Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

06 stycznia 2015

Aleksandra O-J

z cyklu: Sny i wizje (odcinków: 2429)

Podróż z Janem Englertem

Kategoria: Sny i wizje
Tematy/tagi: bógcelebrytanagopociągpodróż

« Sen, ale nie mój - to ja byłem snem Zapach »
Sen pierwotny. 2/3 stycznia.

Wsiadam w Jarosławiu do pociągu kursującego na trasie Przemyśl-Rzeszów-Warszawa; jadę w ostatnim wagonie; wagon typu otwartego, bez przedziałów. Zajmuję ostatnie miejsce przy oknie (dokładniej: od strony północno-wschodniej przebiegu trasy).
Ze zdumieniem zauważam, że naprzeciw mnie, tyłem do kierunku jazdy, odbywa podróż Jan Englert. Ubrany jest w elegancki jasny prochowiec, zaś na moim bliźniaczym miejscu, w południowym oknie wagonu, zasiada podróżny ubrany mniej elegancko, lecz dosyć podobnie. Sparaliżowało mnie początkowo onieśmielenie, bo dla mnie prof. Jan to przedstawiciel ELITY, lecz cóż - myślę - przeżyję to jakoś, on zapewne też; człowiek podróżować ma prawo, pewnie wraca z Przemyśla do Warszawy po jakimś występie. Spoglądam w okno, pragnąc oddać się obserwacji natury. Zbliżamy się do Rzeszowa i ogarnia mnie coraz większe zdumienie. Obraz za oknem kłóci się z tym, co wiem o świecie. Przy wjeździe do Rzeszowa za oknem widać pięknie odrestaurowaną, pełną bajecznie kolorowych kamienic, przemyską starówkę. Ogarnia mnie wzburzenie do tego stopnia, że pokonuję nieśmiałość i zaczepiam pana Englerta.
- Przepraszam najmocniej - mówię - Pan zapewne wraca z Przemyśla, czy tam teraz odrestaurowano starówkę? Bo to, co widzimy za oknem, to chyba Przemyśl jest? O co w tym chodzi? Dojeżdżamy do Rzeszowa przecież?
W tym momencie zauważam wokół szyby okna leciutką błękitną poświatę, jakby ekranu. Konstatuję, że okno naszego pociągu nie tylko oknem jest, ale ktoś używa szyb pociągu również jako ekranu, wyświetlając bez uprzedzenia obrazy bajkowo-reklamowe; podrasowuje niejako rzeczywistość, gdyż real za oknem wcale inny jest... Oniemiała w zgrozie (obraz, jakby na skutek mej przemowy, zaczyna zanikać, za oknem widać nagie jesienne drzewa  ) spoglądam na Englerta, a on uśmiecha się ze współczuciem i potwierdza moją obserwację.
- No i widzi pani - mówi - tak to jest - i kiwa głową w zamyśleniu.

Wyświetlany obraz całkiem znika od tego potwierdzenia, a ja mam nad czym w dalszej podróży myśleć.
Wstrząs spowodowany odkryciem - i fakt, że rozmówca wygląda na zmęczonego, a ja nie chcę kontynuować tematu - sprawia, że zmieniam miejsce podróży. Siadam w siedziskach po drugiej, południowo-zachodniej stronie wagonu, jak Englert - tyłem do kierunku jazdy. Pomyśleć muszę. Jacyś ludzie wsiadają do wagonu, robi się tłoczniej. Trzeci towarzysz naszej podróży jest na mnie wściekły. Atakuje mnie, że opuściłam miejsce obok Englerta, nieświadoma tego, jaki to da skutek: bo oto na moje atrakcyjne miejsce wpakowały się grupowo panny nastolatki - element niepewny i wg rozmówcy plebejski. Jego zdaniem powinnam szanować elitę, tymczasem mój ruch zmniejszył rozmówcy wygodę, bo nie może on już w tej sytuacji leżeć na swym siedzeniu, niczym na sofie.
Zdumiona jego uwagami udaję, iż miejsce opuściłam z premedytacją, z powodu demokratycznych poglądów. Oświadczam głośno, że nie uważam za słuszne utrudnianie ludziom wstępu do pociągu. Zamykam oczy i próbuję spać. Jest coraz bardziej tłoczno; po pociągu chodzą księża i czynią pasażerom znaki błogosławieństwa - krzyżyki na czole. Jeden z nich podchodzi też do mnie i kreśli mi krzyżyk na czole. Zauważam, że dziwnie niskiego wzrostu jest; dziwię się, że karzeł może być księdzem, ale oczu nie otwieram - udaję, że śpię. Księży karzełków jest kilku, zamierzają wracać na przód pociągu; "mój" ksiądz wraca do mnie i jeszcze raz błogosławi mnie szczególnie miło i czule. Nadal udaję, że śpię, ale czuję się otoczona opieką, jest mi przyjemnie.

POBUDKA ok. 12:00 w południe. Do czwartej snuję się po domu, w końcu wolne jest. Myślę o śnie w kontekście dyskusji o Tarace jako elicie; przed teleekspresem ogarnia mnie senność, zasypiam na kanapie i ... budzę się w przerwanym śnie!

Sen wtórny. Dziwię się we śnie, że jestem tu znowu, ale czuję, że chcę kontynuować ten sen.
Odnoszę wrażenie, że jestem w jakimś dziwnym stanie, że to jakiś półsen (na śnieniach się naprawdę nie znam); z wysiłkiem niejakim zagłębiam się w jego treść. W wagonie opustoszało, minęliśmy Rzeszów i jedziemy... w słońce, które - o dziwo - znajduje się po zachodnio-północnej stronie. W wagonie pan Englert oraz mój poprzedni oponent.
"To jest jakiś kapuś chyba - myślę - dziwny obrońca elity, którą nie jest."

Englert siedzi na krześle otwieranym ze ściany wagonu, tyłem do okien; pije kawę. Ja także, mam termos. Pan Englert jakby czytał mi w myślach. Mówi do mnie:
- Pokażę pani, jak się załatwia takie  sprawy - i ostentacyjnie pyta, zwracając się w naszą stronę, czy ktoś ma ochotę na kawę? Facet w prochowcu oburzony wstaje; nie ma ochoty się spoufalać. Jest zły z jakiegoś powodu... rozszerza ścianę pociągu tak, że może tyłem - za moim fotelem - ominąć nas, wyjść na przód pociągu, z dala od propozycji, i ulotnić się, zniknąć w tłumie.

Bliżej przodu pociągu (podróżujemy w ostatnim wagonie) jest więcej ludzi. Ale za przepierzeniem, w innych wagonach. Przed nami cały pociąg, obserwujemy go. Pan Englert czuje się z powodu braku pasażerów swobodniej; wstaje, otwiera okno, zaprasza mnie, bym mogła na świat, bez oszukańczych szyb, patrzeć. Wiecie, jak świetne jest wyglądanie przez okno pociągu - wiatr we włosach, słońce, śmiejemy się...

Jakby lekko poruszam się we śnie, czuję, że zagłębiam się w stan śnienia nieco świadomie i z wysiłkiem. Ale brnę w to, bo ciekawa jestem co dalej.
Pan Jan pokazuje mi, że może być jeszcze fajniej i...otwiera w pociągu drzwi. Siadamy na stopniach - jest super ! Patrzymy w zniżające się ku zachodowi słońce, mijamy łąki; mam wrażenie, że ten pociąg symbolizuje życie. Jedziemy z nogami na schodkach. Trochę zaczyna mi brakować akcji, nudzę się, a pan Englert wstaje, otwiera drzwi przeciwne i wychyla się. Jakby chciał pokazać mi, że chce... wzlecieć. "O, nie - myślę - na to nie pójdę, on jak chce, niech wyleci z tego pociągu, nawet niech się zabije, ja zostaję." Ale on faktycznie wychyla się mocno i nagle zamiast spaść - odrywa się i... w formie gołębia (białego, a jakże!) frunie w górę. Za nim szalik łopocze i we śnie kojarzę, że to szalik pani Jandy. Wtedy postanawiam zaryzykować i chwytam szalik; gołąb ciągnie nas w górę, mnie i ducha pani Jandy też. Wznosimy się ponad pociąg, widzę go z góry: po prawej, nad jeziorkiem, rezydencja w stylu Janukowycza odbija się w tafli, w której ... zaczyna się inny świat, alternatywny do naszego jakby. Po lewej, w górze, za mgłą chmur - następny świat. "Może to niebo ?" - myślę. Podfruwamy, a tam ulice miasta nocą, wiek na oko XVIII; ciemno, na domach śnieg. "Kiepskie to niebo" - myślę - nie zostaję tu, ciężkie życie, medycyny żadnej" - i głośno dodaję:
- Wracajmy na ziemię! Gołąb zawraca.
W drodze powrotnej pod pociągiem widzę świat jeszcze jeden: miasto w ciemnościach, XVIII wiek; po ulicach przebiegają tabuny ciemnych koni, nieustannie, nieustannie... Piekło jakieś? Wpadamy we troje z powrotem do pociągu: ja, pan Englert i Pani Janda. Widzę, że wszyscy mamy na sobie podobne eleganckie, jasne prochowce. Podoba mi się to. Jedziemy we troje, miny filozoficzne. Domyślam się, że ten sen to jakiś symboliczny jest.
Wiem, że jestem we śnie. Rozumiem, że pociąg to życie, co nie zmienia faktu, że... akcja zamarła, nudzę się!
Postanawiam iść do przodu pociągu, by zobaczyć, co robią tam inni ludzie i gdzie siedzi pan Jóźwiak (!). Przed sobą mam salonkę, wagon otwarty, ludzi mnóstwo, okna zasłonięte.
Większość pasażerów otępiała jedzie byle jak, rozglądam się. Jest! Pan Wojciech siedzi przy oknie (za oknem słońce) i metrówką mierzy sklepienie wagonu - jest mierniczym sklepienia salonki. Mówi, że może mnie nauczyć. Widzę, że jednak to bardzo zajęty człowiek, a mnie ciekawi reszta pociągu, więc idę dalej. Przed Panem Jóźwiakiem drzwi do pociągu otwarte, a w nich, na schodach, siedzi gość w buddyjskiej szacie; medytuje tyłem do słońca. O, to już ciekawe. Podchodzę bliżej i widzę, czuję, że mnich wprawił się w jakąś wibrację tą medytacją, że tworzy jedno z tym, co nas tworzy, to drgający stan. Obojętny, ale mnich jeśli zechce - myślami tworzy. Podoba mi się, ale to zjawisko dla mnie oczywiste, więc... nudne.

Ciekawość mnie gryzie, co też -
w tym moim dziwnym sennym stanie - na początku pociągu się znajduje? Zagłębiam się dalej w sen, niezbyt się czuję dobrze fizycznie, lecz ciekawość nie daje mi się obudzić. Jest początek mego pociągu: to duża, zrobiona z żywej wody figura Niepokalanej. Zdziwiona jestem, bo ona też drga, jak ten buddysta, i jej elementy - takie wodne iskierki-pikselki - tworzą cały obraz; w całej rzeczywistości jest obecna. Zwracam się do Madonny z pytaniem, dlaczego w tym pociągu nie ma nikogo z moich bliskich, a Ona otwiera rękę, z której wypływa woda w pędzie (pociąg cały czas jedzie) i z tych kropli zaczynają - równolegle do nas - pędzić pociągi moich dzieci.
- Jednego nie ma - upomniałam się, a po chwili widzę, że jest, zjawił się pociąg mego trzeciego dziecka.
A gdzie tu jest Pan Bóg, Jezus ? - pytam Madonnę - w końcu to półsen jest, nieznośna w nim jestem, ale chcę wykorzystać okazję...
- To trudno wytłumaczyć - rzecze - to jakby wszystko w Nim wewnątrz jest. I dalej pędzi pociąg w słońce. Budzę się.

Wstaję, koszmarnie się czuję, nie mogę się obudzić i wiem, że jakby wewnątrz, między mózgiem a brzuchem, ten sen dalej we mnie toczy się. Jest tam dalej rzeczywistość pociągu, z możliwością stawiania pytań i otrzymywania wyjaśnień. W kuchni, stojąc, zamykam oczy, aby dopytać się o męża, co on robi w moim śnie? Jest. W realu stoję w kuchni, zamykam oczy, a wewnątrz mnie mój mąż ostro opukuje dłońmi pociąg; chce poznać dotykiem, z czego zrobiony jest. Zdziwiona jestem. Obok niego jakaś kobieta tworzy błękitnymi wstęgami jakby balkon tego pociągu; znajduje się w życiu przez taką twórczość. Otwieram oczy, przemieszczam się po domu. W tvp - wiadomości, biały szum.

Zamykam oczy. Wpadam w sen. Jadę. Jackowski Krzysztof w moim śnie leży pod podłogą jadącego pociągu i w biegu dokręca jakąś jego część.
- To taki fach! - krzyczy do mnie. Widzę jego głowę w przegubie między wagonami pociągu. Głowa mojej kotki wprasowana w ściany wagonu. "Boże - myślę - ze zwierząt ten pociąg-życie się składa?"
Mam dosyć - otwieram oczy, idę do męża i mówię mu, że nie mogę się dobudzić i nie wiem, co mi jest. Opowiadam mu ten sen, a on się śmieje, że ciekawą książkę napiszę. Mówi, że też zdarzało mu się z powrotem wchodzić w sen. Uspokajam się.
Nadal czuję, że sen jeszcze we mnie jest. Znowu zasypiam, tym razem po raz ostatni.

Znów siedzę z panem Englertem i panią Jandą w ostatnim wagonie. Gdzie są moi rodzice? Widzę mamę - dyskutuje w głębi salonki, jest do połowy zagłębiona w podłodze. Ojciec lewituje - podpływa z głębi pociągu w stronę Englerta (W młodości byli podobni fizycznie).
- Pan jest w tym śnie moim ojcem? - pytam Englerta.
Tak - słyszę odpowiedź. Obracam się w stronę Jandy i pytam:
- A pani moją matką ? (chwytam podobieństwo).
- Jak chcesz - odpowiada - to twój wybór. Zdziwiona jestem, ale nie decyduję. Jeszcze nie. Gdzie są tu, wobec tego, moi zmarli? Szukam ich wzrokiem. Okazuje się, że są na dachu wagonu. Znajoma zmarła krzyczy do mnie z góry przez okno:
- Nawet nie wyobrażasz sobie! OK. Gnębi mnie ta sprawa z Jandą. Jakoś niezbyt czuję w niej bliską osobę, żeby miała być matką.
- A co to, wobec tego, seks jest? - pytam się jej, a ona na to (ze śmiechem usiłuje tłumaczyć charakterystycznie, ekspresyjnie machając dłońmi):
-No, jak to, to przecież część życia jest... - i śmieje się...
- OK - mówię - zgadzam się, jest pani moją matką.
- A po co są księża karzełki z mego snu, jaką oni spełniają tu rolę?
- Oni są po to, żeby ta rzeczywistość była w lepszej kondycji, żeby jadący tym pociągiem lepiej się czuli.
- A anioły jakieś tu są?
- To są niby motyle, w ich skrzydłach odbijają się odbicia innych światów.

Budzę się na amen. Wstaję i robię rachunek sumienia. Czuję się źle, bolą mnie zatoki i mam wrażenie, jakbym miała obolały brzuch ( splot słoneczny). Stan zdrowia: migrena lub lekka grypa. Używki: 1 kawa. Psychotropów nie biorę, nie piłam nawet w sylwestra, psychoz na razie nie miewałam (chyba że to pierwsza), hormony chyba w normie. Do pełni jeszcze 3 dni. Księżyc w znaku Bliźniąt: 2/3 stycznia. To kwadratura Księżyca w Bliźniętach do mojego  Księżyca w Pannie, skojarzona z  tranzytującym Neptunem.

Sny i wizje: wstęp na końcu

Każdy, kto ma profil w Tarace, może swoje sny i wizje tu zapisywać.
Każdy, kto jest zalogowany, może sny i wizje komentować.

Korekta przez: ()



« Sen, ale nie mój - to ja byłem snem Zapach »

Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)