Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

02 września 2007

Mar Canela

W Peru, na pograniczu światów
Podróż do selwy amazońskiej i do mistrza ayahuaski Don Juana

Kategoria: Szamanizm
Tematy/tagi: ayahuasca

Skok przez Wielką Wodę na ziemię południowoamerykańską przyniósł wyjątkowe przeżycia i wydarzenia, które pozostają w pamięci na zawsze.

Ujęli mnie tamtejsi ludzie: bardzo skromni, ale skromni z godnością. Pełni ciepła, życzliwi i pomocni. Do samego dna duszy przeniknęła mnie ich muzyka - gitary i flety, i inne instrumenty, których nazw nawet nie znam. Kiedyś doświadczyłam już działania tej muzyki w Ekwadorze, w Peru jedynie nastąpila powtórka, jakże przyjemna.

Lima powitała nas zimną wilgocią. Czerwiec, lipiec i sierpień to przecież tutaj zima. Mgliste chmury spowijają miasto od rana do zmroku, przesłaniając widok na okoliczne góry. Opatulam się w sweter, dokupuję szalik z alpaki i dzielnie wyruszam na osobiste spotkanie z Pacyfikiem.

peru_01.jpg

Następny etap podróży to Iquitos. Półtorej godziny lotu z Limy i totalna zmiana klimatu. Mokry tropik. Uderza nas niesamowity hałas. Centrum wielkich miast w godzinach szczytu to nic w porównaniu z tym, co dzieje się tutaj. 90% pojazdów to motory z doczepionymi z tyłu małymi kabinami dla dwóch pasażerów. Jest ich tysiące, jedne obok drugich - warczą, huczą, trąbią na siebie i generalnie nic im nie przeszkadza. Okna naszego hotelu wychodzą na ulicę, więc czujemy się jak na torze wyścigowym Formuły 1. Hałas ucisza się nieznacznie między 1 a 4 w nocy, kiedy to udaje nam się zmrużyć oko, ale to trochę mało jak na jakikolwiek wypoczynek. Powoli daje też o sobie znać 7 godzin różnicy czasu - czujemy się lekko skołowani.

peru_02.jpg

Samo Iquitos jest biedne i zaniedbane. Wszędzie widać sterty śmieci, odpadków i brud, dużo psów na granicy smierci głodowej, których widok przyprawia mnie o ból serca... Stosunkowo najlepsze wrażenie sprawiają sami mieszkańcy, w miarę schludni, pogodni i serdeczni.

peru_03.jpg

Po Limie i Iquitos docieramy w końcu do selwy amazońskiej. Dwie godziny łódką motorową pośród starych, wielkich drzew, palm i wszelakiej innej tropikalnej roślinności. Co chwilę pojawiają się różne ptaki, od tych malutkich, latających tuż nad powierzchnią wody, do tych największych w górze pod chmurami. Od czasu do czasu zachwycają nas swoim towarzystwem ogromne, intensywnie niebieskie motyle. (Ale prawdziwa uczta czekała na nas wieczorem, gdy zapadł zmrok. Dopiero wtedy zaczyna się prawdziwie imponujący koncert. Ptaki, żaby, nietoperze, sowy, świerszcze, skoczki, robaczki swiętojańskie i cała masa innych niezidentyfikowanych stworzeń gra, śpiewa, piszczy, kwili, rechocze i wibruje w niekończącym się koncercie. Coś niesamowitego. Jest to miejsce na świecie, które nie zna ciszy).

peru_07.jpg

Poziom rzeki zmienia się nieustannie. Gdy jest wysoki, sięga aż po pierwsze gałęzie drzew, gdy opada, nagle pojawiają się białe plaże z czystym, drobnym jak mak piaskiem.

peru_05.jpg

Dobijamy do brzegu. A tam - niespodzianka! Czeka na nas, jak się później doliczyłam, dwanaścioro dzieci w różnym wieku. Stoją, nic nie mówią, tylko patrzą na nas z wielkim zainteresowaniem, jak na przybyszy z innej planety. Nieśmiało odpowiedziały na nasze powitanie, za to ochoczo rzuciły się do pomocy w noszeniu plecaków i toreb z zakupami. Wszystkie chciały coś zanieść, nawet te najmniejsze, 3-letnie. Thalía, Griset, Juan, Andrés... Okazało się, że to dzieciaki z pobliskiej wioski tuż obok naszego lodge'u.

W trakcie naszego pobytu czasami dochodziły do nas odgłosy ich zabaw, kopania piłki czy też wesołe okrzyki, ale - co zwróciło moją uwagę - nigdy nie słychać było typowych dziecięcych wrzasków, kłótni, płaczu czy uciążliwego harmideru. Złote dzieci.

Parę minut po 18-stej jest już całkiem ciemno. W naszym lodge'u nie ma elektryczności, jedynie świece. I tak jest dobrze. Każda żarówka byłaby tam nie na miejscu... Woda pod prysznicem pompowana jest bezpośrednio z rzeki. Zachwycił nas stan naszej skóry i włosów po umyciu się w tej wodzie - skóra jest gładka i jedwabista, nie potrzebuje żadnych kremów ani balsamów, a włosy - miękkie i delikatne.

Drugiego wieczoru, gdy siedzieliśmy w ciemnościach zasłuchani w odgłosy selwy, nagle zapytałam: - ciekawe, czy tu ktokolwiek gra na bębnach?

Odpowiedź przyszła prawie natychmiast. W oddali odezwały się bębny!

Zostałam zwymyślana od czarownic, ja sama jednak stwierdziłam z radością, że moja podświadomość wyostrza się.

Przez kolejną godzinę, oprócz bębnów z wioski docierały do nas odgłosy śpiewów w miejscowym języku - niezapomniany, magiczny koncert, który powtarzał się regularnie co parę dni.

peru_08.jpg

Późny wieczór to czas ceremonii ayahuaski. Szamański czas. Głównego bohatera poznaliśmy już w Iquitos - to Don Juan.

Ma 56 lat, ale ciało 30-latka. 35 letnie doświadczenie z ayahuaską. Komunikatywny i rozmowny, ale do czasu. Gdy po ceremoniach ayahuaski wszyscy prześcigają się w opowiadaniu o swoich wrażeniach fizycznych i duchowych - Don Juan milknie. Trudno namówić go na zwierzenia o obszarach niefizycznych. Zachowuje pełną dyskrecję i wiele mówiące milczenie.

Przed ceremonią spaceruje po calym lodge'u z patelnią w ręku, a na patelni dymi oczyszczające ziele. Zniknąć więc muszą wszelcy nieproszeni goście.

Rytuał oczyszczania otoczenia powtarzać się będzie raz jeszcze zawsze bezpośrednio przed wypiciem ayahuaski. Wówczas już dymem ze specjalnej fajki, z którą Don Juan nie rozstaje się podczas ceremonii.

peru_09.jpg
Przygotowanie ayahuaski - z całego tego wielkiego gara pozostaje jedynie litr napoju

Gdy Don Juan uzna, że nikt nie zakłóci nam spokoju, przystępujemy do właściwej ceremonii. Każdy z uczestników dostaje małą porcję do wypicia, mniej więcej jedną czwartą szklanki, ale w małym naczynku. Pijemy po kolei podchodząc do Don Juana. W pogotowiu stoi butelka wody, aby popłukać usta gdyby smak ayahuaski okazał się silniejszy niż nasz poziom wytrzymałości. Szaman pije jako ostatni i gasi wszystkie świece. W ciemnościach odbija się jego sylwetka - w białej, długiej tunice i w koronie na głowie. W koronie tej jest kilka fosforyzujących kamieni, które przyciągają wzrok. Spośród odgłosów selvy, która nigdy nie milknie, a wieczorem przybiera na sile, dobiega do nas po chwili przyjemna melodia icaro. Don Juan nuci go na przemian z cichym pogwizdywaniem i uderzaniem w takt miotełką zrobioną z ususzonych liści palmowych. Uderza się tą miotełką po głowie i po ramionach, jakby chciał wygnać ostatnie złe energie, jeśli jakieś jeszcze pozostały. Przez około pół godziny nie dzieje się nic więcej, ale mimo wszystko czujemy magię tej chwili i jakby gęstniejące powietrze. Coś nieuchwytnego zaczyna się dziać. Proszę mojego Anioła Stróża o wsparcie i mentalnie zakładam własną ochronę energetyczną, tak na wszelki wypadek.

Moje ciało zaczyna się robić bezwładne i włącza się wewnętrzne oko. Przestaję widzieć sylwetkę Don Juana i zarys krajobrazu za jego plecami, a za to pojawiają się zniekształcone twarze, którym nakazuję odejść tam, skąd przyszły. Znikają natychmiast, a na ich miejsce niespodziewanie zaczynają wlewać się kolory, jakich nigdy nie widziałam, intensywne, jaskrawe, fluoryzujące, formujące się w piękne, jakby czterowymiarowe mandale, których głębia nie ma końca. Nie mogę jednak oddać się kontemplacji, bo mój zachwyt przechodzi w poczucie ogromnej słabości i złego samopoczucia fizycznego. Staram się głęboko oddychać, aby sobie ulżyć, ale to niewiele pomaga. Słyszę jak przez mgłę, że ktoś zrywa się i biegnie wymiotować, potem znowu ktoś... Mnie też żołądek podchodzi już do gardła, ale nie ma mowy, abym mogła wstać. Przez najbliższe dwie godziny będę siedzieć w zupełnym bezruchu, zgięta w pół, usiłując nie spaść z krzesła...Wizje, to mocniejsze, to słabsze, ale cały czas fantastycznie kolorowe.

Z opowieści innych uczestników wynika, że w ich głowach działy się różne rzeczy i nie wszystkie takie barwne jak moje... Były walki z demonami chorób, legiony uzbrojonych strażników z psami, dziwne istoty, dzikie i drapieżne zwierzęta. Na szczęście przybyły też anioły.

Don Juan w jakiś sposób wie, co dzieje się w naszych głowach i kontroluje przebieg akcji. Wiemy to od osób, które stwierdzały ingerencję Don Juana w swoje wizje zawsze wtedy, gdy same przestawały sobie radzić.

Przed zakończeniem działania ayahuaski szaman podchodzi do każdego, przeprowadza rytuał oczyszczenia dymem i miotełką, i dyskretnie przekazuje informację, którą otrzymał w trakcie swoich wizji, a która dotyczy danej osoby. Są to informacje dotyczące stanu zdrowia, ewentualnie przyszłych wydarzeń.

Następnego dnia przez wiele godzin czuję się jak na kacu gigancie i mam trudności z utrzymaniem pionu. Inni czują się różnie, w zależności od indywidualnej odporności na używki, stanu zanieczyszczenia organizmu tudzież wcześniejszych doświadczeń z ayahuaską, bo nie wszyscy spośród nas byli nowicjuszami. Generalnie każdy reaguje inaczej.

Dzielimy się wrażeniami bujając się w zawieszonych wszędzie hamakach. Don Juan przysłuchuje się, czasami potakuje lub udziela odpowiedzi na pytanie zadane wprost, ale sam niewiele mówi. Jeden z uczestników w swoich wizjach rozpoznał (wyczuł) dziadka Don Juana, co tenże potwierdził dodając, że na planie fizycznym zawsze pracuje w pojedynkę, ale ma wielu pomocników po drugiej stronie.

peru_10.jpg
Ręcznie robione naszyjniki z nasion i piór papuzich

Tu, gdzie jesteśmy, na tej ziemi i pomiędzy tymi ludźmi, granica między światem fizycznym i światem niematerialnym jest bardzo cienka. Na porządku dziennym są opowieści o duchach, syrenach, skrzatach, złych i dobrych czarownikach, gnomach i krasnalach, aniołach i dewach. Pewnego razu, gdy jeden z Peruwiańczyków zszedł na brzeg rzeki zrobić pranie, wrócił po godzinie z błyszczącymi od zachwytu oczami, ponieważ zobaczył syrenę, która "polewała się nabraną w dłonie wodą, po czym wślizgnęła się z powrotem pod taflę rzeki, pozostawiając jedynie kręgi na wodzie". Potem okazało się, że było to równo w samo południe, czyli że wszystko się zgadzało ze zwyczajami syren, które wychodzą na brzeg jedynie o 12 w południe lub o północy. Opowiedziano nam również historię Amerykanki z krwi i kości, która jakiś czas temu zaginęła - wyszła nad rzekę i nie wróciła. Nigdy nie odnaleziono jej ciała, ale ona sama wielokrotnie w snach informowała rodzinę, aby zaprzestano jej szukać, bo ma się znakomicie i mieszka teraz głęboko pod wodą ze swoim mężem, Panem Wód, który wypatrzywszy ją na brzegu, zakochał się bez pamięci, porwał ze sobą i przemienił w syrenę. Teraz już wiem, jak rodzą się baśnie... Faktem jest, że wysłuchawszy tej i innych opowieści jakoś straciłam ochotę do samotnych medytacji nad rzeką...

Inne wydarzenia z pogranicza, których sami byliśmy świadkami, to akustyczne manifestacje duchów, które zamieszkiwały nasz lodge. Gdy się wprowadziliśmy, było w miarę spokojnie, ale z upływem czasu zaczęły sobie poczynać coraz odważniej. Stukały, skrobały, hałasowały, poruszały hamakami. W końcu musiał interweniować don Juan, który podczas ceremonii ayahuaski dokładnie widział z kim ma do czynienia. Sobie tylko wiadomym sposobem wyprosił wszystkich niewidzialnych współlokatorów i zapanowała cisza... Raz tylko zapytał nas, czy zgadzamy się, aby "wprowadziły się" duchy dwóch młodych kobiet, którym - jak oświadczyły - było zimno i nie miały gdzie spać. Ponieważ nie mieliśmy nic przeciwko temu, don Juan pozwolił im się rozgościć, pod warunkiem, że nie będą przeszkadzały. Poza tym, że czasami stukały trochę garnkami w kuchni, to generalnie słowa dotrzymały...

Następne ceremonie odbywają się w podobnie ustalonym porządku:
oczyszczanie otoczenia,
picie ayahuaski,
oczyszczanie każdego uczestnika ceremonii dymem i miotełką (wdmuchiwanie dymu w złożone jak do modlitwy dłonie, na szyję z przodu i z tyłu oraz na czubek głowy),
oczekiwanie na efekty (w tym czasie szaman nuci icaro, modli się
i również zapada w trans),
etap wizji, torsji, wizji, torsji, wizji,
ponowne oczyszczenie każdego z uczestników,
krótki odpoczynek i rozejście się na hamaki lub do łóżek.

Ceromonie trwają około 1,5 do 2,5 godzin.

Kolejne zarejestrowane przez mój umysł obrazy są o tyle dziwne, że nie mogę się nimi z nikim podzielić. Chciałabym to opisać, ale jak ubrać w słowa coś, na co nie ma słów? Siedzę nad klawiaturą i po raz pierwszy w życiu nie wiem, co mam teraz napisać, bo nie wiem, co widziałam. To jest zbliżone do uczucia, gdy budzisz się i wiesz, że właśnie coś ci się śniło, ale juz nie pamiętasz co i nie ma sposobu, aby to wydobyć z pamięci.

Z tą różnicą, że ja pamiętam, co to było, ale nie ma na to nazwy ani porównania do niczego, co ma nazwę. Może to były same wibracje, które dały się "zobaczyć" i pozostawiły po sobie energetycznie przyjemne odczucie. A może całkiem co innego? Wiem, ze przy kolejnym spotkaniu rozpoznam to, może w tym życiu, a może już w innym.

Po drugiej stronie możemy napotkać wszystko. Trzeba być przygotowanym na to, że na początku pojawia się cień, ciemna strona pełna potworów, węży, smoków i strasznych stworzeń. Są to nasze lęki, agresja, złość i negatywne uczucia, stłumione i wyparte od długich lat, zapomniane albo i nie. Są to nasze prywatne potwory energetyczne, które wysysają z nas siły, żywią się nami i w końcu manifestują się jako choroby i ułomności.

To najlepszy moment, żeby się z nimi rozprawić, spojrzeć im prosto w oczy i z miłością odesłać tam, skąd przyszły. Znikają natychmiast, gdy poczują, kto tu rządzi, posłuszne i zdziwione.

W fizycznym wymiarze często jedynie czujemy ich obecność, ale nie widzimy ich. Na ogół żywiliśmy je przez prawie całe życie, są więc silne i nieustępliwe. A my słabi. Ayahuaska pozwala je zobaczyć, stanąć twarzą w twarz. To szansa na zamianę ról, na odebranie im mocy, którą wyssały z naszą energią.

Według koncepcji andyjskiej, istota ludzka ma trzy poziomy:
pierwszy, Hanan Pacha, to świat duchowy,
drugi, Kay Pacha, to świat tu i teraz, świat myśli i aktów wolnej woli;
trzeci, Uku Pacha, to gęsty świat ego.

Celem jest dotarcie i operowanie na poziomie Hanan Pacha, samopoznanie. Do tego potrzebna jest energia i wiara, siła woli i konsekwencja. Świat, w którym żyjemy, podsuwa nam codziennie tyle pokus, zajęć i zmartwień, że nasza aktywność nie wychodzi na ogół poza Uku i Kay Pacha. Pierwsze ceremonie ayahuaski również toczą się na tych poziomach. Węże, jaszczurki, smoki, potwory i demony to mieszkańcy tych stref. One powodują, że jesteśmy tak przerażeni tym, co zobaczyliśmy, że nie jesteśmy w stanie poluzować mięśni, umysłu i emocji, aby odbić się i poszybować wyżej, na spotkanie prawdziwej duchowości.

Wszystkie te dziwne i straszne stworzenia odgrywają bardzo ważną rolę - mają mianowicie za zadanie zawrócić nas z drogi, przerzedzić szeregi, wyselekcjonować uczestników.... Bardzo przypomina to wątki starych baśni, gdzie wiele trudnych zadań musi pokonać bohater, aby dotrzeć do celu.

Gdy nieświadomy, łasy drogi na skróty człowiek zostaje otoczony potworami tak rzeczywistymi, że prawie namacalnymi, może przestraszyć się nie na żarty. I wtedy to człowiek tchórzliwy zawraca, człowiek tchórzliwy kończy podróż.

Miarą naszego rozwoju duchowego nie jest oczywiście obecność lub brak jaguarów, wilków, węży, niedźwiedzi czy dzików. Na późniejszym etapie pojawiają się również, ale w innym charakterze. Już nie straszą, a raczej to my się ich nie boimy - są teraz naszymi duchami opiekuńczymi, zwierzętami mocy i przewodnikami.

Bo pokonane demony więcej się nie pojawiają. Droga jakby staje się szersza, jaśniejsza. Pojawiają się pomocnicy, skrzaty i dobre wróżki (one naprawdę istnieją!), duchy roślin i drzew, anioły.

Otwiera się szansa. Szansa przejścia do Hanan Pacha, aby tam za pomocą naszej własnej, odzyskanej energii dotrzeć do Jądra, do Punktu, do początku podróży.

peru_13.jpg
Selva z lotu ptaka czyli z samolotu

A na planie fizycznym - koniec podróży. Żegnamy się z ludźmi, którzy towarzyszyli nam, dzielili się swoją wiedzą, uczuciami i dobrą energią; żegnamy się z selwą i jej mieszkańcami, którzy otaczali nas życzliwie; żegnamy się również z tymi, których nie da się zobaczyć, ale których słyszeliśmy i czuliśmy; duchom ayahuaski kłaniamy sie nisko i dziękujemy za pomoc w otwieraniu ciągle nowych przestrzeni; wszystkim obiecujemy kiedyś powrócić, aby spotkać się znowu i z taką nadzieją odlatujemy z ziemi peruwiańskiej, aby wrócić tam, gdzie zawsze nam najlepiej - do domu.


Marzena Pillado
2 września 2007


peru_14.jpg
Za mna mąż i zaprzyjaźnieni Peruwiańczycy





Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)