zdjęcie Autora

19 kwietnia 2014

Jan Szeliga

z cyklu: Moja Twarda Ścieżka (odcinków: 80)

Pogrzeb wojownika
Warsztaty z zakopywaniem się do ziemi – Pniewo 9-15 września 2003r.

Kategoria: Twarda Ścieżka

« Pierwsze warsztaty Zjazdy Taraki »

Doświadczyłem już kilku praktyk „Twardej Ścieżki” takich jak: chodzenie po ogniu, szałas potu, podróże przy bębnie. Teraz nęciła mnie jeszcze jedna praktyka - „pogrzeb wojownika”.

Aby odbyć tę praktykę musiałem pojechać na drugi koniec Polski.

Po warsztatach w Zawadce Rymanowskiej Wojtek przeniósł się ze swoimi warsztatami na drugi koniec Polski , do Pniewa na Pomorzu Zachodnim. Tak więc nie było rady. Chcąc doznać nowych praktyk „Twardej Ścieżki” musiałem tam pojechać. To była jak się później okazało istna wyprawa obfitująca w różne przygody.

Do Pniewa z Podkarpacia jest około 800km więc postanowiłem podzielić sobie trasę na 2 etapy. Najpierw pojechałem do Warszawy, gdzie spędziłem noc u kolegi i następnego dnia spotkałem się na stacji kolejki w Piastowie z umówionymi wcześniej na wspólną podróż Michałem i Maćkiem.

Wspólna podróż zaczęła się bardzo sympatycznie, niestety przed mostem na Wiśle w Wyszogrodzie zaczęło się dymić z chłodnicy mojego samochodu. Okazało się że padł już bardzo zużyty wentylator, który prawie cały czas jak do tej pory pracował. Silnik nie wiadomo dlaczego grzał się bardzo mocno i wskazówka temperatury pokazywała co chwila 110 stopni. Robiąc kilka postojów na drodze jakoś dojechaliśmy do Płocka. Na jakimś szrocie udało mi się kupić podobny wiatrak i prowizorycznie go zamontowałem. Można było już bez przeszkód jechać dalej.

Z Warszawy do Pniewa też jest dość daleko, więc podróż zajęła nam cały dzień. Robiło się już ciemno i gdy zostało nam do przejechania tylko kilka kilometrów wskazówka od temperatury znowu niebezpiecznie zaczęła zbliżać się do 110 stopni. Odczekaliśmy chwilę aż silnik trochę ostygł i już gdzieś w okolicach godziny 21 dotarliśmy na miejsce.



Ponieważ podróż mnie bardzo wykończyła postanowiłem położyć się spać, a z samego rana zobaczyć co się tym razem stało?

Cały czas targała mną niepewność co do tego co się dalej wydarzy. Pieniędzy przy sobie miałem tyle aby starczyło na podróż i warsztaty. Niestety nie przewidziałem dodatkowych wydatków na naprawę samochodu. Gdyby teraz zaszła potrzeba dokonania kolejnej naprawy to aby za nią zapłacić musiałbym zrezygnować z warsztatów.

Z samego rana wziąłem miernik który miałem przy sobie i poszedłem zobaczyć do samochodu co się stało. Okazało się że tym razem była to drobnostka. Kabel od zasilania wentylatora nie kontaktował zbyt dobrze na łączeniach i dlatego wentylator stanął. Szybko naprawiłem usterkę i szczęśliwy pobiegłem do Wojtka aby mu oznajmić że zostaję na warsztatach.

Nowy wentylator niestety sporo kosztował i na spanie w pokoju już niestety nie mogłem sobie pozwolić. Postanowiłem więc spać w samochodzie. Po rozłożeniu tylnych siedzeń spało się tam dość wygodnie.



Tak więc rozpoczęliśmy zajęcia warsztatowe. Pamiętam że było wtedy bardzo dużo ludzi i samo przedstawianie się trwało z przerwami chyba ze 2 dni. Poznałem tam wiele bardzo interesujących osób min: Marzenę która opowiadała niesamowite bajki, Joannę która przy innej okazji uczyła nas dance alive, Sylwię z Poznania, Dzidkę z Gdańska, Maję z Białegostoku, Anię „od Tygrysów” Michała de Molkę z Warszawy i kilka innych osób, których imion w tej chwili już nie pamiętam. Na warsztatach tych spotkałem też kilka osób które poznałem na moich pierwszych warsztatach i zaraz po nich.

Wojtek podzielił nas po kilka osób na kilka tzw „rodzin”. Poniżej na zdjęciu moja warsztatowa Rodzina.



Pogoda w czasie warsztatów była bardzo kapryśna i często zmuszała nas do zmiany planów. Robiliśmy więc podróże przy bębnie, a gdy przestawało padać marsze transowe w lesie.



Jak znalazł przydała się na nasze praktyki szopa z tabliczką „BANK”



W niej robiliśmy nasze działania wtedy jak pogoda nie dopisywała.

W tej chwili nie pamiętam już kolejności w jakiej odbywały się praktyki. Przypominam sobie tylko że budowa szałasu potu została przerwana i odłożona do następnego dnia z powodu ulewnego deszczu.



Konstrukcja szałasu była bardzo duża. Miała pomieścić 24 osoby.



Kamieni do ogrzania takiego szałasu też trzeba było bardzo dużo. Z pobliskiego pola przywieźliśmy dwoma samochodami chyba ze 70 kamieni.



Gdy już wszystko było gotowe, zaczęliśmy przygotowania do ceremonii.



Było wtedy dużo bębnów, więc trochę było nas słychać w okolicy ;)



Ja tradycyjnie zgłosiłem się i tym razem do wnoszenia kamieni. Pomagała mi Maja.

Wnieśliśmy do środka chyba z 50 kamieni. Oczywiście nie wszystkie naraz, tylko na cztery razy.

Szałas pomimo swojej ogromnej wielkości był dobrze ogrzany. Ceremonia zakończyła się późno w nocy.



Następnego dnia trochę czasu zajęło nam porąbanie całego wozu drewna na ognisko do chodzenia po ogniu.



Gdy już się uporaliśmy z drewnem zaczęliśmy ćwiczyć „krok ogniowy”



Wieczorem rozpaliliśmy ogromne ognisko. Płomienie układały się w różne fantastyczne wzory i strzelały wysoko w górę.

Tym razem Wojtek uformował ścieżkę chyba 3 krotnie dłuższą niż na moich pierwszych warsztatach w Zawadce Rymanowskiej. Do samego przejścia też przygotowywaliśmy się trochę inaczej niż za pierwszym razem. Jakoś to wszystko tak mnie skołowało, ze się poparzyłem. Kilka dni było to dość dokuczliwe ale szybko mi przeszło.



Nadszedł kolejny dzień. Rozpoczęliśmy przygotowania do długo przeze mnie wyczekiwanej praktyki w której miałem spędzić całą noc w wykopanym przez siebie „grobie”

Kopaliśmy cały dzień, a po wykopaniu przykryliśmy wykopany dół patykami i ziemią, zostawiając tylko mały otwór na to aby można było tam wejść.



Gdy zrobiło się ciemno wszyscy rozeszli się do swoich „grobów” a Wojtek zatkał otwór przez który wszedłem i przysypał go ziemią. Zostałem sam ze sobą w całkowitej ciszy i ciemności.

Ziemia przenosiła czasami jakieś odgłosy. Było słychać bicie w bęben i jakieś głosy nie wiadomo kto mówił i do kogo. Jawa zaczęła mi się mieszać ze snem, ale z tego co pamiętam to prawie wcale nie spałem. Zasnąłem jednak na chwilę, bo pamiętam że śniło mi się że pielęgniarka ukłuła mnie igłą ze strzykawką w tyłek chcąc pewnie zrobić mi jakiś zastrzyk. Prawie zerwałem się na równe nogi w czym przeszkodziła mi mała odległość do pokrycia „grobu”. Nie miałem pojęcia ile czasu minęło od momentu jak tu wszedłem? Ale postanowiłem już wyjść. Po otwarciu wejścia do „grobu” moim oczom ukazał się świecący na wschodzie Jowisz . Robiło się już widno i za chwilę wstało słońce.

Mój nocny pobyt w „grobie” wywołał u mnie duże wrażenia. Zachowam je jednak dla siebie.

Po chwili odpoczynku i wymienieniu się wrażeniami z ceremonii przyszedł czas na zakopanie grobów. Zakopywanie było już dużo łatwiejsze niż kopanie. Robiłem je z dużą lekkością mając wewnętrzne wrażenie że dużo w tym „grobie” przerobiłem i zostawiłem mnóstwo niepotrzebnych ciągnących się za mną rzeczy.

Wieczorem odbył się drugi, kończący warsztaty szałas potu i tak nadszedł ostatni dzień naszych warsztatów.



Warsztaty zakończyły się zaraz po południu. Z żalem trzeba było się rozstać i wracać do domu.

Tym razem postanowiłem jechać przez Wrocław . Razem z Sylwią i Jolką wybrałem się w podróż. Wstąpiliśmy jeszcze do Sylwii do Poznania, która poczęstowała nas jajecznicą i udaliśmy się w dalszą drogę. Do Wrocławia dojechaliśmy około godz 22. Pożegnałem się z Jolką i wstąpiłem na noc do kuzynki. Z samego rana wyjechałem w dalszą drogę, która tym razem obyła się już bez żadnych przeszkód.


cdn...

Moja Twarda Ścieżka: wstęp na końcu

Warsztaty i praktyki Twardej Ścieżki, które prowadziłem i w których brałem udział.


« Pierwsze warsztaty Zjazdy Taraki »

komentarze

[foto]

1. Warsztaty z zakopywaniem się • autor: Jan Szeliga2014-04-20 10:49:50

Jeśli ktoś chciałby doświadczyć takich doznań o jakich piszę powyżej to zapraszam na warsztaty w lipcu do Puszczy Bolimowskiej.
Szczegóły tu:
Warsztaty 9-13 lipca
[foto]

2. Łza w oku.. • autor: Wojciech Jóźwiak2014-04-20 18:16:43

Łza mi się Janku zakręciła w oku od tych wspomnień. Tak, to były złote lata warsztatów Twardej Ścieżki. Chociaż nie wiem, czy wtedy już używałem tej nazwy, może nawet nie.
Co do nazw, to od dawna nie używam nazwy "Pogrzeb wojownika" (używanej przez Castanedę i Victora Sancheza). Bo nie chcę wchodzić w skojarzenia ani ze śmiercią ani z pogrzebem i w pogrzebowo-cmentarne klimaty. Jak również rzecz nie ma związku z jakimiś "wojownikami" i od wzoru wojownika staram się trzymać daleko.
[foto]

3. Złote lata • autor: Jan Szeliga2014-04-20 20:33:37

Myślę Wojtku, że te czasy o których piszę w tym odcinku bloga, patrząc z punktu widzenia mojego pokolenia można by porównać do "złotych lat 80-tych w muzyce".
Czy były one najlepsze? nie sądzę, one były po prostu inne.
Były to czasy gdy dosłownie zachłystywałem się taką wiedzą i chciałem ją czerpać pełnymi garściami.  Wielu uczestników warsztatów z tego co widziałem miało podobnie.
Teraz moim zdaniem jest już trochę inaczej. Minęły czasy fascynacji  i przyszły czasy okrzepnięcia i nabierania doświadczenia.
Ludzie którzy przyjeżdżają teraz na warsztaty też się trochę zmienili. Przed laty był ogólny boom i fascynacja a teraz uczestnicy warsztatów są już może trochę bardziej wymagający.
Lata doświadczeń na Twardej Ścieżce pozwalają mi jednak stawić czoła tym wyzwaniom.
Przez lata wypracowałem sobie jakby "swój styl" prowadzenia warsztatów i widzę że jak na razie mi się on sprawdza.
Dlatego na moich warsztatach używam takich terminów jak "pogrzeb i odrodzenie", bo uważam ze rzeczywiście tak ta praktyka działa na uczestnika i nie ma ona skojarzeń z cmentarnymi klimatami.
Terminu "wojownik" raczej nie nadużywam. No może z wyjątkom tytułu tego odcinaka bloga.  Stwierdziłem ze właśnie taki tytuł bardziej pasuje akurat do moich warsztatowych doświadczeń niż np "zakopywanie się do ziemi" ;)

4. szamanka i bajka • autor: Nierozpoznany#80602014-04-27 20:04:51

O rety! jaką przyjemność sprawiło mi czytanie tej historii.

Działo się to przed wielu, wielu laty. Borowa Ciotka, królowa kaszubskich lasów koniecznie chciała doswiadczyc szamańskich rytuałów a ponieważ prace w pomorskich borach tak bardzo ja pochłaniały wysłała przeto " na przeszpiegi" piarowca z kaszubskiego swiata basni, Marzenę, którą jestem ( całkiem z przypadku).

Jakież było moje zdziwienie,ze szamańskie praktyki odbywać się będą po prostu za pewnym domostwem okazło się jednak że naskromniejszy nawet  'BANK" wystarczył aby przy bębnie galaktyczne trasy pokonywać. Wtedy w wizjach objawił mi się też mo zwierz mocy- Jeleń. Od tamtej jesiennej, magicznej pory  Jelen zawsze jest przy mnie...dziwnie...czasem jest to osoba (???!!!nawet spotkana po latach) czasem obraz wiszący na scianie w przydrożnej restauracji..czasem gadżet otrzymany od kogoś w prezencie. Nie byłam wtedy w Pniewie na zakopywaniu się , musiałam  wcześniej wyjechać, mam nadzieje że wkrótce to nadrobię ( tak, tak, tak będzie  M.- Jeleń potakuje  i trąca mnie nosem., czuję jego ciepło. Jest spokojnie, bezpiecznie)...

Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)