusji. Bardzo trafnie napisałeś Arku, o przestrzeniach, w które uciekają mężczyźni przed mamusiami...aby potem się zdziwić, że jest wśród nich kobieta...
Zobaczmy jednak, że cała ta sytuacja jest oparta - najprawdopodobniej - na lęku mężczyzn przed kobietami. Osobiście rezonuję z hipotezami badaczy(-ek), którzy umiejscawiają historyczne źródła patriarchatu w czasach zamierzchłych, w których plemiona koczownicze, walcząc ze sobą, potrzebowały silnych wojowników, zaś kobieta była nie tylko fizycznie słabsza ale w dodatku wydawała się posiadać magiczną moc tworzenia w sobie życia ex nihilo (gdyż związek między stosunkiem a poczęciem nie zawsze i nie wszędzie był znany). Taka istota budziła lęk i potrzebę kontroli. Kiedy już rozpoznano (jak u wędrowniczych Izraelitów) przyczynowo-skutkową zależność aktu seksualnego i nowego życia, oczywistym stało się, iż pochodzenie od matki jest pewne, zaś od ojca nie. Trzeba więc było jakoś to "unormować". Stąd wszystkie nierówności w traktowaniu mężczyzn i kobiet, których autorstwo przypisuje się Bogu Jahwe (np. za cudzołóstwo kobieta miała być ukamienowana, zaś mężczyzna mógł mieć wiele nałożnic, nie wolno mu było natomiast "marnować nasienia"). Jak wiemy, judeo-chrześcijańska wizja Boga, który jest jednoznacznie patriarchalny usankcjonowała myślenie o świecie setek pokoleń. Dlatego twierdzę, że my, współcześnie żyjący (włącznie z Susan Hardy) nie wiemy co to tak naprawdę jest matriarchat. Studiowałam swego czasu obszernie materiały dotyczące matriarchatu, Aneto, i sądzę, że trudno jednoznacznie stwierdzić, że taki ustrój społeczny kiedykolwiek dotąd występował, poza nielicznymi enklawami rudymentalnymi (jak to się mawia w przypadku roślin :). Moim zdaniem świat matriarchalny - o ile w ogóle - może być dopiero pieśnią przyszłości. Możliwe, że właśnie teraz go kształtujemy.I na pewno nie będzie to świat feministyczny! Nie będzie także władczy, raczej egalitarny. Dlatego - pozwolę sobie sparafrazować Twoje słowa - jestem i nie jestem feministką. Nie jestem, ponieważ nie mam najmniejszego zamiaru wchodzić na traktor czy pracować w wojsku. Ponieważ jestem kobietą, jestem jak kwiat. Jestem zaś feministką, ponieważ nie mogę nią nie być korzystając z przywilejów równości z mężczyznami, wywalczonych przez babcie-feministki z takim trudem. Jako tańczący Shiva (który jest z założenia androgyniczny) natomiast widzę piękno i misterię gry pierwiastków męskiego i żeńskiego wraz z topornością i ostentacją gry patriarchatu z feminizmem radykalnym.Sympatyzuję jednak bardziej z odrzucającymi nawet związki heteroseksualne feministkami, niż z kultywującymi patriarchalne bezdyskusyjne porządki macho. Dlaczego? Dla wyrównania. Tych tysiącleci dominacji i upokorzeń. I również właśnie dlatego, że "wiele z nas to zawzięte strażniczki patriarchatu". Ugotowane żaby. Tak. Ale czy można winić żabę za to, że nie wie, iż została ugotowana? Kobiety nie wiedzą, kim są. Nie znają swojej mocy, ponieważ od najmłodszych lat uczy się je ustępować i usługiwać mężczyznom (fenomen wielokrotnie zbadany). Skąd mają wiedzieć co je czeka "po drugiej stronie lustra" zanim tam przejdą? Przykłady innych kobiet mogą być najskuteczniejszą inspiracją i wsparciem. Dlatego najwyższy czas zacząć od jedności między kobietami i zakończyć jakąkolwiek rywalizację o mężczyznę, o jego zdanie, o jego uwagę... P.s. Żaba włożona do gorącej wody natychmiast z niej wyskoczy. Żaba w zimnej wodzie podgrzewana powoli - ugotuje się ;)

7. Patriarchalny, Matriarchalny czy Egalitarny? ccd • autor: Nierozpoznany#66612016-08-03 15:50:42

No i mam już przestrzeń na wklejenie dalszego ciągu komentarza, tylko coś do niego dopiszę w kontekście Twojej wypowiedzi, Izo :)

5. Myślę, że w Twoich rozważaniach nie uwzględniłaś jednego aspektu: rozwojowego i tego, że kobieta (oraz mężczyzna) na różnych etapach swojego rozwoju mają różne potrzeby i "orientacje systemowe" i jest to jak najbardziej naturalny proces. Nie przypadkiem w wielu kulturach te fazy były uporządkowane i oddzielały je obrzędy inicjacyjne. Nie jest to do końca jasne, ale musiałabym bardzo się rozpisać, żeby oddać to, o co mi chodzi.

 

6. Równie ważny jest czynnik środowiskowy, a badania dowodzą, że w ciężkich czasach kobiety skłaniają się ku wyborowi partnerów dominujących, o rysie patriarchalnym, a w czasach spokoju - do mężczyzn łagodnych. U Susan Hrdy bardzo mocno pokazana jest zależność między warunkami środowiskowymi a systemem, jaki się wykształca wśród naczelnych. Generalnie: im trudniejsze warunki życia, tym bardziej system skłania się ku "patriarchatowi". Patrząc na ludzi (łącząc punkt 5 i 6), można byłoby powiedzieć, że kobieta, która urodzi dziecko patrzy na życie trochę inaczej niż wcześniej i ma inaczej ustawione priorytety (to, w jaki sposób je realizuje, to inna sprawa), a inaczej, kiedy np. te dzieci zostaną odchowane. Podobnie jest z mężczyzną. To bardzo widać w przypadku samotnie wychowujących dzieci rodziców, gdzie kobieta często rozwija bardzo dużo "męskich cech", a mężczyzna - "kobiecych".


7. I jeszcze: co do gejów. Gej też człowiek i też mężczyzna. Uważałabym z określeniem, że zawsze najlepszy przyjaciel kobiety. Znam absolutnie cudownych gejów (mężczyzn) i absolutnych s....i gejów (mężczyzn). Są wśród nich najlepsi przyjaciele kobiet i najwięksi ich wrogowie. Jeden z czołowych projektantów mody za cel postawił sobie, wyraźnie to werbalizując, pozbawienie kobiety tych "obrzydliwych aspektów natury" i teraz mamy anoreksje, bulimie, bezwłose dziewczynkowate ciała i wiele innych problemów. Z miłości do kobiet to on raczej tego nie zrobił ...



8. Patriarchalny, Matriarchalny czy Egalitarny? cccd • autor: Nierozpoznany#66612016-08-03 15:56:35

Reasumując: ja jestem i feministką i menistką ;) Moim zdaniem (na ten moment ;) ) ani patriarchat lepszy, ani matriarchat, bez względu na to czy, w jakim czasie i w jakiej formie istniały realnie, a w jakiej są tylko niedoskonałą narracją, próbą opisu rzeczywistości - ani kobieta, ani mężczyzna; ani terapeuta ani szaman; ani Wschód, ani Zachód. Wszędzie są tylko i aż ludzie i wszędzie są ekstremizmy i ludzie dialogu. Chodzi o to, żeby każdy robił swoje - to, co umie najlepiej i żeby ze sobą współpracować, a nie walczyć. Walki już wystarczy. Wyrównanie krzywd nie nastąpi, bo większość z tych, którzy krzywdzili (i które krzywdziły) już nie żyje, a rani się tych/te, którzy/re nic złego nie zrobili/ły - tymczasem zranieni/zranione ranią kolejne/ych. Bici biją.


I mam taki postulat: skoro chcemy w pełni równych praw dla kobiet w zakresie ich siły i mocy działania i realizowania się w świecie zewnętrznym, dla ich intelektu, przywództwa, realizowania się w sferach dualistycznie uważanych za męskie (a ja chcę) - to dajmy też mężczyznom prawo do delikatności, słabości, lęku, nie radzenia sobie i wspierania się na kobietach bez pomniejszania tej jakości, bez pogardy. To będzie uczciwe. 

 

I jeszcze drugi postulat: o wzajemne zaufanie kobiet i mężczyzn, kobiet i kobiet oraz mężczyzn i mężczyzn, bo tylko ono poskutkuje prawem do życia zgodnie ze swoim światopoglądem i wartościami - o ile ten światopogląd nie jest narzucany siłą komukolwiek, bez względu na to, czy jest matriarchalny czy patriarchalny, feministyczny czy menistyczny albo egalitarny. 

 

A na koniec bardzo dziękuję Ci za ten tekst. Pomógł mi sobie poukładać wiele rzeczy :)

[foto]

9. Izabelo • autor: Arkadiusz2016-08-03 17:45:04

Przemoc wynika z lęku, lęk jest wyrazem braku miłości i jest to konkretny stan świadomości. Przyznam, że jestem pod silnym wpływem tekstów D. Hawkinsa ;-) Przemoc bywa fizyczna (często nadużywana przez mężczyzn), ale również słowna, emocjonalna (z kolei często stosowana przez kobiety, które maja swoje sposoby, by nas zabolało). 

Jestem zaskoczony, bo nie kojarzysz mi się Izabelo z syndromem ofiary czy chęcią wyrównywania rachunków. Masz zbyt rozległą wiedzę i ewidentnie pisałaś zawsze z pozycji mocy a nie siły. Tego więc nie rozumiem. Dlaczego rezygnujesz z akceptacji rzeczywistości, jaka by nie była, na rzecz okazania urazy. Skąd ta myśl, która wywołuje cierpienie, mówiąc językiem Byron Katie? Przecież wszyscy lądujemy na ten świat, w określoną zastaną sytuację. Staramy się w niej jakoś żyć, zawsze zgodnie z naszą świadomością, nie zawsze dużą. Kto wie, może w poprzednich wcieleniach to ja byłem kobietą, a Ty mężczyzną? Nie lepiej wybaczać i kochać? Po prostu być przyzwoitym i dbać o uważność, żeby zauważyć, że kogoś krzywdzimy? Przecież nie wyprzedzimy naszej świadomości.

Twój tekst jest ważny, pokazuje emocje i myśli wielu kobiet, i warto zdawać sobie z tego sprawę, za co dziękuję, podobnie z resztą jak za całą Twoją twórczość naukową, którą podziwiam i systematycznie podglądam ;-) Tym razem jest mi jednak bliżej do tego, co pisze wyżej Aneta.

10. Chyba nie zostałam zrozumiana... • autor: Nierozpoznany#87572016-08-03 19:10:22

Arkadiuszu, dziękuję za miłe słowa i za uwagę poświęcaną moim tekstom! Nie wydaje mi się, abym w którymkolwiek momencie wspominała o bólu lub urazie. Tekst o patriarchacie pisałam z perspektywy czysto poznawczej, nie zaś emocjonalnej. Jeden zwrocik o "wyrównaniu" jest żartobliwym mrugnięciem oka. Poza tym mam pełną świadomość, że Bóg/wszystko co jest potrzebował(a) takiego eksperymentu. Chodzi raczej o to, by nazwać rzeczy po imieniu. Czyli powiedzieć, że patriarchat był i wciąż jest, że jest formą opresji, że się nie sprawdził i że można eksperymentować dalej w bardziej interesującym, rozwojowym kierunku. Lęk jest stanem świadomości. Dokładnie tak. Podobnie jak miłość czy troska. Postuluję zatem, aby zaprzestać działań opartych na lęku. Patriarchat jest ekstremalnym przykładem skutków takich działań.Proszę zacytuj choć jeden fragment mego tekstu świadczący o "żywieniu urazy" lub "syndromie ofiary", bo sama go jakoś nie znajduję. Nie znajduję też urazy w swoim wnętrzu :)Podobnie zgadzam się z postulatem Anety: "o wzajemne zaufanie kobiet i mężczyzn, kobiet i kobiet oraz mężczyzn i mężczyzn, bo tylko ono poskutkuje prawem do życia zgodnie ze swoim światopoglądem i wartościami - o ile ten światopogląd nie jest narzucany siłą komukolwiek".Ale żeby sobie wzajemnie zaufać trzeba najpierw zobaczyć, że gra jest/była grą, że była prowadzona w określonym celu, dla pewnych korzyści oraz zrozumieć reguły tej gry. Inaczej oprawca może żądać od ofiary (i faktycznie tak też często czyni) aby mu zaufała, że "to dla jej dobra". Dodam jeszcze, że zupełnie czym innym jest tożsamość ofiary i status ofiary. Status ofiary definiuje tylko fakt użycia wobec nas przemocy. Tożsamość to wybór własny. Na tej samej zasadzie uzdrawia się choroby. Patriarchat jako stan umysłu, zarówno kobiet jak i mężczyzn jest chorobą.

11. @Arkadiusz • autor: Nierozpoznany#66612016-08-03 19:36:09

Wiesz, mnie się wydaje, że wszyscy - kobiety i mężczyźni - mniej lub bardziej jesteśmy nosicielami tego "syndromu ofiary". Tyle, że w różnym stopniu i w różnym stopniu jesteśmy tego świadomi. Nie chcę tu się rozpisywać na temat nieświadomości zbiorowej, ale fakt, nie wyprzedzimy swojej świadomości, lecz możemy wybaczać. Głównie sobie. Zwłaszcza, że jakoś tak ewoluujemy, że przemoc fizyczna stopniowo przestaje być domeną mężczyzn, a przemoc psychiczna - domeną kobiet i kat staje się ofiarą a ofiara katem, tylko używając innych narzędzi. Pozorna zmiana zamiast dobrej zmiany :(
Ja uważam, że lęk przed "drugą płcią" jest tak samo kobiecy, jak męski. Może i pierwotny jest lęk mężczyzn przed kobiecą mocą tworzenia życia ex nihilo. Może. Nie wiem. A może kobiety wykorzystały tę "wyższość" przeciwko mężczyznom i to oni pierwsi byli ofiarami. Może. Nie wiem. Ale dziś już wiemy, że nie jest to ex nihilo, że męski pierwiastek jest równie ważny w tym akcie jak kobiecy. Chociaż to kobieta oddaje swoje ciało na dziewięć miesięcy. Chociaż to ona przyjmuje do swojego organizmu całe DNA swojego partnera - bo wyniki najnowszych badań wskazują na to, że płód wysyła swoje DNA (a więc i DNA ojca) do wszystkich znaczących organów matki. Chociaż oznacza to, że przyjmuje ona tym samych wszystkich jego przodków i całą ich historię. I to jest godne szacunku i czci - tak uważam. I kobieta w związku z tym jest godna opieki i troski, żeby z tym całym materiałem sobie poradzić, żeby go zintegrować. 
Nie zapominajmy jednak również o tym, że na podstawowym poziomie jesteśmy zwierzętami. I w społecznościach nie tyle matriarchalnych, ile matrylinearnych, rzecz była prosta, bo mężczyzna "jedynie" dawał swój materiał biologiczny, a ród kobiety zapewniał opiekę i utrzymanie dzieciom. W społecznościach, w których to na mężczyźnie i jego rodzie spoczywał ten obowiązek, sytuacja znacznie się komplikuje, bo jak mężczyzna ma mieć pewność, że troszczy się o "swoje geny"?
Pamiętam moment, kiedy ja zaczęłam się zastanawiać nad swoją odpowiedzialnością za "wojnę kobieco-męską". Usłyszałam od pewnego mężczyzny, że w relacji ze mną po raz pierwszy nie czuje się potraktowany jak "worek na spermę" i to uruchomiło całą lawinę. Zaczęłam się zastanawiać jak traktowałam mężczyzn w swoim życiu. Na ile byli dla mnie tymi "workami na spermę", czy w znaczeniu dawcy życia biologicznego, czy przyjemności, czy zabezpieczenia różnego rodzaju. Oj, nie bardzo mi się ten bilans spodobał... 

12. cd • autor: Nierozpoznany#66612016-08-03 19:38:50

Pooscylowałam sobie trochę (delikatnie rzecz ujmując) między katem a ofiarą, bo gdyby nie on, to ja... Albo gdyby nie ja, to on...  A potem przeprosiłam, kogo miałam przeprosić. Przyjęłam przeprosiny od tych, którzy byli gotowi i poszłam dalej.Stopniowo zaczęło do mnie docierać, że nie było katów i ofiar. Była dwójka zagubionych ludzi, którzy starali się najlepiej jak mogli. Na dany moment, z daną świadomością. I staram się o tym pamiętać. Nie zawsze mi się udaje, ale staram się.
[foto]

13. Izabelo • autor: Arkadiusz2016-08-03 20:21:06

Wybacz, że nieprecyzyjnie odebrałem Twój tekst, nie miałem złych intencji. Coś mi wewnątrz mówi, że nie jest do końca tak, jak piszesz, że prawda jest dużo bardziej złożona. I czuję, że mam prawo tak napisać, bo uwielbiam kobiety a nawet zawsze je idealizowałem, na co mi zwracali uwagę koledzy. Co nie znaczy, że patriarchat nie jest zły. Jest, jak wszystko, co odbiera nam pełną wolność wyboru. Zgadzam się, że trzeba o tym mówić i zwiększać świadomość społeczną.
Za chwilę będę oglądał mecz, być może pozachowuję się trochę jak pawian, ale nie będę miał z tego powodu poczucia winy, naprawdę. Bądźmy dla siebie bardziej wyrozumiali. Wszystkiego dobrego!
[foto]

14. Aneto • autor: Arkadiusz2016-08-03 20:32:57

To dziwne, ale w całości rezonuję z tym, co napisałaś w tym wątku. Żyjemy w tu i teraz, i dzięki głupocie, błędom i grzechom przeszłości jesteśmy mądrzejsi w tej chwili. Nie może być inaczej, biegu czasu nie odwrócimy, ale możemy być lepsi teraz i w przyszłości. Choć jest szansa, że o ile się będziemy rozwijać, to wykryjemy jeszcze nie jeden przykład naszego złego postępowania, także w przyszłości. Dlatego najlepsze jest wybaczanie, najpierw sobie, potem innym. Wszystkiego dobrego!
[foto]

15. @anetaboryczko • autor: Radek Ziemic2016-08-03 21:37:57

Gdybym miał posłużyć się opozycją z powyższego tekstu Izabeli Kopaniszyn, to powiedziałbym, że Twoje argumenty, mimo ich pewnej retorycznej niegotowości, niedopracowania, są "matriarchalne": miękkie, obejmujące, otwarte na formę, w przeciwieństwie do "patriarchalnej", fallicznej sztywności (retorycznej, naturalnie) komentowanego tekstu. Jako jednak że tą opozycją się nie posługuję, to po prostu dziękuję za wątpliwości, spojrzenie na kwestię z różnych punktów widzenia, branie pod uwagę własnej omylności. A co do dualizmu męskie - kobiece. Jeszcze zanim przyszedł do nas ten straszny potwór gender, kultura wyróżniała takie formy spoza tego dualizmu, jak mężne kobiety, zniewieściali mężczyźni, babo-chłopy, kobiety z brodą, hermafrodytów, androgynów, lesbijki, efebię, księży, różne przebieranki itd. Pomijam "formy" spoza kultury europejskiej, które też nie dają się wyjaśnić przy pomocy waginalno-fallicznego dualizmu; "dyskursu" większościowego, wykluczającego je i wobec nich opresyjnego (nie zawsze jedynie symbolicznie). Dziś problematyka płci jest jeszcze bardziej skomplikowana, korzysta z badań różnych dyscyplin itd., itp. Po raz kolejny polecam film "Wielość płci". Jest w sieci.Myślę, że rozmowę o płci można by rozpocząć od przypadku Anny Grodzkiej, którego nie da się łatwo zseksualizować, albo jeszcze lepiej Ewy (eks-Marka) Hołuszko, bo ta ma na dodatek konserwatywne w sumie poglądy, jest do tego osobą wierzącą, choć prawosławną, co w naszym kraju jeszcze bardziej ją alienuje. To są trans-kobiety, które ze względu na to, że poddały się operacji zmiany płci w dość późnym wieku, nie są atrakcyjne seksualnie, jak niektóre trans-modelki, w każdym razie nie mają szans na to by sprostać powszechnym, pospolitym warunkom estetyczno-seksualnej atrakcyjności. Ciekawe, czy one też wydałyby się komuś "matriarchalne": "miękkie, obejmujące, otwarte na formę (fallusa)"?     Taraka ma dość poważny problem z seksualnością, redukując ją do męsko-żeńskiego dualizmu. Trzeba by zobaczyć, jak to u "starożytnych szamanów" bywało, czy ich transgresywność była (bywała?) także seksualna, czy też byli jedynie zatwardziałymi patriarchalnymi heterykami, w duchu zasady, że Bóg stworzył człowieka mężczyzną i kobietą. Może ktoś coś o tym wie i by napisał? 

16. @Radek Ziemic • autor: Nierozpoznany#66612016-08-03 22:15:53

Tak, gdyby utrzymać przyjętą retorykę, to moje podejście jest bardziej "kobiece" a Izy "męskie". W tym kontekście i w tej sytuacji. I oba są tak samo istotne i tak samo ważne. Umiem przyjąć obie optyki (jestem przekonana, że Iza również), ale akurat teraz zarówno w moim życiu, jak i tym kontekście jestem na takiej energii, łączącej, otwartej, pośredniczącej. Gdybym pisała inaczej, pisałabym wbrew sobie. Niemniej jednak umiem również wejść w "falliczną, sztywną retoryczność", gdy z jakichś powodów dążę do konfrontacji i zróżnicowania. I dziękuję za Twoje podziękowania :)
Co do dalszego ciągu Twojego tekstu. Pisząc o kobietach trans-seksualnych, piszesz, że nie da się ich sytuacji "zseksualizować", a ja obawiam się, że połączyłeś dwie kwestie: seksualności jako takiej i atrakcyjności seksualnej. To, że Anna Grodzka czy Ewa Hołuszko nie są atrakcyjnie seksualne dla (zapewne) większości mężczyzn - jeśli są heteroseksualne, czy dla - zapewne mniejszej większości kobiet - jeśli są homoseksualne, i tak dalej, i tak dalej... nie oznacza, że nie są istotami seksualnymi. Seksualność to coś znacznie więcej niż seks i różnica płci. Płeć to z kolei znacznie więcej niż narządy seksualne. Idąc prezentowanym w Twoim poście tokiem myślenia nie-seksualne byłyby też osoby mocno odmienne z różnych powodów (wypadki, niepełnosprawności, znaczące wady wyglądu) czy osoby starzejące się i starsze. Tymczasem seksualność jednostki może być wolna od tego typu obciążeń i realizować można ją na wiele sposobów - jeśli sobie na to pozwolimy. A co na to otoczenie jednostki, to już inna sprawa. Ja ze swojej strony mogę odpowiedzieć na Twoje pytanie w ten sposób: tak, nieatrakcyjna (według mainstreamowych wyznaczników) trans-kobieta może być "matriarchalnie miękka, obejmująca i otwarta na fallusa" - poznałam taką. Podobnie jak ja potrafię być "fallicznie sztywna", bo zapewniam Cię, że nie każdego i nie zawsze mam ochotę miękko obejmować i przyjmować. Na szczęście :)

17. @Radek Ziemic • autor: Nierozpoznany#66612016-08-03 22:18:54

Nie wiem, czy Taraka ma problem z seksualnością, ale niewątpliwie ma sztywny, falliczny, retoryczny rys dominujący, chociaż z przestrzenią dla innych rysów ;)

Nie wiem też, czy "starożytni szamani" byli, czy raczej bywali transgresywni seksualnie, ale mam daleko idące przeczucia, że i owszem, bo zapewne w swych wędrówkach po Górnym a zwłaszcza Dolnym Świecie w procesie inicjacji szamańskiej i przygotowania spotkali się i zintegrowali również ten element. Jak inaczej mogliby pomóc takim osobom? Z drugiej strony "starożytni szamani" przede wszystkim służyli wspólnocie, więc jeśli ta wspólnota była patriarchalnie heteryczna, to ...

Pozostaje jeszcze kwestia zdefiniowania pojęcia "szaman". Dla mnie jest to osoba, która przeszła cały proces stawania się szamanem, łącznie z inicjacją. I tu, zdaje się, istnieją spore różnice zdań.

[foto]

18. @anetaboryczko • autor: Radek Ziemic2016-08-03 22:37:29

No właśnie. Tu się otwiera problem: czym jest płeć, płciowość? Czy istnieje jedna męskość, kobiecość? I co jest poza (między) nimi oprócz gejów? (To są pytania, naturalnie, retoryczne.) Mózg lubi dualizmy, łatwe symetrie i nieskomplikowane powtórzenia, stąd są one częstym zabiegiem retorycznym, ale jako metoda opisu rzeczywistości, to są one dalece niedoskonałe. A płeć, płciowość - za często zapominamy, że jest ona - nie tylko ona, naturalnie, zanurzona w tajemnicy. No i masz rację, są falliczne kobiety (bywają), ale to znaczy, że są waginalni mężczyźni. Można to przyjąć jako obraz, przy świadomości pewnej redukcji, oraz jako zabawę werbalno-pojęciową.   

19. Radku • autor: Nierozpoznany#66612016-08-03 22:49:40

dla mnie osobiście problemem nie jest sam dualizm. Akceptuję fakt jego istnienia. Problemem jest dla mnie wartościowanie.To jak z czernią i bielą. Niektórzy mówią, że to nie są kolory, że biel jest płaszczyzną, która wszystko odbija a czerń - tą, która pochłania. Ale moje zmysły, a właściwie zmysł wzroku mówi mi, że biel i czerń istnieją. Problemy pojawiają się, gdy ktoś rusza do walki o to, że biel/czerń jest lepsza lub gorsza. I wtedy, gdy ktoś próbuje udowodnić, że białe nie jest białe a czarne nie jest czarne ;) Ale to tylko pewne ekstrema. Pomiędzy nimi jest tęcza kolorów. Jedno nie wyklucza drugiego, a biel i czerń po prostu wyznaczają granice. Żebyśmy mogli się porozumieć. Podobnie postrzegam kobiecość i męskość - to dla mnie biel i czerń, a pomiędzy nimi cała gama kolorów. Pięknych kolorów :)
Ty nazywasz to zabawą werbalno-pojęciową, a ja komunikacją :)
I jeszcze jedno: piszesz - "są falliczne kobiety i waginalni mężczyźni". I zapewne masz rację. Ja do tego dodam jeszcze jedną "rację", bo ja nie jestem ani falliczna ani waginalna. Bywam taka lub taka, co nie przeszkadza mi pozostawać kobietą ;) Podobnie jak w pewnych okolicznościach mogłabym nie tyko kochać się, ale również być z kobietą, co nie zmienia faktu, że moje ciało reaguje namiętnością tylko na mężczyzn, więc zasadniczo jestem heteroseksualna :)
[foto]

20. Aneto • autor: Radek Ziemic2016-08-05 16:08:46

Ładnie piszesz. :-)

21. auć • autor: Nierozpoznany#39012016-08-07 01:28:45

Prosze darować, że nie przeczytam wszystkich komentarzy, a odniosę się do samego tekstu, a właściwie jego małego fragmentu, który jest dla mnie ilustracją do powodu, dla którego wiele kobiet odżegnuje się od bycia feministkami lub choćby wdzięczności za wypracowane przez feministki elementy równouprawnienia.
To zdanie w całej rozprawie to:"(...) pozostała zniewolona do roli matki, żony i gospodyni".
Dotarło do mnie jak bardzo to jest AUĆ ;) kilka lat temu, kiedy po wielu latach tożsamości feministki zdałam sobie sprawę, że walka pozbawia mnie dostępu do esencji kobiecości, która zaiste obejmuje i wytańcza sobie przestrzeń.
Wytańcza, a nie wywalcza (zwłaszcza w poważnym tonie, na analiryczne lewopółkulowe argumenty i dowody) :)
Walka w tych czasach jest jak dolewanie oliwy do ognia.
Serdeczności!


22. Droga Dakinie! • autor: Nierozpoznany#87572016-08-10 00:02:29

Jeżeli zdanie o zniewoleniu Cię boli, to jest to cel rozbieżny z moim. Twój ból nie jest moim, jednak na pewno, jak wiele kobiet, masz do niego ważne powody. Jak już wspominałam, mój tekst, choć częściowo świadomie prowokacyjny, jest analizą i obserwacją o charakterze poznawczym, nie zaś emocjonalnym.Jako kobieta mam się najlepiej na świecie - robię to, co kocham i co zawsze chciałam a mój mąż gotuje z wielką radością, dzięki czemu ja nie muszę :)Co do zaś "wytańczenia" zamiast wywalczenia - jak najbardziej o to właśnie chodzi: aby każdy - mężczyzna czy kobieta, hetero czy homoseksualni - mogli wytańczyć sobie co tylko chcą.Jednak jeśli kultura genderowa w skali globalnej (tak jak było do niedawna) od urodzenia wtłacza ludziom kody zawierające treści o rzekomo "naturalnym przeznaczeniu" kobiet i mężczyzn do odpowiednich sfer działania, to jest to rodzaj zniewolenia. Takie przymusowe tańczenie, np. walca, kiedy pragnie się każdą komórką tańczyć pogo jest niewolnictwem. Nie ma tańca tam, gdzie staje się on obowiązkiem, czyż nie?Do walki nie nawołuję. Walka wzmacnia to, z czym się walczy. Natomiast lubię, kiedy nazywa się gry po imieniu. Przy okazji ponawiam znane pytanie: czy szczęśliwy niewolnik przestaje być niewolnikiem? Pozdrawiam!

23. Izabelo, • autor: Nierozpoznany#66612016-08-10 13:23:08

a kto określa, że dana osoba jest niewolnikiem?
Dla mnie niewolnictwo to stan umysłu. Są osoby, które pozornie mają całkowitą wolność, a moim zdaniem - są niewolnikami tej wolności. Idą do tej wolności po trupach, dla tej wolności są w stanie zabić. Fromm określał ją jako "wolność od". I są osoby, które nawet za murami obozów koncentracyjnych zachowały wewnętrzną wolność - to frommowska "wolność do".
I tak jak Twój mąż lubi gotować, są kobiety, które lubią i chcą się realizować jako żony, matki, gospodynie i kochanki. Wybierają to. I - moim zdaniem - nie ma co ich zbawiać na siłę. 
A nawet, jeśli w jakiś sposób są zniewolone (a kto z nas nie jest, poza oświeconymi?)... W terapii (rzetelnej, a nie potworkom w rodzaju tzw. terapii prowokatywnej i nie mówię tu o interwencjach prowokatywnych, bo te są często niezbędne, ale o metodzie jako takiej) mówimy, że nie odbiera się komuś jego mechanizmów obronnych zanim nie odnajdzie nowych, lepszych dla siebie...
Zgadzam się natomiast z Tobą w pełni w kwestii dzielenia tych czynności/aktywności/wyborów na kobiece i męskie oraz cierpienia z tym związanego i tego, że nawywijał tu głównie patriarchat, a raczej jego bezrefleksyjni piewcy.Dlatego ja zawsze podkreślam, że mówiąc "kobiece" czy "męskie" mam na myśli energię a nie płeć. 
A w kwestii różnicowania, czy lepiej jest "wywalczyć" czy "wytańczyć"... Cóż, ja postrzegam Ciebie jako fajterkę, wrażliwą i otwartą. Dzięki temu, że Ty potrafisz "wywalczać", ja mogę "wytańczać". Każda w zgodzie z dominującą energią. I jestem Ci za to wdzięczna.

24. Izabelo i Aneto • autor: Nierozpoznany#39012016-08-10 16:28:30

Ta wymiana dopełniła dla mnie tekst, o którym tutaj dyskutujemy, dziękuję :)

Przyznam, że tytuł złożył mi obietnicę przeczytania tekstu, który opowiada o wyjściu poza paradygmat rzeczywistości rozpostartej na polaryzacji kobiety-mężczyźni, matriarchalne-patriarchalne, feministki (feminiści) -zniewolone do pracy domowej kobiety ;) Spodziewalam się raczej narracji, o której wspomina @anetaboryczko - uznającej i szanującej fakt, że we wszystkim tutaj na Ziemi krążą pierwiastki męski (dość powszechnie określany jako yang) i żeński (yin); ładnie ujęte w Jungowskiej koncepcji animy i animusa.
Obietnica nie została spełniona, a w tym kontekście zdanie, na które zareagowałam, tak jednostronnie wyrażone, już całkiem zapachniało mi brakiem szacunku do różnorodności obranych dróg i narzucaniem jedynie słusznego rzowiązania polegającego na byciu lepszą, skuteczniejszą, emocjonalnie i inetelktualnie sprawniejszą od mężczyzn/y.

Szczęśliwie okazało się, sądząc po kolejnych postach, że to po prostu ograniczenie komunikacji opartej o analityczny i liniowy wywód słowny. Typowo yang :)
Przecież wiadomo, że słowa i ich znaczenie, zwłaszcza tak używane (hmmm, po męsku, a nie w poezji, śpiewie itp.) stanowią mniej niż połowę całej czytelnej dla nas ludzi komunikacji; że większość kounikacji przebiega w mowie ciała, brzmieniu, tonie głosu oraz rytmie wypowiedzi :)

Ja sama kilkanaście lat temu popadłam w niewolę postawy anty-matki, anty-żony, anty-kochanki, właśnie w imię wolności od patriarchatu.Wyemancypowałam się, ogromnym kosztem, głównie z powodu bycia matką i antymatka jednocześnie ;)
Z drugiej strony mam przyjaciółki, które świadomie wybrały pracę domową i oparcie się na męzu/partnerze/ojcu swoich dzieci, bynajmniej nie zawsze świadomym i wyzwolonym od patriarchatu.
Wykonują one piękną pracę integrującą męskie z żeńskim, wychodzenie poza tę polaryzację, łączącą pozorne przeciwieństwa mniej porzez typowo yang dyskusje intelektualne, a bardziej poprzez stanowczo bardziej yin miłość, akceptację, ale głównie poprzez stanowienie o swojej własnej przetrzeni i integralności w sytuacji materialnej zależności. Wykonują pracę równie kosztowną, choć w innych obszarach, jak ta, którą wykonałam ja.
I od czasu, kiedy w ramach uznawania cenności swojej pracy domowej uszanowały równiez umożliwiającą to pracę wykonywaną przez mężczyzn, z którymi są związane, spotyka je ostracyzm ze strony zdeklarowanych feministek, lesbijek, z którymi łąćzyły je przyjacielskie stosunki, dopóki pozostawały w rolach ofiar meskiej dominacji.
Cdn. :)

25. c.d. • autor: Nierozpoznany#39012016-08-10 16:41:16

Były czasy matriarchatu. Doświadczamy patriarchatu.
Czas najwyższy na prawdziwe partnerstwo.
A do tego niezbędne jest uznanie i uszanowanie w każdym z nas obydwu pierwiastków.
I jeszcze czegoś: zwierzęcej, głęboko zmysłowej części naszej natury, która łączy nas z Ziemią, a której tak chętnie wypieramy się w ramach tzw. rozwoju..Czuję jak przegrzewa mi się lewa półkula ;)Jak dla mnie za dużo słów, koncepcji, abstrakcji :)Dziekuję ogromnie za tę dyskusję i oddalam sie od niej, aby oddawać się zmysłowym przyjemnościom dla równowagi do przereklamowanego i zanadto wyćwiczonego w naszej kulturze umysłu ;)
Mnóstwo serdeczności dla nas wszystkich :)

26. Izabela, • autor: Nierozpoznany#66612016-08-10 20:31:49

w punkt :)
Uśmiechnęłam się do Ciebie, siebie i uśmiałam z siebie.


"Wytańczyć" - "wywalczyć" to tylko desygnaty.Rzeczywiście z pewnej perspektywy walczę. W dodatku - tak mi to jakoś wygląda - o to samo co Ty.

Pozdrawiam ciepło


PS. Bardzo mi się podoba "bezpieczne oswajanie świadomie wybranej drogi do przekroczenia wrodzonej niechęci do konfrontacji"Pozwolę sobie uwewnętrznić :)

27. Dakinie, • autor: Nierozpoznany#66612016-08-10 21:08:38

blisko mi do tego, co piszesz.I też mi się jakiś czas temu zaczęła przegrzewać lewa półkula. Pracuję nad tym, żeby nauczyć się ją nie przegrzewać/schładzać ;)
Pozdrawiam ciepło

28. Aneto, Dakinie • autor: Nierozpoznany#87572016-08-12 00:28:08

Wprawdzie niechcący usunęłam swoją odpowiedź, do której nawiązujesz i nie chce mi się już jej ponawiać, ale bardzo dziękuję za bystre obserwacje, otwartość i  - oczywiście jestem zaszczycona wyborem uwewnętrznienia ;)
Przy okazji - olśniło mnie co do tego co tu się właściwie dzieje. W związku z tym, że temat okazuje się szeroki, nie zmieszczę go w komentarzu. Dlatego już piszę kolejny tekst z cyklu. Mam nadzieję, że będzie on odpowiedzią na zapotrzebowanie wyrażone przez @Dakini, gdyż nie uniknę tym razem "tekstu, który opowiada o wyjściu poza paradygmat rzeczywistości rozpostartej na polaryzacji kobiety-mężczyźni, matriarchalne-patriarchalne, feministki...". Wierzę także, że uda mi się sprowokować do rozmowy kilku mężczyzn. Pozdrawiam z głębi męsko-żeńskiego serca-umysłu!
[foto]

29. Tu jest dobry tekst o problemach kobiet/mężczyzn • autor: Wojciech Jóźwiak2016-08-21 08:59:53

...z młodego pokolenia, radzę czytać:
http://wyborcza.pl/duzyformat/1,127290,20129961,pokolenie-jednorozcow-mlodzi-2016-chca-miec-wazne-zycie.html

Jak nie chcesz czytać wszystkiego to przewiń do frazy:
"Kobietom już wszystko sprzedano, nawet odżywkę do końcówek każdego koloru włosów."

(Ja od 40 lat nie jestem młody, ale z 5 plemion to jestem regret. Chociaż z tym usiłuję walczyć.)

30. Dziękuję bardzo! • autor: Nierozpoznany#87572016-08-22 17:16:59

Faktycznie dobry artykuł. Dawno tak się nie pośmiałam :)Pokolenie jednorożców...wyjątkowa kupka.
Nawet podesłałam własnym dzieciom, siedzącym dwa pokoje dalej, by fejsbuk ;)
Tym razem moje rozważania zmierzają w kierunku przewartościowań kulturowych i społecznych w ogóle. 
Czy nasze dzieci nie mają "za dobrze", za łatwo?
Szkoda, że tak rzadko mówi się młodym istotom, że życie samo w sobie nie ma sensu, więc tym bardziej bez sensu jest szukanie sensu. 
Natomiast godną uwagi dobrą nowiną jest prosty wniosek, że każdy z nas sam nadaje ten sens życiu. I wtedy ma ono sens ;)

Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)