Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

01 stycznia 2016

Katarzyna Urbanowicz

z cyklu: Z szuflad starego biurka. Historie rodzinne sprzed wieku (odcinków: 22)

Pierwsze uśmiechy raju

Kategoria: Historia i współczesność
Tematy/tagi: historiaobyczajeproza

« Tajemnicza Węgierka Wizytacje »

         Tuż po wojnie mój Dziadek, Benedykt Jacórzyński, w sarkastyczno-uszczypliwej formie opisał nowe porządki i nową, socjalistyczną władzę. Wszystko, co opisał, znamy doskonale z różnych źródeł historycznych, ale mimo to doznałam zaskoczeń. Mój dziadek był aż do bólu kontestującym komentatorem wydarzeń, prawicowym patriotą, zjadliwym antykomunistą, jednak uparcie trzymającym się realiów. Dlatego też bywa, że mimochodem odsłania niewygodne dziś ułamki prawd o sprawach, które urosły do mitów, napędzających nasz współczesny patriotyzm. W swojej powieści „Pierwsze uśmiechy raju (wyjątek z autobiografii)” opisał przejmowanie władzy w małym powiatowym miasteczku przez nowych ludzi, kulisy jej zawłaszczania, soczyste sylwetki powiatowych dzierżycieli władzy, ich bogate, choć nie zawsze realne własne plany i zamierzenia. Ukazał podporządkowanie sowieckim przyjaciołom, którzy choć wyglądają odmiennie od nas, Polaków, czasem śmiesznie, a zawsze ubogo i gburowato, znakomicie zawłaszczają nasze fobie i posługują się nimi bez zbytniego wysiłku, ponieważ my, Polacy, mamy swoje za uszami i mamy swoje interesy, by przysysać się do cycka władzy, i umiemy to uzasadniać wyższymi wartościami.

         Mój dziadek, przedwojenny inspektor szkolny, zostaje mianowany inspiektorem przez przedstawiciela takiej nowej miejscowej władzy, płynnej i niedookreślonej, miotanej wiatrem innych, wyżej położonych. Regułą jest, że każdy kolejny do niej dokooptowany podaje do grona zaufanych własnego kandydata, a ten swojego i tak dalej, aż przyjdzie władza wyższego szczebla i poprzycina ową swobodę. W powieści nominacja nie spotyka pewnego właściciela przedwojennego liceum, przeciwnie, zostaje on odsunięty od zawodu, ponieważ jako matematyk z wykształcenia wystawił niezbyt dobrą ocenę z tego przedmiotu córeczce powiatowego władcy, no i nie był patriotą, ponieważ pewna pani powiedziała innej pani, że heihitlerował na ulicy jakiemuś niemieckiemu oficerowi. Wątek zdrady przez hitlerowską gestykulację nie został ostatecznie wyjaśniony z powodów zdroworozsądkowych, bowiem taki gest Polaka wobec niemieckiego oficera groził uwięzieniem i egzekucją (prawdopodobnie jako oczywista drwina z władzy), więc fakt, iż człowiek ten przeżył po tym wojnę, był niezrozumiały. Ale dostarczył argumentu politycznego jego przeciwnikowi.

         W powieści jest wiele zaskoczeń podważających popularną wiedzę na temat bohaterstwa i zdrady.

         Przyjrzyjmy się takiemu fragmentowi, przekłuwającemu nadęty balon legendy okupacyjnego tajnego nauczania. Przyznam się, że o czymś takim nie wiedziałam, choć żyję trochę na tym świecie. Opisuje on kontrkandydatkę owego byłego dyrektora liceum, osobę młodą, niezbyt wykwalifikowaną, ale mającą konspiracyjne zasługi. Muszę jeszcze zaznaczyć, iż w tekście mój dziadek podkreślał tzw. „brzydkie wyrazy” nijak się mające do współczesnych „brzydkich wyrazów” (jak np, „cholera”) oraz wyrażenia, które uznawał za gminne i nieprawidłowe wtręty w prawidłowej polszczyźnie.

         „Obywatelka Ogórek miała opinię bardzo zasłużonej podziemnej działaczki oświatowej, albowiem w czasie okupacji prowadziła tak zwane tajne komplety nauczania, które przynosiły jej kilka tysięcy złotych miesięcznego dochodu, podczas gdy nauczyciel w tak zwanym jawnym szkolnictwie pobierał przeciętnie około trzystu złotych na miesiąc. Nadto postać jej otaczała aureola bohaterstwa. Zachowała bowiem zimną krew, nawet wtedy, kiedy rzekomo otrzymała jakiś anonim z pogróżkami, iż za jej całokształt chlubnej pracy oświatowej uskutecznione zostanie doniesienie do władz niemieckich. Obywatelka Ogórek wcale nie nastraszyła się owych pogróżek i tylko postarała się u tych samych władz niemieckich, do których miało być zrobione doniesienie, o zezwolenie na prywatne nauczanie. W ten sposób jej nauczanie pozostało dla opinii polskiej nadal tajne, a dla opinii władz niemieckich stało się prywatne. Nazywało się ono u Niemców Privatunterricht.

         Wobec takiej chwały obywatelki Ogórek należało przypuszczać, że jej zapytanie...”

         I jeszcze jeden fragment, dotyczący wspaniałych, przyszłościowych planów tych, którzy jeszcze nie wiedzieli, że nie mają nic do powiedzenia i łudzili się, że ich nieudacznictwo nie zostało wcześniej dostrzeżone i że ich jest przyszłość i ich są wspaniałe pomysły. W tym celu utworzyli oni Powiatową Komisję Oświatową, mającą przynieść miejscowemu szkolnictwu dobrą zmianę. Ku przestrodze współczesnych, oczywiście.

         „Plan pracy na razie mamy bardzo skromny – kontynuował dalej swoje informacje Obywatel Raducki. Postanowiliśmy w każdej wiosce naszego powiatu stworzyć dwa żłóbki dziecięce, jedno przedszkole i jedną siedmioklasową szkołę powszechną, a w każdej gminie jedno gimnazjum z internatem, jedno liceum ogólnokształcące, jedną szkołę rolniczą, jedną szkołę zawodową i jedno liceum pedagogiczne. Oczywiście i te wszystkie zakłady muszą mieć swoje internaty. W naszym mieście jako w mieście powiatowym założymy normalny uniwersytet, politechnikę, konserwatorium, akademię sztuk pięknych, akademię rolniczą i akademię weterynarii. Jeszcze tylko nie rozstrzygnęliśmy, czy ma zostać założona akademia górnicza. Poza tym projektujemy w różnych miejscach na terenie naszego powiatu uniwersytety ludowe, uniwersytety robotnicze, instytuty badań naukowych, poradnie zawodowe, kursy języków obcych, a przede wszystkim języka rosyjskiego, dalej świetlice, orkiestry i chóry ludowe, teatry amatorskie i kółka sportowe, kursy dokształcające nauczycieli i kursy przysposobienia zawodowego. Wszędzie biblioteki publiczne, to swoją drogą. Najlepiej będzie gdy...”

         Powiatowa komisja oświatowa czasami bywała prawomocna, czasami zaś nie; gdy któraś władza twierdziła, że powinna zostać wybrana głosami nauczycielstwa, a nie poprzez samostanowienie, poprzednia komisja stawała się tylko ciałem doradczym.

         Na stanowisko powiatowego inspektora szkolnego wyznaczono jednocześnie trzy różne osoby – każda popierana przez inną władzę. W powieści opisane są różne śmieszne zawirowania, wynikające ze spięć między ludźmi, nocne wizyty sprzymierzeńców zawiadamiających że „tylko dojdą do Berlina zatknąć krasnyj, czyli jak się u was mówi czerwony sztandar, po naszemu prapor, a potem wracamy do domu. My urządzamy się u nas po swojemu, a wy urządzacie się u was po swojemu... Nie martwcie się! My wam pomożemy urządzić się...” — a wszystko to tworzy niepowtarzalną atmosferę (którą można by określić terminem zaczerpniętym z astrologii jako kwadraturę Neptuna z Saturnem, szarpaną różnymi dziwnymi tranzytami szybkich planet).

         Napięcie rośnie, ponieważ zwaśnione strony, plus delegat miejscowego nauczycielstwa, mający swoje podwójne preferencje, oficjalne i nieoficjalne, z braku działającej publicznej komunikacji, mają udać się do Warszawy jednym samochodem, należącym do PSS „Społem”. Ta ciężarówka miała wyjechać za trzy dni, jednak jej wyjazd opóźnia się, mija 5 dni, konflikty eskalują, sojusze zmieniają się... Każda ze stron chciałaby przyjechać wcześniej niż inna, żeby przed konkurentami przedstawić władzy swoje racje, ale żadna nie miała na to szans.

         Kiedy wszyscy stawiają się w miejscu urzędowania kuratora i każdy pokazuje swoją nominację, pytając, która z nich jest ważna, kurator stwierdza, że ważniejsza jest ta podpisana przez niego, a nie przez jego zastępcę. W ogólnie chaotycznym sporze, do którego włącza się przypadkowo przebywający w biurze delegat Ministerstwa Oświaty, rozpatrywane są różne rozwiązania, mające zadowolić wszystkich, ale nie zadowalające nikogo, ponieważ argumentację za ich wyborem można określić dzisiejszym powiedzonkiem „od czapy”. Sytuacja jest prawie kafkowska, a bohater opowiadania, mając wszystkiego dość, rezygnuje ze swojej nominacji. Nie jest to zresztą koniec problemu, ponieważ zobowiązany zostaje do złożenia rezygnacji, ale nie ze stanowiska, na które został wcześniej nominowany, a ze stanowiska, które właśnie w zamian mu zaproponowano, czego oczywiście, jako skrupulant, nie chce uczynić.

         Po jakimś czasie wezwany zostaje do Warszawy. Tu stawia się co czwartek przez trzy miesiące, odczekuje swoje w kolejce po odebranie nominacji na inspektora w Radzyminie. Różne pisma w jego sprawie przekładane są z teczki do teczki, jedne osoby je wkładają, inne wyjmują, odbywa wędrówki biurokratyczne po rozmaitych urzędnikach, a do każdego musi odczekać w kolejce po kilka godzin, aż wreszcie nominacja zostaje wydana.

         Znużona czytaniem tych peregrynacji docieram do końca powieści i tu muszę jeszcze zapoznać się z artykułem z „Walki Młodych”, wyłożonym na korytarzu, gdzie oczekiwał petent. Zaiste, tekst pełen jest poetyckiej ideologii i stanowi zabawny kontrapunkt dla rzeczywistych przeżyć bohatera. I raptem okazuje się, że wypłata za owe przeczekane trzy miesiące, jako za czas urlopu, jest sprawą banalnie prostą – wystarczy wziąć zlecenie i iść do kasy (chociaż gdy się o nią spytano, wyglądało na to, że będzie to kolejna biurokratyczna droga przez mękę). Pozostałam w zadziwieniu razem z autorem, który nie do końca w to uwierzył.

         I jeszcze kilka wypisów z ówczesnej rzeczywistości. Nieco wcześniej, nie mając za co żyć, autor postanowił sprzedać swoją szafę. Oto stosowny fragment:

         „Taka sprzedaż nie była podówczas sprawą łatwą. Ludzie dzielili się natenczas na dwie kategorie niby na dwie marksistowsko-leninowskie klasy: na takich, którzy ten mebel posiadali, oraz na takich, którzy tego mebla nie posiadali. Pierwsi kupować go nie potrzebowali, a drudzy kupić go nie mogli. Powód? Brak pieniędzy. Wymiana waluty okupacyjnej na walutę nie-okupacyjną, a właściwie neo-okupacyjną była tak sprytnie przeprowadzona, że każdy mógł wymienić tylko pięćset złotych i to za okazaniem niemieckiego dowodu osobistego zwanego po niemiecku Kennkarte, a po polsku kennkartą. Dla kontroli urząd skarbowy wycinał z tego dowodu osobistego odciśniętą niemiecką pieczęć z wizerunkiem fantastycznie stylizowanej wrony. Komu udało się ocalić wronę od wycięcia, ten mógł wymienić drugie pięćset złotych, ale były to tylko wyjątkowe, a więc nieliczne wypadki.”

         „Ten i ów z moich znajomych na propozycję nabycia tego, bądź co bądź koniecznego w normalnych warunkach sprzętu zapytywał cokolwiek opryskliwie:

         — Po co mi szafa?

         — Jak to po co — udawałem zdziwienie. — Powiesi pan w niej ubranie.

         Nagabywany kiwał miłosiernie głową i odpowiadał znowu w formie pytającej:

         — A w czym będę chodził?”

         Zabawny jest też opis wyjazdu bohatera do Warszawy na wezwanie kuratora, z późniejszym zamiarem udania się do rodziny mieszkającej w Wilanowie (wówczas odrębna miejscowość) – jako że pozostawał bez pracy i nic go w poprzedniej miejscowości po sprzedaniu szafy nie zatrzymywało.

         „Do Warszawy jechałem prawie cały dzień długim sowieckim pociągiem złożonym z samych naftowych cystern. Właśnie jedna z nich posłużyła mi za wagon osobowy. W Warszawie przenocowałem u jakiegoś poczciwego robotnika kolejowego, który za „jedne” dwadzieścia złotych oddał mi w swoim jednoizdebkowym mieszkanku do wyłącznego mojego użytku na całą noc jedno krzesło o trzech nogach. Krzesło to zastępowało hotelowe łóżko. Wraz ze mną nocowało w izdebce jeszcze kilkanaście osób. Każda z osób miała, podobnie jak ja, jedno krzesło do dyspozycji, tylko że krzesła te posiadały po cztery nogi.”

         Bohater poszukuje kuratora oświaty, który w międzyczasie przeprowadził się z Pragi do śródmieścia Warszawy, po czym trafiwszy tam, opisuje ówczesne jego biuro.

         „Kamienica, w której ulokowało się kuratorium, była zwyczajną kamienicą mieszkaniową i z trudem odpowiadała swojemu nowemu przeznaczeniu. Urząd poszedł tu na kompromis z prywatnym charakterem mieszkań, a raczej skrzyżował prywatny charakter mieszkań z charakterem urzędowym. Po pokojach stały nie tylko urzędowe stoły i biurka ale i nieurzędowe łóżka oraz tu i ówdzie kredensy. Te ostatnie spełniały podwójną rolę, albowiem służyły do przechowywania urzędowych akt tudzież pełniły obowiązki spiżarni, jako że ukrywały w swojej burżujskiej pękatości spyżę dla pracującego w pocie czoła personelu. Na półotwartych drzwiczkach wisiały suszące się ręczniki, a także części przepranej, dyskretnej garderoby, tak męskiej jak i żeńskiej należącej — rzecz jasna do kuratoryjnego gryzipióratu.”

         Wartość literacka powieści? Trudno mi o niej się wypowiadać. Rzecz zabawna, choć miejscami przegadana. Czasem robi wrażenie, że autor dowcip dociskał kolanem, nie pozostawiał niczego domysłom czytelnika, wszystko akuratnie do końca musiał skomentować i rozebrać na części pierwsze. No ale inne czasy, inna stylistyka. Dziś trzeba by to poważnie skrócić. Za to nie do przecenienia jest wartość opisu ówczesnych realiów, szczegółów, o których nie mamy dziś pojęcia, bo nikt nie uznał ich za ważne (np. wycinanie pieczęci przy wymianie pieniędzy), także świetna charakterystyka postaci, zabawna i złośliwa. Tej autorowi nie brakuje, szczególnie w przypadku „nowych ludzi”. Nie zapominajmy, że nie było wówczas telewizji i takiego, czy innego polityka trzeba było sobie po prostu wyobrazić. Na przykład tak:

         „...W trakcie tej mojej codziennej bezpapierkowej czynności uchyliły się w pewnej chwili drzwi i za plecami tłoczących się interesantów zjawił się niedużego wzrostu człowieczek z zadartą głową i w okularach na nosie, spoza których spozierały ruchliwe oczka trochę figlarne, trochę przebiegłe i trochę wyzywające. Trzymana w ręku pokaźnych rozmiarów skórzana, brzemienna zawartością teka dodawała człowieczkowi znakomitej powagi. Ruchliwe jego oczka zlustrowały szybko lokal biurowy od sufitu do podłogi, a potem spoczęły na mnie. Do ruchliwych oczek trochę figlarnych, trochę przebiegłych i trochę wyzywających dołączył się teraz uśmiech trochę obleśny, trochę sztuczny i trochę zagadkowy. W momencikach krzyżowania się naszych spojrzeń uśmiech ten przeistaczał się w tak serdeczny, ze aż chwytał za serce.” 

         Wyobrażam sobie mojego dziadka piszącego ową powieść przy najważniejszym meblu małego, praskiego mieszkanka – masywnym biurku z wieloma szufladami pokrytego zielonym suknem, tu i ówdzie skażonym kropkami atramentu, z jego pokaźną butlą i bibułą do suszenia oraz karnie ułożoną stertą papieru. Nie ma on oczywiście pojęcia, iż po siedemdziesięciu latach znajdzie się czarna owca, wykluczona kiedyś przez niego z rodziny za lewicowe, socjaldemokratyczne odchylenie, która odczyta te słowa na nowo i odnajdzie w nich genetyczne koło historii, obojętne na odróżnienia prawicy od lewicy, komuchów od solidaruchów i takich tam... (O tym, jak mój dziadek wykluczył mnie z rodziny opowiedziałam w odcinku 76 Prababci Ezoterycznej  http://www.taraka.pl/jak_zapisalam_sie_do )

          Mimo wszystko jestem nadal w zgodzie z sobą, ale i z nim i z łańcuchem przodków. Nasze, czasem wzgardliwe spojrzenie, kostyczny humor, przeniosły się na mojego syna i wnuka i kto wie, jak dalej się przeniosą... Im jesteśmy starsi, tym więcej widzimy podobieństw i tym bardziej odczuwamy chichot historii fizycznie, jako gęsią skórkę na własnych plecach. Bowiem historia podobno kołem się toczy...

 

Uwaga:

Moje dziecinne wspomnienia z wymiany pieniędzy zamieszczam na swoim blogu http://babciaezoteryczna.pl


Z szuflad starego biurka. Historie rodzinne sprzed wieku: wstęp na końcu

Z szuflad starego biurka. Historie rodzinne sprzed wieku

Korekta przez: Radek Ziemic (2016-01-02)



« Tajemnicza Węgierka Wizytacje »

Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)