Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

20 kwietnia 2015

Katarzyna Urbanowicz

z cyklu: Prababcia ezoteryczna (odcinków: 94)

Po co są bezsenne noce


« Polityczne żałoby Dyskusja o męskości żeńskości w Tarace »

      Oczywiście po to, żeby rozpamiętywać. Jeżeli jest co, to dobrze. Gorzej, jeśli nie ma niczego sensownego do rozpamiętywania. Dla mnie wszelkie zalecenia dotyczące medytacji są na nic. Bezsenność nie daje się zagospodarować i medytacyjnie wykorzystać; wcale nie zmierza ku medytacji, tak jak oczywistym jest, iż nie pomaga na nią liczenie baranów. Umysł sięga wówczas po strzępki napotkane przypadkowo i czepia się ich jak pijany płota. I wówczas na plan pierwszy (przynajmniej u mnie) wysuwają się drobne sprawy, spychane w ciągu dnia, nie tyle może w podświadomość, ile wypychane na margines świadomości. A to, że PIT jeszcze nie wypełniony — muszę najpierw policzyć ulgi — w tym celu muszę pobrać wyciągi z banku — sobota może być? — nie, w zeszłym roku usiłowałam wysłać w weekend i nie chciało pójść, aż wzięłam się na sposób i w połowie bezsennej nocy wysłałam i poszedł — więc wstać i zacząć wypełniać PIT — czy może jeszcze poczekać, aż przyjdzie sen?... Albo jeszcze inaczej: — Trzeba w poniedziałek o szóstej rano ustawić się w kolejkę na schodach przychodni — kończą się już leki — zaraz, zaraz, miał być deszcz, czy będzie mi się chciało rano stać na deszczu godzinę — nie podłożę wszak gazety pod tyłek i nie usiądę na schodach zalanych deszczem — a w ogóle poniedziałek to taki niemiły dzień, może lepiej we wtorek — ale leków mi nie starczy do wtorku, co robić? — może lepiej pójdę do apteki i ładnie poproszę panią farmaceutkę, żeby mi sprzedała jedno opakowanie lekarstwa na borg, a ja doniosę receptę, gdy się dostanę do lekarza, jutro, pojutrze, za tydzień – wszak tyle lat jestem stałą klientką — albo może lepiej już wstanę i poszukam; gdzieś miałam taką nadmuchiwaną poduszkę, nawet na deszczu mogę na niej usiąść...— Ale nie, nie chce mi się, po prostu. Nie mogę teraz spać, więc rano będę źle się czuła, i jak tu wstawać i iść na deszcz...

         Czasami jednak bezsenna noc przynosi jakieś słowa przeczytane lub zasłyszane w ciągu dnia i umysł z uciechą odrywa się od myślenia o przychodniach, lekach, podatkach, PIT-ach, wyborach, Bronku i Dudzie oraz Ogórku i szybuje w rejony niedostępne w czasie dnia (ciekawa jestem dlaczego w ciągu dnia nie mogę myśleć o rzeczach wzniosłych i od życia oderwanych?) Może źle robię, że włączam dziennik telewizyjny na wybudzenie? Może niepotrzebnie wychodzę po poranną gazetę, jak niektórzy wyprowadzają swoje pieski? Może.

         Tak jak dziś. Nagle poczułam duszność i ból w klatce piersiowej i musiałam unieść oparcie łóżka (na szczęście mam do tego pilota). Myśli więc dzięki temu oderwały się od PIT-ów, planowania rozmów z farmaceutką z apteki lub listonoszem (jak go przekonać, żeby poczekał nie 3 a 4 dzwonki, aż podejdę do domofonu; ciekawe, że dostawca wody, chudzina z wielką butlą na ramieniu, czeka czasem i 5 dzwonków) i poszybowały, (choć nie od razu) w przyjemnym, teoretycznym kierunku.

         Są dwa okresy życia, kiedy instynkt i intuicja są dla nas ważne, kto wie czy nie najważniejsze: w dzieciństwie i na starość. W tym czasie powstają w największej liczbie i ukorzeniają się gesty, przyzwyczajenia, stające się rytuałem wiążącym nas ze światem, jak na przykład używanie konkretnego kubka, niechęć do niektórych dźwięków, skręcanie ucha w zamyśleniu, dłubanie w nosie itp. Potrafią one nas cofnąć nie tyle do początku naszej osoby, ile do naszych korzeni, jak na przykład gest skręcania ucha wędrujący przez kolejne pokolenia mężczyzn rodziny linii męskiej, czy dłubania w nosie przez pokolenia kobiet, albo wyrywania włosów z tyłu głowy, który to gest na szczęście nie przeniósł się na następne pokolenie.

         Wielokrotnie obserwowałam dzieci, których konserwatyzm w drobnych sprawach bywa zadziwiający. Ta miseczka, ten miś, ten kubeczek, ten samochodzik są moje. Są i będą wiecznie. Miseczką i kubeczkiem nikt poza mną nie ma prawa się posłużyć, miś otrzymany w wieku 4 lat i zaraz po tym przywłaszczony, na zawsze staje się postacią żywą i realną (pisałam o tym w pierwszym sezonie blogu „Babcia ezoteryczna” odcinek17 http://www.taraka.pl/niebieski_misio i 18 http://www.taraka.pl/jaskinia ) zapamiętaną aż do starości, kiedy od przywłaszczycielki otrzymałam w prezencie taką podkładkę pod komputerową mysz:

      Ten talerzyk nie ma prawa stać po jedzeniu na okrągłym stole, jego miejsce jest zupełnie gdzie indziej. Ale tamten talerzyk, z takim samym nadjedzonym kawałkiem ciasta, na stoliku do kawy czy przy komputerze ma prawo stać, nawet gdy jest już pusty. Dzieci swoiście pojmują wskazówki rodziców, czynią z nich fundamenty zachowań, święte rytuały, dodają im wagi i przypisują moce, których nie mają. Niestety, nie zawsze, jako rodzice przemyślamy nasze nakazy i zakazy.

         W wieku średnim ludzie zaczynają się bardziej pilnować. Wiedzą, że dłubanie w nosie jest brzydkie, więc oduczają się tego. Odrzucają włosy z czoła ruchem głowy, ale jeśli nikt im na to nie zwrócił uwagi, że kilkakrotne w ciągu paru minut bywa denerwujące, robią to nadal, nawet w czasie publicznych przemówień, jak jedna z naszych kandydatek na urząd prezydenta. Jako ładna kobieta może robić różne gesty, w innych okolicznościach denerwujące (jak wiele innych, ładnych kobiet), jako prezydentowi nie bardzo pasuje. Moja mama lubiła przy sprzątaniu podśpiewywać pod nosem (niemiłosiernie fałszując) pewne przedwojenne tango, którego nie znosiłyśmy, przyjmując z ulgą czas, kiedy wskutek ciężkich przeżyć osobistych w ogóle przestała śpiewać i tańczyć wokół szczotki. Kiedy ja oduczyłam się palenia papierosów, odruchowo podnosiłam pustą dłoń do ust, a gdy stwierdziłam, że nie ma w niej papierosa, żeby dokończyć i zgrabnie zamknąć rozpoczęty gest, pocierałam palcami nos. Niestety moje szefostwo to zauważyło i zwróciło mi uwagę, że w mowie ciała gest ten oznacza oszukiwanie i nieszczerość, a w tak wymagającej zaufania dziedzinie, jak ubezpieczenia, po prostu takich gestów nie wolno wykonywać. Oduczyłam się więc (choć niemałym kosztem) pocierania nosa. Zaczęłam odgarniać grzywkę.

         Z tego wynika, że pewne gesty, a także rytuały możemy modyfikować. I że znawcy tzw. mowy ciała niewiele wiedzą o źródłach rozmaitych zachowań, opierając się zresztą najczęściej na amerykańskich ustaleniach, choć nasze, rodzime zachowania, wyrosłe na gruncie innej kultury, nieraz są bardzo odległe od tych zza oceanu. Ale zbaczam z tematu.

         Na starość kostniejemy także w swoich zachowaniach. Nabywamy nowych, nie zawsze, a raczej nigdy nie sprawdzających się w zmienionych warunkach. W domu mam łóżko, do którego podchodzę ze swojej prawej strony i wobec nieruchawości niektórych stawów mam opracowany cały system wchodzenia na nie. Ma też ono wysokość tak dostosowaną, żeby nie obciążać kręgosłupa przy wstawaniu. Moja taktyka całkowicie zawodzi, gdy muszę położyć się na leżance u lekarza lub w gabinecie zabiegowym. Denerwuję się wówczas i wstyd mi, jaka jestem niezdarna. W swoim mieszkaniu niezdarność opanowałam, poza nim mniej panuję nad własnym ciałem. Mam specjalny kubek na wodę, który stawiam na noc przy łóżku, żeby móc napić się bez nadmiernego podnoszenia się. Mam też wałek pod szyję, gdy obracam się na prawy bok i miękką poduszeczkę, gdy przewracam się na lewy bok. Zanim zamknę oczy wpatruję się w okno, gdzie daleko widzę na przeciwko wysoki blok. Rama mojego okna w promieniu widzenia zasłania prawą stronę bloku i stale oświetloną klatkę schodową, odsłania zaś rząd okien po lewej stronie. Kiedy kładę się spać, zazwyczaj palą się światła tylko w dwóch górnych oknach, gdy zaś cierpię na bezsenność, gasną i one. Myślę wówczas: oto już bezsenność, trzeba ją zagospodarować. W nocy, gdy zmienię czasem pozycje, odsłania się oświetlony ciąg okien klatki schodowej i wówczas ze zniecierpliwieniem przesuwam się. Dziecinny talerzyk z napoczętym ciastem nie ma prawa stać na okrągłym stole, babciny wzrok nie powinien spoczywać na kolumnie rozświetlonych okien. Obie rzeczy zaburzają rzeczywistość, jaką chcemy widzieć i skłonni jesteśmy zaakceptować.

         Zdaję sobie sprawę ze swych dziwactw, gdy przyjdzie mi nocować w innym miejscu i zastanawiam się, po co mi potrzebne takie głupie nawyki.

         Kiedy byłam dzieckiem i młodą kobietą, mężatką i matką, nigdy nie miałam własnego pokoju, własnej przestrzeni. Poczucie bezpieczeństwa wiązałam z obecnością innych osób przy mnie. Dzieci, mąż, domowe odgłosy wskazujące na to, iż nic złego się nie dzieje, pozwalały mi spokojnie spać. W szpitalu także nie potrafiłabym zasnąć w oddzielnym pokoju. Wolałam zbiorowe sale, gdzie oddech, kaszel, chrapanie innych osób dawało poczucie, że gdyby przypadkiem coś się ze mną niedobrego działo, mogę kogoś zawołać (pielęgniarki w nocy raczej nie reagują na dzwonki, ale biegną gdy ktoś, zwłaszcza kilka osób, robi wrzask) i oczekiwać nadejścia pomocy. Wiedziałam, że to złudne poczucie, bo i na mojej sali, po cichu umierały kobiety, nie zdoławszy komukolwiek dać znać, że przyszedł na nie kres. Ale mimo tego, czułam się bezpieczniej.

         Kryzys przyszedł na mnie, gdy po wypadku i zawale w jego trakcie wróciłam ze szpitali do domu. Mąż przebywał za granicą, dorosłe dzieci wpadały tylko w odwiedziny. Musiałam nauczyć się spać bez obecności kogokolwiek w moim otoczeniu, reagować na chwile bardzo złego samopoczucia i napady lęku przed śmiercią. Moja lekarka podpowiedziała mi, żebym wówczas szybko ubrała się i wyszła z domu w możliwie jak najbardziej ludne miejsce, zanim zgasnę cicho i niespostrzeżenie a mieszkańcy mojego bloku zainteresują się niemiłym smrodem w otoczeniu (tak zdarzyło się w moim bloku dwukrotnie).

         Potem zmarł mój mąż i już zostałam sama. Oswoiłam samotność, polubiłam ją, ale łapię się na tym, że w tym celu odtwarzam dziecinną jaskinię. Śpię i wszystko, co ważne, przechowuję w moim najmniejszym pokoiku. Mam tu komputer, odtwarzacz, mały telewizorek (oprócz dużego w salonie), książki, dyktafon, elektroniczny czytnik, ciśnieniomierz, segregatory, papiery, butelkę z wodą, telefony, ładowarki, lekarstwa i chusteczki do nosa plus mały ręczniczek. Jak w opowieści o dziecinnej jaskini staram się oswoić przestrzeń wokół siebie. Kiedy psuje mi się jakaś rzecz z mojego bezpośredniego otoczenia, trudno mi pogodzić się z jej stratą. Kiedy mój mąż pracował za granicą rozbudowując Chmielnicką Elektrownię Atomową, przysyłam mi często różne gadżety. Wśród nich były dwa dziwaczne zegarki: Jeden piał głosem koguta i obwieszczał po rosyjsku godzinę (dodając czy jest noc czy dzień), drugi wyświetlał czas na suficie. Szczególnie ten drugi sobie upodobałam. Wśród bezsennej nocy naciśnięcie wyszukanego po omacku guzika powodowało, że bez zapalenia światła wiedziałam, która godzina. Nie mogę do dziś go odżałować. Drugi nie jest w stanie go zastąpić bo skrzekliwy głos koguta wybudza mnie i tylko kiedyś przejściowo stanowił zabawkę dla wnuka. Jednak nie wyrzucam go w nadziei, że może kiedyś zechcę posłuchać porannego piania koguta.

         Opisuję to wszystko tak dokładnie, żeby pozwolić młodym osobom zrozumieć dziwaczne manie starości w rodzaju np. gromadzenia jakichś dziwnych przedmiotów. Mój teść gromadził woreczki po mleku (kiedyś mleko sprzedawano w takich woreczkach) i ja oraz moi synowie za każdą wizytą bezmyślnie uszczuplaliśmy jego zapasy, nie bez słuszności sądząc, że lęgnie się tam robactwo. Podejrzewam, że i moje zbiory oceniane są jako zbędne zbiorniki kurzu, choć sama dbam o to, żeby dokonywać ich selekcji no i wyjaśniam rodzinie przeznaczenie niektórych przedmiotów, gdy widzę, że w ich głowach rodzi się myśl o ich potajemnej eliminacji. Dlatego też namawiam młodych: zanim wyrzucicie babci lub dziadkowi cokolwiek (zwłaszcza skrycie) spróbujcie omówić z nimi tę sprawę, a przede wszystkim zbadajcie, do czego im te rzeczy są potrzebne. Skryte wyrzucanie powoduje w umyśle babci lub dziadka wątpliwość, na ile jeszcze jego pamięć jest sprawna (przecież tu było, leżało), a więc psychicznie dołuje, a poza tym podkopuje jego poczucie bezpieczeństwa. Tymczasem przedmioty takie mają często ciekawą historię, są ucieleśnionym wspomnieniem, zapisem życiowej drogi (nie każdy potrafi dzielić się swoimi refleksjami o nich) pokazem, z jakimi lękami musiał się w swoim życiu mierzyć (braku czego wyrazem były torebki po mleku mojego teścia?). Wszak nie wyrzucicie dziecku ulubionej przytulanki tylko dlatego że jest brzydka i niemodna?


« Polityczne żałoby Dyskusja o męskości żeńskości w Tarace »

Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)